Dolina Smoczego Oddechu

Niewiele brakowało, a mój pamiętnik skończyłby się na dwóch rozdziałach, a to za sprawą brutalnego łupieżcy Ursusa, którego uścisk wciąż czuję na połamanych żebrach. Ale dzięki łasce Wszechstwórcy, oraz staraniom brata Takashi i Berniego żyję, choć muszę na razie sporo czasu spędzać spoczywając w łożu. Dlatego ten rozdział, trzeci już, zmuszony jestem dyktować zaufanemu słudze, Vatrasowi.

Zacznę od momentu, gdy szczęśliwie rozbroiwszy bombę, wróciliśmy z okręgu Kago do rodzinnego Sokolego Gniazda, przywożąc nieprzytomnego Ur-Ukara ‚Klingę’. W zamku panował rozgardiasz, porwanie Jessebelle i żądanie okupu zbiegło się bowiem w czasie ze śmiercią naszego wypróbowanego majordomusa Abonazego, oraz z przybyciem ważnego gościa z Byzantium Secundus, cesarskiego doradcy i spowiednika, Bran Botana vo Karm. Wprost z pokładu naszego Mechanicznego Ptaka przeszliśmy do wielkiej sali audiencyjnej, w której oczekiwali nas Matka i Harlan w towarzystwie znamienitego gościa.

Bran Botan był Ur-Obunem, więc wobec otaczającej nas konspiracji nie-ludzi od razu powzięliśmy  wobec niego niejasne podejrzenia. Jakby na potwierdzenie naszych obaw dostojny gość prostacko i bezceremonialnie wtargnął do umysłów Berniego i Julianusa, dwóch członków Gildii. Czy zrobił to po to, by zbadać ich prawdomówność, gdy streszczaliśmy wyniki naszej misji w Kago, czy w innym jeszcze celu, nie wiemy, ale sam fakt, jak określił to Bernie, „gwałtu na umyśle” był oburzający. Co prawda brat Takashi wyjaśnił nam, że Obun odwołał się do danej mu od Wszechstwórcy mocy obnażania grzechów, którą i on sam posiadł, oraz, że jest to zupełnie coś innego niż bezpośrednie przejęcie cudzego umysłu, którego użyli poprzednio na Berniem i Julianusie atakujący zamek Ukarowie, ale pewien niesmak pozostał.

Oczywiście nie wyjawiliśmy cesarskiemu wysłannikowi wszystkiego czego się dowiedzieliśmy, odpowiedzieliśmy jedynie na bezpośrednie pytanie Matki, że nie odnaleźliśmy napastników, którzy dokonali zuchwałej kradzieży Klucza z Sokolego Gniazda. Ja, co prawda, doskonale wiedziałem, że prawdziwy Klucz został przez Matkę ukryty, ale miałem nadzieję, że Bernie i Julianus nie uświadomili sobie tego w pełni, mimo dość oczywistej wskazówki w postaci okupu, którego żądali „nieznani” porywacze w zamian za uwolnienie Jess. Tak, czy owak, na szczęście to przesłuchanie nie przeciągnęło się zanadto, wymówiliśmy się zmęczeniem po podróży i udaliśmy do naszych komnat na godzinny odpoczynek.

Potem spotkaliśmy się ponownie, by zdać relację Matce, już pełną i bez przemilczeń. Tym razem ona sama wyjawiła, że prawdziwy Klucz jest bezpieczny, ale jeśli ma tak pozostać, musimy odbić moją siostrę z rąk porywaczy. W zamku wiedzieli tylko, że porywaczy było czterech, uprowadzili Jessebelle podczas jej porannej przechadzki po lodowcu, którą odbywała tylko w towarzystwie Snowballa. Niedźwiedź był oszołomiony, kiedy go znaleziono, zapewne podano mu truciznę, taką jaką Ukarzy zastosowali wcześniej na Berniem. Porywacze odlecieli Mechanicznym Ptakiem. Potem przysłali żądanie okupu, w postaci Gwiezdnego Klucza, a wymiana miała się odbyć w południe, przy czym miejsce porywacze mieli podać tuż przed samą wymianą, co uniemożliwiało przygotowanie jakiejkolwiek pułapki. To znaczy my nie mogliśmy jej przygotować, natomiast zdradzieccy Ukarzy jak najbardziej.

Na podstawie niedopalonej notatki znalezionej w piecu u ‚Klingi’ domyślaliśmy się, że moja siostra przetrzymywana jest w Dolinie Smoczego Oddechu, postanowiliśmy więc wyruszyć nie zwlekając. ‚Klinga’ został umieszczony w celi, gdzie miał oczekiwać na przesłuchanie przez Garbasa, gdy tylko skończy się narkotykowy trans, zaś wobec doktora Eno Matka postanowiła zastosować na razie jedynie dyskretną obserwacją, bo choć sama miała zdaje się podobne do moich podejrzenia, lata nienagannej służy kazały jej wątpić, że doktor mógłby być zdrajcą. O śmierci Abonazego wiedziano tylko tyle, że dręczony wyrzutami sumienia po tym, jak mimowolnie pomógł napastnikom ukraść bezcenny, jak sądził, Gwiezdny Klucz, czuł się niegodny nadal piastować swoje stanowisko i nawet żyć. Napisał pożegnalny list i odebrał sobie życie. Z nowym majordomusem, Haroldem, zamieniłem co najwyżej dwa zdania, czas bowiem naglił.

Wyruszyliśmy wczesnym świtem, tuż po tym, jak lądowisko opuścił eskortowiec Bran Botana, którego Harlan prowadził na miejsce pochówku załogi „Columbusa 13”, która spoczęła w lodowym grobowcu wyciętym nieopodal miejsca katastrofy statku. Przed odlotem dokładnie przestudiowaliśmy mapy i opracowaliśmy plan ataku na kryjówkę bandy. Julianus prowadził naszego Ptaka nisko, tak by trudno go było dostrzec i wylądował w małej kotlince skalnej kilka kilometrów od Doliny Smoczego Oddechu. Te kilka kilometrów przebyliśmy pieszo, ubrani w maskujące białe kombinezony, dokładnie lustrując okolicę przez lornetki, ale nie dostrzegliśmy żadnych posterunków łupieżców na zewnątrz Doliny, ani na otaczającej ją skalnej grani. Grań ta spływała kłębami pary, wydobywającej się ze znajdujących się wewnątrz Doliny szczelin i było jasne dlaczego nosi ona właśnie taką, a nie inną nazwę.

Mimo braku straży nie obyło się jednak bez kłopotów i niebezpieczeństw. Już na ostatnim odcinku, gdy przecinaliśmy małą kotlinkę dzielącą nas od grani otaczającej Dolinę Smoczego Oddechu, usłyszeliśmy nagle trzask pękającego lodu, a potem niespodzianie pod moimi nogami otwarła się szczelina. Poleciałem w dół, ciągnąc za sobą pozostałych, ponieważ byliśmy powiązani linami. Wielki kuzyn Tybald wpadł w szczelinę zanim zdążył zorientować się, co się dzieje, brat Takashi próbował zapierać się na lodzie, ale nie na wiele to się zdało i poleciał jako następny, po nim Julianus i dopiero ostatni i najmniejszy z nas, Bernie Calculus, zdołał wbić czekan i powstrzymać całą naszą piątkę od upadku w głęboką szczelinę.

Bernie leżał więc na lodowcu na krawędzi szczeliny trzymając kurczowo czekan wbity w lód, na naprężonej linie wisieli kolejno Julianus, Takashi i Tybald, ja sam zaś byłem na poziomie tego ostatniego, ponieważ udało mi się wbić czekan w lód już podczas spadania, dzięki czemu przynajmniej nie obciążałem czekana Berniego. Teraz należało wydobyć się z tej niezręcznej sytuacji i to szybko, jeśli mieliśmy odbić Jess przed południem, kiedy to miała się odbyć wymiana na Gwiezdny Klucz. Najpierw kuzyn Tybald wszedł na moje ramiona i wbił swój czekan wyżej, na poziomie brata Takashi, następnie wyciągnął mnie na swój poziom, potem w ten sam sposób Takashi, Tybald i na końcu ja dostaliśmy się na poziom Julianusa, a potem kolejny wdrapaliśmy się na górę. Udało się, ale na całą operację straciliśmy godzinę.

Odpocząwszy krótko, już bez dalszych przeszkód dostaliśmy się na grań, otaczającą Dolinę Smoczego Oddechu. Z morza oparów, zaściełających jej dno wyłaniała się mniej więcej pośrodku skalna iglica, w której czerniał wylot jaskini, częściowo zasłonięty przez opary. Nad otworem widniał zaś inny, mniejszy, jakby balkon skalny, w którym dostrzegliśmy przez lornetki przycupniętego wartownika, z jakąś bronią opartą na ramieniu. Postanowiliśmy podkraść się do niego po cichu, pod osłoną oparów i w miarę możliwości unieszkodliwić go bez wzbudzania alarmu. Kiedy jednak zeszliśmy na dno Doliny i skradaliśmy się jej dnem nieco po łuku, by dojść do skalnej iglicy z doku, natknęliśmy się na zamaskowanego Mechanicznego Ptaka z insygniami Gildii Inżynierów.

Oznaczało to, że jesteśmy we właściwym miejscu, dwójka Ukarów-komandosów była tu, a więc była też i Jessebelle. Bernie i Julianus szybko i po cichu unieruchomili maszynę, by porywacze nie mogli nią odlecieć, po czym ruszyliśmy dalej, choć Julianusa korciło, by zakraść się do wnętrza Mechanicznego Ptaka Inżynierów. Ostatni odcinek zamierzaliśmy przebyć kolejno, by zmniejszyć niebezpieczeństwo zrobienia jakiegoś hałasu. Pierwszy Tybald przekradł się rzeczywiście bezszelestnie, ale już idący za nim Julianus zapadł się z głośnym chrzęstem w jakąś szczelinę i całe zaskoczenie diabli wzięli.

Tybald grzmotnął schodzącego zobaczyć co się dzieje wartownika w pierś czekanem, ale cios był za słaby i tamten chwycił za karabin. W tym czasie my już biegliśmy w kierunku wejścia do jaskini, a tupot naszych kroków został zagłuszony hukiem wystrzału. Rozgorzała walka, Tybald zmagał się z wartownikiem, Julianus i Takashi przebiegli koło nich i dalej, po metalowym mostku nad szczeliną, wgłąb jaskini, gdzie rozgościła się reszta bandy. Zaraz rozległy się stamtąd strzały i bojowe okrzyki tak naszych, jak i zaatakowanych łupieżców.

Dobiłem tybaldowego wartownika rapierem i pobiegłem wspomóc Eskatonika i Pilota, podczas gdy Tybald i Bernie postanowili wykurzyć ze skalnego balkoniku drugiego wartownika. W końcu im się to udało, my zaś położyliśmy trupem, lub ciężko raniliśmy trzech bandytów, próbujących naprędce sformować jako taką obronę. W tym momencie z głębi jaskiń, za pomieszczeniem, w którym toczyliśmy walkę rozległ się odległy, rozpaczliwy głoś Jessebelle, wołającej pomocy.

W pierwszym odruchu zamierzałem pobiec natychmiast w tamtą stronę, ignorując resztę zepchniętych do defensywy opryszków, ale powstrzymałem się. Pomyślałem, że nie pomogę Jessebelle, jeśli dam się samotnie zaskoczyć w ciemnych jaskiniach i że należy najpierw zebrać całą drużynę. Był to dobry plan, Mechaniczny Ptak był przecież unieruchomiony, kilka minut zwłoki nie pozwoliłoby porywaczom oddalić się na tyle, byśmy nie mogli ich dogonić. Ale oto kuzyn Tybald, który właśnie dobiegł i także posłyszał krzyk Jessebelle, jak raniony tur rzucił się sam w kierunku skalnego tunelu. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak pobiec jego śladem.

Rozdzieliliśmy się więc, przodem sadził Tybald, któremu usiłowałem dotrzymać kroku, a za nami zostali Takashi i Julianus, czekający na Berniego, który był jeszcze po drugiej stronie jaskini, a między nimi kryło się z pięciu, czy sześciu nieco skołowanych i wystraszonych, ale wciąż uzbrojonych łupieżców. Z relacji przyjaciół dowiedziałem się, że brat Takashi chciał skłonić opryszków do poddania się, ale Julianus odstrzelił jakiegoś prowodyra, który namawiał do oporu, reszta podjęła walkę i zanim ich wystrzelano lub przepłoszono minęło kilka chwil.

W tym czasie biegnący przodem Tybald wpadł do kolejnej jaskini, zdaje się mniejszej i słabiej oświetlonej, ale także zamieszkanej. A kiedy tylko przekroczył jej próg z cienia wyskoczyła ogromna sylwetka i rzuciła się na rycerza z gołymi rękoma. Był to Ursus, przywódca bandy, znany ze swej ogromnej postury i siły. Najwyraźniej zamierzał gołymi rękoma pochwycić Tybalda i zmiażdżyć w niedźwiedzim uścisku. Kuzyn jednak nadspodziewanie zręcznie uskoczył i nie zatrzymując się, by podjąć walkę z olbrzymem pomknął dalej.

Zamierzałem pójść jego śladem, ale na nieszczęście potknąłem się i wielkie łapy Ursusa zamknęły się na moim, powiedzmy to szczerze, wątłym ciele. Tryumfalny ryk olbrzyma niemal mnie ogłuszył, a jego potworny uścisk momentalnie wycisnął mi z płuc całe powietrze. Próbowałem dźgnąć go trzymanym w ręce rapierem, choćby w stopę, ale okazało się to niemożliwe, bandyta miał siłę lodowca i poczułem jak moje żebra pękają w miażdżonej klatce piersiowej. Przed oczyma pojawiły mi się czerwone kręgi, jak przez mgłę zobaczyłem jak z korytarza wypada brat Takashi, rzuca się na plecy olbrzyma, ale niestety, spada strącony jak liść z drzewa, a potem ogarnęła mnie ciemność.

Następną rzeczą, którą zobaczyłem, była czarna twarz. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że to nie żaden Demon z Pustki przybył, by mnie pożreć, ale że pochyla się nade mną Bernie Calculus, a światło ogniska płonącego na środku sali kładzie na jego twarzy głęboki cień. Ledwo mogłem oddychać, nie czułem żeber i kręciło mi się w głowie, nawet kiedy leżałem, ale żyłem. Potem okazało się, że Takashi nie dał za wygraną i gołymi pięściami stłukł Ursusa, a Bernie i Julianus dopełnili dzieła z pistoletów. Bernie zaś na powrót wlał życie w moje zmaltretowane ciało, używając leczniczego Eliksiru. Dałem Berniemu mój pistolet, obaj z Takashim pobiegli dalej, w stronę korytarza, w którym zniknął Tybald, kiedy go ostatnio widziałem. Julianus, którego pistolet plazmowy zepsuł się, został przy mnie i pomógł mi się pozbierać, a potem pokuśtykać śladem pozostałych.

Potem okazało się, że w czasie, gdy ja byłem miażdżony przez Ursusa, Tybald dopadł na żelaznym mostku, podobnym do tego przez który wchodziło się do kryjówki łupieżców, jednego z dwójki znanych nam Ukarów. Rhal, tak miał bowiem na imię, zamierzał zatrzymać pogoń i dać swej towarzyszce Arkhanie czas na ucieczkę Mechanicznym Ptakiem z uprowadzoną Jess. Najpierw obaj ostrzelali się z karabinów, Tybald ze zwykłego, a Ukar z laserowego, ale że obaj mieli tarcze, postanowili rozstrzygnąć sprawę w bezpośredniej walce. I tu kuzyn Tybald dał prawdziwie mistrzowski popis! Uczyniwszy zasłonę swym dwuręcznym mieczem, bez trudu zablokował ciosy sztyletem Ukara, sam zaś zadał dwa lekkie cięcia, które mimo rozmiarów broni przeszły pod tarczą energetyczną przeciwnika. Rhal cofnął się, poraniony i widząc, że nie sprosta rycerzowi w walce na białą broń, sięgnął po ostateczne rozwiązanie. Zza pleców wyciągnął granat i wyrwawszy zawleczkę, postanowił zdetonować się, razem z przeciwnikiem i żelaznym mostkiem na którym stali. Jednak wybuch nie zniszczył mostka, a jedynie spowodował wyłączenie tarczy Ukara. Pozbawionego ochrony, Tybald zręcznie zdekapitował jednym cięciem swego wielkiego miecza!

Następnie pobiegł w pościg za drugą Ukarką, która widząc, że Ptak jest unieruchomiony, ciągnęła opierającą się ze wszystkich sił Jessebelle wzdłuż szczeliny w lodzie, chcąc być może pieszo umknąć pogoni. Kiedy Tybald wybiegł na zewnątrz, porywaczka przystanęła, chcąc zapewne zaatakować go swą najskuteczniejszą bronią, siłami umysłu, ale wtedy Jess pchnęła ją mocno w plecy. Ukarka zachwiała się, chwyciła Jess i obie runęły w dół szczeliny, lądując w lodowatej wodzie na jej dnie.

Tybald i Takashi, który w międzyczasie dogonił go, dobiegli do szczeliny. Mnich bez zastanowienia  skoczył w głąb szczeliny, ale czy to Wszechstwórca poskąpił mu tym razem swojej łaski, czy może chciał go doświadczyć, lub może nawet powołać do siebie, dość że Takashi zaczął tonąć razem z obydwoma kobietami. Tybald nie miał wyboru i skoczył do szczeliny, dzięki swej sile jednak rozparł się w niej i zdołał utrzymać na powierzchni tak Jessebelle, Takashiego jak i Ukarkę do czasu, aż nadbiegł Bernie z liną, pożyczoną z unieruchomionego Ptaka porywaczy.

Koniec końców, wszyscy szczęśliwie zostali uratowani, choć Jess i Takashi byli w poważnym stanie. Tak szybko jak się dało Julianus i Tybald dwoma Mechanicznymi Ptakami wystartowali z czwórką chorych i rannych na pokładach, ja sam bowiem także musiałem się położyć, gdyż połamane żebra doskwierały mi bardzo. Ukarkę związano i zasłonięto jej oczy, brat Takashi bowiem, mimo słabości zdołał pouczyć nas o metodach unieszkodliwiania psioników. Po niecałej godzinie byliśmy już z powrotem w Sokolim Gnieździe, gdzie zajął się nami doktor Eno, podejrzewany o zdradę. Nie było jednak wyboru, nie mieliśmy innego lekarza, a dopóki doktor nie widział o co go podejrzewamy, nie czynił nic, by zwrócić na siebie uwagę, było więc raczej pewne, że nie zechce nas zgładzić.

Rzeczywiście, doktor opatrzył nas najlepiej jak się dało, żebra przestały mi w każdym razie doskwierać na tyle, że mogłem porozmawiać najpierw z księciem Victorianem Hazat, a potem z Bran Botanem vo Karm, cesarskim doradcą. Książę chciał się usprawiedliwić z tytułu zachowania swych żołnierzy, którzy wymknęli się do miasta w przebraniu, oficjalnie aby odwiedzić dom schadzek, jeden z nich, jak czytelnik zapewne pamięta, zginął w walce z Tybaldem i Julianusem, drugi zaś został ukarany bezterminową wartą. Choć naszym zdaniem żołnierze Hazatów mieli w mieście jakiś konkretny cel, inny niż rozrywka, udałem że wierzę w wersję księcia. Wymieniliśmy zwyczajowe uprzejmości, a książę zaprosił Jessebelle na Vera Cruz, gdyby takie było jej życzenie i to niezależnie od tego, czy oświadczyny Orana dos Santos zostaną przyjęte, czy nie.

Tu należy wyjaśnić, że w międzyczasie, to jest pomiędzy powrotem z Doliny Smoczego Oddechu, a rozmową z księciem, dowiedzieliśmy się, że dość makabryczny kuzyn księcia formalnie oświadczył się mojej, aktualnie chorej, siostrze. Matka postanowiła pozostawić Jess decyzję, ale było raczej pewne, że poprze jej odmowę. Oran był bowiem, jak pisałem poprzednio, potwornie okaleczony, a do tego zdawał się brutalny, okrutny i pyszny, co razem wzięte, czyniło go człowiekiem nadzwyczaj odpychającym. Z drugiej strony jednak Jess zapadła na skutek kąpieli w lodowatej wodzie na gorączkę lodową, którą, zdaniem doktora Eno, można było leczyć tylko promieniami słonecznymi, gdzieś, gdzie słońce grzeje mocno. Gasnące słońce Delf nie nadawało się do tej kuracji. Ku zdumieniu Matki i moim Jess przyjęła propozycję księcia Victoriana i postanowiła polecieć na Vera Cruz. O propozycji Orana dos Santos nie było na razie mowy, ale sama obecność mojej siostry na dworze książęcym stwarzała dość niezręczną sytuację. Matka, choć ze zdziwieniem, ale przyjęła decyzję córki. Czy wynikną z tego kłopoty, czy przeciwnie, czas pokaże.

Znowu jednak wybiegłem nieco naprzód i splątałem tok opowieści jeszcze bardziej. Już bowiem po rozmowie z księciem, ale jeszcze przed rozmową z Matką i wysłuchaniem decyzji Jessebelle poczyniliśmy postępy w zwalczaniu zdrajcy, który zagnieździł się w zamku. Wysłaliśmy bowiem doktora Eno do rannego ‚Klingi’, przygotowawszy uprzednio jego celę, zakładając tam szpiegujące oko i ucho, podłączone do aparatury w pokoju Berniego. Śledziliśmy całe ich spotkanie, było oczywiste, że ‚Klinga’ próbował coś powiedzieć doktorowi, który uparcie unikał z nim jakiegokolwiek kontaktu, ale kiedy już skończył zmianę opatrunków wykonał palcami dziwny znak, po którym Ukar zamilkł i jakby uspokoił się. O znaczeniu tego znaku dowiedziałem się od samego Bran Botana, a było to coś w rodzaju „nie teraz, później”, sam znak był zaś znany wszystkim Ur-Ukarom i Ur-Obunom, używały go już bawiące się dzieci. A więc ‚Klinga’ chciał coś usilnie doktorowi przekazać, a może o coś go prosił, było to jednak coś niecnego, bo Eno, podejrzewając być może, że jest obserwowany i podsłuchiwany, bał się udzielić odpowiedzi wprost i wybrał „tajemny”, ukarsko-obuński znak.

I znowu wypadałoby cofnąć się nieco, do owej rozmowy z Bran Botanem. Wysłannik cesarski bowiem, po powrocie z grobu załogi „Columbusa 13”, oświadczył, że wyrusza w dalszą drogę, skoro nikt już nie ma do niego żadnych pytań. Było to jakby zaproszenie do rozmowy i postanowiłem z tego zaproszenia skorzystać. Być może Bran Botan coś tam wyciągnął z mojej głowy swoimi cudownymi, zesłanymi przez Wszechstwórcę mocami, ale i ja dowiedziałem się całkiem sporo, więc summa summarum nie żałuję podjętej decyzji.

Dowiedziałem się przede wszystkim, jaka była misja „Columbusa 13”. Został wysłany do systemu Vedi, by nawiązać stosunki z rodem Voldokan, który władał tym układem, kiedy osiem wieków temu zerwał on kontakt ze Znanymi Światami. Mój brat Ernan miał postarać się, by Vedi rozważyło propozycję Cesarza powrotu do wspólnej rodziny systemów rządzonych przez Alexiusa. Czy jednak ta misja zakończyła się powodzeniem, czego dowiedziała się załoga „Columbusa 13” i kto ścigał i zestrzelił statek, Bran Botan nie wiedział, albo nie chciał się tą wiedzą podzielić.

Powiedział mi za to, że siódmym, zaginionym członkiem załogi był Marcus Gracto, rektor Zakonu Eskatonicznego, oraz objaśnił znaczenie wspomnianego znaku, jaki doktor Eno dał ukradkiem ‚Klindze’. Dość stanowczo odciął się od niepodległościowych dążeń nieludzi, nazywając je „dziecinnymi”. Dość delikatnie wyraził ubolewanie, że Gwiezdny Klucz z „Columbusa 13” zaginął, oraz przypomniał, że Cesarz wynagrodzi tego, kto Klucz odnajdzie i zwróci. Na koniec ostrzegł mnie, że Jessebelle ma niewielki talent psioniczy, przy czym sam cesarski wysłannik, będąc przecież także członkiem Kościoła, choć jego niezbyt szanowanego Obuńskiego odłamu, nie potępiał psioników! Z rozbrajającym uśmiechem wyznał, że „oni”, czyli zapewne starsze rasy, mają na ten temat odmienne zdanie.

Nie przypominał już tego wręcz butnego i brutalnego dostojnika, bez żenady zaglądającego w dusze i umysły moich towarzyszy przy pierwszym spotkaniu. Czy oznaczało to, że wiedział już wszystko, czy postanowił dyskretnie obserwować Sokole Gniazdo, czekając, aż Klucz się odnajdzie i wtedy zażądać jego zwrotu? Było to prawdopodobne, cesarski doradca nawet bez „magicznej” pomocy mógł powiązać fakty: żądania porywaczy i ogołocone rzekomo przez miejscowych rabusiów szczątki „Columbusa 13”. A może Bran Botan był członkiem jakiejś nieludzkiej konspiracji, może nawet jej przywódcą? W końcu Noro, członej załogi „Columbusa 13” także był cesarskim sługą, choć niższego stopnia. Czy doradcy Cesarza, reprezentujący Kościół, lub Domy Szlacheckie, nie mają też na względzie dobra własnych koterii? Dlaczego ten Obun miałby być inny?

Zanim jednak wysłannik odleciał swym eskortowcem, podekscytowany Bernie wręcz zmusił mnie, bym go zatrzymał i uprzedził o niebezpieczeństwie podłożenia bomby. Byłem całkiem skołowany przebytymi wydarzeniami i w głowie mi się ciągle kręciło, więc posłusznie przekazałem ostrzeżeniem Bran Botanowi, który przyjął je całkowicie poważnie i opóźnił swój wyjazd o godzinę, by upewnić się, że statek jest „czysty”. Potem w końcu odleciał, zostawiwszy w Sokolim Gnieździe dwóch swoich gwardzistów, którzy niewątpliwie mają nas szpiegować, choć oficjalnie czekają tylko biernie na ewentualne nowe wiadomości na temat Klucza.

Tymczasem Bernie znowu wręcz zmusił mnie, bym wydobył od Matki pozwolenie aresztowania doktora Eno. Zżymał się nawet, gdy wyjaśniłem, że to pozwolenie jest niezbędne, najwyraźniej w Gildii Inżynierów każdy podejmuje sobie decyzje takie jak mu się podoba, nieco inaczej niż w naszym zamku, który ma wszak swoją panią. Obawiał się widać, że doktor zamiast wysadzenia w powietrze eskortowca Bran Botana przygotował jakąś inną podłość. W sumie jednak miał rację, mieliśmy dość poszlak dowodzących winy doktora Eno i gdyby nie stanowisko Matki, sam bym go aresztował już wcześniej. Tak więc ostatecznie doktor powędrował do celi, gdzie odbyłem z nim nieco później szczerą i chyba dość owocną rozmowę. O tym jednak za chwilę, bo wypada powiedzieć najpierw o wizycie kolejnych gości w zamku, tym razem zupełnie niemile widzianych.

Mowa o piątce Avestian pod dowództwem diakona Seriusa Da Guerra, którzy przybyli z okręgu Kago niejako naszym tropem, szukając Gannocka Magracka, „ostatnio widzianego na pokładzie naszego Mechanicznego Ptaka”. Wylądowali tym razem nie na naszym, bardzo ruchliwym ostatnio, lądowisku, ale poniżej, w mieście. Przybyli jednak niezwłocznie na zamek, pytając o wzmiankowanego Magracka. Nie wiem doprawdy, kto widział Gannocka na pokładzie naszego ptaka, skoro zakradł on się tam po kryjomu i wypuszczony został także po kryjomu, ale inkwizytor był pewien swoich informacji, więc nie było sensu kręcić. Z rozbrajającą szczerością wyznałem zatem prawdę, że wypuściłem Magracka, zgodnie z jego wolą, ujęty jego szczerością i chęcią odkupienia win, choć potem okazało się to jedynie maskaradą.

Usłyszawszy to wyznanie Inkwizytor omal nie padł rażony apopleksją, zaczął wykrzykiwać bełkotliwie o niezmierzonej głupocie i czynić aluzje do mego ojca, Elkanaha Rodena Hawkwood, posuwając się do gróźb. Aż tu nagle, ku memu bezbrzeżnemu zdumieniu, nie wytrzymała Matka. Jej twarz w jednym momencie zmieniła się w twarz Furii, zrugała diakona jak pierwszego lepszego prostaka i w prostych, żołnierskich słowach kazała mu się wynosić z naszego zamku. I Avestianin posłusznie czmychnął, osłaniając się nieporadnie jakimiś groźbami, zabierając ze sobą swoich czterech braci.

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek widział Matkę tak wzburzoną, tak otwarcie zionącą nienawiścią. Nie pamiętam też, żeby kiedykolwiek w naszym domu mówiło się o moim ojcu. Zmowa milczenia przestrzegana była tak dalece, że właściwie niczego o nim nie wiedziałem i przyzwyczaiłem się do tej niewiedzy, jako do naturalnego stanu rzeczy. Zawsze wydawało mi się, że przyczyną musiało być jakieś odium, niesława i hańba, choć teraz, w świetle niejasnych pogróżek diakona Da Guerry, zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem nie była to tajemnica niebezpieczna dla nas i Matka nie pozwalała wspominać ojca, by nas wszystkich chronić przed takimi ludźmi jak Avestianie. Biorąc pod uwagę talenty Jessebelle, o których uwiadomił mnie Bran Botan, może mój ojciec był psionikiem, wyklętym przez Kościół? A może miał skłonności demokratyczne, które ja też w jakimś przecież stopniu u siebie dostrzegam, w tym jednak wypadku raczej nie byłby prześladowany przez Kościół, a raczej otoczony ostracyzmem szlachty. Tak, czy owak, nadeszła chyba odpowiednia chwila, by wyciągnąć z Matki niewygodną i być może niebezpieczną prawdę, jakakolwiek by ona nie była.

W czasie gdy ja byłem zajęty przyjmowaniem niemiłych gości, zaszyty w swoim pokoju Bernie uchwycił na magicznej lampie, przekazującej obraz z celi ‚Klingi’, scenę śmierci Ukara. W polu widzenia magicznego oka pojawił się wielki, czarny pająk, który wbiegł na obnażoną pierś rozciągniętego na stole ‚Klingi’ i ukąsił go. Kiedy Bernie wraz z resztą moich towarzyszy dobiegli do celi, Ukar z twarzą wykrzywioną paraliżem i z pianą na ustach już nie żył. Pająk został jednak schwytany. Z pewnością nie było to zwierzę z Fryzji, a nawet z Delf. Wielki, kosmaty i jadowity, pasował bardziej do dżungli, lub pustyni. Ale najdziwniejsze było to, że miał wbudowane w ciało malutkie części maszyn, był więc hybrydą zwierzęcia i „grzesznej techniki”, cyborgiem, jak się to zdaję się nazywa. Podobne cyborgizację zdobią (lub szpecą, zależnie od punktu widzenia) czasem ciała Inżynierów, ale bardzo rzadko, gdyż złączenie człowieka z maszyną jest bardzo trudne i zapewne kosztowne. Ktokolwiek zatem chciał śmierci starego Ukara, dysponował wielką wiedzą o pradawnej technologii, lub wielkimi funduszami. A może i jedno i drugie. Na myśl przyszedł nam Bran Botan vo Karm, cesarski zausznik i Obun. Czyżby prawdziwym celem jego przyjazdu było zatarcie śladów i usunięcie świadka. Dlaczego zatem zabił starego Ukara ‚Klingę’, wygasłą gwiazdę aren Severusa, wiecznie pogrążonego w narkotycznym transie, a nie Akhanę, psioniczkę i wykonawczynię wszystkich zamachów, porwań i napadów, które naprowadziły nas na trop całej konspiracji? Albo doktora Eno, „Zwiadowcę”, jeśli poprawnie odczytaliśmy treść niedopalonej notatki u ‚Klingi’?

Na te pytania odpowiedzi udzieliło przesłuchanie Akhany, która mimo, że niemowa, we wprawnych rękach Garbasa wyznała wszystko, o co ją pytano. Oboje z Rhalem pochodzili z Byzantium Secundus. Należeli do tajnej organizacji nie-ludzi „Szkarłatne Słońce”, kierowanej przez na poły mitycznego przywódcę imieniem „Szkarłat”. Nadrzędnym celem organizacji jest bliżej niesprecyzowana autonomia nie-ludzi, choć wydaje się, że agenci niższych szczebli nie mają pojęcia jak owa autonomia ma wyglądać. Pierwotną misją Akhany i Rhala na Delfach było zabójstwo ojca Diego. Dopiero potem dowiedzieli się o katastrofie „Columbusa 13” za pośrednictwem nie kogo innego, jak ‚Klingi’. Stary Ukar był głównym kontaktem całej organizacji na Delfach. Od Noro, Obuna z załogi statku, dowiedział się o Gwiezdnym Kluczu do nieznanego świata i przekazał zadanie zdobycia go Rhalowi i Akhanie. Cała siatka była zorganizowana tak, że agenci nie wiedzieli o sobie nawzajem, kontaktowali się jedynie z ‚Klingą’. To wyjaśnia, dlaczego nieznany sprawca usunął właśnie jego: odpowiednio przesłuchany mógł ujawnić tożsamość i miejsca pobytu innych agentów, oraz naprowadzić na ślad swego rozkazodawcy. Wstyd się przyznać, że my sami uważaliśmy ‚Klingę’ za nieistotnego, mieliśmy go raczej za przypadkowego lokatora schronienia spiskowców, niż rzeczywistego ich przywódcę na Delfach.

Wyciągnięcie tego wszystkiego od niemowy wymagało czasu, więc wygląda na to, że po raz kolejny zmieniłem kolejność wydarzeń. Wcześniej bowiem rozmówiłem się sam z uwięzionym doktorem Eno. Najpierw próbował udawać niewinnego, ale okazałem zdecydowanie i w końcu przyznał się. On też, o ile i tym razem nie kłamał, był jedynie pionkiem przesuwanym na wielkiej szachownicy niewidzialną ręką „kogoś u góry”. Eno nie użył nawet, a może nie znał pseudonimu przywódcy, choć zdawał się głęboko wierzyć w sprawę, dla której poświęcił swe dobre imię i zdradził nas, swych chlebodawców. Usiłował mnie przekonać, że nadejdzie dla wszystkich nieludzi dzień uwolnienia spod władzy barbarzyńców, którymi my, ludzie, jesteśmy dla nich, „Oświeconych” i że choć nie miał zupełnie pojęcia, jak ten dzień ma wyglądać i jak dokona się to uwolnienie, gotów był ślepo oddać życie na rozkaz przysłany nie wiadomo skąd i nie wiadomo od kogo pochodzący. Ten fanatyzm, całkowicie zaskakujący u tego zrównoważonego, zdałoby się i dojrzałego Obuna, sprawił, że ujrzałem naszego starego doktora zupełnie w innym świetle. Szczerze, przynajmniej na tyle na ile byłem w stanie to stwierdzić, Eno zdziwił się natomiast na wieść o śmierci ‚Klingi’, ukąszonego przez cyber-pająka.

Widzę, że druga część mojej opowieści stała się splątana niczym brudne kudły śmierdzącego Ursusa, co jest z pewnością efektem powracających zawrotów głowy, utraty przytomności, bólów w piersi i w ogóle mojej kiepskiej kondycji fizycznej. Nie mam jednak siły teraz przeredagowywać wszystkiego, spróbuję więc może tylko sklecić kilka sensownych wniosków na koniec.

Najpierw sprawa skradzionej ręki Noro. Vatras zwrócił mi właśnie uwagę, że jeszcze o tym nie pisaliśmy, więc pokrótce: na miejscu katastrofy „Columbusa 13”, gdzie pochowano także wszystkich członków jego załogi, poza Ernanem, Bran Botan odkrył, że zniknęło prawe przedramię Obuna Noro, owego zdrajcy i sługi „Szkarłatnego Słońca”. Nic więcej nie wiadomo co na lub w tej ręce było, ani doktor Eno, ani Akhana nie ujawnili żadnych informacji na ten temat. Pozostaje więc jedynie czekać na pojawienie się jakiejś nowej poszlaki.

Sprawa śmierci ‚Klingi’. Użycie sterowanego zdalnie pająka z cybernetycznymi wszczepami wskazuje na kogoś o wielkiej wiedzy i umiejętnościach wybawiania pradawnej techniki, albo o wielkich funduszach. Być może obie te rzeczy. Z gości Sokolego Gniazda przychodzą na myśl jedynie dwaj. Bran Botan vo Karm, nominalnie cesarski wysłannik, spowiednik, biskup obuńskiej sekty i oczywiście Obun. Czy to on jest owym mitycznym „Szkarłatem”, przywódcą tajnej organizacji nie-ludzi? Wszystko jest możliwe. Drugą możliwością jest książę Victorian Hazat. Niektórzy moi towarzysze podejrzewają go wciąż o zestrzelenie „Columbusa 13”, pojawił się bowiem krótko po tym i zupełnie niespodziewanie, jego ludzie myszkowali po mieście w przebraniach no i został w gościnie dość długo po tym, jak wydobrzał po ranie zadanej mu przez łupieżców Hardy Bucka. Z drugiej jednak strony prawdziwym powodem jego wizyty mogła okazać się propozycja małżeńska jego kuzyna, a jego żołnierze próbowali na mieście kupić jakiś nielegalny towar, na przykład afrodyzjak. Ja stawiałbym jednak na Obuna, choć możliwe też, że nie doceniam także Hazatów.

W końcu sprawa mojego ojca. Myślę, że czas nadszedł, bym poznał prawdę. Czy jest to prawda niewygodna, czy niebezpieczna, czy wreszcie niemiła Matce, chce ją znać i wiedzieć, dlaczego nie było mi dane poznać jej wcześniej. Najwyraźniej jest to bolesny cierń, tkwiący głęboko w sercu Matki, związany w jakiś sposób z Inkwizycją. Mam pewne podejrzenia, które zamierzam sprawdzić. Najpierw zapytam Matkę wprost, a jeśli odmówi odpowiedzi będę szukał jej na własną rękę.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca

Comments are closed.