Przepowiednia

Sonda archeologiczna XFA2941 –  Raport z dnia: 09.10.5213 – W miejscu o koordynatach 396283-246102-428 odnaleziono obiekt: szczątki zwłok i resztki kilku przedmiotów nieorganicznych. Datowanie zwłok i szczątków – niemożliwe, poddane dużym radiacjom i promieniowaniu omega z pobliskich obiektów Urów. Zakres neutrinów i kwarków poza skalą. Antycząsteczki w nieustabilizowaniu na poziomie 427%. Odbudowa i potwierdzenie DNA obiektu – niemożliwe. Wśród nieorganicznych szczątków klasyfikację ciekawości na poziomie 78% uzyskały tylko resztki papieru. Inne obiekty poniżej progu 10%. Ze szczątków papieru zrekonstruowano subatomowo strony odręcznego tekstu. Zmapowano na tekst cyfrowy. Po analizach na podstawie algorytmów neuronowych oraz danych sondy: XFA2934 – znaleziony papier to osobisty pamiętnik Teurga Zakonu Eskatonicznego – Takashi Tanaka. Załączam. Podczas zajmowania się szczątkami odnotowano 24 usterki  techniczne. Powód nieznany. Spadek mocy o 81%. Całkowita utrata funkcjonalności na poziomie 27%. Rekonstrukcja kolejnych szczątków pamiętnika w toku. Przybliżony czas realizacji – 14 dni.

==== Załącznik nr 1 ====

12.04.4999, planeta Delfy, północny kontynent lodowa Fryzja, Zamek rodu Hawkwood Sokole Gniazdo

Oczyszczający ludzkość Eskaton jeszcze dziś nie nadszedł, kontynuuję więc codzienne zapiski w moim dzienniku. Do południa dzień spędzałem jak zwykle na modlitwie, ćwiczeniach, rozmowach i podziwianiu wspaniałości świata tak różnego od klasztornych murów, do których przywykłem przez 20 lat. W południe poszukiwałem wśród ksiąg informacji o rodzie Hawkwood i jego członkach, gdy przerwano mi wieścią, iż coś złego stało się w mieście panience Jessebelle Hawkwood, młodej córce księżnej Ledy. Mechaniczny ptak z nią na pokładzie był już w drodze do Sokolego Gniazda, zamku księżnej, gdzie od kilku miesięcy przebywam z moją misją daną od Wszechstwórcy. Na dziedzińcu w pełnym napięcia oczekiwaniu zebrały się najważniejsze osoby na zamku w tym najstarszy syn księżnej, dość oschły i nieprzystępny Hrabia Harlan Hawkwood, trzeci i najmłodszy syn Natan Elkana Hawkwood, szczupły kawaler, z którym łączyło mnie zamiłowanie do ksiąg i tajemnic oraz jego daleki kuzyn Tybald Rochfort Hawkwood, wielki i silny Rycerz Poszukujący, który wśród rodziny leczył rany i szukał wyciszenia po burzliwych przeżyciach na innych Światach. Księżnej tego dnia nie było, jako iż wyruszyła na daleki południe planety w jakiś ważnych dla rodu sprawach.

Chwała Wszechstwórcy! Szybko okazało się, iż Panienka Jessebelle poważnie nie ucierpiała, została ponoć przypadkiem kopnięta przez konia i jedynie straciła przytomność. Oczywiście Hawkwoodowie zarządzili dochodzenie w tej sprawie. Jednak jakież było zdziwienie obecnych, gdy nieprzytomna wciąż dziewczyna wyrecytowała nagle słowa silnym głosem:
„Nadzieja dla szkarłatu tkwi w sercu przestworzy,
tam, gdzie dostępu broni wilczy kieł, brat pazura.
Owad drąży serce pod bokiem drzemiącego wilka.
Gdy księżyc skryje się w mroku nocy, klucz będzie spoczywać na miejscu”

Zrozumiałem, iż mamy do czynienia z przepowiednią zesłaną przez Wszechstwórcę, oraz iż  moje poszukiwania obiorą teraz nową drogę. Być może po to właśnie Wszechstwórca wskazał mi Delfy w mej wizji na Pantateuch? Oczywiście panienka po przebudzeniu nic nie pamiętała o wypowiedzianych słowach i nie naprowadziła nas na żaden ślad tajemnicy. Co do stosownego dochodzenia, to nie wnieśli do sprawy nic nowego ani Panienka, ani kilku świadków, ani sprowadzony na zamek właściciel konia i sam koń, sprawca wypadku (dokładnie przez nas pooglądany). Wszystko zdawało się przypadkowe, co tylko usilnie przekonuje mnie, iż stoi za tym Wszechstwórca.

Dokładna interpretacja słów przepowiedni zdawała mi się z góry skazana na niepowodzenie – szkarłat w ustach szlachcianki Hawkoowdów, może być przykładowo krwią Hawkwoodów (czyli ich rodem), ale już w ustach śpiącego Proroka – Świętym Płomieniem czy choćby którymś słońcem. Miałem jednak pewność, iż pojawią się dodatkowe znaki, wizje czy zdarzenia, które przybliżą nas w poszukiwaniach.

Dzień jednak miał być zapamiętany powszechnie dzięki innemu wydarzeniu – dowiedzieliśmy się, iż oto zupełnie niezapowiedziany, za godzinę odwiedzi zamek książę Victorian Hazat z Vera Cruz – dziedzic swej planety i ważna osobistość. Jego wojenna fregata Himena już była na orbicie. Zarówno mnie, jak i Natanowi oraz Tybaldowi jasne się stało, iż nagła wizyta łączy się jakoś z tajemniczymi słowami Jessebelle, bo czyż pazur to nie potocznie stosowane przez lud określenie Hazatów? Sprawy toczyły się daleko szybciej niż się spodziewałem.

Po gwałtownych przygotowaniach na zamku na tak potężnego gościa, zobaczyliśmy na niebie jego kosmiczny prom, a wkrótce jego samego. Księcia witał Panicz Natan, w towarzystwie swych przyjaciół czyli Rycerza Tybalda, mnie oraz młodziutkiego przedstawiciela Gildii inżynierów Berniego Kalkulusa, jak zwykle pełnego dumy i pychy w swym święcącym technicznym kostiumie (długa praca czeka mnie przy tym grzeszniku, ale każdy zasługuje na pomoc w rozpaleniu swego Świętego Płomienia). Pomimo, iż zawiłe kwestie etykiety i życia szlacheckiego są dla mnie wciąż pełne zagadek, to rozumiałem, iż Hawkwoodowie na niezbyt uprzejme i nagłe wproszenie się księcia, reagowali niezbyt uprzejmym powitaniem tylko przez trzeciego syna księżnej czyli Panicza Natana i naszej trzódki.

Z promu oprócz dostojnego księcia wyszedł również jego kuzyn don Oran dos Santos – szeroki w barach człowiek noszący maskę na dolnej połowie twarzy, zniekształconej poparzeniami, zapewne wojennymi jak przypuszczam. Panicz Natan zaprosił obu do pokoi, a potem na wieczorną ucztę. Na promie pozostało kilku żołnierzy, którym wraz ze służbą zanosiłem posiłek, będąc wielce ciekaw jak wygląda wnętrze Hazackiego promu. Tyle o Hazatach-wojownikach czytałem w klasztornych księgach i nareszcie samemu sporo zobaczyłem. Na promie rządziły: porządek, surowość, dyscyplina i żołnierska prostota, jakże bliskie sercu każdego kapłana. Chwała niech będzie Wszechstwórcy!

Na wieczornym przyjęciu książę wyjawił wszystkim powód swej wizyty – będąc w tych okolicach zapragnął, jakby przy okazji, zapolować na tutejsze zwierzę, sławnego lodowego czerwia. Czerwie to kilkunastometrowe groźne bestie poruszające się w lodzie Fryzji i już wcześniej słyszałem o tych sławnych polowaniach, jako lokalnej atrakcji dla różnych bogaczy, głównie z poza Delfy. Obaj Hazatowie traktowali zabicie bestii jako coś oczywistego i rozrywkowego. Obaj ociekali grzechami pychy, dumy i żądzy – książkowi Hazaci jakby powiedział mój Przeor Gregory. Gdzieś w głębi wykiełkowała mi malutka grzeszna myśl, że nie miałbym nic przeciwko temu, aby bestia potraktowała ich jak śniadanie. Koniecznie musze pamiętać, aby wyspowiadać się z tego.

Rozmawialiśmy też o innych sprawach. Panicz Natan próbował się dowiedzieć, czy może obu Hazatom znana jest jakaś symbolika wilczego kła lub drzemiącego wilka. Niestety nic w tym temacie nie wiedzieli, albo też nie chcieli powiedzieć. Obaj zapewne świetnie potrafili ukrywać prawdziwe myśli, jak każdy wysoko postawiony szlachcic. Ja dopytywałem o Vera Cruz, czy w istocie planeta jest taka piękna jak piszą. Podpytywałem też o aktualne walki Hazatów z Kalifatem Kurga właśnie w okolicach Vera Cruz. Książe chciał, aby Kościół włączył się do walki z heretykami, co pozwoliłoby wspomóc ród Hazatów i zwycięsko zakończyć konflikt. Ja jednak, prosty nowicjusz Zakonu Eskatoników nic o takich zamiarach zwierzchników Kościelnych nie wiedziałem.

Na koniec uczty Hrabia Harlan Hawkwood ogłosił, iż to Panicz Natan i jego przyjaciele będą następnego dnia przewodnikami Hazatów na polowaniu! Dość mocno to mną wstrząsnęło, jako iż nigdy w życiu w czymś takim udziału jeszcze nie brałem. Wszechstwórca poddaje nas jednak różnym próbom i może niczym Mantius Żołnierz będę miał okazję jakoś ochronić któregoś z Hawkwoodów – Panicza Natana lub Rycerza Tybalda. Oprócz zwykłej ludzkiej dobroci wciąż mam zobowiązanie wobec Hawkwoodów, za ich bohaterskiego, wciąż nieznanego i tajemniczego krewnego, który uratował mi życie na planecie Pantateuch, podczas piaskowego tornado. Miesiące poszukiwań na Delfy wśród Hawkwoodów wciąż nie przybliżyły mnie do odpowiedzi kim był ów Hawkwood, mój wybawca. Coraz częściej jednak myślę o tym, czy czasem bohater nie pochodził z innego czasu – biorąc pod uwagę niesamowitości Pantateuch i Wszechstwórcę wszystko jest możliwe. Być może cała rzecz sprowadza się do tego, iż zrządzeniem Wszechstwórcy miałem przybyć na Delfy czując wdzięczność dla rodu Hawkwood.

Po zakończeniu uczty przyszedł mi do głowy plan, iż jeszcze raz odwiedzę Hazackich żołnierzy w ich promie, bo po uczcie sporo żywności zostało. Służba zaniosła jedzenie, a ja jawnie zapytałem tych prostych mężczyzn, czy nie wiedzą czegoś o wilczym kle, bracie pazura, jako iż zgłębiam pewną przepowiednię. Odpowiedzieli przecząco, jednak jeden z nich, wysoki z blizną, najwyraźniej coś wiedział i coś ukrywał! Wracając z promu rozmyślałem – bo skoro prosty żołnierz coś kojarzy, to książę po prostu musi coś wiedzieć. A skoro nie chce wyjawić nam prawdy, to wiążę się  to zapewne z jakąś intrygą lub tajemnicą i słowa przepowiedni tym bardziej wymagają poszukiwań! A przecież, jak głosi Ewangelia Omega Eskatoników – Jesteś tym czego szukasz… Jak mnie to wszystko zmieni?

Reszta wieczoru upłynęła mi na zgłębianiu wiedzy o czerwiach i polowaniach na nie. Pooglądałem wielką czaszkę czerwia wiszącą w dużym korytarzu, przeglądałem zamkowe księgi, a nawet rozmawiałem z miejscowym przewodnikiem Gedrym, który miał z nami udać się na polowanie. Rysujący się w mojej wyobraźni obraz bestii był przerażający – Ogromny, gadopodobny, smukły, 2 a nawet 3 metry wysokości, kilkanaście długości. Głowa jakby krokodyla ze Św. Terry, zwęża się ku pyskowi wypełnionemu długimi czarnymi zębami. Lśniące, stalowo-błękitne łuski, które rozgrzewają się do czerwoności – stwory wytapiają sobie drogę przez lód, ale też bronią się tą zdolnością. Łapy z ogromnymi pazurami. No i na dodatek drapieżnik, który słyszy swą ofiarę z daleka dzięki wibracjom lodu. Obraz śmierci dla każdego ludzkiego śmiałka. Od przewodnika były jednak też dobre i uspokajające wieści – polujących w tajemnicy specjalnie rodzina Hawkwoodów zawoziła w specjalnie przygotowane miejsca, gdzie były młode lub karłowate czerwie i niebezpieczeństwo było dalece mniejsze. Nikt z rodu nie życzył sobie stosu trupów swych chętnych wrażeń gości. Błogosławione niech będą ścieżki Wszechstwórcy!

13.04.4999, planeta Delfy, północny kontynent lodowa Fryzja

Dzień rozpocząłem od rozpalania w sobie Świętego Płomienia poprzez modlitwę i medytację. Wyobrażałem sobie potężnego czerwia i starałem się oswoić ze strachem, który miał nadejść podczas polowania. Co prawda nauki Bractwa Wojennego w mej dalekiej przeszłości wpoiły mi stosowną dyscyplinę wojenną, ale czym innym jest normalna walka z ludźmi, a czym innym obca, olbrzymia bestia.

Wyruszyliśmy tuż po śniadaniu mechanicznym ptakiem. 2 Hazatów, nasza czwórka i przewodnik Genry. Zabraliśmy ze sobą wszystko co mogło się przydać, grube ubrania na zimno, liny, raki na lód, rakiety śnieżne, a nawet karabiny cesarskie na czerwia. Inżynier Berni przytaszczył jakąś dziwną rurę, którą ponoć skonstruował w nocy. Broń na czerwie, powiedział, a mnie aż zmroziło od grzesznego wynalazku w jego rękach. To pierwszy nowy wynalazek jaki widziałem w życiu –  ohydny, metalicznie śmierdzący, ze szklanymi oczami po obu stronach i dziwnymi wypustkami, a wszystko poklejone jakąś taśmą. Rozsiewał wkoło woń technicznej bezduszności. Spodziewałem się, iż wybuchnie w jego rękach przy pierwszym użyciu i porani nas wszystkich. Nie było jednak pokojowego sposobu, aby mu to odebrać i spalić. W takich chwilach rozumiałem braci Avestian i ich potrzebę świętego oczyszczającego ognia.

Dzięki Wszechstwórcy moja uwaga skupiła się jednak ponownie na naszym locie. Okazało się, iż pilotować ma wielkoręki Tybald, którego raczej kojarzyłem z machaniem dwuręcznym mieczem, niezgrabnością i pochłanianiem dużej ilości strawy, niż z delikatnym operowaniem strunami mechanicznego ptaka. Tuż przed poderwaniem ptaka, poprosiłem więc Wszechstwórce o wsparcie, użyłem swej teurgicznej mocy i pobłogosławiłem naszego pilota w imię proroka, aby nasza podniebna podróż upłynęła spokojnie.

Z góry lodowa Fryzja wyglądała cudownie. Błogosławione niech będą dzieła Wszechstwórcy!
Kiedy zmierzaliśmy do ustalonego wcześniej tajnego celu (z karłowatym czerwiem zamiast wielkiego potwora jakiego spodziewali się Hazaci) nagle książę Victorian Hazat podszedł do mapy, wiszącej na burcie ptaka i grzecznie, acz nakazująco poprosił naszego pilota Tybalda o zmianę kierunku lotu – chciał dostać się w inny rejon lodowego kontynentu, dokładnie tam gdzie żyły prawdziwe Czerwie, a nie karzełki! Tybald nie odmówił i tak oto mknęliśmy na skrzydłach wiatru, aby zmierzyć się z prawdziwą Bestią.

Nagle jednak w dole zobaczyliśmy małe ludzkie ciało, leżące samotnie na lodzie! Oczywiście postanowiliśmy wylądować, aby to sprawdzić i pomóc nieszczęśnikowi. Człowiek leżał w śniegu pokrytym krwią, tylko w zwykłym, acz porządnym ubraniu, które było jakiegoś rodzaju kostiumem. Niestety był już martwy. Delikatnie rozpiąłem mu bluzę, a potem uniosłem ciało z jednej strony. Ktoś go zabił. Miał dziurę w piersi na wylot. Miał też symbol, który rozpoznałem – odznakę Cesarskiej Kohorty. Co robił człowiek Cesarza, samotny i w letnim ubraniu na lodowcu Fryzji tak daleko od siedzib ludzkich? No i kto oraz dlaczego go zabił? Nie miał przy sobie żadnych urządzeń, czy torby, zachodziło więc dodatkowe podejrzenie, iż został okradziony. Jego ślady prowadziły od grupy skał i dalej od lodowej wysokiej grani w oddali. W miejscu gdzie zginął, ślady wskazywały, iż spotkał grupę ludzi idących z naprzeciwka, którzy później wspinali się na grań. Postanowiliśmy polecieć naszym ptakiem za grań, aby się rozejrzeć i być może odnaleźć morderców.

Gdy wkładaliśmy ciało do ładowni mechanicznego ptaka, nagle jakimś zrządzeniem Wszechstwórcy z ubrania wysunęła się kartka. Dokument miał pieczęć wilczej głowy i był napisany dziwnym, trochę archaicznym językiem. W murach klasztornych spotykałem różne dokumenty, więc i ten nie był wielkim wyzwaniem. Nie bacząc na nasz pościg i lot maszyny tłumaczyłem sobie na zrozumiały język:
„Okaziciel tego dokumentu upoważniony jest do wstępu na teren należący do protektoratu. Jednocześnie nie jest zobowiązany do przestrzegania ograniczeń  godziny policyjnej”. „Dokument wystawiony przez Protektorat.”
W mojej głowie kłębiły się myśli – wilcza głowa, przepowiednia, Hazaci, którzy wiedzą o wilku, ale nie chcą powiedzieć i wilczy Protektorat o jakim nigdy nie czytałem. Czyżby zabity człowiek Cesarza, był na jakieś nieznanej Znanym Światom Wilczej planecie, która ma coś wspólnego z Hazatami? Czyżby to Hazaci go zabili? Zacząłem patrzeć na Hazatów, z innej, nowej perspektywy pełnej podejrzeń.

Wtedy jednak spojrzałem przez okienko mechanicznego ptaka i zapomniałem o wszystkim, o czy myślałem. Z góry widać było jakąś śnieżną dolinę, a na jej środku wielki podłużny ślad,  jakby ranny ptak uderzył z impetem w śnieg i wyżłobił koryto. Gdy jednak spojrzałem dokładniej zrozumiałem, że to nie ptak, ale statek kosmiczny lub wielki mechaniczny ptak. Szczątki ciągnęły się wzdłuż całego koryta, a główna część statku leżała częściowo zagrzebana w śniegu daleko przed nami. Ludzi widać nie było. Straszna katastrofa, a rozbitek pochodził z tej machiny, pomyślałem sobie.

Informacjami o Protektoracie podzieliłem się z Paniczem Natanem i inżynierem, który zresztą i tak zaglądał mi przez ramię, gdy czytałem dokument. W tym czasie niedaleko wraku Rycerz Tybald postanowił wylądować. Zaczęliśmy zakładać rakiety śnieżne, aby wyjść. Przewodnik Gedry wyskoczył pierwszy i wtedy usłyszałem jakiś świst, a potem grzmot. Ktoś krzyczał o jakiejś rakiecie, inny o ataku pociskiem od strony wraku, jeszcze inny, że śnieżna grań się na nas wali, a potem były krzyki aby Tybald szybko startował. Zdążyłem złapać się jakiejś rurki i zacząłem modlitwę do Wszechstwórcy, gdy nagle wielkie masy śniegu uderzyły w nas, a nasz mechaniczny ptak niczym dziecięca zabawka zaczął koziołkować i przesuwać się w śniegu. Zapadła ciemność, a różne przedmioty i ciała fruwały w powietrzu. Ja sam zaparłem się między siedzeniem, metalową rurką, a półką i tylko raz zostałem boleśnie uderzony czymś naprawdę ciężkim. Po dłużej chwili chaosu nagle zaczęliśmy gdzieś gwałtownie spadać i przypomniała mi się wielka lodowa szczelina, którą widziałem z góry. Usłyszeliśmy olbrzymi zgrzyt metalu i poczuliśmy straszliwe wstrząsy, gdy nasz mechaniczny ptak zostawał najwyraźniej jakoś gnieciony i szarpany. Do środka sypał się śnieg. Po kilku sekundach wszystko jednak ucichło i zamarło, a my zaczęliśmy okrzykiwać się nawzajem, w pełnej miłosierdzia nadziei, iż nikt więcej nie zginął. Nasz przewodnik Gedry, który wyszedł wcześniej  na zewnątrz wobec tej lawiny był bez szans. Oby jego Święty Płomień pomógł mu znaleźć właściwą drogę po śmierci.

Co do reszty z nas to mieliśmy co prawda lekko rannych, ale nikt bardziej nie ucierpiał. Dzięki niech będą Wszechstwórcy! Ktoś zapalił latarkę, potem ja odnalazłem kolejną. Nasz mechaniczny ptak był częściowo zgnieciony, a w każdej szczelinie czy rozbitym okienku widać było śnieg. Podłoga była teraz ścianą, a przysypany do połowy śniegiem nasz pilot Tybald, znajdował się gdzieś w dole. W pierwszej chwili ogarnęły mnie grzeszne wątpliwości – czy zostaliśmy całkiem zasypani i uwięzieni w lodowej szczelinie i tak oto z braku tlenu wkrótce przyjdzie nam wszystkim powitać drogę przez pustkę na poszukiwanie Wszechstwórcy? Myśli o końcu przerwano mi głośnymi ustaleniami, iż ktoś z wraku do nas strzelał, a skończyło się osunięciem lawiny. Mordercy tego biedaka na śniegu próbowali zabić również nas i częściowo im się udało. Niczym Maya Pogardzana musieliśmy wymierzyć im sprawiedliwość. Ta chęć oraz wiara dodały nam sił – żywo dyskutowaliśmy nad sposobem wyjścia z tej pułapki. Odkopaliśmy też naszego Rycerza i pomogliśmy rannym. Przychodziły nam do głowy różne pomysły, jak np. wykorzystanie paliwa mechanicznego ptaka do roztopienia lodu, ale końcowo zrealizowaliśmy plan najprostszy. Czekanami i łopatami przebiliśmy się przez lód i śnieg w dole, przez rozbitą przednią szybę ptaka, aż ujrzeliśmy ciemną pustkę lodowej szczeliny pod nami. Najwyraźniej nasza machina wpadła do szpary niczym ptak do klasztornego komina i ugrzęzła w połowie zrządzeniem Wszechstwórcy. Ta droga w dół zdawała się zdecydowanie łatwiejsza i szybsza niż przebijanie się w górę przez nie wiadomo jak wiele metrów lodu i śniegu nad nami. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę z 3 rzeczy: niewiadomo jak głęboka jest szczelina, nie wiadomo jak szybko się zwęża i nie wiadomo czy gdzieś tam nie czają się olbrzymie i głodne lodowe czerwie.

Widziałem po twarzach towarzyszy zwątpienie. Ale wtedy sam dostrzegłem, iż oto dostałem szansę, aby jakoś przysłużyć się praktycznie Hawkwoodom. Odważnie więc zgłosiłem się na ochotnika do zejścia w dół jako pierwszy, grzesząc jednak w myślach z dumy, iż okazałem się odważniejszy nawet od osławionych Wojowników Hazatów. To już trzeci grzech w ostatnich dwóch dniach, musze pamiętać o częstszej spowiedzi, samobiczowaniu i wypraniu mojej włosiennicy w czymś co spowoduje, iż będzie bardziej ostra i raniąca ciało, aby bardziej przypominać mi o pokorze.

Zabrałem niezbędny sprzęt, a towarzysze obwiązali mnie liną i zaczęli spuszczać w dół. Po jakiś 20 metrach byłem na lodowym dnie. Dno właściwie było zimnym strumieniem wody, ale dało się nim iść jeden za drugim. Nic mnie też nie pożarło. Pamiętaliśmy mniej więcej którędy przebiegała lodowa szczelina, gdzie lądowaliśmy i gdzie były resztki statku. Więc gdy wszyscy dotarli wyruszyliśmy lekko w górę, pod prąd, przybliżając się do powierzchni i naszego celu. Po jakimś kwadransie natknęliśmy się na 2 wielkie otwory i tunele w nich po bokach szczeliny, którędy najwyraźniej poruszały się czerwie. Pomimo, iż jeden z nich zdawał się wspinać w górę i lekko jaśniał światłem, nie zdecydowaliśmy się na ryzyko. W takim tunelu pewnie robilibyśmy wiele wibracji i czerw szybko by nas zlokalizował, a potem bylibyśmy łatwą zdobyczą. Poszliśmy więc dalej. Po jakimś czasie błądzenia w ciemnościach i w wodzie zrobiło nam się naprawdę zimno, szczególnie w nogi. Niektórym z nas zaczęły całkiem zamarzać stopy i potrzeba było rozgrzewających masaży. W klasztorze nauczono mnie wielu przydatnych rzeczy i radował mnie fakt, iż być może uratowałem paniczowi Natanowi palce u stóp. W końcu jednak udało nam się wyjść na powierzchnię, gdzie jak się okazało szalała śnieżna zamieć i widoczność była bardzo zła. Postanowiliśmy obwiązać się linami i udać w kierunku koryta po rozbitym statku kosmicznym. Było na tyle głębokie i długie, iż idąc na przód nie sposób było go przeoczyć nawet w tej zamieci. Będąc już w korycie skręciliśmy w kierunku wraku.

Nagle zobaczyłem, a potem usłyszałem, jak idący z przodu Tybald strzela do kogoś. Strzał w tej zamieci było słychać bardzo słabo. Wciąż więc mieliśmy przewagę zaskoczenia. Potem nasz inżynier przeciął liny i wszyscy się rozbiegli. Gdy dotarłem do otworu między poskręcanymi metalicznymi ścianami wraku, zobaczyłem leżącą postać. Nieznany mi zarośnięty człowiek w futrach był poważnie ranny. Natan poprosił mnie, abym udzielił mu pierwszej pomocy, co też zrobiłem. Reszta towarzyszy gdzieś się po okolicy rozeszła. Ku memu zaskoczeniu ranny miał proste ubranie, był dość brudny i nie wyglądał na żołnierza czy członka Gildii, wyglądał bardziej na bandytę. Nie miał żadnych symboli. Gdy coś mamrotał, po akcencie, obaj z Natanem mieliśmy wrażenie, iż jest tutejszy.

W tym czasie nasz młody inżynier zabił po cichu swą dziwną bronią na czerwie kolejnego wartownika. Z wnętrza wraku dobiegały jakieś odgłosy ludzkie, postanowiliśmy więc podzielić się na 2 grupy atakujące z zaskoczenia – górny pokład: Natan, Tybald i inżynier. A dolny dwóch Hazatów i ja. Ściągnąłem futro i za pomocą liturgi i gestów oraz mojej mocy teurgicznej poprosiłem Wszechstwórcę o dar zbroi. Moc nie zadziałałaby na grubym ubraniu. Otrzymałem łaskę i gotów byłem do akcji. W jednej ręce trzymałem zgaszoną na razie latarkę, a w drugiej trzymałem prezent od mojego Przeora z Pantateuch – pistolet laserowy. Nadszedł czas abym go po raz pierwszy użył.

Razem z Hazatami skradaliśmy się po ciemnych, zdewastowanych pomieszczeniach w kierunku głosów i blasku. Nagle jednak od góry usłyszeliśmy liczne strzały. Na górnym poziomie trwała walka. W tym momencie nie wiem czy don Oran dos Santos miał już dość podkradania czy też się potknął, w każdym razie z wielkim hukiem w coś uderzył i z dalszego skradania nic nie wyszło, a zaczęła się chaotyczna strzelanina z ludźmi, którzy wyskoczyli z przeciwległego pomieszczenia. Chowałem się za przeszkodami i próbowałem strzelać, ale mój pistolet nie zareagował. Przyszła mi do głowy szybka myśl, iż to zacięcie, ale jakie zacięcie może być w pistolecie laserowym? Bezduszna, zawodna, grzeszna i niezrozumiała technika! Moi bracia z klasztoru jak zwykle mieli rację. Po chwili jednak strzały oraz krzyki umilkły i okazało się, iż zwyciężyliśmy na chwałę Wszechstwórcy! Książę Victorian Hazat został jednak ranny i zająłem się jego opatrywaniem. W tym czasie moim towarzysze zabili kolejnego bandytę, tym razem ich szefa. Dowiedziałem się, że bandytów było łącznie 8, 6 zabiliśmy, jeden się poddał i jeden był poważnie ranny. Co więcej żywy bandyta wyznał, iż na statku wciąż jest ten, który ich wczoraj wynajął – jednooki Ur Obun! Przyznał też, iż to oni na polecenie Obuna zabili samotnego mężczyznę na lodowcu i to Obun wystrzelił do nas z wieżyczki statku, powodując śmierć naszego przewodnika i zniszczenie mechanicznego ptaka. Potem Obun czegoś we wraku szukał, bandyci plądrowali, a końcowo z powodu zamieci wszyscy zostali trochę dłużej.

Bernie Kalkulus postanowił zapytać mechanizmów statku, gdzie ukrył się Obun. Poprosił mnie o pomoc. Byłem trochę zaskoczony, ale potem zrozumiałem, iż potrzebny był mu bardziej ochroniarz i świadek, niż prawdziwy pomocnik. Zresztą i tak moja wrodzona ciekawość zwyciężyła i chciałem zobaczyć magię gildii inżynierów w praktyce. Reszta moich towarzyszy podzieliła się na pary i zaczęła systematycznie przeszukiwać wrak.

Bernie najpierw podszedł do nieznanego mi mechanizmu, odkręcił różne śruby i ściągnął obudowę. Zobaczyłem dziwaczne i niezrozumiałe metaliczne wnętrze, pełne kolorowych cienkich linek, dziwnych płytek i innych tajemniczych rzeczy. Z jednej strony z ciekawością, a z drugiej z obrzydzeniem patrzyłem na obecnie nagą, dziwaczną magię techniki. Skóra mi ścierpła i przypomniały mi się wszystkie gromkie kazania brata Teodora z mojego klasztoru. Inżynier w tym czasie przełączał różne kabelki, coś wyrywał, skręcał, a cały czas mamrotał do siebie dziwne słowa, z których jednak od czasu do czasu wyławiałem coś o jakimś awaryjnym zasilaniu. Potem najwyraźniej zadowolony podszedł do dużej magicznej lampy i ją włączył. Przyciskał, dotykał lub gładził różne wypustki … (Co ja wypisuję? Mam  śluby czystości! Gdy wrócę na zamek koniecznie muszę się wyspowiadać!) Wracając – Berni kręcił pokrętłami i dźwigniami, aż w końcu obaj zobaczyliśmy drżący niewyraźny obraz. W końcu oznajmił, iż odnalazł najnowsze zapisy i lampa nagle pokazała nieznanego mi człowieka, który patrząc wprost na nas powiedział dokładnie te słowa:
„Jestem Yamaka Saito, technik. Wchodzimy w atmosferę Delf. KDL nie działa, zagłuszają przekaz, widocznie wciąż nas gonią . Nagrywam, bo może się nam nie udać. Podchodzimy do lądowania. Po ostrzale uszkodzenia kadłuba w tylnej części wynoszą 17%. Brak sterowności, progresywny spadek mocy – kłopoty z zasilaniem. Przełączam systemy, jadąc na awaryjnym ile się da. Szanse na pomyślne lądowanie to mniej niż 50 %. Ciągniemy losy, kto dostanie kapsułę , bo została tylko jedna.”

Później obraz lampy pokazał 6 osób w kokpicie statku podczas jakiegoś losowania. Wszyscy mieli symbole Cesarskie i podobne mundury. Był tam jednooki Obun, człowiek odnaleziony przez nas na lodowcu, technik Yamaka Saito oraz osoba bardzo podobna do naszego Panicza Natana! Nagle rozpoznałem go z obrazów w zamku – to Rycerz Poszukujący Ernan Hawkwood, środkowy syn księżnej Ledy, brat Natana! Powróciłem jednak uwagą do obrazu z magicznej lampy – najwyraźniej Obun wygrał losowanie i poszedł do owej kapsuły, aby się ratować. Dopiero wtedy inny zaczęli narzekać, iż nie trzeba było Psionikowi pozwalać organizować losowanie, bo pewnie wygrał nieuczciwie, dzięki swoim mocom. Na sam koniec zobaczyliśmy jak piloci próbują ratować statek, ale ten uderzył gwałtownie w śnieg i przekaz magicznej lampy się skończył.

Bernie zdołał jeszcze ustalić, iż statek Cesarza nazywał się Columbus 13, iż wcześniej był na Byzantium Secundus, skąd pewnie wyruszył, następnie był w jakimś miejscu określonym jako Vedi i potem po 13 dniach dotarł do Delf. Czy Vedi to świat Wilków, ów Protektorat? Przyjmuję, że tak.

Po konsultacjach z Berniem zrozumiałem, iż statek kosmiczny Cesarza Columbus 13 był przez jakiś inny statek ścigany i ostrzelany. Na skutek czego się rozbił. Obun, dzięki oszustwu, jako jedyny się uratował i wtedy pewnie wynajął, a potem sprowadził bandę do wraku, po drodze zabijając jedynego rozbitka, który przeżył. Następnie zapewne chciał coś z wraku, a może chciał zatrzeć ślady swych zbrodni. Dotarły też do mnie dwie rzeczy: pierwsza: Obun był psionikiem, a więc osobą bardzo niebezpieczną. Przeor często nas przed nimi ostrzegał. I druga –  to prawdopodobnie statek Hazatów ostrzelał i zniszczył statek Cesarski. Sztuka dedukcji wpajana mi w klasztornych murach ponownie wiązała fakty – przepowiednia, symbole wilków, znajomość wilków przez Hazatów, wilcza głowa na dokumencie rozbitka, być może, nowa, nieznana wilcza planeta Vedi. Niewątpliwie na obu statkach wiedziano coś o tych wilkach i oba znalazły się w tym samym czasie przy Delfy. Taki wielki zbieg okoliczności? Przypomniał mi się pradawny filozof Ockham ze Św. Terry i jego brzytwa – „najprostsze wyjaśnienie jest zwykle słuszne”, mawiał. Właśnie – prostota – a więc Hazatowie. Przypuszczalnie Rycerz Ernan Hawkwood, coś tajemniczego odkrył i leciał w swe rodzinne, bezpieczne strony. Miał jednak wroga zewnętrznego i wewnętrznego na własnym pokładzie. Kto inny mógł strącić statek Cesarza z Hawkwoodem na pokładzie, przy planecie Hawkwoodów, niż większy i potężniejszy statek Hazatów, który ich ścigał? Dlaczego Hazaci zapragnęli zapolować na Czerwia? A może po prostu chcieli wybadać Hawkwoodów co wiedzą o katastrofie i czy czasem Rycerz Ernan Hawkwood nie nadał radiem czegoś przed śmiercią? A może Obun był na usługach Hazatów i jakoś im pomógł choćby przekazaną informacją? Czy teraz był dla nich niewygodny i chcieli jego śmierci? Czy po to książę poprosił, aby Tybald skręcił mechanicznego ptaka w stronę wraku? Wciąż dużo pytań. Schowałem jednak swe myśli głęboko w oczekiwaniu na spokojną rozmowę na osobności z Paniczem Natanem. Ewentualny konflikt z Hazatami to poważna sprawa. Na tą chwilę jednak trzeba było zając sprawami bieżącymi i ostrzec wszystkich przed Psionikiem Obunem. Wyruszyliśmy więc w stronę głosów naszych towarzyszy.

Nagle gdzieś przed nami usłyszeliśmy kilka wystrzałów. Pobiegliśmy i zobaczyliśmy jak nasi dwaj Hawkwoodowie pochylają się nad Ur-Obunem, który leży w kałuży krwi. Umierający wykrztusił z siebie: „Nadejdzie dzień Szkarłatnego Słońca” i odszedł. W pierwszej chwili pomyślałem sobie: no pewnie, że kiedyś nadejdzie ten dzień, każdy to wie, bo słońca gasną z powodu grzechów ludzkości. Oczyszczający Eskaton jest bliski. Potem jednak przypomniała mi się przepowiednia o szkarłacie i inaczej na to spojrzałem. Pochyliłem się nad ciałem i dałem mu ostatnie błogosławieństwo, aby pomimo swych ciężkich grzechów odnalazł swą drogę. Być może nawet walczył o coś szlachetnego, tylko strasznie zbłądził, co zdarza się wielu. Przy końcu modlitwy zwróciłem uwagę, iż panicz Natan znalazł przy Obunie jakiś błyszczący, podłużny i trochę walcowaty przedmiot. Bernie wyszeptał: „gwiezdny klucz”, a  Natan zaraz go schował, jakby w obawie, aby nie zobaczyli go nasi dwaj Hazaci. Już potem dowiedziałem się, iż ten klucz ma niespotykaną symbolikę i prowadzi z nieznanych Gwiezdnych Wrót przypuszczalnie do nieznanego Świata, czyżby z Vera Cruz do Vedi? Jeśli tak, wtedy jest prawdziwym skarbem, za który wielu posunęło by się do najstraszliwszych grzechów.

Wezwaliśmy drogą radiową pomoc i czekaliśmy na ratunek z zamku. Oczywiście mogliśmy się kogoś spodziewać dopiero, gdy śnieżna zamieć ustanie. Z informacji uzyskanych dodatkowo przez Berniego dowiedzieliśmy się, iż załogę statku Cesarskiego przy Delfy stanowiło 6 osób: dowódca Rycerz Ernan Hawkwood, Ben Castro – strzelec pokładowy (znaleziony przez nas na lodowcu), Yamaka Saito – technik,  jednooki Obun, którego zabiliśmy oraz dwóch pilotów. Potem jednak Barnie ustalił, iż pierwotna załoga, która wyruszyła z Byzantium Secundus składała się z siedmiu osób. Był więc ktoś, kto być może wcześniej opuścił statek i żył jeszcze. „Została tylko jedna kapsuła” przypomniałem sobie głos z lampy – czy to znaczyło, że inna została wykorzystana wcześniej? Muszę poprosić Berniego, aby spróbował ustalić przy której planecie lub jak dawno temu.

Odkopaliśmy z pod śniegu i resztek statku szczątki ciał ludzi Cesarza. Na samym końcu znaleźliśmy ciało bliskie sercu Natana – jego brata. Objąłem zdruzgotanego Panicza w pocieszeniu. Gdy jednak zobaczyłem z bliska, iż martwy Hawkwood wciąż ściska w ręku Świętą Relikwię z numerem i oznaczeniami Zakonu Eskatoników ugięły się pode mną nogi.  Bardziej wyrazistego znaku Wszechstwórca już chyba nie mógł mi dać. Ujrzałem, iż moje dalsze poszukiwania stają się jasne  – związany jak nigdy przedtem z rodem Hawkwoodów, będę chciał na chwałę Wszechstwórcy wyruszyć na Vedi, planetę Wilków.

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.