Przynieście mi głowę zdrajcy

Postanowiłem, że ten rozdział mojego pamiętnika rozpocznę od opisu smutnej, acz wzniosłej ceremonii pożegnania mego drogiego Brata, Ernana Cavendisha Hawkwooda. Nie będę jednak opisywał z detalami całego jej przebiegu, nie powtórzę całego długiego kazania naszego poczciwego domowego kaznodziei, ojca Godwyna, ani nie będę wyliczał kondolencji, składanych nam przez wszystkich znaczniejszych domowników, oraz obu goszczących w Sokolim Gnieździe Hazatów. Powiem tylko w skrócie, że Ernan spoczął w rodowej krypcie u stóp urwiska na którym wznosi się nasza siedziba, w lodowym sarkofagu pośród wszystkich pochowanych tu znamienitych przodków, a Matka uroniła jedynie symboliczną łzę, choć z pewnością jej matczyne serce krwawi po stracie syna.

Ten krótki opis musi wystarczyć, ponieważ nie dane mi było zbyt długo przeżywać żalu po stracie ukochanego brata. Podczas gdy my byliśmy zajęci pożegnaniem Ernana, na naszą rodową siedzibę dokonano bezczelnej napaści! Napastników było jedynie dwoje. Najpierw odcięli zamek od zasilających go wiatraków, a następnie wylądowali na naszym lądowisku Mechanicznym Ptakiem z symbolami Zakonu Inżynierów i sami przebrani za członków Zakonu zaoferowali pomoc w usunięciu rzekomej awarii. Naszego szambelana Abonazego najwyraźniej obezwładnili psioniczną mocą, przed którą ostrzegał mnie brat Takashi. Spętany wolą obcych zaprowadził ich posłusznie do komnat mojej Matki, oraz podał kod do sejfu, w którym schowany był Gwiezdny Klucz, odzyskany z „Columbusa 13”. Ten to bowiem klucz był celem ataku tajemniczych napastników.

Kiedy jednak wracali, wpadli na nich Bernie, oraz Julianus, którzy jako pierwsi nabrali podejrzeń wobec niespodziewanej awarii i pierwsi też znaleźli się na górze. Mimo szat Inżynierów z wielkimi kapturami prawdziwa natura napastników nie uszła ich uwadze i rozpętała się krótka, acz zacięta walka. Julianusowi udało się ranić ze swego plazmowego pistoletu jednego z przeciwników, ale zaraz po tym został zauroczony przez drugiego i zapadł w mroczny sen, w którym obca, wroga wola kierowała jego poczynaniami. Bernie bohatersko zastąpił drogę temu pierwszemu, ale został raniony zatrutym sztyletem, a trucizna w mgnieniu oka zwaliła go z nóg. Kiedy wpadłem do hallu, w którym rozegrała się walka, Julianus siedział okrakiem na bezwładnym Berniem z bezdusznym wyrazem twarzy i próbował go dusić.

Tymczasem napastnicy zdołali odlecieć swoim Mechanicznym Ptakiem, zabijając broniących bramy strażników i dokonawszy na jedynym naszym Ptaku drobnych, acz uniemożliwiających podjęcie natychmiastowego pościgu zniszczeń. Mimo iż niemal natychmiast zawiadomiono okoliczne posterunki, skąd wystartowały inny nasze Ptaki, nie udało ich się ująć. Z sejfu Matki zniknęła tylko jedna rzecz – Gwiezdny Klucz, odzyskany z wraku „Columbusa 13”, statku Ernana.

Tymczasem jednak odzyskawszy przytomność umysłu Julianus, a potem i Bernie, którego trucizna jedynie tymczasowo sparaliżowała, dostarczyli więcej szczegółów na temat napastników. Byli to bez wątpienia Ukarzy, „mroczni bracia” Obunów, najlepsi w Znanych Światach zabójcy i szpiedzy. Berni podczas krótkiej szamotaniny na schodach zdołał przyjrzeć się twarzy jednego z nich. Był to młody Ukar, ale poznaczony wieloma bliznami, poza oczywiście rytualnymi tatuażami, którymi Ukarzy zdobią swoje ciała. Drugi z nich ukrywał się za ciałem Abonazego i to prawdopodobnie on władał mrocznymi mocami psioniki, słusznie zakazanej przez Kościół. Napaść była doskonale przygotowana, sabotaż linii przesyłowej, wybór momentu gdy wszyscy zajęci byli uroczystościami pogrzebowymi, bezbłędne rozpoznanie Abonazego jako najważniejszej w zamku osoby i jedynej, która znała kod do sejfu, to nie mógł być przypadek. Mieliśmy na zamku zdrajcę.

Mieliśmy też jeszcze jeden trop, bardziej konkretny. Na schodach prowadzących z głównego hallu do komnat mieszkalnych, na których doszło do starcia Berniego z ukarskim zabójcą, znalazłem klucz. Był to zwykły klucz, nie Gwiezdny, ale nie należał do nas, nie otwierał żadnych drzwi w zamku i miał nabite znaki cechowe, wskazujące rzemieślnika, który go wykonał. Te znaki wskazywały na miasto Dannock, w okręgu Kago, na sąsiednim kontynencie Virigo. Kiedy okazało się, dokąd prowadzi ten trop, brat Takashi aż zakrzyknął ze zdziwienia. Wyznał, że ojciec Godwyn, nasz poczciwy zamkowy kapłan, prosił go o wywiedzenie się o okoliczności śmierci pewnego znanego kapłana z okręgu Kago właśnie, niejakiego ojca Diego. Tenże ojciec Diego został ponoć zamordowany przez Inżynierów, co samo w sobie wydawało się niedorzecznością, bowiem Zakon ma sporo problemów z Kościołem, nawet bez oskarżeń o morderstwo i stara się za wszelką cenę uniknąć zadrażnień. Jednak wobec najazdu „Inżynierów” na Sokole Gniazdo sprawa jego nagłej śmierci ukazywała się nam w nowym świetle, a oskarżenia Ortodoksji niebezpodstawne, choć oczywiście chybione.

Zanim jednak wylecieliśmy na Virigo, by zbadać ten trop odbyłem rozmowę z Matką. Poleciła mi wywiedzieć się, kto w zamku może być zdrajcą, nie chciała bowiem zostawać w towarzystwie wroga sama, kiedy ja z moimi towarzyszami udam się na kosmiczną wyprawę śladami Ernana. Oczywiście byłem zaskoczony, sądziłem bowiem, że Gwiezdny Klucz Ernana został skradziony, więc jakakolwiek wyprawa była mocno nieprawdopodobna. Nie doceniłem jednak po raz kolejny mądrości i nawet przebiegłości Matki, która zawczasu nakazała zrobienie kopii Klucza i to właśnie tę kopię skradli Ukarowie. Pochlebiło mi za to, że Matka pokłada we mnie nadzieje i nawet obawia się zostać w zamku w towarzystwie jedynie Harlana, dopóki nie odkryję, kto jest zdrajcą. Pełen zatem energii i będąc dobrej myśli udałem się do moich towarzyszy, by wyruszyć z nimi na poszukiwanie tropu tajemniczych napastników.

Zanim jednak opiszę, co nam się przydarzyło w okręgu Kago, naszkicuję pokrótce postać naszego nowego towarzysza, Julianusa Rochfort. Jest on bastardem i mimo że nosi rodowe nazwisko, nie cieszy się uznaniem głównej gałęzi rodu i nie ma oczywiście żadnego tytułu. Za to kuzyn Tybald ceni go, zapewne również dlatego, że sam został wyzuty z własnych włości przez ową główną gałąź rodu. Napisałem „również”, ponieważ Julianus jest świetnym pilotem, mimo iż ma skłonność do nadmiernego ryzyka i przeróżnych substancji odurzających, dzięki którym miewa „odloty” nawet bez wsiadania do machin latających.

Zatem tym razem Julianus zasiadł za sterami Mechanicznego Ptaka, którym mieliśmy wyruszyć na poszukiwania sprawców śmiałego napadu na Sokole Gniazdo. Po drodze zatrzymaliśmy się na krótko w mieście pod zamkiem, które z racji tego, iż było jedynym miastem na Fryzji, nie miało nawet nazwy i było po prostu nazywane Miastem. Bernie, Takashi i ja odwiedziliśmy tam naszą lokalną placówkę Gildii Inżynierów, dowiedzieliśmy się, że istotnie skradziono im dwa tygodnie temu Mechanicznego Ptaka, że istotnie są wiązani ze śmiercią Ojca Diego i że oczywiście naprawdę nie mają z tym nic wspólnego. Lokalny Najwyższy Inżynier Huesca dał nam ponadto list polecający do placówki w okręgu Kago.

W czasie, gdy my zajęci byliśmy zdobywaniem informacji w Gildii Inżynierów, Tybald i Julianus zauważyli przekradającego się ulicami Miasta żołnierza Hazatów, jednego z najbliższej eskorty księcia Victoriana. Żołnierz na mundur narzucił jakiś znoszony płaszcz i jedynie ciemna karnacja wyróżniała go z tłumu. Tybald i Julianus postanowili śledzić Hazata, ale nie zauważyli, że sami z kolei są śledzeni przez innego żołnierza. A właściwie zauważyli, ale nieco za późno. A kiedy już zauważyli, postanowili przechwycić śledzącego. Ten nie chciał jednak dobrowolnie wyznać, w jakim to podejrzanym celu przekradał się przez Miasto w przebraniu, próbował wykręcać się wizytą w domu rozpusty, ale został zdemaskowany, w końcu nerwowo nie wytrzymał i sięgnął po broń. Wywiązała się krótka walka, w której nieszczęsny Hazat zginął.

Tybald i Julianus wezwali nas przez Skrzekotkę na miejsce. Sugerowali pozbycie się ciała i udawanie, że nic się nie stało, ale ponieważ drugi z żołnierzy Hazatów widział całe zajście było to rozwiązanie skrajnie niedyplomatyczne i niebezpieczne. O wiele lepsze wydało mi się oficjalne zgłoszenie wypadku księciu Victorianowi. Wyrazimy oczywiście ubolewanie, że przypadkowo zginął jego wierny żołnierz, ale także wyraźnie zasugerujemy, że nie nie doszłoby do tego, gdyby ów żołnierz nie skradał się śladem kuzyna Tybalda i Julianusa przez Miasto w przebraniu. Taką też wersję przekazałem przez Skrzekotkę do zamku, a Harlan polecił mi niezwłocznie ruszać dalej na Virigo, zostawiając uprzątnięcie ciała lokalnej straży. I tak też się stało.

Polecieliśmy prosto do miasta Dannock, rozległego i wielopoziomowego labiryntu ciasnych uliczek, ramp i ponurych zaułków, zasnutego dymami snującymi się z kominów fabryk i cuchnącego mieszaniną spalenizny, chemikaliów i ścieków. Okropne miejsce, zwłaszcza jeśli porównać je z olśniewająco białym lodowcem okalającym Sokole Gniazdo. Dannock było lennem barona Godfryda Rochfort, syna hrabiego Bertranda, władcy całego okręgu Kago. Choć hrabia Bertrand był kuzynem mojej Matki, księżnej Ledy, nasze rodziny nie darzyły się zbytnią sympatią. Rochfortowie z Kago zazdrościli nam, to znaczy Matce, wysokiej pozycji społecznej i politycznej, zaś my uważaliśmy ich za dusigroszów i krętaczy. Dlatego też kuzyn Tybald znalazł w Sokolim Gnieździe bezpieczną przystań, jako „czarna owca” Rochfortów.

Tymczasem jednak zostaliśmy na lądowisku powitani przez sierżanta Straży Miejskiej imieniem Eris, który nakreślił nam krótko sytuację panującą obecnie w Dannock, a częściowo i w całym okręgu Kago. Po śmierci Ojca Diego, który był, jak twierdził Eris, bardzo ważną figurą i cieszył się zasłużenie sławą wielkiego myśliciela i charyzmatycznego mówcy nawet na innych planetach, wybuchły w Dannock zamieszki. W tych zamieszkach zginęła lub została ranna większa część Straży Miejskiej i dopiero przybyli na pomoc Avestianie zażegnali niebezpieczeństwo buntu na pełną skalę, a i to być może tylko tymczasowo. Główną rolę w zamieszkach pełnili obcy, których Ojciec Diego wspierał jak mógł, głosił konieczność ich pełnej asymilacji ze społeczeństwem ludzi i zrównania statusu wszystkich, bez względu na rasę. Dzięki takiej polityce obcy wszelkich ras tłumnie ściągali do okręgu Kago, znajdowali tu dobre warunki życia, zakładali rodziny i obecnie odsetek ich populacji wynosił około 10%. I to właśnie oni poczuli się zagrożeni po śmierci Ojca Diego.

Pierwsze oskarżenia padły na Inżynierów, dwaj członkowie Zakonu odwiedzili kapłana dzień przed jego śmiercią, a następnego dnia wielki wybuch zdemolował kościół i zabił Ojca Diego. Obecnie jednak śledztwo uwolniło Inżynierów od podejrzeń, a aresztem domowym objęto baroneta Willema Ost, znanego z żywej nienawiści do obcych. W mieście porządku pilnowali Avestianie, wspierani przez resztki Straży, ale poruszanie się dzielnicach nędzy wciąż było bardzo niebezpieczne. Tyle dowiedzieliśmy się od usłużnego sierżanta Erisa, który zaoferował nam ponadto kwatery. Nie miałem żalu, że żaden z miejscowych Rochfortów nie zniżył się do powitania nas osobiście, ponieważ jak wspomniałem, stosunki między nami nie układały się najlepiej.

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy, była lokalna siedziba Zakonu Inżynierów. Tu dowiedzieliśmy się więcej o okolicznościach porwania Mechanicznego Ptaka, oraz zaginięciu dwóch członków jego załogi, choć jak się później okazało, nie były to szczegóły warte większej uwagi. Prócz tego padła jednak wzmianka o niejakim Magracku, Gannoku, który niegdyś być wychowywany przez Ojca Diego, potem był członkiem Zakonu, a niedawno zaginął niedługo po tym jak skradziono Ptaka. Magrack odegrał niepoślednią rolę w tym całym zamieszaniu, co okazało się później, więc warto zapamiętać to nazwisko.

Prócz informacji na temat skradzionego Ptaka, Inżynierowie dali nam także dokładne namiary na warsztat rzemieślnika, który wykonał tajemniczy klucz, znaleziony przeze mnie na schodach w hallu tuż po napadzie na Sokole Gniazdo. Pracownia ta stała się zatem kolejnym przystankiem w naszej podróży. Ślusarz Ralf Kagi za niewygórowaną opłatą nie tylko wykonał kopię owego klucza, ale także zdradził nam, kim był pierwotny zleceniodawca i wskazał gdzie ów mieszka. Był to miejscowy opryszek, wyniszczony przez ukarski narkotyk znany jako „Selchaka” stary Ukar imieniem Orano Vak, noszący pseudonim „Klinga”. Mieszkał w jednej z dzielnic nędzy, więc mimo ostrzeżeń sierżanta Erisa postanowiliśmy złożyć mu niezapowiedzianą wizytę.

Po drodze jednak przypadkiem zabłądziliśmy w pobliże kościoła, w którym kazał i w którym zginął Ojciec Diego. Najpierw wdaliśmy się w bezowocną dyskusję z pilnującymi remontowanego po wybuchu przybytku Avestianami, ale potem udało nam dostać się na zakrystię, gdzie kilku nieco wystraszonych kleryków ochoczo podzieliło się z nami, a właściwie z bratem Takashi swymi podejrzeniami. Ich zdaniem winnymi śmierci Ojca byli jednak Inżynierowie, bowiem to właśnie oni przynieśli świecącą kulę, którą Ojciec co prawda zamówił w Zakonie, ale która okazała się bombą i zabiła kapłana następnego dnia, demolując przy okazji cały kościół. Owi „Inżynierowie” byli Ukarami, których zresztą klerycy opisali dość dokładnie. Wygląd jednego z nich pokrywał się dokładnie z tym, co widział Bernie podczas napadu na Sokole Gniazdo, a drugi okazał się kobietą, dość charakterystyczną, bo całkowicie bezwłosą.

Ponieważ zaginiona załoga Mechanicznego Ptaka była ludźmi, nie podzieliliśmy podejrzeń kleryków co do sprawstwa Zakonu, ale znowu padło imię Magracka, Gannocka, o którym usłyszeliśmy już u Inżynierów. Zabity kapłan osobiście wychował „tę małpę”, a ta potem zdradziła go, odszedłszy do Zakonu Inżynierów, by tam czcić bezduszną Technikę. Potem Magrock pojawił się tuż przed przybyciem dwójki Ukarskich „Inżynierów”, którzy dostarczyli eksplodującą kulę, jako łącznik pomiędzy Zakonem a Kościołem. Ale czy wiedział co to za świecąca kula, czy może został zmanipulowany tajemniczymi mocami ukarskiego psionika, którego mocy doświadczył na sobie Julianus, tego nie wiedzieliśmy, choć klerycy przeklinali Gannocka w żywy kamień.

W końcu dotarliśmy do dzielnicy nędzy i odnaleźliśmy dom, w którym mieszkał „Klinga”, unikając po drodze starcia z żądnym krwi tłumem, który tylko na chwilę obłaskawiliśmy darami z pieczywa. Dom był kilkupiętrowy, ciemny i brudny, wydawał się też pustawy i cichy. Na schodach zaległa jakaś para Ukarów, zmożona Selchaką, niestety zupełnie niepodobna do napastników z Sokolego Gniazda. Jakiś ponury i małomówny mieszkaniec tej nory za drobną opłatą bez słowa wskazał nam mieszkanie „Klingi”. Klucz pasował. Cicho i powoli weszliśmy do środka.

W pierwszym pokoju na sofie półleżało dwóch wytatuowanych ludzi, pogrążonych najwyraźniej w narkotycznym śnie, jak zdaje się wszyscy w tym domu. Byli uzbrojeni i wyglądali na ochroniarzy tego przybytku, ale udało się nam ich rozbroić nie budząc ich. Wchodząc głębiej do mieszkania, za zasłoną przedzielającą korytarz na pół, zastaliśmy siedzącą na krześle zupełnie nagą, ubraną jedynie w wysokie buty ludzką kobietę, z ogoloną jedną połową głowy i wielkimi piersiami kołyszącymi się łagodnie w rytm spokojnego oddechu. Najwyraźniej ona też drzemała w narkotycznym śnie, ale naraz ocknęła się, a zobaczywszy nas rzuciła się niespodzianie na najmniejszego, Berniego Calculusa, histerycznie błagając o ratunek z rąk okrutnego „Klingi”. Objęła małego Berniego ramionami, tak, że jedynie jego świecąca spiczasta czapka wystawała spomiędzy jej wielkich piersi i coraz głośniej krzyczała o ratunek.

Ten hałas oczywiście obudził obydwu „ochroniarzy”, a także wywołał z czeluści tej jaskini samego głównego lokatora. „Klinga” wyskoczył nagle zupełnie nagi, wymachując nad głową solidną maczetą i bez cienia strachu, czy wahania natarł na nas. W tym momencie naga kobieta przestała wrzeszczeć o ratunek i wbiła zęby w ucho nieszczęsnego Berniego, w mgnieniu oka odgryzając kawałek! Na szczęście Julianus wziął na muszkę obydwu wytatuowanych ochroniarzy, a ci pokornie odwrócili się twarzami do ściany.

Stary Ukar zaatakował Tybalda, Takashiego i mnie. Najpierw staraliśmy się skłonić go do poddania się, parując jedynie jego ciosy, ale „Klinga” był najwyraźniej odporny na wszelką perswazję, więc po krótkiej chwili daliśmy za wygraną i zmusiliśmy go do kapitulacji ciosami pięści, rapiera i miecza. Brata Takashi wykazał się przy tym nie lada kunsztem, unieruchamiając Ukara w żelaznym uścisku, co pozwoliło Tybaldowi zadać kończący cios głowicą miecza. W międzyczasie Julianus uratował Berniego z objęć nagiej Furii, wypalając jej dziurę w brzuchu i młody Inżynier mógł się opatrzyć, choć połowa ucha przepadła bezpowrotnie.

Związawszy obydwu pokornych ochroniarzy i nieprzytomnego Ukara przeszukaliśmy jego legowisko. Znaleźliśmy autentyczny dokument nadający mu wolność, w zamian za wybitne dokonania na arenach Severusa, a w palenisku niedopalony list następującej treści:

„Łupieżcy Hardy Bucka zginęli razem z Noro, ale Zwiadowca twierdzi, że można wykorzystać grupę z siedzibą …(tutaj współrzędne geograficzne, wskazujące Dolinę Smoczego Oddechu na Fryzji). Noro już kiedyś z nimi współpracował. Dowodzi nimi Ursus – łupieżca o ponurej sławie, ale chciwy, więc do wykorzystania. Sokoły  nie wiedzą, gdzie mieści się jego kryjówka.”

Postanowiliśmy zabrać byłego gladiatora ze sobą na Fryzję, aby po wybudzeniu się z narkotycznego transu zeznał być może nieco więcej na temat swych gości. Taszczenie go przez całą dzielnicę nędzy aż do naszej kwatery było jednak wysoce niebezpieczne, postanowiliśmy więc podjąć go z dachu na pokład naszego Mechanicznego Ptaka. W tym celu Julianus i Bernie wrócili więc, nieco ryzykując przekradaniem się przez dzielnicę nędzy, na lądowisko. Wewnątrz Ptaka znaleźli, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu nie kogo innego, jak wspomnianego już dwukrotnie bohatera niejasnego wątku zabójstwa Ojca Diego, Gannocka Magracka. Małpolud ukrywał się pod siedzeniami, ale na widok Julianusa i Berniego sam wypełzł ze swej kryjówki, oferując pomoc i informację.

Wyznał, że dręczą go wyrzuty sumienia, bo przez jego lekkomyślność zginął jego opiekun Ojciec Diego, a o zabójstwo oskarżono niewinnego człowieka, baroneta Willema Ost i to wskutek fałszywego pisma, które Magrack osobiście przemycił do jego domu, nie znając jednak oszczerczej treści, ponieważ było po ukarsku. Zabójców kapłana Gannock także osobiście przyprowadził do kościoła i uwiarygodnił, nie wiedząc kim są, a jeszcze wcześniej przekazał swoim kolegom z Zakonu Inżynierów informację o intratnej pracy „po godzinach”, by zwabić ich w sidła dwójki Ukarów, co umożliwiło im najprawdopodobniej uprowadzenie Ptaka. Teraz powziął postanowienie, by to wszystko naprawić i zamierzał zakraść się na proces baroneta Ost, by wobec całego Sądu zeznać, jak było naprawdę. Musiał jednak, jak twierdził, za wszelką cenę uniknąć przedwczesnego schwytania przez Inkwizycję, bądź barona, bowiem ci mogliby go użyć jako narzędzia w sobie tylko wiadomym celu.

Tego wszystkiego miałem okazję wysłuchać osobiście, ewakuacja z dachu domu „Klingi” przebiegła bowiem zupełnie pomyślnie i wkrótce wszyscy znaleźliśmy się na pokładzie Mechanicznego Ptaka. Teraz kiedy to spisuję, nie mogę się sobie nadziwić, że ta chaotyczna plątanina nie wzbudziła we mnie wątpliwości na tyle, by przyjrzeć się dokładniej postaci Gannocka i jego tłumaczeniom. Ze wstydem muszę przyznać, że uznałem jego opowieść za prawdziwe wyznanie winy i chęć zadośćuczynienia, postanowiłem też wbrew woli pozostałych towarzyszy umożliwić mu dokonanie tego zadośćuczynienia tak, jak sam twierdził, że pragnął.

Być może na moją pochopną, jak się potem okazało, decyzję, wpłynęła wiadomość z domu. Kiedy bowiem Julianus i Bernie dotarli na pokład Mechanicznego Ptaka, migająca lampka na KDLu wskazywała pozostawioną wiadomość. To była prośba o pilny kontakt z Sokolim Gniazdem. Jednak zasilanie KDLu było niezależne i bateria prawie się wyczerpała, więc nie nawiązali kontaktu od razu i dopiero gdy wszyscy znaleźliśmy się na pokładzie udało się to zrobić. A wieści z Gniazda były alarmujące! Porwano Jessebelle, porywacze żądali w zamian za uwolnienie mej siostry Klucza. Prawdziwego Gwiezdnego Klucza, który moja Matka roztropnie ukryła w sobie tylko znanym miejscu, w sejfie pozostawiając kopię, która padła łupem napastników. Musieliśmy natychmiast wracać na Fryzję!

Widząc nerwowy pośpiech i że zdania na jego temat są podzielone, Magrack postanowił dorzucić jeszcze jedną, cenną dla nas informację, by udowodnić swą dobrą wolę i uzyskać natychmiastowe uwolnienie. Zdradził nam, że podsłuchał, jak tamci, czyli Ukarowie, mówili, że spotykają się w Północnym Forcie, u Sokołów (czyli w Sokolim Gnieździe), u jednego takiego co leczy ludzi. Informacja wskazywała na doktora Eno, naszego nadwornego medykusa, Ur-Obuna. I rzeczywiście, ta sztuczka ostatecznie przekonała mnie do Gannocka i postanowiłem szlachetnie umożliwić mu naprawienie win w sposób, jaki sobie wymyślił. Mimo więc rozsądnych napomnień pozostałych, logicznych argumentów brata Takashi i nawet mimo moich własnych początkowych wątpliwości postawiłem na swoim i kazałem Julianusowi desantować Magracka na opustoszałych przedmieściach, tam, gdzie sobie zażyczył wysiąść. A potem pomknęliśmy co sił w silnikach przez ocean ku odległej Fryzji.

Brat Takashi z pewnością uważa to, że ocaleliśmy dzięki woli Wszechstwórcy i nie mam zamiaru się z nim sprzeczać, choć bezpośrednimi wykonawcami Jego woli byli z pewnością kuzyn Tybald i nasz grzeszny Berni Calculus. Kiedy bowiem wysadziliśmy Gannocka, Tybald stwierdził, że nie ufa śmierdzielowi i że jeśli dostał się na pokład mimo wszystkich zabezpieczeń, które mieliśmy, to mógł też coś po sobie zostawić. I poprosił Berniego, by dokładnie sprawdził naszego Ptaka. Ten chyba w pełni podzielał zdanie Tybalda, bo ochoczo wziął się do pracy. I rzeczywiście, kiedy już byliśmy daleko nad oceanem, w małej szafce przekaźnikowej znalazł bombę.

Ładunek był mały, nie mógł bezpośrednio uszkodzić konstrukcji machiny. Ale założono go bardzo sprytnie, na wiązce przewodów doprowadzających sygnały sterujące do silników i powierzchni sterowych Ptaka. Eksplozja spowodowałaby utratę sterowności i fatalny upadek do oceanu. Bernie gorączkowo zabrał się za rozbrajanie ładunku, ale w tym wyręczył go niespodzianie brat Takashi. Eskatonik pewnym ruchem odsunął Inżyniera od skrzynki, wzniósł oczy ku górze, dotknął mechanizmu i cała bomba, wraz z oplatającymi ją przewodami zamieniła się na naszych oczach w kamień!

Na szczęście zarówno Julianus, jak i Berni bardzo szybko wyszli z osłupienia po tej demonstracji boskiej mocy, bo inaczej, mimo całej szlachetności intencji brata Takashi spadlibyśmy jednak do morza, tak jak to sobie planował zdradziecki małpolud. Zamienione w kamień przewody przestały przewodzić sygnały sterujące i Ptak nagle utracił sterowność. Na szczęście Julianus, czy pod wpływem intuicji, czy boskiego podszeptu, zawczasu ustawił maszynę w lot ślizgowy, dając Berniemu wystarczająco dużo czasu na zrobienie obejścia. Stery znowu zaczęły działać, pilot wyrównał maszynę i już bez dalszych przeszkód pomknęliśmy ku odległej jeszcze Fryzji.

Tak to każdy z naszej załogi przyczynił się po trochu do uratowania statku oprócz mnie samego. Niestety, trzeba to przyznać, okazałem się głupim i naiwnym osłem, który swoim niewczesnym porywem źle ulokowanej szlachetności omal nie pogrzebał naszej misji i pięciu dobrych ludzi, nadziei na dokończonej misji Ernana, nie mówiąc o konsekwencjach dla całego naszego rodu, w szczególności biednej Jess. Należało zatrzymać zdradzieckiego Gannocka na pokładzie, a przynajmniej oddać go w ręce jakichś władz, choćby Avestian. Co prawda zdołałem przekazać trzy najważniejsze informacje do Sokolego Gniazda w czasie gdy Bernie i Takashi zajmowali się bombą, ale czy wystarczyło by to do ocalenia Jess z łap oprychów Ursusa? Na szczęście i dzięki wspaniałej postawie moich towarzyszy nikt nie będzie musiał odpowiadać na to pytanie.

Ale jak zwykle pojawiają się inne pytania. Czy istnieje międzygwiezdny spisek obcych, skierowany przeciwko ludziom? Czy ów tajemniczy Protektorat, którego list żelazny znaleźliśmy przy ciele Bena Castro, strzelca pokładowego „Columbusa 13”, proteguje obcych w jakiejś krucjacie mającej na celu odzyskanie przez nich przynajmniej niektórych z utraconych dawno temu światów? Czy może używa ich jako narzędzia, by osłabić Znane Światy przed frontalną inwazją? Dlaczego Gwiezdny Klucz do nieznanego „Vedi” jest tak ważny dla obcych? Czyżby był to jedyny klucz prowadzący do tamtego świata? Jak Ernan wszedł w jego posiadanie? No i czego szukają u nas naprawdę Hazaci? Dlaczego ich żołnierze myszkowali po Mieście w przebraniach? Czy rzeczywiście mają coś wspólnego ze śmiercią Ernana? Wiele pytań i jak zwykle żadnych odpowiedzi.

Ale myślę, że przynajmniej na jedno pytanie mogę odpowiedzieć: kto jest zdrajcą, który wbił sztylet w plecy swych dobroczyńców, czy to dla jakiejś chorej idei, czy rasowej solidarności, a może dawnej, strasznej przysięgi. Myślę, że Magrack nie kłamał, mimo całej swej przewrotności, gdy zdradzał nam kto jest kontaktem tajemniczych napastników w „Północnym Forcie”. Tak, to nasz dobry doktor Eno, spokojny i dobroduszny Obun, zawsze gotowy ulżyć w cierpieniu. Zastanawiałem się dlaczego tamten jednooki Obun, imieniem Noro, zadawał sobie tyle trudu, by Jessebelle kopnął koń i by mógł ją wtedy opatrzyć, przekazując przy okazji za jej pośrednictwem pokrętną „przepowiednię”. To nie była wiadomość dla nas. Kto zajął się ranną? Lekarz. Kto usłyszał wiadomość. Tak, dobrze, doktor Eno. Tyle, że dla niego nie była to z pewnością tajemnicza przepowiednia. To była zakodowana wiadomość, hasło do działania, a może przypomnienie dawnego zobowiązania. I sądzę, że doktor Eno tego przypomnienia nie zignorował. A czy się mylę okaże się, kiedy dobry doktor spotka się z Garbasem, naszym nadwornym oprawcą.

 

 

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca

Comments are closed.