Droga do Vedi

Sonda archeologiczna XFA2947 – Raport z dnia: 5.12.5213 – Załączam czwarty, kolejny fragment pamiętników.

==== Załącznik nr 4 ====

22.04.4999, planeta Delfy, kontynent Fryzja

Dzień przywitał mnie dwiema nowinkami – wieścią z dawna wyczekiwaną, iż Hazaci w końcu odlatują oraz wieścią zaskakującą, iż Panienka Jessebelle ma lecieć z nimi na planetę Vera Cruz. Panienka rozchorowała się poważnie po wczorajszym wydarzeniu z upadkiem w głęboką śnieżną czeluść i kąpielą w lodowatej wodze. Słyszałem, iż potrzeba jej dużo ciepła oraz przede wszystkim słońca przez dłuższy czas, aby chorobę zwalczyć. Sądziłem, iż Hawkwood’owie wezwą po prostu biegłego Amalteanina, aby panienkę na spokojnie uleczył, niestety myśli i uczynki szlachciców wydają mi się zupełnie pozbawione logiki i wiary. Zupełnie nie spodziewałem się, iż Panienka tak nagle przyjmie zaproszenie Hazatów na ciepłą Veraz Cruz oraz, iż miłe jej są zaloty zakutego w maskę Hazata – don Orana dos Santos. Mnie ów Hazat wydawał się raczej odpychający i nieprzyjemny, ale jak wiadomo niewieście decyzje nieodgadnione są dla zwykłych mężczyzn, a co dopiero mnichów jak ja (i to jeszcze ze ślubami czystości). Poza tym na ową niespodziewaną wyprawę wydała też zgodę księżna, sprawa była więc przesądzona.

Dwie godziny później stałem w licznym gronie żegnających panienkę i jej ponoć skromny 8 osobowy orszak. Żegnaliśmy też Hazatów, ale tutaj raczej z ulgą i bez przesadnych emocji. Wkrótce prom kosmiczny odleciał w stronę chmur, a księżna poprosiła nas o kolejne spotkanie.

Moje modlitwy i marzenia zostały wysłuchane! Chwała Wszechstwórcy! Chwała! Polecimy na Vedi! Okazało się, iż księżna w głębokiej tajemnicy od dłuższego czasu budowała statek kosmiczny, a niedawna katastrofa Cesarskiego statku, te prace przyśpieszyła, bo udało się uzyskać z wraku wiele potrzebnych części. Innymi słowy – księżna przekazała nam, iż posiada statek zdolny do lotu, oraz iż chce abyśmy pod przewodnictwem Nathana wyruszyli nim na Vedi w misji zwiadowczej!

Otrzymaliśmy koordynaty tajnej bazy Hawkwoodów i już 2 godziny później byliśmy na miejscu, aby pooglądać maszynę, która przewiezie nas na inną planetę. Statek nazywał się Sokół Zero. Od Julianusa dowiedziałem się, iż jest klasy eskortowca, ma jedną wieżyczkę z laserem bojowym, dwie rakiety, jeden karabin maszynowy do działań naziemnych, mnóstwo różnych czujników, kilka sond zwiadowczych i co najważniejsze jest w stanie bez problemów zabrać nawet z 9 osób i dolecieć na Vedi. Dziewięć szybko okazało się tylko teoretycznie, bo statek posiadał dwie trzyosobowe kapsuły ratunkowe, więc prawdziwie bezpieczną dla mnie liczbą pasażerów było 6. Początkowo Nathan chciał zabrać na pokład oprócz naszej piątki, dodatkowo kilku przybocznych żołnierzy, ale kiedy mu uświadomiłem konsekwencje i być może trudne kosmiczne wybory poprzestał tylko na jednym – sierżancie Cyrylu, weteranie wojen o tron z kosmicznym doświadczeniem. Cyryl okazał się osobom kompetentną, obeznaną ze statkiem, poza tym spokojną, wierzącą i małomówną.

Wkrótce rzuciliśmy się w wir przygotowań – ustaleń co będzie nam potrzebne i organizację tego. Zabraliśmy różnorakie zapasy i ubrania dla 6 osób na 30 dni, dwa małe pojazdy kołowe, narzędzia, namioty, różnorakie książki (w tym również wiele pozycji dla mnie m.in. o alchemii, walce wręcz czy Znanych Światach) i mnóstwo innych przydatnych rzeczy (zabrałem też wodę święconą i wino mszalne). Ustalono z księżną, iż możemy odlecieć za dwa dni.

23.04.4999, układ planetarny Delfy

Zakończyliśmy wszelkie sprawy łączące nas z planetą. Bernie nie zdołał się dowiedzieć w miejscowej Gildii inżynierów niczego na temat mechanicznego pająka, a więźniowie również niczego nowego nie powiedzieli. Start statku odbył się w tajemnicy, jako iż nikt nie wiedział, że księżna dysponuje statkiem i nikt też nie miał wiedzieć gdzie lecimy. Julianus pewnie wystartował, a ja z ciekawością oglądałem widok planety. Już wcześniej dwukrotnie latałem statkiem kosmicznym (jako bierny pasażer), ale pierwszy raz mogłem bez przeszkód poruszać się gdzie chciałem i miałem wpływ na wydarzenia wokół mnie. Kajutę dzieliłem z Cyrylem, co mi nawet odpowiadało – już od samego początku ustaliłem z nim treningi walki wręcz i naukę obsługi skafandrów kosmicznych. Miałem przeczucie, że obie te umiejętności wkrótce mogą się przydać.

28.04.4999, układ Delfy, układ Vedi

Wokół nas czerń kosmosu i pustka. Przez ostatnie 5 dni nie robiłem notatek – każdy dzień był dość powtarzalny i nic nieoczekiwanego się nie działo. Modlitwy, ćwiczenia walki, ćwiczenia obsługi skafandrów i poruszania się w nich, nauka Nathana łaciny, czytanie, rozmowy, zwiedzanie statku, posiłki, sytuacje awaryjne, które wpajał nam Julianus, a wieczorami samobiczowanie. W ładowni od czasu do czasu Julianus wyłączał grawitację i mogliśmy latać w skafandrach niczym ptaki – zdumiewające i nowe doświadczenie – nieważkość. Pod skafandrem nie mieściła się moja włosiennica i czułem się wtedy trochę nagi i narażony na pychę. Żołnierz Cyryl okazał się dobrym partnerem do ćwiczeń walki i spokojnym, wierzącym współlokatorem. Czasami modlił się ze mną. Zamknięcie na ograniczonej przestrzeni i powtarzalność prac pozwoliły mi znowu poczuć się trochę jak w klasztorze i zaznać spokoju ducha.

Przy wrotach Delf nie było statków i mogliśmy bez przeszkód otworzyć je do Vedi, nie martwiąc się, iż ktoś zobaczy nieznany układ planetarny i zechce polecieć za nami. Podczas przejścia przez wrota wszyscy doświadczyliśmy nieoczekiwanych objawień zesłanych nam przez Wszechstwórcę. Ciąg szybkich obrazów postępujących jeden za drugim, zlewających się w jedność. Na dodatek wszystko chaotyczne, nieuporządkowane i trudne do zrozumienia. Prawdziwe wyzwanie dla umysłu i ducha. Na mgnienie oka świat wokół mnie zatrzymał się w miejscu, a ja poczułem wspaniałą i obezwładniającą obecność Wszechstwórcy. Nigdy wcześniej, ani ja, ani nikt z załogi nie przeżyliśmy niczego podobnego przechodząc przez Wrota. Nasza wyprawa musiała być istotna, skoro każdy doświadczył czegoś równie niesamowitego. Czułem iż wszyscy zostaliśmy pobłogosławieni, a wyprawa na Vedi jest naszym przeznaczeniem. Zaprawdę Chwała Wszechstwórcy za ten wspaniały i niespodziewany dar!

Po przejściu i znalezieniu się w nowym układzie planetarnym na twarzach towarzyszy widziałem szok i brak zrozumienia dla tego co się stało. Wiedziałem, iż tylko ja odebrałem stosowne szkolenie, aby z potoku obrazów postarać się wyłuskać cokolwiek konkretnego i istotnego – oddałem się więc natychmiast koncentracji i medytacji w poszukiwaniu oświecenia.

Po godzinie zdołałem sobie przypomnieć dwa obrazy – niezwykłe latające wśród chmur wyspy, porośnięte zielenią (czy to Vedi?) oraz straszne oblicze, umazane krwią należące do Hawkwooda, którego od lat szukałem – do mojego wybawcy i bohatera z Pantateuch! Jaki związek miał z Vedi lub moją przyszłością? Czy żył jeszcze? Oczywiście nie wiedziałem, ale po owych dwóch obrazach domyśliłem się, iż mieliśmy do czynienia prawdopodobnie z przepowiednią przyszłych wydarzeń. Serce me radowało się, iż na Vedi poznam odpowiedzi. Być może wtedy kiedy to będzie potrzebne, nasz umysł rozjaśnią wspomnienia tych przepowiedni. Wszystko jak zwykle w rękach Wszechstwórcy.

Kiedy ja mówiłem towarzyszom co udało mi się przypomnieć, oni poinformowali mnie co udało im się dowiedzieć – przy wrotach była jakaś nieznana sonda zwiadowcza i odebrali też sygnał z wezwaniem o pomoc od innego, oddalonego statku. Statek był na orbicie planety najbardziej oddalonej od słońca Vedi. Właśnie się do niego zbliżaliśmy, aby tej pomocy udzielić lub chociaż dowiedzieć się co się stało.

Julianus wypuścił przed nasz statek małą, samodzielną sondę zwiadowczą i wkrótce zobaczyliśmy na magicznej lampie duży i zniszczony inny statek. Miał ze 100 metrów długości. Jego środek był jakby całkowicie zapadnięty w sobie i widać też było inne zniszczenia na jego powierzchni. Częściowo widoczny napis na burcie informował, iż nazywa się „Don Calv…”.  Julianus i Bernie próbowali się z nim skontaktować, ale bez powodzenia. W pewnym momencie ktoś nawet zauważył jakiś ruch w jednym z oświetlonych alarmową czerwienią okien statku! Ktoś lub coś wciąż tam było! Postanowiliśmy więc dostać się na pokład, aby pomóc rozbitkom lub czegokolwiek się dowiedzieć.

Julianus zręcznie zbliżył się do obcego statku i celnie wypuścił linę z magnetycznym zaczepem. Potem przyciągnął nas do większego statku na odległość jakiś 50 metrów. Bliżej nie można było z uwagi na różnorakie niebezpieczeństwa od strony wraku. Poza tym czujniki naszego statku wykryły, iż po orbicie planety od czasu do czasu ze sporą prędkością latały rozproszone szczątki wraku – kolejna rzecz na którą trzeba było uważać, szczególnie będąc na zewnątrz tylko w skafandrach.

Nathan, Bernie, Julianus i Ja ubraliśmy skafandry, uzbroiliśmy się i poczekaliśmy na sprzyjający moment kiedy szczątki nas minęły. Tybald został jako pilot pilnować statku i czujników, a Cyryl usadowił się jako nasze wsparcie w laserowej wieży, którą i tak tylko on potrafił obsłużyć. Wszyscy mieliśmy kontakt ze sobą przez urządzenia radiowe wewnątrz skafandrów. Wyszliśmy na zewnątrz i po linie łączącej oba statki pokonaliśmy dzielące nas 50 metrów. Frunąłem pierwszy jak zwykle bojąc się o zdrowie i życie Nathana. Postanowiliśmy wejść od strony zniszczonej środkowej części statku i tutaj pojawiła się pierwsza kosmiczna trudność – skok w przestrzeń – pomiędzy zaczepem magnetycznym naszej liny, a poszarpanymi brzegami statku dobre kilkanaście metrów dalej. Przez chwilę ogarnęła mnie paraliżująca świadomość, iż jeśli źle się odbiję, nie zdołam się złapać krawędzi wraku i odlecę w ciemną otchłań kosmicznej pustki, prosto w szczęki przyczajonych demonów. Nasze skafandry miały co prawda silniczki odrzutowe, ale żaden z nas nie miał wprawy w ich używaniu.

Zmówiłem krótką modlitwę i skoczyłem. Wszechstwórca miał nas jednak w opiece, bo każdemu z nas się udało. Szczątki środkowej części statku wyglądały jak po jakimś wybuchu. Musieliśmy bardzo uważać, aby się na coś nie nadziać. Po krótkich poszukiwaniach odkryliśmy nieuszkodzone drzwi ciśnieniowe do przedniej części wraku, wiedzieliśmy jednak, iż nie możemy ich otworzyć, bo wypuścimy całe powietrze (o ile jeszcze jakieś tam było) i spowodujemy śmierć ew. ocalonych. Potrzebowaliśmy prawdziwej śluzy. Podzieliliśmy się na dwie pary i za radą Julianusa zaczęliśmy poszukiwania po nieuszkodzonych bokach przedniej części statku. Wkrótce odnaleźliśmy prawdziwą śluzę i chwilę potem byliśmy w środku.

Na wstępie na ścianie zobaczyliśmy całościową nazwę statku – Don Calvaro. Korytarz ciągnący się dalej, rozbłyskiwał przerywanym, czerwonym światłem alarmowym. Bernie na podstawie jakiś swoich czujników poinformował nas, iż jest dobre powietrze, działała też grawitacja. Ściągnęliśmy więc hełmy, aby nie marnować zapasów tlenu (mieliśmy tylko godzinny zapas, a już znaczną część zużyliśmy)  i na własnych nogach poszliśmy głębiej. Od razu za rogiem zobaczyliśmy dwa nieruchome i splecione w walce ciała Hazackich żołnierzy. Jeden miał zaciśnięte dłonie na szyi drugiego, a ten pierwszy miał bojowy nóż w plecach. Po mundurach łatwo było poznać, iż to Hazaci, co więcej gdy się bliżej przyjrzałem, zauważyłem, iż są to mundury jakimi posługiwali się ludzie księcia Victoriana Hazat z Vera Cruz! A więc jednak moje domysły co do roli Hazatów były słuszne! Wiedzieli o Vedi i to oni musieli zestrzelić Cesarski statek! Cały czas okłamywali Hawkwood’ów!

Nagle Hazat z nożem w plecach nieznacznie się poruszył. Bernie natychmiast podskoczył do niego i zaaplikował mu eliksir leczniczy. Wątpiłem w miłosierdzie Biernie’go, dostrzegałem za to chęć dowiedzenia się czegoś użytecznego. Niestety ranny żołnierz tylko przez chwilę majaczył i z jego szeptów niczego się nie dowiedzieliśmy. Potem ponownie stracił przytomność.

Zdawaliśmy sobie sprawę, iż skoro Hazaci rzucili się na siebie musiało tu dojść do czegoś niecodziennego. Jakiś bunt części załogi? Mieszające w głowach gazy bojowe? Na dodatek od czasu do czasu gdzieś z głębi statku dobiegały nas odgłosy jakiś dziwnych chichotów. Na wszelki wypadek Bernie i Ja założyliśmy ponownie hełmy naszych skafandrów kosmicznych. Żołnierza związaliśmy i zostawiliśmy z zamiarem zajęcia się nim później.

Julianus prowadził nas w stronę sterówki i wkrótce natknęliśmy się na osiem pustych kapsuł ratunkowych. Bernie podpiął się pod jakieś magiczne lampy i wkrótce potem powiedział nam, iż wszystkie kapsuły były standardowe czyli 3 osobowe, zostały wystrzelone dobę temu, a jedna godzinę później. Wiedzieliśmy, iż takie kapsuły nie mają dalekiego zasięgu, nie można nimi przelecieć przez cały układ planetarny. Maksymalnie 24 osoby poleciały więc gdzieś niedaleko, pytanie jednak czy wciąż żyją.

Poszliśmy dalej, ale drzwi do sterówki okazały się zamknięte. Przypomnieliśmy sobie wtedy, iż z naszego statku wcześniej widzieliśmy dziury w oknach sterówki. Za tymi drzwiami była więc próżnia i ich otwarcie groziło dekompresją całości. Postanowiliśmy cofnąć się przeszukać pobieżnie wrak, znaleźć źródło chichotów, a potem wejść do sterówki od zewnątrz. Bernie i Julianus mieli nadzieję, iż z zapisów statku dostępnych w sterówce dowiedzą się jakiś przydatnych informacji.

Po drodze zobaczyliśmy kapitańską kajutę, ale nic ciekawego w niej nie znaleźliśmy. Typowo Hazacka prostota. Kawałek dalej, będąc w jednym z bocznych korytarzy zobaczyliśmy barykadę z różnego rodzaju urządzeń, mebli i innych przedmiotów. Zawołaliśmy do środka, ale nikt nam nie odpowiedział. Wtedy jednak usłyszeliśmy bieg od strony naszych tyłów i wkrótce zobaczyliśmy biegnącego na nas i chichoczącego szaleńca – miał pianę na ustach, mord w oczach, poszarpany mundur Hazackiego żołnierza i jakiś topór w garści. Nathan dobył rapiera, a nasza pozostała trójka wystrzeliła. Rany tylko go spowolniły, ale rapier Nathana dokończył sprawę i szaleniec upadł u naszych stóp. Czy był tylko ten jeden, czy szaleńców pozostało tu wielu?

Zaczęliśmy rozbierać barykadę, gdy nagle po drugiej stronie zobaczyliśmy jakiś ruch.  Nawiązaliśmy rozmowę z kobietą w średnim wieku i biały fartuchu, która zabarykadowała się ze strachu przed szaleńcami. Okazało się, iż to doktor Eve, medyk z Hazackiego statku. Wkrótce oczyściliśmy przejście i weszliśmy do medlabu. Na stołach leżało 2 Hazackich żołnierzy, zabandażowanych i nieprzytomnych. Od Pani doktor dowiedzieliśmy się wielu przydatnych informacji. Niszczyciel Don Calvaro wszedł do tego systemu 2 dni wcześniej, a poprzednio był przy planecie Delfy! Co więcej dowodził nim sam książę! Jedną z pasażerek była młoda dziewczyna Jessebelle!

Wszystko więc co poprzednio, na Delfach, mówili nam Hazaci było kłamstwem. Nie polecieli z siostrą Nathana na Vera Cruz tylko na Vedi. Na dodatek Pani doktor potwierdziła nam, iż jeszcze wcześniej, wiele dni temu, kogoś gonili i do czegoś strzelali. Szczegółów jednak nie znała. Tak więc statek na pokładzie którego staliśmy, był w istocie tym, który zestrzelił zwiadowczy statek Cesarski i spowodował śmierć brata Nathana. Widziałem całą gamę uczuć malujących się na twarzy młodego panicza. Niedowierzanie, gniew, chęć zemsty i obawa o siostrę. Och Nathanie – gdybyś wcześniej mnie posłuchał, to Hazacki książę gniłby teraz w lochach Sokolego Gniazda, a Twoja siostra byłaby bezpieczna w domu….

Oczywiście pytaliśmy też o panienkę i zniszczenia statku. Ponoć panienka była bezpośrednim powodem obecnej sytuacji. Była obiektem jakiegoś kapłańskiego rytuału prowadzonego przez ojca DiMaggio, ale chyba coś poszło niezgodnie z planem i potem wszyscy ludzie na statku popadli w jakieś szaleństwo i rzucili się na siebie nawzajem. Lekarka nie wiedziała co stało się później z panienką Jessebelle. Zapanował chaos. Sama jak twierdziła, zaaplikowała sobie odpowiednie leki, które też podała dwójce hazackich żołnierzy, którymi się opiekowała i próbowała uratować – zarówno przed własnym szaleństwem jak i przed innymi szaleńcami zza barykady. No i oczywiście ustawiła barykadę. Wyjawiła nam dodatkowo, iż do wybuch w środkowej części statku doszło już później, pewnie za sprawą jednego z szaleńców. Prom, który tam się znajdował zdołał odlecieć wcześniej. Na końcu uciekł książę Victorian w swej kapitańskiej kapsule. Uciekło więc więcej osób niż początkowo myśleliśmy i z pewnością znaczna ich część nie oszalała lub potrafiła to szaleństwo ujarzmić.

Całość historii wydawała mi się dość nieprawdopodobna (szczególnie w kwestii rytuału i szaleństwa), próbowałem więc rzucić na lekarkę teurgiczny rytuał rozdarcia zasłony, w celu dowiedzenia się jakie są jej grzechy i czy mówi prawdę. Zrządzeniem Wszechstwórcy rytuał się nie powiódł, a mnie pozostała dalsza, zwyczajna dociekliwość. Cóż to właśnie dzięki błędom, porażkom, pracy i poszukiwaniu w końcu znajdujemy oświecenie. Zbyt łatwa droga prowadziłaby do pychy. Ściągnęliśmy też nasze hełmy – cokolwiek spowodowało szaleństwo wśród załogi, nie wiązało się z powietrzem, którym oddychaliśmy.

Medyk opowiadała dalej o tym jak, to Hazaci już od trzech lat wizytują Vedi (gdyby Cesarz się dowiedział, to byłby pewnie niezły skandal). Przyznała też, iż ona sama pochodzi z Vedi. Hazaci zatrudnili ją niedawno, po tym jak stracili swojego lekarza. Jest więc poddaną Protektoratu. Protektorat rządzi prawie wszystkim na całej planecie z małymi wyjątkami. Niestety lekarka na wiele pytań nie odpowiadała – jak twierdziła wielu rzeczy nie pamięta, bo trzy miesiące temu uległa amnezji. Przyglądałem się pani doktor w zadumie – przynajmniej ludzie na Vedi posługiwali się takim ja my językiem i mieli jakąś cywilizację. Dobry początek nawet pomimo hazackich kłamstw i sprawy z panienką. Mogliśmy pozyskać wśród tych ludzi przyjaciół, ale oczywiście Hazaci będą próbowali nas zabić, aby nikt w Znanych Światach nie dowiedział się, iż od trzech lat kłamią, mordują, porwali Jessebelle i zatajają sprawę nawet przed Cesarzem.

Gdy tak rozglądałem się po sporym medlabie, zobaczyłem w głębi inny pokój, a w nim dziwne znaki na podłodze i świece. Gdy poszliśmy tam zobaczyć, lekarka oznajmiła, iż w tym właśnie pokoju odbył się nieudany rytuał z Jessebelle prowadzony przez ojca DiMaggio. Czemu nie powiedziała nam tego wcześniej? Czy próbowała coś jednak ukryć? Na podłodze i ścianach widniały okultystyczne znaki, były też świece, łóżko z pasami i nie znana mi księga. Gdy moi towarzysze rozmawiali dalej z lekarką ja z wielkim zainteresowaniem przeglądałem zapiski z książki. Pierwszym dużym zaskoczeniem był sam autor – znany nam inkwizytor z Delf – Diakon Avestian Serius Da Guerra, drugim tematyka – bo była to książka okultystyczna, znalazłem nawet szczegółowy opis rytuału Ortodoksji „Boża Opieka”, chroniącego przed obcymi mocami umysłu. Kolejną sprawą były ręczne dopiski – najwyraźniej prowadzone ręką Eskatonika! Szczególnie ciekawa była końcówka, najwyraźniej powstała podczas odprawiania rytuału. Mój zakonny brat napisał w niej: „Brak wyraźnej aury, wskazującej na posiadanie mocy (przekreślone)  aura nie wyraźna (przekreślone), niewidoczna =Invisib… moc = ERH lub Gablante.”. Wynikało z tego, iż odnalazł jakąś moc umysłu PSI w panience Jessebelle i to moc związaną z tajną organizacją psioników Niewidzialną Ścieżką. Organizacja ta wywyższała się ponad zwykłych ludzi, traktując ich jak bydło wokół siebie. Poza tym mało o nich wiedziałem. Słowo Gablante nic mi nie mówiło. W umyśle kotłowały mi się jednak słowa: Sabat i zagrożenie. Ale jak pojedynczy, niewyszkolony i utajony Psionik (nawet pewnie dla siebie), jakim zapewne była panienka – mógł wywołać takie szkody podczas rytuału i szaleństwo wśród tylu ludzi na statku? Moja wiedza nic mi tutaj nie podpowiadała. Wręcz odwrotnie – do tej pory uważałem, iż coś takiego jest niemożliwe. Czy Eskatonik DiMaggio chciał ją wyciągnąć z choroby, której nabawiła się w lodowej przerębli i po to był rytuał, czy też wiedział coś sekretnego o panience czego ja nie wiedziałem? Obiecałem sobie dokładnie przestudiować księgę po powrocie na nasz statek.

Na osobności opowiedziałem Nathanowi o sprawie z Jessebelle, nie wydawał się jednak mocno zaskoczony. Najwyraźniej już coś wcześniej wiedział. Może widział kiedyś jej stygmat (zapewne ukryty). Nie dziwiło mnie to – wielu ludzi ukrywa moce przed sługami kościoła, bojąc się inkwizycji i konsekwencji. Szkoda, że Hawkwoodowie nie zwrócili się w tej sprawie do mnie. Świetnie rozumiałem, iż moce umysłu nie muszą być czymś złym, a mogą służyć Kościołowi na chwałę Wszechstwórcy. Odpowiednio pokierowany i wyszkolony człowiek o mocach umysłu może być wspaniałym płomieniem, a nie złym i grzesznym demonem.

Postanowiliśmy się rozdzielić. Nathan i Ja chcieliśmy sprawdzić czy gdzieś na statku nie ma panienki Jessebelle, przeszukując wszystkie pomieszczenia. Szukaliśmy też dodatkowych skafandrów dla Hazatów oraz ośmiu osób – Hawkwood’ów ze świty panienki. Natomiast Bernie i Julianus chcieli dostać się od zewnątrz do sterówki poszukując informacji.

Przeszukiwania przedniej części statku zakończyły się niczym. Nie było nawet ciał martwych Hawkwoodów. Co więcej – okazało się, iż rannego żołnierza, którego wcześniej leczyliśmy i związaliśmy w międzyczasie zabił szaleniec z siekierą. Wyszliśmy więc na zewnątrz, w poszukiwaniu wejścia do rufowej części wraku. W końcu znaleźliśmy śluzę, ale wtedy zacząłem czuć się dziwnie – wszystko widziałem jak przez mgłę, a otaczający mnie świat był jakiś mało realny i oddalony. Nie specjalnie rozumiałem co się do mnie mówi. Aż do momentu przybycia z powrotem na nasz statek mało niestety zapamiętałem z wydarzeń. Z perspektywy czasu myślę, iż zaczęło brakować mi wtedy tlenu. Pewnie zbyt dużo zużyłem wcześniej. Gdyby był ze mną Julianus lub Bernie może by się zorientowali i potrafili mi pomóc. Nathan natomiast myślał głównie o zaginionej siostrze.

Udało mi się jednak wychwycić moment kiedy paniczny glos Berniego w moim hełmie wołał, abyśmy natychmiast wracali na nasz statek, co też zrobiliśmy. Potem (lub wcześniej?) pomagaliśmy też przedostać się na statek doktor Eve i dwóm ocalonym żołnierzom. Dopiero gdy zaczerpnąłem świeżego powietrza na pokładzie, zacząłem dochodzić do normy. Wtedy spostrzegłem czwartego nieznajomego na naszym pokładzie – był jeszcze w skafandrze i przedstawił się jako inżynier Jose Barroso z Niszczyciela Don Calvaro. W końcu też dotarła do mnie szczegółowa opowieść moich towarzyszy.

Bernie i Julianus dostali się do sterówki. Tam odkryli, iż układ planetarny Vedi składał się z 6 planet oraz, iż poza Protektoratem (4 planeta od słońca) była też inna zamieszkana planeta Dementia (3 planeta od słońca). Obie jednak były za daleko dla kapsuł ratowniczych. Za to  gdzieś w naszym pobliżu, na orbicie jednego z księżyców planety przy której byliśmy była jakaś baza prawdopodobnie należąca do Protektoratu. Bernie i Julianus uruchomili czujnik neuronowy, który potrafił wychwycić obecność żywych istot i ku ich zdumieniu oraz przerażeniu, okazało się, iż na czujniku w medlabie były dwie żywe osoby pomimo, iż przez cały czas były tam trzy osoby i te trzy osoby są obecnie na naszym statku! Co więcej na tym czujniku zobaczyli jakiś dziwny byt, który potrafił się przemieszczać w kosmicznej próżni i przenikał niczym duch przez śluzy statku. Faktycznie duch, a może demon z Pustki, albo obca forma życia? Nikt z nas nie wiedział. Cieszyliśmy się,  że został we wraku. To przed nim ostrzegał mnie Bernie spanikowanym głosem w słuchawce. Bernie Julianus pooglądali też zapis z magicznych lamp, jak piloci statku prawdopodobnie pod wpływem halucynacji zaczęli ze sobą walczyć, a potem jednego z nich zabił oszalały kapłan, prawdopodobnie ojciec DiMaggio. Poza tym w części rufowej szalał jakiś dziki Voroks (poprzednio więziony w klatce), który zabijał wszystko co się ruszało i z tej części rufowej uciekł właśnie inżynier Barroso. To właśnie ten inżynier nadał wcześniej sygnał alarmowo-ratunkowy, który wychwyciliśmy. Być może sam był na tyle daleko z tyłu niszczyciela, iż uniknął szaleństwa. Oczywiście chciał się uratować na naszym statku i stąd jego obecność. Co do dalszych losów panienki czy innych ludzi Hawkwoodów nic nie udało się dowiedzieć. Na koniec usłyszałem najsmutniejszą wieść – ktoś nieznajomy w skafandrze próbował wejść do naszego statku za pomocą palnika i Julianus go zastrzelił. Potem dopiero okazało się, iż był to ojciec DiMaggio z mojego zakonu. Cóż za strata! Iluż ciekawych rzeczy mógł nam powiedzieć i jak wielce mógł nam pomóc! Ach, gdyby nie brak tlenu, może zdołałbym powstrzymać jakże pochopnego i zbyt niecierpliwego Julianusa? Pewnie znów był pod wpływem swoich narkotyków. Berni i Julianus – obaj nadawali się do pielgrzymki na Św Terrę, postu, samobiczowania i codziennych modlitw i spowiedzi. Tylko jak ich do tego zmusić?

Zapadłem się w smutku i modlitwie. Dopiero inna myśl mnie ocuciła – dwie żywe osoby z trzech? Natychmiast rzuciłem się do pokoju Hazatów – spali zmęczeni wydarzeniami. Ponownie rozdarłem zasłonę teurgicznym rytuałem i spojrzałem na panią doktor – NIC! Żadnej aury, żadnych grzechów, NIC. To nie człowiek! Nawet nie obcy… to robot, android, sztuczny człowiek, maszyna…. Ohydny i grzeszny wytwór technologii na obraz i podobieństwo człowieka. Stąd pewnie „jej” amnezja trzy miesiące temu. Dlatego ów stwór nie popadł w szaleństwo jak inni, a nas okłamał co do leków, jakie sobie „doktor podała”. Jak coś takiego może plugawić powietrze którym oddychamy? Czy ta rzecz była szpiegiem Protektoratu u Hazatów i ogólnie w Znanych Światach? Zapewne. Musiało mieć w sobie pełno informacji również o nas. Na miękkich nogach poszedłem powiedzieć to moim towarzyszom i zacząłem przekonywać ich, iż należy natychmiast zgładzić to coś! W planie miałem obrócenie tego urządzenia w kamień i wyrzucenie w przestrzeń.

Wtedy jednak dowiedziałem się, od nich, iż w naszym kierunku zmierza duży statek protektoratu i jest już blisko. Co więcej sięgnął do nas jakimś promieniem ściągającym czy innym ohydztwem. Czy to wrogi akt? Poza tym moi towarzysze powiedzieli im, kogo dokładnie zdołali uratować. Czy powinniśmy uciekać? Nathan twierdził, iż lepiej pozostać, bo nasza wyprawa jest dyplomatyczna. Zacząłem się modlić. Przede wszystkim winny byłem ostatnie pożegnanie ojcu DiMaggio. Niech jego Święty Płomień oświetla mu jasno drogę do Wszechstwórcy. W modlitwie zawsze odnajdywałem pocieszenie i wskazówki. Gdy przyleci Protektorat będę gotów na wszystko co nas czeka.

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.