Klucz do nowego Świata

Sonda archeoLogiczna XFA2941 –  Raprt z dnia: 06.11.5213 – ZrekoNstruodano i zmapowkano kOleJną częć osbistego pamięTnika TeurGa – TakaShi TaNaka. PrzesyaM załącznik nunEr 2.  OdntoWano koljnYch 67 usterk  techncznycH sndy. PrzypszczaLny poWód na pozimie prawdokobodbieNtwa 46% – nieznaNy tyP promienikowaNia subatoMkoweGo emanUjący ze szczątkw organiCznych. SpaDek mocy o 94%. CakowiTa utrata funkcjobdlanoŚci na poziomie 96%. Rekdgekcja klejNych szczątKów nieMożlwa. Wezwno sonDę XFA2947 w cElu kontnucJi praC. ZainiChjowno samgo zxniszcEnie.

==== Załącznik nr 2 ====

20.04.4999, planeta Delfy, miejsca różne

Dziś rano długo modliłem się do Wszechstwórcy w swym pokoju w Sokolim Gnieździe. Zauważyłem, iż odnaleziona Święta Relikwia mojego zakonu zawierająca kroplę krwi Paulusa Wędrowca bardzo pomaga mi się skupić podczas modlitw i dodaje mi sił w chwilach zwątpienia – zawsze więc noszę ją na szyi, na łańcuszku. Dzień był to smutny dla rodu Hawkwood, z uwagi na uroczystości pogrzebowe syna księżnej Ledy – Ernana. Panicz Nathan już od kilku dni był bardzo milczący i widać było jak bardzo przeżywa śmierć brata. Obaj znaczni Hazaci, również brali udział w uroczystościach. Najwyraźniej dalej księżna traktuje ich jak miłych gości, a moje podejrzenia co do nich (przekazane Hawkwoodom) pozostały tylko podejrzeniami. Polityka. Brat Mozebiusz z Pantateuch często mówił mi, że dla szlachty polityka i reputacja bywają ważniejsze niż własna rodzina, religia czy pieniądze. Czasem z nostalgią wspominam klasztorne życie – tam obaj Hazaci już dawno byliby przesłuchani przez doświadczonego Inkwizytora i wszystko byłoby proste.

Cofając się jednak do wczesnego poranka – w Sokolim Gnieździe pojawiła się zupełnie nowa osoba w naszym towarzystwie – Członek Gildii Przewoźników – Julianus Rochford, będący jednocześnie bratem przyrodnim naszego Rycerza Poszukującego Tybalda, z którym wydają się bardzo zżyci. Julianus już wcześniej pracował dla Hawkwoodów i Ci okazują mu zaufanie, choć zdaje się, iż nie jest Hawkwoodem, a bękartem urodzonym przez kochankę, a nie właściwą żonę. Przewoźnik z jednej strony jest próżny, dumny i lekko szalony jak wielu z Gildii, ale z drugiej strony dość przystępny i co najważniejsze ma reputację znakomitego pilota. Czy poprzez jego przybycie Wszechstwórca stara się zadbać, aby mało zręczny Tybald nie musiał więcej operować mechanicznym ptakiem, a wszystko to dla naszego bezpieczeństwa?

W czasie uroczystości pogrzebowych w kaplicy Ojciec Godwyn z Ortodoksji Urth, który jest rezydentem  Sokolego Gniazda, odprawił piękne i jakże wzruszające kazanie. Z emocji pod włosiennicą oblały mnie poty. Oczywiście jednak wszystko przekręcił co do Świętego Płomienia, koncepcji duszy i drogi po śmierci, jak zresztą każdy Ortodoks. Każdy dzień poza murami klasztoru próbuje uczyć mnie tolerancji wobec innych poglądów, ale oczywiście jest to trudne i często brak mi do tego należytej cierpliwości.

Kaplica znajduje się u stóp zamku i kiedy po uroczystościach wspinaliśmy się mozolnie po bardzo długich schodach Ojciec Godwyn wziął mnie na bok i poprosił o przysługę w tajemniczej sprawie. Otóż w odległym okręgu Kago, na innym kontynencie, doszło do straszliwej zbrodni – ktoś zamordował znanego i szanowanego Ojca Diego, Ortodoksa. Wstępne podejrzenia padły na inżynierów, widzianych na miejscu, ale każde wskazówki były cenne i Ojciec Godwyn prosił mnie, abym w ramach swoich możliwości również postarał się czegoś dowiedzieć, szczególnie z uwagi na fakt mojej bliskiej znajomości z inżynierem Berniem Calculusem. Ojciec Diego znany był szczególnie ze swych płomiennych, wspaniałych kazań oraz tolerancji i miłości wobec nieludzi. Co więcej jego sława wykraczała nawet poza planetę Delfy, sytuacja była więc bardzo poważna. Gdy ginie tak znaczny i zasłużony sługa Kościoła, różnice teologiczne przestają mieć znaczenie i nawet Eskatonik taki jak ja, oczywiście będzie starał się pomóc jak tylko może. Każdy z nas powinien wtedy poszukiwać niczym Paulus Wędrowiec.

W międzyczasie zobaczyliśmy mechanicznego ptaka z oznaczeniami Gildii inżynierów, który lądował w Sokolim Gnieździe, a potem dotarło do mnie, iż zgasło oświetlenie schodów i inne widoczne lampy. Działo się coś dziwnego na zamku nad nami, więc moi towarzysze pognali po schodach naprzód, aby to sprawdzić. Ja dołączyłem do Nathana i Tybalda, ale gdzieś daleko w górze wysforowali się przedstawiciele Gildii: Berni i Julianus, a za nami została księżna Leda, jej ochroniarze, inni szlachcice i reszta orszaku.

Gdy w trójkę dotarliśmy na dziedziniec zamkowy zobaczyliśmy 2 leżące ciała martwych strażników. Zobaczyliśmy też startującego ptaka inżynierów. Zamach? Ale na kogo skoro księżna Leda i jej najstarszy syn szli za nami? Dobyliśmy broni i popędziliśmy do wejścia do głównego budynku. W środku zobaczyliśmy leżących na podłodze Berniego, Julianusa oraz majordomusa Abonaziego. Żyli, ale wyglądali na srodze poturbowanych i nieprzytomnych.

Po ich ocuceniu i udzieleniu pierwszej pomocy dowiedzieliśmy się, że zostali zaatakowani przez dwóch nieznanych Ur-Ukarów w przebraniu inżynierów, którzy to na dodatek posługiwali się potężnymi i zakazanymi mocami umysłu! Prawdopodobnie dzięki tym mocom uszkodzili zamkowy generator prądu, zabili strażników, zniewolili jakoś umysłowo Abonaziego, pokonali naszych dwóch towarzyszy i zbiegli swoim mechanicznym ptakiem. Byli niczym nie znające strachu Demony z Otchłani Pustki! Szybko też wyszło na jaw, iż jedynym celem dla jakiego przybyli była kradzież gwiezdnego klucza prowadzącego do nieznanego Świata, który tydzień wcześniej pozyskaliśmy z wraku cesarskiego statku kosmicznego! Prawdziwy Skarb z którym wiązaliśmy wielkie nadzieję został skradziony! Klucz ten przechowywany był przez księżną w jej prywatnych pokojach i sejfie, ale najwyraźniej nie stanowiło to problemu dla tych morderców i złodziei. Pewnikiem wprost z umysłu Abonaziego wyciągnęli informację gdzie dokładnie jest klucz i jak otworzyć sejf. Taki gwałt na umyśle i duszy powodował we mnie głęboką odrazę. Większego grzechu już chyba nie można było popełnić.

Na Wszechstwórcę! Po raz kolejny mieliśmy do czynienia z tak znienawidzonymi przez Kościół i zwykły lud Psionikami! W Znanych Światach było ich bardzo mało, ale niejednokrotnie przeor Gregory mówił mi, iż stanowią wielkie zagrożenie i bycie Inkwizytorem, który pleni takie chwasty to zaszczyt i największa służba, a nie przykry obowiązek. Tylko najsilniejsi ze sług Kościoła mogą stać się inkwizytorem, aby podołać m.in. tak trudnym i potężnym przeciwnikom. Poza tym skąd owi dwaj wiedzieli wcześniej, że w ogóle odzyskaliśmy ten klucz, gdzie mniej więcej może być i kiedy najlepiej przybyć do Sokolego Gniazda, aby go zrabować? Na dodatek cała akcja był brawurowa i świetnie przygotowana. Miałem mocne podejrzenie, iż na zamku mają jakiegoś sekretnego informatora, czyli wśród 300 osób wiernych Hawkwoodom jest zdrajca i to blisko księżnej skoro wiedział o kluczu.

Chcieliśmy oczywiście od razu ruszyć w pogoń, ale okazało się, iż jedyny pozostały mechaniczny ptak księżnej został celowo uszkodzony przez Ukarów i nie nadaje się do lotu. Komunikatory dalekiego zasięgu nie miały zasilania i nawet prom Hazatów wcześniej odleciał w jakiś ich sprawach. Byliśmy więc całkiem odcięci i nijak nie mogliśmy ruszyć w pościg, a z każdą chwilą ptak inżynierów z mordercami i kluczem oddalał się od Sokolego Gniazda z olbrzymią prędkością i to niestety w nieznanym kierunku.

Jednak Wszechstwórca nie opuścił nas w potrzebie i na podłodze koło naszych poturbowanych towarzyszy znaleźliśmy wskazówkę w postaci zwykłego klucza do drzwi, ale numerowanego, oznakowanego i dość charakterystycznego. Pewnikiem zrządzeniem Wszechstwórcy wypadł z kieszeni któregoś z Ukarów podczas walki. Po wnikliwych oględzinach różnych osób okazało się, iż pochodzi z okręgu Kago, z miasta Dannock. Zaraz przypomniał mi się ojciec Diego z Kago – tam byli zamieszani w sprawę inżynierowie i tutaj mieliśmy fałszywych inżynierów. Nie istnieją takie zbiegi okoliczności, w tak ważnych sprawach, więc wiedzieliśmy, iż czym prędzej musimy udać się do Okręgu Kago i tam szukać mechanicznego ptaka inżynierów, obu Ur-Ukarów oraz przede wszystkim zrabowanego gwiezdnego klucza. Po dogłębnym zbadaniu wraku Cesarskiego Statku i samego klucza Hawkoodom już parę dni temu udało się ustalić, iż klucz ten nie otwiera jakiś odległych Wrót, ale Wrota w układzie w którym jesteśmy. Paneta Wilków – Vedi, jest zatem tuż obok Delf, co czyniło ją jeszcze cenniejszą z punktu widzenia Hawkwoodów, a ów gwiezdny klucz niemal bezcennym.

W naszej rozmowie na dodatek wyszło, iż zarówno Tybald, jak i Julianus pochodzą z okręgu Kago i dość dobrze go znają. Tybald Rochfort mógł nawet zostać jednym z władców tego okręgu, ale w następstwie jakiś niezrozumiałych dla mnie przepychanek politycznych, sądowych wyroków, przekupstwa i innych szlacheckich podstępów stał się w okręgu osobą niepożądaną. Niemniej jednak rodzina Rochfort Hawkwood rządziła okręgiem i znajomości Tybalda oraz jego wiedza mogły nam się przydać. W myślach podziękowałem Wszechstwórcy za ten dodatkowy, niespodziewany dar.

Berni Calculus i Julianus czym prędzej zabrali się do naprawy generatora prądu oraz mechanicznego ptaka księżnej. Korzystając z wolnej chwili posiliłem się i udałem do spowiedzi u Ojca Godwyna. Przed pościgiem i daleką podróżą oczyszczenie duszy wydało mi się sprawą najwyższej wagi. Wszechstwórca nie pomaga przecież grzesznikom. Nathan w tym czasie odbywał tajne rozmowy z matką, a Tybald organizował rzeczy potrzebne na dalekiej wyprawie oraz przygotowywał sobie przebranie, bo nie chciał być rozpoznanym w Kago. Jego wybór padł na strój brata Ortodoksji, który w swej wspaniałomyślności wypożyczył mu ojciec Godwyn.

Po koło 2 godzinach naprawy ukończono i otrzymaliśmy oficjalne pozwolenie księżnej na pościg mechanicznym ptakiem. Moi towarzysze za namową inżyniera Berniego postanowili, iż najpierw udamy się do pobliskiego miasta, aby porozmawiać z tutejszym przedstawicielstwie Gildii inżynierów. Chcieliśmy się czegokolwiek dowiedzieć o zapewne skradzionym mechanicznym ptaku. Po krótkim locie Julianus sprawnie posadził nas na wprost sporej siedziby Gildii.

Zżerała mnie ciekawość. Oto bowiem nadarzyła się szansa, zaglądnięcia do siedziby grzechu i herezji, kolebki bezdusznej technologii i śmierdzącej wynalazczości. Zaprawiony w walkach Przeor Kurt z De Moley, zawsze powtarzał nam, iż należy poznać swego wroga, aby łatwiej go zwyciężyć. Pomyślałem, iż moją ciekawość mogę pod to stwierdzenie spokojnie podciągnąć. Razem z Berniem i Nathanem wszedłem więc do siedziby Gildii, a Julianus i Tybald zostali pilnować ptaka. Takiej masy dziwnych rzeczy nie widziałem nigdy wcześniej. Liczne dziwaczne znaki, kolorowe linki, wypustki, zębatki, ruchome metalowe patyki, magiczne lampy różnych kształtów i rozmiarów, oraz cała masa innych rzeczy, o których nie miałem pojęcia czym są i do czego mogą służyć. No i inżynierowie – każdy jakoś oświetlony, odrażający, grzeszny, mamroczący do siebie niezrozumiałe słowa (pewnie bluźniący). Niektórzy mieli ciała jakoś zespolone z maszynami. Prawdziwa ohyda, aż się cały trząsłem. Marnym pocieszeniem było, iż ich Święte Płomienie całkiem już zgasły, a po śmierci każdego z nich czeka pełna cierpienia udręka, gdyż w ciemności nie znajdą Wszechstwórcy i w końcu pożrą ich Demony Pustki. W duchu zmawiałem modlitwę ochronną, aby nic obrzydliwego czy grzesznego na mnie nie przeskoczyło. Z wrażenia nawet nie zauważyłem którędy szliśmy, gdy nagle w trójkę stanęliśmy przed głową tutejszej Gildii, inżynierem Huesca. Dowiedzieliśmy się od niego, iż w okręgu Kago w istocie inżynierom skradziono mechanicznego ptaka i dostaliśmy nawet jakiś list polecający do tamtejszych inżynierów.

Przy wychodzeniu przypomniałem sobie, iż moim obowiązkiem jest jakoś przeciwdziałać grzechom wynalazczości. W pojedynkę nie mogłem oczywiście zbrojnie zniszczyć tej siedziby, ale wykorzystując podstęp skorzystałem z toalety i wysmarowałem na ścianach inżynierom napisy: „Chwała Wszechstwórcy!”, „Eskaton nadchodzi” i „Rozpalcie w sobie Święty Płomień”. Tym samym uspokoiłem trochę swoje sumienie.

Po wyjściu okazało się, że nasz ptak jest zamknięty na głucho, a Julianus i Tybald gdzieś zniknęli. Zanim jednak zdążyliśmy się zdenerwować, Berni odebrał w swej skrzekotce wiadomość od naszych towarzyszy, iż mamy się szybko udać do jakiejś konkretnej bramy wśród miejskich uliczek. Na miejscu zobaczyliśmy Julianusa i Tybalda, stojących obok świeżego trupa hazackiego żołnierza, otulonego w szary płaszcz z kapturem. Poznałem tego żołnierza – bo kilka razy go widziałem wcześniej. Z wyjaśnień inżyniera i pilota wynikało, iż rozpoznali i śledzili tego żołnierza od naszego ptaka, bo w przebraniu potajemnie gdzieś szedł i coś knuł, a potem ten żołnierz zauważył ich i zaatakował, co przypłacił życiem. Moi towarzysze wypatrzyli też wśród przechodniów w oddali drugiego Hazata w przebraniu, ale niestety zdołał uciec. Hazaccy żołnierze, którzy przybyli na Fryzję wraz z księciem Victorianem mogli poruszać się bez przeszkód, ale oficjalnie – w swoich mundurach, a nie potajemnie jak szpiedzy. Niewątpliwie coś tutaj sekretnie robili grzesznego, a do mnie od razu wróciły wszystkie podejrzenia co do Hazatów i ich roli w zestrzeleniu Cesarskiego statku oraz śmierci Ernana Hawkwooda i jego kohorty. Ile jeszcze trzeba było dowodów, aby rodzina Hawkwood zrozumiała, iż Hazaci są ich wrogami i coś paskudnego knują?

Nathan w swej dobroduszności, dumie, obowiązku i poczuciu honoru, powiedział nam wszystkim, iż naszą misję trzeba chwilowo przerwać, bo osobiście musi wyjaśnić księciu Victorianowi Hazat śmierć owego żołnierza. Musimy więc natychmiast wrócić do Sokolego Gniazda. Taką postawą byłem wstrząśnięty – z powodu hazackiego grzechu mieliśmy nabrać wielogodzinnego opóźnienia w tak ważnym pościgu i misji? Przekonałem Nathana, aby chociaż skontaktował się z matką w tej sprawie. Ku uldze wszystkich (poza Nathanem), w zamku postanowiono, iż oni się wszystkim zajmą, a my mamy lecieć dalej, do okręgu Kago. Wezwano więc żołnierzy Hawkwoodów, by zajęli się martwym Hazatem, a my wróciliśmy do ptaka.

Gdy nabraliśmy wysokości, z okien maszyny zachwycałem się licznymi cudami planety Delfy jakimi Wszechstwórcą ją obdarzył. Jakże była ona odmienna od znanych mi Pantateuch czy De Moley. Na północy mnóstwo śniegu i arktyczna tundra, ale czym bliżej południa więcej widać było zielonych lasów, pól i stepów. No i piękny ocean. Gdy spoglądałem na duże pomarańczowe słońce przypomniałem sobie, iż czytałem niedawno, że jeszcze kilkaset lat temu planeta była dużo cieplejsza niż teraz, a w czasach zamierzchłych była podobna do Św Terry i nawet wcale nie trzeba jej było terraformować. Słońce Delf gasło nawet szybciej niż inne, jednak czy oznaczało to, iż ludzie na Delfy grzeszą bardziej niż inni? Nie byłem pewien. Niezbadane są ścieżki Wszechstwórcy.

W końcu zobaczyliśmy przed sobą teren bardzo uprzemysłowiony. Kominy, fabryki, olbrzymia ilość uliczek i domów, a przede wszystkim kłęby dymu, smogu, chemikaliów i ciemne oleiste chmury wiszące nisko na niebie. No i dławiący chemiczny smród techniki, od którego zbierało się na wymioty. Tak oto przywitał nas przemysłowy i bogaty okręg Kago. Julianus zawołał coś wesołym głosem o testowaniu silników w trakcie lądowania w mieście Dannock i z przerażeniem dostrzegłem, iż zmierza ptakiem między dwa wielkie kominy stojące bardzo blisko siebie. Zawołałem aby skręcił, ale nic sobie z tego nie robił, za to zaczął radośnie kręcić maszyną, a ja czułem, iż żołądek mi się przewraca, kiedy robiliśmy różne dzikie przewroty. Dobrze, że byłem solidnie przypięty pasami. Kominy błyskawicznie się zbliżały i ze zgrozą zrozumiałem, iż nie mamy szans się zmieścić, wąsko było niczym między włosami mojej włosiennicy. Chyba tylko jej szorstkość utrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach, kiedy w końcu wpadliśmy położeni bokiem między oba kominy. Zamknąłem oczy szykując się na spotkanie ze Wszechstwórcą, zacząłem więc gorliwie się modlić za nasze dusze, ściskając w ręku Świętą Relikwię. Kiedy jednak odmawiałem kolejną litanię, nasz ptak cudownie osiadł na lądowisku! Przeżyliśmy! Chwała Wszechstwórcy! Nie wiedziałem, czy bardziej  złościć się na naszego pilota za jego głupią brawurę, czy też mu dziękować za cudowne ocalenie. Odpiąłem się błyskawicznie i pognałem przywitać upragniony grunt, ale wtedy mój żołądek ostatecznie się zbuntował. Kiedy moi towarzysze byli witani przez delegację szlachecką, ja wypluwałem z siebie posiłki minionego dnia, a potem wlokłem się za nimi roztrzęsiony i bez sił. Końcowo Nathan załatwił nam jakiś hotel na noc i mogłem w spokoju dojść do równowagi ducha i ciała.

Moi towarzysze dowiedzieli się w międzyczasie, że zamordowanie w zamachu ukochanego Ojca Diego wywołało spore zamieszki w mieście i nowe porządki. Śmiercią wzburzyli się nieludzie, których było w okolicy stosunkowo sporo, dzięki naukom Ojca. Również jednak zwykli ludzie kochający Wszechstwórcę zapragnęli sprawiedliwości i pałali gniewem. Straż miejska nie dała sobie rady, poniosła straty i dopiero siły Avestian pod dowództwem Diakona Da Guerry zdołały uspokoić sytuację i w tej chwili to oni patrolują miejskie ulice i prowadzą dochodzenie. Pierwsze podejrzenia tłumów padły na inżynierów, ale potwierdziło się, iż ktoś się pod nich tylko podszył. Potem celem stał się lokalny szlachic baronet William Ost znany ze swej nietolerancji względem obcych i poglądów skrajnie odmiennych od Ojca Diego. Doszło do tego, iż lokalni władcy z rodziny Rochfort musieli nałożyć na niego areszt domowy w obawie o jego życie i aby trochę uspokoić tłumy. Wciąż jednak sytuacja była bardzo napięta.

21.04.4999, planeta Delfy, okręg Kago, miasto Dannock

Rankiem krótkie samobiczowanie i ćwiczenia fizyczne przywróciły mi formę i spokój. Dochodzenie w sprawie fałszywych inżynierów Ur-Ukarów rozpoczęliśmy od wizyty w miejscowej siedzibie Gildii Inżynierów. Doświadczenia z poprzedniej takiej wizyty pozwoliły mi się skupić już tylko na sednie spraw. Dowiedzieliśmy się iż przed dwoma tygodniami zaginęło 2 inżynierów Matt Mols i Laian Da Volt, a wraz z nimi mechaniczny ptak należący do Gildii. Co więcej inżynierowie swoją magią zwykle mogli namierzać serca swoich ptaków, ale tym razem po zaginięciu serce przestało się odzywać i ptaka nie można było namierzyć, ani w ogóle jakkolwiek zlokalizować. W duchu bardzo rozbawiała mnie ta niekompetencja oraz niezaradność osławionych inżynierów i ich magii techniki. Na koniec wizyty otrzymaliśmy przydatną informację na temat klucza zgubionego przez złodziei Ur-Ukarów – dokładny adres rzemieślnika, który go wykonał.

Wizyta u rzemieślnika była krótka i owocna. Po uiszczeniu opłaty usłyszeliśmy, iż klucz wykonano dla miejscowego bandziora, starego Ukara Orano Vak o pseudonimie Klinga. Poznaliśmy też jego przybliżony adres w dzielnicy nędzy. Wszystko zdawało się pasować. Ukar zamówił klucz, inni Ukarzy go zgubili, a miasto pełne było Ukarów. Tylko dlaczego zginął ksiądz Diego, który przecież Ukarom dobrze życzył, dbał o nich i ich kochał?

Miejscowa straż poinformowała nas, iż dzielnica Klingi należy do bardzo niebezpiecznych i musimy być ostrożni. Tybald na dodatek coś przebąkiwał o jakimś wpływowym i niebezpiecznym  miejscowym Pozyskiwaczu Bursie, z którym miał jakieś dawne, ostre zatargi, przez co wszyscy mogliśmy być narażeni na dodatkowe niebezpieczeństwo. Nasz Rycerz Poszukujący w przebraniu Ortodoksa zarzucił sobie swój mnisi kaptur nas głowę i widać było tylko jego świdrujące oczy. Faktycznie się czegoś obawiał. To jego przebranie z jednej strony trochę mnie śmieszyło, z drugiej bulwersowało, bo było kłamstwem. Jednakże jeśli to pozwoli zachować mu życie i zdrowie, to raczej łatwo uzyska rozgrzeszenie.

Pomimo ostrzeżeń czas naglił, a my byliśmy pewni siebie, więc zagłębiliśmy się w miasto. Bardzo szybko zrządzeniem Wszechstwórcy nasza odwaga została nagrodzona. Przed nami stał kościół Ortodoksji, otoczony przez Avestian, a z oddali przez nieludzi. Nasze przypuszczenia szybko się potwierdziły – mieliśmy przed sobą Kościół Ojca Diego. Ku mojemu zdumieniu, Avestianie do których podszedłem, nie chcieli mnie przepuścić do Świątyni z racji dochodzenia jakie prowadzą. Jak zwykle też bracia Avestianie, byli dość prości, mało ogarnięci, za to bardzo podejrzliwi i chętni do używania swoich śmierdzących olejem Ka miotaczy płomieni. W końcu jednak przepuścili nas do zakrysti, gdzie udało mi się porozmawiać z młodymi, wystraszonymi kapłanami Ortodoksji, którzy faktycznie wiedzieli co zaszło i jak zginął ojciec Diego.

Ponad tydzień temu zaufany wychowanek ojca Diego, małpopodobny nieczłowiek czyli Gannok o imieniu Magrack, powiązany z gildią inżynierów, zamówił dla ojca nową święcącą kulę do Kościoła. Tydzień temu przed kościołem wylądował mechaniczny ptak inżynierów i wysiadło z niego młodych dwóch Ur-Ukarów w ubraniach inżynierów – kobieta i mężczyzna poznaczony licznymi bliznami. Rankiem gdy Ojciec Diego chciał skorzystać z blasku kuli, ta eksplodowała zabijając go i niszcząc część Kościoła. Dopiero później wyszło, iż ptak był skradziony, a Ur-Ukarzy nie byli w istocie inżynierami, tylko zamachowcami. Gannok Magrack gdzieś przepadł i był usilnie poszukiwany właściwie przez wszystkich. Na dodatek po opisach Ukarów, Berni i Julianus potwierdzili, iż było to tych samych dwóch, którzy napadli na Sokole Gniazdo i ukradli gwiezdny klucz.

Nie wiedzieliśmy jak można połączyć zamach na Ojca Diego z ukradzeniem gwiezdnego klucza, ale niewątpliwe było, iż Ojciec Diego był pierwszym i głównym celem, a sprawa klucza pojawiła się dla morderców później, z potrzeby chwili. Drugą możliwością było, iż Ukarzy są najemnikami, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko i dostają po prostu kolejne zlecenia od nieznanej siły. Mieliśmy nadzieję, że kiedy ich wreszcie dopadniemy wszystko się wyjaśni.

Wyruszyliśmy w głąb coraz biedniejszych uliczek Dannock w stronę siedziby Klingi. Z każdym rogiem ulicy czuliśmy na sobie coraz to większy ciężar spojrzeń, ale nikt nas nie zaczepiał. Ostatni Avestianie-strażnicy zostali daleko z tyłu, gdy nagle Berni ostrzegł nas, iż jesteśmy śledzeni – przez człowieka i przez jakiegoś Gannoka. Kiedy jednak chcieliśmy bliżej poznać obu – zniknęli nam z oczu. Atmosfera wokół nas szybko gęstniała niczym zupa z bulw owadzich z Pantateuch i lada chwila spodziewaliśmy się ataku ze strony nieludzi – raz po raz widzieliśmy nieprzychylne spojrzenia zza okien, dachów i murów. Zacząłem głośno śpiewać litanię na cześć Wszechstwórcy, a Tybald i Bernie wpadli na pomysł z zakupem dużej ilości pieczywa dla biednych. Kiedy jednak zaczęliśmy to rozdawać okazując współczucie, zebrał się jeszcze większy głodny tłum, z którego szybko wyłonił się pewien Obun. Krzykami i nieprawdą podjudzał przeciwko nam i nie trafiały do niego żadne argumenty, ani nawet moje krótkie kazanie. Końcowo musieliśmy umknąć przed gniewnym tłumem poprzez kolejne bramy i podwórka.

Od przypadkowego dziecka, a potem od Ukarskiej kobiety dowiedzieliśmy się, gdzie dokładnie mieszka ów stary, ponoć bardzo niebezpieczny Ukar Klinga. Co więcej okazało się, iż nasz znaleziony klucz pasuje do jego drzwi na piętrze w jednej z kamienic. Wiedzieliśmy iż oboje Ukarzy-Psionicy musieli tu bywać, więc przygotowaliśmy się do walki. Spodziewając się psioników zastosowaliśmy nawet krótkie metody koncentracji, których wcześniej nauczyłem moich towarzyszy – miały na celu lepszą obronę swojej duszy i umysłu przed wrogimi mocami. W końcu wkroczyliśmy. W środku wstępnie zobaczyliśmy  dwóch półnagich mężczyzn, leżących pod ścianą i będących pod wpływem jakiegoś narkotyku, a potem w głębi zobaczyliśmy kompletnie nagą, dużą i grubą kobietę, z ogromnymi kobiecymi atrybutami, chwiejącą się na nogach. Nawet na rycinach brata Ruprechta, który uczył nas anatomii, nigdy nie widziałem czegoś takiego. Czym prędzej odwróciłem się, aby nie mieć nieczystych myśli i poprosiłem towarzyszy, aby ją zakryli. Tymczasem jednak nasz młody Berni całkiem zgłupiał od tego widoku i zanurzył się całkowicie w jej obfitych kształtach (tak mi potem opowiadano). Nagle z głębi mieszkania wyskoczyła następna goła postać – stary, chudy Ukar poznaczony bliznami, z nieobecnym od narkotyków wzrokiem, natarł na nas z jakimś paskudnym, wielkim nożem w ręku. Zawołałem do niego aby się opamiętał, iż chcieliśmy tylko porozmawiać, ale było już za późno – Nathan rapierem, a Tybald mieczem odpierali jego wściekłe ataki i wyprowadzali swoje. W tym czasie Berni nagle strasznie wrzasnął i krew siknęła – gruba kobieta znienacka odgryzła mu pół ucha! Miałem nadzieję, iż Julianus i Berni poradzą sobie z kobietą, zacząłem więc wyprowadzać błyskawiczne ciosy pięściami, chcąc wspomóc obu szlachciców i ogłuszyć Ukara. 5 lat bracia z Bractwa Wojennego uczyli mnie tych szybkich ciosów, ale wobec tego niezwykle zręcznego Ukara okazywały się nieskuteczne – wił się niczym ryba i uskakiwał przed każdym atakiem. W końcu jednak jakiś cios Natahana dotarł celu, potem Tybalda i Ukar ledwo co stał – wykorzystałem okazję i złapałem go oburącz, ściskając ku sobie, a Tybald dokończył sprawę ogłuszając go płazem swego wielkiego miecza. W międzyczasie udało się też pokonać kobietę i zastraszyć obu obudzonych mężczyzn – tak oto mieszkanie należało do nas, a nieprzytomny i poraniony Ukar leżał u naszych stóp. Chwała Wszechstwórcy!

Gdy ja bandażowałem Ukara aby przeżył, Berni zastosował na sobie techniczny eliksir medyczny i jego ucho w końcu przestało krwawić. Pozostali moi towarzysze przeszukiwali mieszkanie. Z najbardziej ciekawych rzeczy znaleźli dwa dokumenty: pierwszy w szufladzie, oficjalnie nadający Ukarowi wolność, w zamian za osiągnięcia w walkach gladiatorskich na planecie Severus, drugi – jakiś nadpalony fragment listu znaleziony w piecyku:

„Łupieżcy Hardy Bucka zginęli razem z Noro, ale Zwiadowca twierdzi, że można wykorzystać grupę z siedzibą w 13 24,6328; 20 17,4418. Noro już kiedyś z nimi współpracował. Dowodzi nimi Ursus – łupieżca o ponurej sławie, ale chciwy, więc do wykorzystania. Sokoły  nie wiedzą, gdzie mieści się jego kryjówka.”

Julianus od razu wyłapał, iż te numery to współrzędne geograficzne jakiegoś miejsca na Fryzji (potem już kiedy byliśmy na mechanicznym ptaku na mapach sprawdził, iż chodzi o miejsce nazwane Doliną Smoczego Oddechu). Co do reszty – Łupieży Hardy Bucka to bandyci, których pokonaliśmy we wraku Cesarskiego statku kosmicznego, Noro – to martwy Obun Psionik, a Sokoły to pewnie Hawkwoodzi z Sokolego Gniazda. Nie znaliśmy owego Zwiadowcy, ale być może chodziło o szpiega w Sokolim Gnieździe. Na tą chwilę musiały nam wystarczyć koordynaty kolejnej grupy Łupieżców współpracującej z naszymi tajemniczymi wrogami i stary Ukar, który z pewnością miał sporo informacji, skoro znał Psioników (dał im przecież klucz od swojego mieszkania).

Dwaj półnadzy ludzie okazali się klientami tej narkotycznej speluny i zasadniczo nic nie wiedzieli. Związaliśmy ich i zostawiliśmy w spokoju. Poza tym natknęliśmy się na sporą kolekcję broni białej i wiele różnych narkotyków, którymi chętnie zajął się Julianus. (Już wcześniej zauważyłem, iż ma narkotykowi nałóg, ale teraz zyskałem pewność. Muszę pamiętać, aby zająć się tym jego grzechem w przyszłości).

Końcowo postanowiliśmy czym prędzej opuścić to miejsce, ale niesienie nieprzytomnego Ukara, jak rannego prosiaka, przez dzielnicę nieludzi byłoby szczytem nieostrożności, jeśli nie głupoty. Julianus i Berni poszli więc po naszego ptaka, a nam pozostało czekanie na jego przylot i ewakuację z dachu kamienicy.

Po jakiejś godzinie nastała noc, ale wszyscy byliśmy znów razem, tyle że z dodatkowym i nieoczekiwanym pasażerem. Kiedy Julianus jeszcze na lądowisku otworzył mechanicznego ptaka okazało się, iż w środku czekał na nas Gannok Magrack!  Chciał wyjawić nam różne tajemnice, ale przede wszystkim chciał prosić o pomoc, ponieważ wszyscy go szukają w sprawie zamachu na Ojca Diego. Po Avestianach spodziewał się największej podejrzliwości oraz licznych gorących przesłuchań i pewnie w tej sytuacji miał rację.

Gdy wciągnięto mnie na linie na pokład, przyjrzałem mu się z bliska – pierwszy raz w życiu stał przede mną Gannok, w moich klasztorach ich nie było. Faktycznie był mocno podobny do małpy ze Św Terry: około metra wzrostu, przysadzisty, pokryty futrem. Długie ręce i długie palce, giętki ogon, bystre oczy. Tak jak kiedyś czytałem skóra wydzielała mu trochę przykry odór, ale dało się wytrzymać. Gdy mówił po urtyjsku dalej trochę mlaskał i cmokał, wiedziałem, że ta rasa tak ma i właśnie przez to cmokanie i mlaskanie ma swoją nazwę. Kojarzyłem też, iż ogromne znaczenia ma dla nich rodzina i lubują się w sprawach technicznych, może dzięki temu łatwo wszedł do naszego zamkniętego przecież mechanicznego ptaka.

Magrack zasadniczo przyznał nam się do znajomości i współpracy z oboma Ukarami-zabójcami o imionach Ral i Kana. Jednak jak twierdził nic nie wiedział o tym, iż chcą zamordować ojca Diego, którego Magrack kochał nad życie. Twierdził, iż również nie wiedział o bombie, a kiedy wybuchła uciekł w panice, a potem ukrywał się jak tylko mógł. Nie wiedział gdzie obecnie są Ukarzy-zabójcy. Prosił nas tylko abyśmy wywieźli go z miasta i wysadzili w bezpiecznym dla niego miejscu. Zdradził nam jeszcze kto jest zdrajcą w Sokolim Gnieździe – doktor Emo, stary obun, który cieszył się zaufaniem Hawkwoodów od lat.

Oprócz tych rewelacji Gannoka, komunikator dalekiego zasięgu ptaka przekazał nam szczątkową informację, iż księżna Leda chce się pilnie skontaktować ze swym synem Nathanem. Berni pracował nad nim ostro, chcąc zwiększyć jego moc, abyśmy mogli szybko skontaktować się z Sokolim Gniazdem.

Wszyscy już byliśmy zmęczeni trudami dnia, a Panicz Nathan dodatkowo oszołomiony został tym co powiedział Gannok i uwierzył mu bezgranicznie. Obiecał mu też, iż wysadzimy go tam gdzie chce. Osobiście byłem dość sceptyczny co do przekazanych informacji i nie znajdowałem w sobie współczucia dla Magracka. Chciałem za to sprawiedliwości i prawdy. Przyczynił się przecież do śmierci Ojca Diego i powinniśmy go zabrać ze sobą na Fryzję, aby wyznał wszystko co naprawdę wie. Ewentualnie powinniśmy oddać go tutejszemu biskupowi Ortodoksji Tevezowi, lub też prowadzącemu dochodzenie Diakonowi Avestian Da Guerze lub też w ostateczności szlachcicom Rochfort władającymi okręgiem Kago. Niestety, Nathan nie zgodził się na żadną z moich propozycji i wkrótce wylądowaliśmy, a zwinny Gannok zniknął w ciemnościach nocy.

Komunikator w końcu złapał łączność i ku naszemu przerażeniu dowiedzieliśmy się, iż ktoś w tajemnicy porwał z zamku panienkę Jessebelle, siostrę Nathana i teraz żąda za nią wydania Gwiezdnego Klucza pozyskanego z Cesarskiego Statku! Na dodatek przecież klucza nie mieliśmy, bo ukradli go Ukarzy. Świat oszalał, a zbrodnie i grzechy wokół nas ściskały nas jak imadła. Pędziliśmy tak szybko jak tylko ptak dawał radę, ale i tak mieliśmy przed sobą kilka godzin  bardzo nerwowego lotu. Nathan już kompletnie zamknął się w sobie i patrzył w dal nieobecnym wzrokiem. Było mi go żal, ale nic na tą chwilę nie mogłem uczynić.

Gdy pod nami przesuwały się wody oceanu zrządzeniem Wszechstwórcy Tybald uratował nam wszystkim życie. Być może Wszechstwórcy było łatwiej zesłać mu objawienie z uwagi na kapłański ubiór Tybalda, nie wiem. Nagle jednak poprosił Berniego o pomoc w sprawdzeniu wnętrza naszego ptaka. Powiedział, iż być może Gannok coś zmajstrował. Nie bardzo miałem jak im pomóc, nie znając się na tych sprawach, więc oddałem się rozmyślaniom, iż w istocie muszą być dwie osobne i tajne grupy pożądające Gwiezdnego Klucza z Cesarskiego Statku – grupa Ukarów i Obunów oraz grupa, która teraz porwała panienkę – przypuszczalnie to Hazaci. Knuli coś przecież w mieście i cały czas byli w zamku. Z rozmyślań wyrwała mnie jednak nagle mina Berniego, gdy otworzył jedną z szafek. Bladość, zdumienie, strach… Podskoczyłem do niego, a on wysapał „BOMBA!, mamy 2 minuty czasu! Zginiemy!”. Faktycznie – zobaczyłem zawieszone na linkach naszego ptaka dziwne, tykające urządzenie z wieloma kabelkami i zegarem. Mój alchemiczny nos wyczuł smrodek materiałów wybuchowych. Odsunąłem inżyniera zdecydowanym ruchem i w jednej chwili przywołałem w sobie całą pasję wiary oraz chęci ochrony życia mych towarzyszy niczym Mantius Żołnierz. Ścisnąłem w ręku Świętą Relikwię i wezwałem na pomoc Wszechstwórcę – za mocą mojej Teurgii sięgnąłem do bomby i w jednej chwili zamieniłem ją w kamień! Niestety uszkodzeniu uległy też struny naszego ptaka, ale z tym już nasz inżynier szybko sobie poradził robiąc sprawnie jakieś obejścia. W tym czasie Julianus ślizgał się w powietrzu, niczym prawdziwy ptak, nie wykonując żadnych manewrów uszkodzonym pojazdem. Tak oto wspólnymi siłami i z ogromnym wsparciem Wszechstwórcy uniknęliśmy śmierci w zamachu bombowym Gannoka, którego wypuściliśmy z rąk…

Zmówiłem długą litanię dziękczynną. W tym czasie Nathan straszliwie zbladł i zaniemówił świadomy swojego straszliwego błędu, a pozostali towarzysze wpatrywali się we mnie zdumieni pokazem teurgii i porażeni faktem, iż tak łatwo wszyscy mogliśmy zginąć. Potem już moje myśli krążyły wobec innych spraw. Poszukiwałem oświecenia w sprawach które nas dotknęły. Czy wszystko co powiedział zdradziecki Gannok było kłamstwem? Co spowodowało, że zapragnął naszej śmierci i to jeszcze zanim ujęliśmy Klingę? Dlaczego zginął ojciec Diego z rąk kochających go nieludzi, a nawet z rąk własnego wychowanka? Czy po prostu dowiedział się zbyt dużo? Może na spowiedzi? Co łączyło Ukarów, Obunów, a nawet Gannoka, iż skłonni byli oni zabijać swych przyjaciół? Odpowiedź mogła być tylko jedna – marzenie każdego obcego – wolność, własna planeta bez nas – ludzi… Żadna z obcych ras nie miała już przecież własnej planety. Czyż każdy obcy nie oddał by za to życia? Musi więc chodzić o Vedi, planetę Wilków, planetę tylko o jeden gwiezdny skok od Delf…

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.