Porwanie i tajemnice

Sonda archeologiczna XFA2947 – Raport z dnia: 20.11.5213 – W miejscu o koordynatach 396283-246101-428 nie odnaleziono szczątków sondy XFA2941, z której pochodziły pierwotne dane, sygnał alarmowy, wezwanie do kontynuacji prac oraz sygnał o samozniszczeniu. Na miejscu odnaleziono kamienne resztki o kształtach wizualnych w 78,4% odpowiadających wzorcowi fragmentów sondy archeologicznej, która ulega samozniszczeniu. Algorytmy neuronowe nie znajdują powodów takiej korelacji. Samoistna zamiana metali i polimerów w kamień – prawdopodobieństwo 0%. Przesyłam dane do dalszych analiz dla jednostki nadrzędnej. Kontynuuję prace sondy XFA2941. W miejscu o koordynatach 396283-246102-428 odnaleziono kolejne szczątki pamiętnika Teurga Zakonu Eskatonicznego Takashi Tanaka – zrekonstruowano subatomowo i zmapowano na tekst cyfrowy. Załączam.

==== Załącznik nr 3 ====

21.04.4999, planeta Delfy, kontynent Fryzja

Jest parę minut po północy, nastał dzień Św Mozebiusza, patrona rolników. Pomimo nocy i gęstych chmur Julianus pewnie prowadzi naszego  mechanicznego ptaka w stronę Sokolego Gniazda. Nathan dostał wyraźne wytyczne od swej matki, księżnej Ledy, iż mamy natychmiast wracać – Dolina Smoczego Oddechu i jej bandyci będą więc musieli zaczekać. Nasze przesłuchania rannego Ukara Klingi nie wiele dały. Wedle jego słów słabo znał obu zamachowców-Ukarów-Psioników. Wiedział jednak, iż nie byli z Delf, a przybyli z jakiegoś innego Znanego Świata. Rzucało to nowe światło na całość sprawy, ponieważ wiedzieliśmy w tym momencie,  iż nie zostali wynajęci na Delfy, a są częścią jakiegoś większego, ponadplanetarnego spisku.

Co do zdrajcy – Nathan obstawał przy tym, iż faktycznie jest nim doktor Hawkwoodów – stary Obun Eno. Upierał się, iż przepowiednia, którą tydzień temu wygłosiła jego siostra, Jessebelle – nie była przepowiednią, a w istocie zakodowaną informacją, która miała trafić do  Obuna i go uaktywnić jako zdrajcę. Popierał go w tych podejrzeniach Tybald – argumentował, iż Gannok mógł powiedzieć nam prawdę co do Eno (aby nas przekonać), ponieważ za sprawą podłożonej bomby mieliśmy się wkrótce spotkać ze Wszechstwórcą i nikomu nie zdołalibyśmy wyjawić tej tajemnicy. Miałem mętlik w głowie (w klasztornych murach nie dochodziło do takich sytuacji)  – z jednej strony Eno był jedynym obcym na zamku i faktycznie pasował do spisku nieludzi, ale z drugiej znałem go jako dobrą istotę, pomagającą innym. Wiedziałem też, iż od wielu lat służy wiernie Hawkwoodom i składał stosowne przysięgi lojalności. Jak tu się nie pogubić? Musieliśmy więc zdobyć dodatkowe dowody zdrady.

Gdy byliśmy nad lądowiskiem okazało się, iż Hawkwoodowie mają gości. Znaczną część lądowiska zajmował duży statek kosmiczny z oznaczeniami sił Cesarskich, o klasie eskortowiec jak powiedział Julianus. Nasz pilot podczas lądowania znów popisywał się swoimi umiejętnościami i znów z lubością wąchał swój grzeszny biały proszek. Obiecałem sobie potajemnie zabrać mu to plugastwo i zacząłem modlitwę, abyśmy i tym razem przetrwali to powietrzne szaleństwo.

Wkrótce szczęśliwi, ale też zmęczeni wyszliśmy z ptaka (a nasz ranny jeniec Ukar – został wyniesiony do zamkowych lochów). Czekały na nas różne wieści, a doktor Eno już spał, chwilowo więc temat zdrajcy został przełożony. Co do uprowadzonej panienki Jessebelle nic się nie zmieniło, a porywacze się nie odezwali. Z wielką przykrością usłyszeliśmy, iż dobrotliwy Majordomus Abonazy popełnił parę godzin wcześniej samobójstwo, obwiniając się za udaną kradzież dokonaną przez Ukarów-Psioników (niech jego Święty Płomień jasno oświetla mu drogę do Wszechstwórcy). Na sam koniec usłyszeliśmy, iż Cesarskim gościem jest dostojny Ur-Obun Bran Botan vo Karm z Byzantium Secundus – Drugi Doradca Cesarza Alexiusa – jego spowiednik i prawa ręka, kapłan Obuńskiego odłamu Wszechświatowego Kościoła, uznającego Ur-Obunkę Ven Lohji jako świętą apostołkę cnoty dyscypliny. Ven Lohji nie została powszechnie uznana jako święta zarówno przez mój zakon, jak i ogólnie przez Kościół Wszechświatowy. Kiedy więc Obuni się do niej modlili, my ją ignorowaliśmy. Wyznawcy Ven Lohji byli zwykle Obunami-filozofami – odłamem Kościoła raczej nielicznym i w sumie dość nieszkodliwym, dlatego też inni słudzy Kościoła patrzyli  na nich z pewną pobłażliwością i wyrozumiałością. Szczegółów co do doradcy Cesarza dowiedzieliśmy się od Tybalda, który jak się okazało, poznał go kiedyś na Byzantium Secundus.

Pomimo iż był środek nocy dostaliśmy wezwanie na audiencję u księżnej Ledy. Jej komnat strzegli sztywni i milczący strażnicy Cesarscy, a w środku czekali na nas oprócz księżnej, jak zwykle ponury i milczący brat Nathana – Harlan, oraz ów doradca Cesarza – Bran Botan vo Karm – Obun dostojnie ubrany, z własnym symbolem łączącym w sobie kapłański symbol gwiezdnych wrót i cesarski symbol Feniksa. Gdy przyszła moja kolej na przedstawienie się przed tak znamienitym gościem, oczywiście odezwałem się do dostojnika: „Chwała Wszechstwórcy!” ale ku mojemu wielkiemu zdumieniu, nie odwzajemnił pozdrowienia. Nathan zdał krótką i oszczędną relację z naszej wyprawy (nie wspominając np. o zdrajcy), a uwaga Cesarskiego doradcy skupiła się nagle i niespodziewanie na naszych dwóch towarzyszach z Gildii – Bernim i Julianusie. Zaczał im zadawać pytania, a następnie ku mojemu zgorszeniu spostrzegłem, iż dostojny Obun wzywa Wszechstwórcę i używa przeciwko nim mocy teurgicznej znanej mi jako Rozdarcie Zasłony (pozwala ona przede wszystkim dostrzec skrywane grzechy ofiary). Moi towarzysze próbowali odeprzeć to przyglądanie się ich duszom, ale wobec wielkiej mocy Spowiednika Cesarza byli bezradni. Widziałem jednak złość w ich oczach – nie tak dawno temu obaj byli pod wpływem Psioników, którzy atakowali ich umysły, a teraz na spotkaniu u księżej obnażał ich i po trochu poniżał swym brakiem zaufania człowiek Cesarza, jednocześnie gość księżnej. Sam byłem wielce zdumiony takim obrotem spraw. Chyba też wtedy każdemu z nas po raz pierwszy przyszło do głowy czy czasem ów Obun, pomimo iż tak ważny w Cesarstwie i zaufany przez Cesarza,  nie ma czegoś wspólnego z organizacją obcych (Obunów, Ukarów, Gannaków itp), z którą obecnie mieliśmy do czynienia i która walczyła o Gwiezdny Klucz do Vedi. Gryzłem się tą myślą – z jednej strony bardzo grzeszną (to przecież zaufany Spowiednik Cesarza!), ale z drugiej strony bardzo odważną i wiele wyjaśniającą (musi mieć olbrzymią władzę, wiedzę, kontakty i wpływy, które pozwalają na zorganizowanie wielkiego spisku). Szybko jednak powróciłem do rzeczywistości i szacunku wobec Eminencji. Jedno drobne potknięcie nie może przecież stawiać po stronie zła Cesarskiego Spowiednika.

Oprócz wypytywania o naszą wyprawę dowiedzieliśmy się, iż Jego Eminencja przybył do Sokolego Gniazda, aby osobiście pomodlić się na grobach załogi Cesarskiego Statku Columbus 13. Przybył na Delfy w innej sprawie, ale dowiedziawszy się od Hawkwoodów o wydarzeniach zmienił na krótko swoje plany.  Całą szóstkę Cesarskich przedstawicieli pochowano tuż koło wraku statku i tam właśnie chciał się rankiem udać Cesarski Doradca. Już parę dni temu dowiedzieliśmy się z badań wraku, iż siódmym członkiem załogi, nieobecnym podczas katastrofy, był mój kapłański brat – Rektor zakonu Eskatonicznego – Marcus Gracto. Nie słyszałem o nim wcześniej, nie znalazłem też niczego wśród ksiąg Hawkwoodów. Nikt z nas nie wiedział co się z nim stało. Przypuszczałem, iż albo został na Vedi głosząc wśród niewiernych Słowa Proroka i ucząc ich miłości do Wszechstwórcy, albo też zaginął gdzieś w trakcie podróży, bo przecież jedna kapsuła statku została wystrzelona znacznie wcześniej. Moim obowiązkiem jako Eskatonika było spróbować go odnaleźć.

Wracając jednak do nocnego spotkania – nie okazało się długie i pozwolono nam udać się na godzinny odpoczynek. Jedynie tak krótki, ponieważ zostawała do załatwienia pilna sprawa porwania panienki i kolejne zaplanowane spotkanie – tym razem tajemne i tylko z księżną. Podczas owej godziny próbowałem spać, a gdy to się nie udało próbowałem medytować. Jednakże obecny nadmiar spraw, emocji i tajemnic był tak duży, iż nawet medytacja nie pozwoliła mi na uzyskanie wyciszenia i spokoju ducha. Zresztą nikt z nas w tym czasie nie zasnął.

Nathan na tajemnym spotkaniu poinformował matkę o wszystkim przydatnym, czego zdołaliśmy się dowiedzieć m.in. o Gannoku, potencjalnym Zdrajcy Eno i Dolinie Smoczego Oddechu. Ze swej strony Księżna Leda, opowiedziała nam, iż do zaskakującego uprowadzenia jej córki Jessebelle, doszło tuż za murami zamku, podczas zwykłego, codziennego spaceru po lodowcu. Porywaczy było 4 i mieli mechanicznego ptaka, którym niezauważeni uciekli w nieznanym kierunku. Mają się odezwać, wskazując miejsce spotkania w celu wymiany Panienki na Gwiezdny Klucz do Vedi. Następnie księżna dała nam do zrozumienia, iż klucz skradziony przez Ukarów-Psioników nie był w istocie prawdziwym kluczem, ale podróbką! O miejscu ukrycia prawdziwego wiedziała tylko księżną! Cóż za zapobiegliwość! Na Wszechstwórcę – cała nasza wyprawa do okręgu Kago była więc w części tylko zmyleniem przeciwników! Intryga godna księżnej. Wszystko się więc wyjaśniało – prawdopodobnie bandyci-Ukarzy zorientowali się, iż po kradzieży mają fałszywy klucz, porwali więc teraz panienkę w celu uzyskania prawdziwego. Jednak zrządzeniem Wszechstwórcy mieliśmy w ręku koordynaty bandyckiej bazy w Dolinie Smoczego Oddechu – gdzie prawie na pewno była przetrzymywana Jessebelle! Wiedzieliśmy więc gdzie potajemnie uderzyć, aby ją odzyskać. Jak usłyszałem teren Doliny był bardzo trudny, łatwo też było wypatrzeć atakujących – szturm żołnierzy Hawkwoodów nie wchodził więc w grę, bo groził zabiciem panienki. Potrzebny był potajemny atak z zaskoczenia, małą ilością rozsądnych i elastycznych ludzi. Nathan oczywiście zgłosił naszą ekipę na ochotnika, a księżna się zgodziła. Miałem zatem brać udział w szturmie, niczym jakiś żołnierz sił specjalnych. Zaprawdę nieodgadnione są wyroki Wszechstwórcy.

Moi towarzysze przystąpili do różnorakich przygotowań, a ja oddałem się modlitwie. Potem zdałem relację Ojczulkowi Godwynowi z naszego dochodzenia w sprawie śmierci Ojca Diego. Stary Ortodoks zapewnił mnie o swej dyskrecji i oddaniu Hawkwoodom. Cieszyłem się, iż zdołałem spełnić jego prośbę w tej materii i mam użyteczne informacje dla Kościoła. Byliśmy jedynymi sługami Wszechstwórcy w zamku i powinniśmy nawzajem sobie pomagać pomimo różnic teologicznych między nami. Z nastaniem świtu powróciłem do spraw bieżących, bo moi towarzysze byli gotowi – wyruszyliśmy. Julianus prowadził ptaka bardzo nisko, po czym po jakiejś pół godzinie lotu posadził nas za jakimś wzgórzem, daleko od Doliny, ale też daleko od potencjalnych bandyckich oczu. Ubrani w zimowe, białe stroje ruszyliśmy pieszo w kierunku Doliny. Nathan, jako jedyny miejscowy z nas, miał już spore doświadczenie w chodzeniu po lodzie i śniegu, nakazał nam więc spiąć się linami i mieć pod ręką czekany. Nie chciałem go narażać i chciałem iść pierwszy, ale się nie zgodził, jako iż najlepiej z nas znał się na śnieżnych niebezpieczeństwach. Drugi szedł rosły i silny Tybald, ja byłem trzeci, a za mną Julianus i Bernie.

Po godzinie marszu znacznie zbliżyliśmy się do celu, gdy nagle Wszechstwórca poddał nas próbie. Pod Nathanem zarwał się kawał lodu i on sam poleciał w dół, niczym odchody mnicha w klasztornej toalecie. Zdarzenie było tak nagłe, iż również Tybald spięty liną, nie zdążył nic uczynić i poleciał tuż za nim do lodowego otworu. Próbowałem zaprzeć się nogami i w szybkiej modlitwie błagałem Wszechstwórcę o pomoc – jednak lina gwałtownym szarpnięciem pociągnęła mnie w ciemną, lodową czeluść. Spadałem. Przez moment sądziłem, iż w ten oto sposób wszyscy spotkamy się ze Wszechstwórcą. Jednak kolejne nagłe szarpnięcia liny, jakieś krzyki i oto wisiałem na linie w zimnym kominie – pomiędzy otchłanią w dole, a światłem u góry. Z przodu miałem lodową ścianę, a kolejne były parę metrów dalej. Pode mną wisiał Nathan i Tybald, a nade mną Julianus. Jedynie Bernie, nasz mały i chudy Bernie, pozostał na śniegu u góry – zrządzeniem Wszechstwórcy w ostatnim momencie zdołał wbić czekan w lód i  w ten sposób zatrzymać nasz upadek i śmierć.

Wbiłem swój czekan w lód przede mną i po raz pierwszy w życiu modliłem się o cud do Wszechstwórcy. Nic więcej nie mogłem uczynić. Czułem się jak mucha uwięziona w pajęczynie, gdzieś w klasztornym kącie. Znikąd pomocy i czekasz na swój ostateczny los. Bernie trzymał czekan i nie mógł nic zrobić, a my po prostu wisieliśmy nad otchłanią na naprężonej linie. Nagle jednak zobaczyłem, iż Nathan i Tybald zaczynają się jakoś razem wspinać i wkrótce dotarli do mnie! Pobłogosławiłem Tybalda w imię Proroka i wkrótce za sprawą jego silnych mięśni i zdolności do wspinaczki, wszyscy wyszliśmy z lodowej dziury! Chwała Wszechstwórcy! Nie zginęliśmy i mogliśmy kontynuować atak na bandytów oraz naszą misję.

Dolina okazała się bardzo zamglona, poprzecinana uskokami, nierównościami i lodowymi głazami. Z nad mgły lekko wystawał jeden punkt pośrodku i z daleka ktoś z nas zauważył, iż w lodowym otworze widać tam człowieka. Najwyraźniej bandyta wypatrywał zagrożeń. Korzystając z osłony mgły okrążyliśmy ten centralny punkt i po cichu zbliżyliśmy się do niego. Wtedy natrafiliśmy na samotnego mechanicznego ptaka z oznaczeniami inżynierów. Mieliśmy już pewność, iż Ukarzy-Psionicy są w pobliżu. Bernie i Julianus weszli do ptaka, aby coś mu uczynić za pomocą magii techniki, żeby już nie mógł polecieć. Tylko oni wiedzieli jak go potem uruchomić. Reszta z nas odkryła w tym czasie jakby lodowy budynek, z wejściem i okienkiem u góry przez które patrzył bandyta. Koncentrowaliśmy też swoje umysły do walki z Psionikami, tak jak ich uczyłem. Potem rozebraliśmy się z grubych ubrań i wzięliśmy broń do rąk.

Tybald we mgle skradał się pierwszy do wejścia, za nim poszedł Julianus. Nagle jednak coś mu pod butem strasznie zgrzytnęło i wiedzieliśmy już, iż z dalszego zaskoczenia nic nie będzie – rozległ się huk wystrzału, a potem już wszyscy zaczęliśmy biec do środka. Gdy wpadłem do lodowego pomieszczenia Tybald, Nathan zwarli się już z jakimś bandytą w walce, a Bernie pognał lodowymi schodami w górę,  w kierunku strażnika z okienka. Ja i Julianus pobiegliśmy więc w głąb mgły i  lodowego pomieszczenia po jakimś mostku nad rozpadliną. Przed nami mgła się rozwiała i zobaczyliśmy szeroki korytarz prowadzący w dół, do sporej podziemnej sali. W owej chwili prosto na nas tym korytarzem biegło dwóch wrzeszczących, zarośniętych bandytów w skórach – zraniłem jednego z nich z mojego pistoletu laserowego, a Julianus spudłował ze swojego plazmowego. W mgnieniu oka obaj bandyci byli jednak tuż koło nas i zaczęła się walka w zwarciu. Wiedziałem, że dużo lepiej poradzę sobie pięściami niż bronią. Porzuciłem swój pistolet i prawym prostym zdzieliłem swego przeciwnika, gdy nagle z dołu, od strony dużej sali zaczęły padać w naszym kierunku strzały! Chciałem zasłonić się swoim przeciwnikiem, ale nieszczęśliwie potknąłem się o jego stopę i poturlałem się w głąb korytarza, w kierunku napastników! Gdzieś za mną walczyli dzielnie moi towarzysze, przed sobą miałem zgraję bandytów i słyszałem głos panienki: „Nathan, na pomoc!”

Nie było czasu do stracenia! Chwyciłem w dłoń różaniec, uniosłem w górę bezbronne ręce, zacząłem schodzić w dół i przemawiać donośnym głosem w imieniu Wszechstwórcy, iż powinni zaprzestać walki, iż tylko pokój niesie ze sobą dobro. I strzały przede mną ucichły! Widziałem przed sobą kilku bandytów, prostych ludzi jak sądziłem. Mówiłem więc do nich ciągle ale prosto i uspokajająco. Wszechstwórca dodawał mi sił. Każdy prosty człowiek ma w sercu wiarę, w odróżnieniu od zwykle egoistycznej szlachty czy ludzi Gildii. Wkrótce ucichły też strzały za mną, a moi towarzysze zaczęli dobiegać do mnie na środku tej wielkiej podziemnej sali. Tybald, a potem Nathan minęli mnie jednak i pognali kolejnym korytarzem za oddalającym się głosem Jessebelle. Miałem nadzieję, iż wszyscy bezpiecznie i spokojnie podążymy dalej, gdy nagle za moimi plecami Bernie z niewiadomych powodów wystrzelił do bandytów! Walka rozgorzała na nowo.

Nie miałem żadnej broni, zawołałem więc: „uciekajcie!” i rzuciłem się w korytarz, w ślad za Tybaldem i Nathanem, którego obiecałem chronić. Gdy biegłem byłem zły – gdyby Bernie nie strzelił, nikt więcej nie musiał ginąć. Gdybym był jego spowiednikiem, w ramach pokuty wysłałbym go z pielgrzymką na Świętą Terrę!

Nim jednak pomyślałem więcej o grzechach Berniego, zobaczyłem zza zakrętem walczące dwie postacie: jakiś kudłaty olbrzym dusił w niedźwiedzim uścisku panicza Nathana! Widać było, iż mój chudy przyjaciel już całkiem opadł z sił i oczami wyobraźni widziałem jak pękają mu żebra i wnętrzności! Tak jak stałem rzuciłem się olbrzymowi na plecy zaciskając mu na szyi swój różaniec, strącił mnie jednak z siebie równie łatwo, jak gamoniowaty mnich świeczki z ołtarza. Zdzieliłem go więc porządnie prosto w głowę swą pięścią, używając technik bractwa wojennego i zostawiając jego ucho w krwawym strzępie. Nie przestał jednak dusić Nathana i nagle coś chrupnęło, a Panicz wylądował na ziemi bez życia! W rozpaczy i gniewie obsypałem olbrzyma gradem dalszych ciosów w głowę, aż zalał się krwią i ledwo stał na nogach. Próbował mnie oczywiście złapać lub uderzyć, ale zręcznie unikałem jego ciosów balansując ciałem. Nagle jednak usłyszałem za sobą cichy wystrzał z pistoletu i olbrzym padł u moich stóp. Gdy się obróciłem Berni wstrzyknął już Nathanowi eliksir leczniczy, a strzelającym okazał się Julianus. Dopadłem do Nathana – żył! Ledwo co oddychał, miał połamane żebra, krew wypływała mu z ust i leżał jak kłoda, ale żył! Eliksir zadziałał! Cud, prawdziwy cud! Chwała Wszechstwórcy! Pochyliłem się nad nim chcąc mu udzielić dodatkowej pomocy, ale wyszeptał: „Ratuj Jessebelle” – nie było na co czekać, wiedziałem już, iż Nathan przeżyje –  pobiegłem więc korytarzem dalej za Tybaldem.

Gdy biegłem dotarło do mnie, iż owym olbrzymem musiał być przywódca bandy – Ursus, o którym pisało w nadpalonym liście, więc przede mną pewnie było jeszcze dwoje Ukarów. Nagle zza zakrętem przeskoczyłem przez jakąś lodowa rozpadlinę i wybiegłem na otwartą przestrzeń. U swych stóp zobaczyłem martwego Ukara i jego odciętą głowę, kawałek przede mną biegł Tybald ze swym wielkim mieczem, całym w świeżej krwi, a sporo dalej zobaczyłem Ukaryjską kobietę trzymającą Jessebelle. Pod ich nogami była jakaś dziura w lodzie i wzajemnie się siłowały. Gnałem w ich stronę ile sił w nogach, ale nim zmówiłem w myślach krótką modlitwę obie wpadły do tej dziury!

Gdy dobiegłem Tybald stał już nad krawędzią gdzie wpadły i zastanawiał się co uczynić. W lodowej dziurze, jakieś 10 metrów niżej, zobaczyłem ciemną wodę, kawałki lodu oraz szamoczące się głowy i ręce obu kobiet – najwyraźniej walczyły o życie. Nie mogłem pozwolić, aby członek Hawkwoodów zginął! Od razu przypomniał mi się bohaterski Hawkwood ratujący me życie na Pantateuch! Bez wahania wskoczyłem w dziurę w próbie ratunku. Z ogromną siłą plusnąłem w lodowatą wodę. Nie wiem, czy to z powodu zimna, ogromnej siły uderzenia w wodę, ciemności, wszechobecnego lodu czy może mojej włosiennicy, która szybko nasiąknęła wodą – nie byłem w stanie nic zrobić – powietrze od razu uszło z moich płuc, szybko opadłem z sił walcząc i młócąc kończynami, straciłem orientację i zacząłem tonąć, łykając coraz więcej lodowatej wody. Z każdą chwilą czułem, iż życia zostało we mnie coraz mniej, aż w końcu straciłem świadomość.

Gdy się ocknąłem, byłem na pokładzie mechanicznego ptaka. Leżałem oszołomiony i drżący, przykryty kocami, a obok mnie leżeli: poraniony Nathan, bardzo blada, ale żywa panienka Jessebelle, oraz związana Ukaryjska kobieta. Dookoła widziałem resztę moich żywych towarzyszy. Wszyscy żyli! Wszechstwórca ponownie okazał się dla nas łaskawy.

Z ich relacji dowiedziałem się, iż bezpośrednio uratował mnie Tybald, który wskoczył do dziury widząc, jak w trójkę toniemy. Cudowną łaską Wszechstwórcy olbrzym zdołał nas podtrzymać nad wodą. W tym czasie Bernie i Julianus wyciągnęli z mechanicznego ptaka linę i wszystkich nas wyciągnęli. Panienka Jessebelle z naszej trójki ucierpiała w lodowatej wodzie najmocniej, ale jej stan był obecnie stabilny. Za moimi namowami, podtopionej Ukarskiej kobiecie założono na oczy przepaskę, aby nie mogła na nas wpływać swoimi mocami umysłu. Oczywiście podziękowałem też Tybaldowi, za uratowanie życia. Tego dnia Tybald już drugi raz uratował mi życie. To kolejny dług jaki mam wobec rodziny Hawkwood. Na razie pozostaje mi żarliwie modlić się za jego Święty Płomień.

Wkrótce dotarliśmy do Sokolego Gniazda i zajął się nami doktor Eno, Obun którego podejrzewaliśmy o zdradę. Wobec mnie wystarczyły gorące napoje wzmacniające, okłady, trochę odpoczynku i wiele modlitw dziękczynnych do Wszechstwórcy z mojej strony. Po jakiejś godzinie byłem w stanie chodzić, choć z lekkim trudem. Czułem też, iż nawet mój umysł nie pracuje tak sprawnie jak zazwyczaj – bolała mnie głowa i wszystko zdawało mi się zasnute mgłą.

W międzyczasie okazało się, iż powrócił Spowiednik Cesarza, dostojny Ur-Obun Bran Botan vo Karm. W czasie odwiedzin grobów ludzi Cesarza stwierdzono, iż ktoś w ciągu ostatnich dni rozkopał śnieżny grób Obuna-Psionika, którego zabiliśmy, uciął i zabrał martwemu rękę! Nikt nie znał sprawcy, a tym bardziej powodu podobnego czynu. Czy Obun coś sekretnego przechowywał w swym ciele, czy też może komuś zależało na odciskach jego palców? Ale czy wtedy nie wystarczyłoby uciąć palców lub tylko dłoni? Kryła się za tym tajemnica, ale na razie nikt nie miał pomysłu jak ją rozwiązać.

Zajęliśmy się więc po kolei innymi tajemnicami. Najpierw sprawa doktora Eno, potencjalnego zdrajcy. Otrzymałem od Nathana zgodę, aby zajrzeć w duszę tego Obuna, w poszukiwaniu grzechów. Gdy krzątał się przy łóżku Nathana i zmieniał mu opatrunki, użyłem przeciwko niemu mocy teurgicznej Rozdarcie Zasłony. Odkryłem, iż jest małej wiary, a jego głównym grzechem jest krzywoprzysięstwo. Skoro to był główny grzech, mogło chodzić tylko o jedną bardzo poważną sprawę – złamanie przysięgi wierności wobec rodu Hawkwood i spiskowanie przeciw nim. Podzieliłem się tym z moimi towarzyszami. Potrzebowaliśmy jednak dodatkowego i ostatecznego dowodu, który moglibyśmy przedstawić księżnej, aby wsadzić obuna do lochów i wyciągnąć z niego wszystkie tajemnice.

Tybald, Nathan i Berni wymyślili podstęp związany z rannym Ukarem Klinga, który jak na razie nic nowego nie zeznał. Chcieli użyć go jako przynęty dla doktora Eno. Od początku ten pomysł nie podobał mi się, ponieważ zakładał ryzyko utraty życia Ukara. Klinga co prawda chciał nam zrobić krzywdę w mieście Dannock, ale końcowo jej nie zrobił, poza tym był wtedy pod wpływem narkotyków. To my go poraniliśmy w jego własnym domu, porwaliśmy i uwięziliśmy. Dodatkowe narażanie jego życia tylko dla podstępu nie było więc sprawiedliwe. Pomimo jednak moich słów Nathan postanowił przeprowadzić intrygę. Ukara przeniesiono do nowej sali, przygotowanej wcześniej przez Berniego i wyposażonej w sekretne oko, które mogło podglądać co się dzieje w środku. My byliśmy gdzie indziej, ale na magicznej lampie widzieliśmy wnętrze owej sali z Ukarem. Nathan poprosił lekarza Eno, aby zajął się troskliwie bardzo ważnym więźniem, jako iż spodziewamy się usłyszeć od niego nowe tajemnice. Doktor podszedł więc do Ukara i byli sami w pokoju, nie wiedząc o naszym oku i magicznej lampie. Ja osobiście podczas tej wizyty nic ciekawego nie dostrzegłem – po prostu wizyta medyka u pacjenta. Tybald jednak zwrócił nam uwagę na drobny szczegół pod koniec wizyty, który nam umknął – dziwne i nienaturalne ruchy obuńską dłonią, które mogły być jakimś tajnym systemem porozumiewania się. Zyskaliśmy więc dodatkowy dowód, aby Nathan uzyskał pozwolenie u księżnej na wsadzenie doktora do lochu.

Jego Eminencja Cesarski Spowiednik chciał już odlatywać z zamku i ogólnie z Delf , więc Nathan poprosił go o ostatnią poufną rozmowę. Dowiedział się z niej, iż owe obuńskie znaki dłonią stosowane są przez Ukaryjskie i Obuńskie dzieci, a konkretnie te znaki znaczyły przełożenie sprawy na później. Dowiedział się także, iż określenie umierającego Obuna z cesarskiego statku: „Dzień Szkarłatnego Słońca” i ogólnie szkarłat z Przepowiedni Jessebelle nawiązuje do jakiejś starych przypowieści nieludzkich (tzn. Obuńskich i Ukaryjskich) i oznacza nadzieję dla nieludzi, nadzieję na wolność. Potwierdziły się więc moje domysły co do motywacji nieludzi – zdrajców i morderców, z którymi mieliśmy do czynienia ostatnimi czasy. Niestety Eminencja nie potrafił sobie przypomnieć (lub nie chciał) szczegółów tej sprawy i tych przypowieści. Co do Vedi i wyprawy Cesarskiego statku – Eminencja potwierdził, iż była taka oficjalna wyprawa zwiadowcza z Byzantium Secundus Rycerza Poszukującego Ernana Hawkwood do utraconego przed ośmioma stuleciami świata, rządzonego kiedyś przez ród Voldokan. Niestety Ernan nie dotarł z powrotem do Byzantium, aby zdać raport, nic więc więcej nie wiadomo. Wszystkim za to obecnie zależy na odzyskaniu klucza do Vedi. Po tej rozmowie Cesarski Spowiednik poszedł pożegnać się z księżną, aby odlecieć swym statkiem kosmicznym na Byzantium.

Chwilę później zawołał nas Bernie – cały czas obserwował na magicznej lampie pokój z Ukarem Klingą i zauważył jakiegoś dużego czarnego pająka chodzącego po śpiącym Ukarze. Pobiegliśmy wszyscy, ale nie zdążyliśmy – pająk ukąsił Klingę prosto w pierś. Pomimo jego przedśmiertnych drgawek i piany na ustach, próbowałem Ukarowi udzielić pierwszej pomocy – było już jednak za późno – odszedł. Czy stał za tym Obuński doktor? Skąd jednak wziąłby nagle takiego pająka? Nie byliśmy znawcami takich stworzeń, ale było jasne, iż ów spory, jadowity pająk nie pochodzi z Delf – pochodził raczej z jakiejś tropikalnej puszczy, jakiej na Delfach nie było. Poza tym trzeba go gdzieś trzymać, karmić i nie da się zrobić tego w tajemnicy na zamku, gdzie pełno sprzymierzeńców Hawkwoodów. To wszystko dalece odsuwało podejrzenia od doktora. Bernie złapał pająka do jakiegoś szklanego naczynia w celu dalszych analiz, a mnie ogarnął smutek – tak oto Ukar jednak przypłacił życiem intrygę moich towarzyszy. Muszę więcej się modlić, aby ich uczynki były bardziej przemyślane i mniej grzeszne.

Po wyjściu z pokoju Nathan przepytał służbę i strażników – ale nikt nie potrafił wytłumaczyć obecności pająka w pokoju, nikt też nie wydawał się winny. Wszystko więc ponownie wskazywało na doktora Eno. Może pająka dał mu ktoś inny? Nathan w końcu wezwał strażników i Obun został uwięziony. Pod wpływem kolejnych pytań, dowodów i presji przyznał się do zdrady. Twierdził jednak, iż nie ma nic wspólnego z zabójstwem Ukara lub pająkiem. Ogólnie słabo był w stanie pomóc w naszym dochodzeniu. Twierdził, iż był tylko jednym z wielu zaangażowanych w sprawę wielkiego odzyskania wolności i nic nie wie o poczynaniach innych. Dostawał tylko ogólne wytyczne co ma robić. Cóż, wątpiłem aby wiedział tak mało, ale dopiero ew. tortury lub biegły śledczy mogli dać więcej odpowiedzi, a na to trzeba było czasu.

Przesłuchanie złapanej Ukaryjskiej morderczyni również nie dało nam poszukiwanych odpowiedzi. Podstawową przeszkodą był fakt, iż Psioniczka była niemową i to na dodatek analfabetką, trudno więc było nawiązywać z nią jakąkolwiek komunikację. Wstępnie udało się jednak dowiedzieć, że ono i jej brat przybyli z Byzantium Secundus, a na czele sekretnej, ponadplanetarnej organizacji „Szkarłatne Słońce”, walczącej o wolność, stoi ponoć tajemniczy „Szkarłat”. Oczywiście Ukarka nie wiedziała kim on jest.

Z zeznań obu więźniów wyłaniał się jednak zaskakujący obraz, iż to Ukar Klinga był miejscowym szefem Szkarłatnego Słońca, który stał za koordynacją działań i wydawaniem rozkazów na Delfach! Był miejscowym pająkiem z licznymi sieciami i sam zginął od pająka. Moi bracia w klasztorze by się uśmiali. Sekretny zamachowiec doskonale wiedział więc, którego z więźniów zabić jadowitym pająkiem, abyśmy się jak najmniej dowiedzieli. Trochę mi więc ulżyło, iż oto nie zginęła niewinna osoba, a raczej zbrodniarza dosięgła po prostu sprawiedliwość.

Gdy zastanawialiśmy się co dalej przyjdzie nam uczynić, Bernie przyszedł ze swego pokoju z nader niepokojącą informacją. Otóż okazało się, iż pająk ma jakieś technologiczne wszczepy i jest jakiegoś rodzaju połączeniem żywego ciała i magii technologii! Co więcej pająk ten był zdalnie sterowany przez człowieka i miał w sobie magiczne oko, tyle że malutkie! Pierwszy raz w życiu słyszałem, iż coś takiego jest możliwe na organizmie owada. Widziałem oczywiście okropieństwa jakie czasem wyprawiały ze swoimi ciałami ludzkie potwory z gildii inżynierów, ale żeby zmienić i wykorzystać tak mały organizm jak pająk? Po raz kolejny ogarnął mnie głęboki wstręt do bezdusznej, grzesznej techniki. Pojawiła się jednak też dodatkowa myśl niepokojąca i bulwersująca – aby zrobić i sterować takim pająkiem trzeba było być mistrzem nad mistrzami w technologicznym smrodzie. Kojarzyły mi się tylko dwie planety gdzie coś takiego byłoby możliwe: kolebka gildii – Ligheim i stolica Znanych Światów – Byzantium Secundus. A czyż właśnie statek z Byzantium nie odleciał z Sokolego Gniazda? Czy na nim właśnie nie mógłby być inżynier sterujący pająkiem poprzez magiczną lampę? Czy zatem pierwsza nasza nieufność wobec Obuńskiego Spowiednika Cesarza nie była właściwa? Co więcej – czy w tej sytuacji to czasem nie on właśnie jest owym potężnym Szkarłatem? Wszyscy zgodziliśmy się, iż trzeba mocno brać pod uwagę tą możliwość.

Dyskusję przerwało nam nowe wydarzenie. Na niebie pojawił się mechaniczny ptak, a wkrótce potem przy bramie Sokolego Gniazda pojawiło się 5 braci Avestian. Przewodził im mały i drobny człowiek, ale najwyraźniej silny wiarą i charakterem – Diakon Serius Da Guerra – śledczy z pieczęcią Inkwizytora. Oczywiście skojarzyliśmy go z dochodzeniem w sprawie śmierci Ojca Diego w okręgu Kago. Poprosił o spotkanie na osobności z rodziną Hawkwood. Po spotkaniu z gniewną miną opuścił zamek, a my od Nathana dowiedzieliśmy się, iż wypytywał o Gannoka Magracka z Dannock, ponieważ ktoś widział jak wchodzi na pokład naszego mechanicznego ptaka. W trakcie rozmowy bardzo nie spodobała mu się prawda opowiedziana przez Nathana, iż owego gannoka wypuścił.

Po wizycie Avestian powróciliśmy do wspólnych rozważań – co dalej? Pojawiły się drobne propozycje jak ta Berniego – aby wypytać o pająka w miejscowej gildii inżynierów. Jednakże wszystkim nam przed oczami stała wyprawa na Vedi. Tam właśnie spodziewaliśmy się znaleźć odpowiedzi na kolejne pytania… Co odkryła wyprawa Cesarska? Czemu nieludzie tak walczą akurat o Vedi? Jaką rolę odgrywają Hazaci? Poza tym – czy odkrywanie nowych światów nie jest marzeniem każdego z nas? Ja dodatkowo miałem wiele osobistych powodów jak choćby moje poszukiwania oświecenia, poszukiwania śladów wciąż nieznanego Hawkwooda z Pentateuch, chęć szerzenia wiary we Wszechstwórcę wśród heretyków czy odszukanie zaginionego Rektora mojego zakonu Marcusa Gracto. Naprawdę czułem jak coś mnie ciągnie na tą nieznaną planetę. Problem był tylko jeden – nie mieliśmy statku kosmicznego, którym można by tam sekretnie polecieć… Jednak gdy kładłem się spać po męczącym dniu, byłem pewien jednego – Wszechstwórca będzie nas prowadził i jakiś statek w końcu się znajdzie.

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.