Nadzieja dla szkarłatu

Ja, Nathan Elkanah Hawkwood, trzeci syn księżnej Ledy Hawkwood z Fryzji na Delfach, mając lat 24 i trzy miesiące, postanowiłem pisać ten pamiętnik, by zachować dla potomnych pamięć o mnie i moich przyjaciołach, oraz o naszej wspólnej wyprawie, rozpoczętej pamiętnego roku 4999.

Zacząć wypada od przedstawienia siebie i moich towarzyszy. Imię moje już padło, dodam więc jedynie, że jako trzeci syn księżnej i człowiek młody i nie za wielkiej ambicji, zadowalam się tytułem kawalera i osobistym lennem, wartym około 10000 feniksów. Dotychczas pasją mą było wertowanie książek i vidów z naszej niezbyt obfitej biblioteki, w poszukiwaniu prawdy o czasach dawniejszych,  gdy grzeszna technika była obecna w domu najlichszego wieśniaka,  a możni tego świata odkrywali nowe drogi do gwiazd. W skrytości ducha zawsze marzyłem o wstąpieniu w szeregi Rycerzy Poszukujących na służbie Imperatora, wyruszeniu w daleką podróż w nieznane i odkrywaniu zaginionych sekretów przeszłości. Jednak ponieważ czułem się niegotowy do podjęcia takiego wyzwania, a także dlatego, że mój starszy brat Ernan został Rycerzem Poszukującym i opuścił rodzinne gniazdo, owe marzenia pozostawały jak dotąd jedynie fantazją.

Tymczasem w naszym Sokolim Gnieździe pojawili się wielce ciekawi ludzie, których obecność łagodziła tęsknotę za odległymi światami zagubionymi między gwiazdami. Nic tedy dziwnego, że zostaliśmy towarzyszami, a można nawet powiedzieć – przyjaciółmi. Pierwszym z nich jest mój daleki kuzyn, Tybald Rochfort, Rycerz co prawda Poszukujący, ale chwilowo osiadły w naszej rodowej posiadłości, dla wyleczenia starych ran, które co rusz się otwierają. Prócz starych ran kuzyn Tybald posiada też liczne długi, wielki dwuręczny miecz i plastikową, choć stylizowaną na ceramstal zbroję. Tybald jest zewnętrznie moim całkowitym przeciwieństwem – wielki i silny, za to raczej niezgrabny,  groźny wielce dla poustawianych w korytarzach wazonów, rzeźb i wszelkich w ogóle łatwo tłukących się rzeczy, głos ma tubalny i skłonny jest do przechwałek, ale serce ma złote i potrafi wielce zajmująco opowiadać o swoich licznych przygodach, bitwach w których brał udział, miłosnych podbojach, których dokonał i nawet o grach karcianych, które zdaje się są przyczyną większości jego długów. Tedy wiele zajmujących wieczorów spędziłem słuchając jego opowieści i chłonąc wszystkie wiadomości, którymi hojnie się ze mną dzielił, póki nie usnął zmożony winem.

Kolejną ciekawą postacią i moim nowym przyjacielem, jest brat Takashi Tanaka z Zakonu Eskatonicznego. Jest tylko nieco starszy ode mnie, ale bywał już na De Molayu, gdzie próbowano zrobić z niego Brata Wojennego, a potem na Pantateuch, gdzie przygotowywano go do roli wędrownego mnicha. Jego historia jest w ogóle tak długa i zagmatwana, pełna cudów sprawianych przez Wszechstwórcę, z motywem przewodnim jakiegoś znikającego w piaskowej burzy Hawkwooda i przeplatana wątkiem jakichś ścigających go Kajdaniarzy za nieumyślne, pięciokrotne morderstwo i zniszczenie pojazdu mechanicznego, że poprosiłem go o spisanie własnego pamiętnika, aby to jakoś sobie poukładać i upewnić się, że brat Takashi jest jednak przy zdrowych zmysłach. Natomiast jest to świetny partner do retorycznych potyczek i źródło moralnej inspiracji, choć niestety jest w sposób typowy dla sług Kościoła uprzedzony do starożytnej techniki i zdaje się, że marzą mu się statki kosmiczne napędzane przez rozmodlonych, poubieranych we włosiennice wioślarzy…

Ostatnim, choć może to złe słowo, bo jest już z nami od dawna, ciekawym mieszkańcem Sokolego Gniazda i moim towarzyszem jest Bernie Calculus, Najwyższy Mistrz Najwyższego Zakonu Inżynierów. Jak przystało na Najwyższego Mistrz Bernie mierzy jakieś 160 cm, jest więc o niemal głowę niższy nawet ode mnie, a Tybaldowi sięga do pachy. Ma za to wysoką, spiczastą i rozświetloną licznymi światełkami czapę, która być może w jego własnej opinii nadaje mu wielkiej powagi, ale na pewno dodaje mu ze dwie głowy wzrostu. Bernie jest młody, ma zaledwie 17 lat, ale jest wybitnie uzdolniony w dziedzinie poskramiania starożytnej, albo jakby powiedział brat Takashi, grzesznej techniki. Pamiętam, że naprawił moją tarczę energetyczną, kiedy miał ledwie pięć lat, po tym jak zepsułem ją, próbując otworzyć i zobaczyć co jest w środku. Od kilku lat jest naszym nadwornym Inżynierem i mimo młodego wieku i trudnego charakteru, jest wielce poważany i ceniony. Ja zaś cenię go podwójnie, ponieważ dzięki niciom przyjaźni, które się między nami zawiązały, mam nadzieję dostąpić wtajemniczenia w niektóre przynajmniej tajniki Zakonu, które pasjonują mnie od dawna.

W momencie gdy rozpoczyna się ta opowieść, w Sokolim Gnieździe, naszej rodowej siedzibie, oprócz moich towarzyszy, wymienionych powyżej, przebywa jeszcze kilka znaczących osób. Najpierw mój najstarszy brat Harlan, pełniący obowiązki głowy rodziny wobec nieobecności Matki, księżnej Ledy, która bawi u księżnej Victorii na Virigo. Następnie moja młodsza i rozkapryszona siostra Jessebelle, która ma jeszcze mniej obowiązków niż ja, jeszcze więcej swobody, ale nie lubi czytać, więc nudzi się setnie, wyczekując na kolejne bale, które nie zdarzają się nawet w połowie tak często jakby sobie Jess życzyła. Prócz nich jest jeszcze nasz lekarz Obun, doktor Eno, dowódca gwardii,  kapitan Merell i nasz majordomus, Abonazy. No i Snowball, wielki i tłusty niedźwiedź polarny, maskotka rodziny, głównie Jessebelle.

Skoro już uporałem się z przedstawieniem wszystkich głównych aktorów, czas przejść do opisu wydarzeń. Zaczęło się więc od tego, że właśnie Jess, przebywając na zakupach w mieście pod zamkiem, została kopnięta przez konia. Doktor Eno, zbadawszy ją, stwierdził, że nic właściwie jej nie jest, prócz tego że śpi głębokim, jakby hipnotycznym snem. Po przebudzeniu zaś, zapatrzona w dal, wypowiedziała takie oto słowa:

„Nadzieja dla szkarłatu tkwi w sercu przestworzy,
tam, gdzie dostępu broni wilczy kieł, brat pazura.
Owad drąży serce pod bokiem drzemiącego wilka,
Gdy księżyc skryje się w mroku nocy, klucz będzie spoczywać na miejscu.”

Potem obudziła się naprawdę, nie pamiętając nic o dziwnym czterowierszu. Brat Takashi uznał, że to Wszechstwórca przemówił ustami mej siostry i ogłosił nawet mianem narzędzia boskiego tę szkapę, która ją kopnęła, ale chyba nikt mu nie uwierzył. Ja w każdym razie nie. Pamiętam za to, że po przepytaniu ochroniarza Jess nakazałem poszukiwania jakiegoś Obuna, który ją doraźnie opatrzył na targowisku i którego podejrzewałem niejasno o spowodowanie tego dziwnego snu. Nie udało się go jednak znaleźć, sprowadzono jedynie nieszczęsnego konia wraz z trzęsącym się ze strachu właścicielem imieniem Podric, ale nic nowego się nie dowiedzieliśmy i w końcu puściłem obu do domu.

Tymczasem jednak Jess czuła się już całkiem dobrze i cała sprawa zeszła na dalszy plan wobec nowego wydarzenia. Książę Victorian Hazat, dziecic Vera Cruz, wraz z kuzynem, kawalerem Oranem dos Santos, poprosili o pozwolenie na lądowanie! Z jednej strony był to prawdziwy zaszczyt, książę Victorian ma bowiem opinię doskonałego tak wojownika, jak i polityka, z drugiej jednak strony przybycie bez uprzedzenia było na granicy niegrzeczności. A ponieważ Harlan był zajęty rozmową z Matką przez Komunikator, cała odpowiedzialność za zorganizowanie przyjęcia gości spadła na mnie.

Przywitałem ich wraz z Tybaldem, Takashim i Bernim na lądowisku. Książę i jego ponury kuzyn dali ceremonialne dowody zaufania, odsyłając osobistą ochronę z powrotem na prom. Wydałem polecenie pokazania im ich pokoi, oraz zaprosiłem na wieczerzę, ceremonialnie przepraszając, że nie będzie to godne tak znamienitych gości przyjęcie i tak dalej. Sam książę zrobił na mnie dobre wrażenie, był stonowany i grzeczny, przeprosił nawet za brak odpowiedniego wyprzedzenia, za to jego kuzyn wydał mi się dość odpychający. Nie dość, że wskutek jakiejś rany twarzy, prawdopodobnie poparzenia, nosił maskę z wystającymi rurkami do oddychania, która nadawała mu monstrualnego wyglądu, to jeszcze zachowywał się butnie i arogancko. Miałem nieodparte wrażenie, że pałał żądzą do mojej siostry Jessebelle, co później potwierdziło się, kiedy przez rurki głosowe przeprowadzone z pokojów, w których umieściliśmy gości, usłyszałem jego niewyraźny i zduszony, ale pełen pasji głos „muszę ją mieć!”

Przybycie Hazatów dostarczyło nowej pożywki dla interpretacji zagadkowego wierszyka-przepowiedni, którą Jess wygłosiła po przebudzeniu z hipnotycznego snu. Szkarłat kojarzył się z Hazatami, także „brat pazura” nawiązywał do ich godła, choć była też wersja, że Wilczy Kieł i Brat Pazura, bądź Pazur to nazwy statków kosmicznych. Owad drążący serce to z kolei być może Modliszka, godło domu Decados, a drzemiący wilk kojarzył się niektórym z Barbarzyńcami, choć nie było do końca pewne, czy bardziej z Vuldrokami, czy Kalifatem Kurgha. Bernie zaproponował więc zaniesienie kolacji i przy okazji wypytanie pozostawionych na promie żołnierzy Hazatów, a brat Takashi podjął się tego zadania. Niestety jednak żołnierze, albo nic nie wiedzieli o powodach przybycia na Delfy, albo potrafili trzymać język za zębami i misja naszego Eskatonika nie przyniosła większych efektów.

Postanowiłem więc nieco podpytać księcia Victoriana podczas wieczerzy. Goście przyszli rozluźnieni, bez broni, choć kuzyn Oran wciąż był ponury i nieprzyjemny, co jednak mogło być efektem ohydnej blizny, w którą zamieniła się dolna połowa jego twarzy i nieludzkie rurki umożliwiające mu oddychanie. Tym razem pojawił się już Harlan, choć rozmyślnie przyszedł nieco później, aby zaakcentować w jak niezręcznej sytuacji postawiła go niespodziewana wizyta. Książę Victorian Hazat raz jeszcze przeprosił i przedstawił powody nagłego najścia. Były one dość prozaiczne, po prostu obydwaj waleczni rycerze nasłuchali się opowieści o Lodowych Czerwiach, żyjących na Fryzji i postanowili skorzystać z nadarzającej się okazji, by na nie zapolować. Harlan zgodził się, oczywiście z ceremonialnym ociąganiem, a poprowadzenie wyprawy zrzucił na mnie i moich towarzyszy.

Nadzieje, które wiązałem z rozmową z księciem podczas wieczerzy spełzły na niczym. Ani fragmenty przepowiedni, ani pytania wprost o nazwy statków nie przyniosły żadnych konkretnych odpowiedzi. Albo Hazaci mieli jakiś sekret, którego dobrze strzegli, albo po prostu nic nie wiedzieli.

Takashiego i Berniego całkowicie pochłonęły przygotowania do polowania na czerwia, które miało się odbyć następnego dnia. Takashi przygotowywał się duchowo, zaś Berni bardziej praktycznie. Z części nieczynnego Mechanicznego Ptaka i swojego pistoletu laserowego skonstruował w ciągu jednej nocy działko laserowe, mające zapewnić odpowiednią siłę ognia. Ja za to spałem spokojnie, uzgodniwszy wcześniej wszystkie szczegóły z Gedrym, naszym Łowczym. Jako że goście byli dostojni i właściwie mile widziani, mieliśmy zabrać ich za Mur na półwysep Leiden, aby mogli przy pewnym szczęściu ustrzelić sobie jakiegoś małego czerwia. Większe okazy, te groźne dla myśliwych, nie mogły się przedostać przez pęknięcia w Murze, więc polowanie było dość bezpieczne.

Rano, zjadłszy lekkie śniadanie, sprawdziwszy wyposażenie i dobrawszy sobie uzbrojenie zgodnie z upodobaniem wyruszyliśmy naszym jedynym działającym Mechanicznym Ptakiem w drogę. Przed wejściem na pokład odebrałem od obu Hazatów zapieczętowane listy z oświadczeniem, że są świadomi ryzyka związanego z polowaniem na czerwia i w razie śmierci nie będą mieć żalu do naszej rodziny. Jest to część ceremonii, ale ponieważ to ja byłem odpowiedzialny za polowanie, poleciłem Abonazemu, tak na wszelki wypadek, sprawdzenie oświadczeń, oczywiście bez naruszania pieczęci i zawiadomienie mnie, gdyby okazały się niewystarczające. Miałem jakieś niejasne przeczucie, choć jak się potem okazało, dość odległe od rzeczywistych wydarzeń, które miały mieć już wkrótce miejsce.

Lecieliśmy nad lodową pustynią, Tybald prowadził Ptaka, Bernie z dumą prezentował księciu swoje laserowe działo, a Takashi koncentrował się przed spodziewanym spotkaniem z Monstrum. Wtedy właśnie książe Victorian dał niezbity dowód, że jest najprawdziwszym, najbardziej typowym Hazatem, takim o jakich opowiada się anegdoty na wszystkich balach, na które Hazaci nie są zaproszeni. Nagle odpiął się z fotela, podszedł do wiszącej na ścianie mapy, chwilę popatrzył, po czym zwrócił się wprost do prowadzącego Ptaka Tybalda:

„Chyba nie lecimy za mur, gdzie trzymacie te małe czerwie? Baron Ricardo opowiadał mi, że prawdziwe czerwie są dopiero na wielkiej równinie… o tu… leć tam, nie mogę się przecież pokazać baronowi z głową jakiegoś czerwia wielkości psa!” 

Wskazywał przy tym na miejsce w samym środku równiny, gdzie grasowały największe i najcięższe okazy. Prawdą jest, że kilka lat wcześniej gościliśmy jakiegoś barona Ricardo Almodovara de Hazat, który mocno podpadł całemu Domowi i „pozwolono” mu zapolować na taki właśnie wielki okaz, by się go w elegancki i niebanalny sposób pozbyć, ale wskutek jakiejś dyplomatycznej volty w ostatnim momencie przyszło polecenie, by go jednak ocalić. Ustrzelono wtedy wielkiego czerwia z działa zamontowanego na Mechanicznym Ptaku, czego się zwykle nie robi, bo Lodowe Czerwie stanowią największą, a właściwie jedyną atrakcję turystyczną Fryzji, a szczęśliwie ocalony „myśliwy” zabrał ze sobą do domu monstrualną głowę, by się nią następnie chwalić przed księciem Victorianem…

Przed oczyma stanęły mi dwie małe czarne skrzynki, w których polecą na Vera Cruz symboliczne szczątki księcia Victoriana i jego ponurego kuzyna, a zaraz potem jeszcze cztery inne skrzynki, w których zmieszczą się szczątki moje i moich przyjaciół, ale uspokoiłem się, wyobrażając sobie jeszcze mniejszą, zupełnie malutką skrzyneczkę, w której wylecą szczątki barona Ricardo, jeśli jeszcze kiedykolwiek jego noga postanie na Fryzji. Pochyliłem się nad Tybaldem i przekrzykując ryczące silniki przekazałem mu, by lądował jak najbliżej muru, za który być może dalibyśmy się radę schronić w razie ataku czerwia, kiedy nagle wszyscy właściwie zobaczyliśmy coś, co zaraz spowoduje niespodziewany zwrot w mojej opowieści.

Na śniegu, u wylotu dość stromego, ciągnącego się od przełęczy do samej równiny, żlebu leżał człowiek. Jego ubranie nie wyglądało na przystosowane do panujących na lodowcu warunków, a karmazynowa plama wyglądała jak krew. Tybald sprawnie posadził Mechanicznego Ptaka nieopodal i już po chwili Takashi, Bernie, obaj Hazaci i ja pochylaliśmy się nad ciałem. Człowiek ubrany był w lekki, obcisły, niebieski kombinezon ze złotym emblematem. Brat Takashi rozpoznał godło Cesarskiej Kohorty. Nieznajomy nie żył oczywiście, zginął od postrzału z bliska, nie od zimna. Z wyraźnych śladów na śniegu bez trudu odczytaliśmy przebieg fatalnego dla nieznajomego spotkania. Człowiek zszedł z góry, od przełęczy i schronił się w załomie między skałami, zapewne chcąc przeczekać burzę śnieżną, która szalała poprzedniego wieczora. Potem jednak wyszedł ze swej kryjówki, najwyraźniej na spotkanie z grupą idącą na rakietach śnieżnych od południa w stronę przełęczy. Może spodziewał się pomocy? Znalazł jednak śmierć, a jego ciało doszczętnie ograbiono, co dało się poznać po odciśniętych na kombinezonie śladach po pasie z bronią i wierzchnim ubraniu.

Kiedy zabieraliśmy ciało do Mechanicznego Ptaka, z kieszeni kombinezonu wypadł papier. Widniała na nim pieczęć z głową wilka, ale tekst napisano w jakimś dziwnym dialekcie Urth. Podczas gdy Tybald startował, by zawieźć nas na wznoszącą się kilkaset metrów wyżej przełęcz, brat Takashi i Bernie odczytali treść tajemniczego dokumentu. Był to rodzaj listu żelaznego, wystawionego przez jakiś Protektorat, dający prawo swobodnego poruszania się po terytorium tegoż Protektoratu i to bez względu na godzinę policyjną. Głowa wilka od razu skojarzyła się nam ze słowami przepowiedni, wygłoszonej przez Jess.

Nie było jednak czasu na rozmyślania, bowiem gdy tylko Tybald wyprowadził Ptaka ponad masyw góry, oczom naszym ukazał się widok tak zajmujący, że zapomnieliśmy o wcześniejszych emocjach. Płytka kotlina, znajdująca się za przełęczą, przecięta została na całej niemal długości korytem, kończącym się u stóp zamykającej kotlinę po przeciwnej stronie skalnej ściany, w wielkiej zaspie powstałej z osypanego z owej ściany śniegu. Z zaspy wystawał jakby kawał metalowego tunelu, poskręcane i poczerniałe pręty, oraz coś, co wyglądało jak wieżyczka działa laserowego. Bez trudu domyśliliśmy się, że jest to przednia część statku kosmicznego, który próbował awaryjnie lądować na dnie kotliny. Po obu stronach koryta wyżłobionego w  śniegu walały się większe i mniejsze kawałki tylnej części statku, która najwyraźniej rozpadła się podczas lądowania.

Kuzyn Tybald wypatrzył dobre miejsce do lądowania, płaski spłacheć lodu w cieniu stromej skalnej ściany, jedyne zresztą w zasięgu wzroku i sprawnie posadził na nim naszego Mechanicznego Ptaka. Jako że już wcześniej zastanawiałem się, czy aby książę Victorian celowo nie skierował nas w to miejsce, pozorując jedynie zamiar zapolowania na wielkiego czerwia z równin, przyszło mi mgliście do głowy, że to oczywiste do wylądowania miejsce może być pułapką. Pochyliłem się nad Tybaldem i poprosiłem dyskretnie, by po wyjściu sprawdził, czy w śniegu nie ma min, bo to jedynie przyszło mi do głowy. Wyglądał na zdumionego, ale nie było czasu, ani możliwości by dokładniej wyjaśniać.

Ponownie przeczucie mnie nie zawiodło, choć rzeczywiste zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony, niż się spodziewałem. Silniki Mechanicznego Ptaka zamilkły, Gedry wyskoczył z otwartego luku by przepatrzyć okolicę i wtedy usłyszeliśmy cichy wizg. Strumień jakiejś energii, może laser a może plazma, wybłysnął z lufy na wpół zagrzebanej w śniegu wieżyczki wraku statku kosmicznego, przeleciał nad nami i ucichł. Ale sekundę później ciszę przerwał głuchy pomruk, który zaraz przerodził się w potężny łoskot spadających mas śniegu.

Wszyscy oczywiście krzyczeli, żeby startować, ja też, ale kuzyn Tybald sam wiedział, co trzeba zrobić i udało mu się nawet poderwać Mechanicznego Ptaka z ziemi, kiedy rozpędzona lawina uderzyła w skrzydło, przycisnęła je do ziemi, zepchnęła maszynę w kierunku niedalekiej szczeliny w lodowcu i po kilku sekundach wepchnęła w jej głąb. Światła zgasły, ogłuszający huk lawiny zmieszał się z przenikliwym jękiem dartych i miażdżonych blach, pękaniem szkła i krzykami uwięzionych ludzi. Nie wiem ile metrów spadaliśmy, kilkanaście czy kilkadziesiąt, możliwe że na moment straciłem przytomność, ale w końcu dziób Ptaka zaklinował się w zwężającej się szczelinie i stanęliśmy. Huk lawiny także ucichł po chwili i zapadła cisza. W nieprzeniknionych ciemnościach zaczęliśmy się nieśmiało okrzykiwać, żeby sprawdzić, czy wszyscy żyją.

Nie jestem może szczególnie religijny, ale w tamtej chwili modliłem się gorąco. Sadzę że wszyscy inni też, nawet Bernie. Zdaje się tedy, że Wszechstwórca był ukontentowany naszą żarliwością, bo kiedy rozbłysła latarka Berniego i rozległy się słabe głosy poturbowanych ludzi, okazało się, że wszyscy żyją, a odniesione rany są raczej powierzchowne. Kuzyn Tybald był do ramion zagrzebany w śniegu, który wypełniał dziób Mechanicznego Ptaka, ale szybko go wygrzebaliśmy. Następnie wymieniliśmy poglądy na temat tego, co należało czynić dalej. Były głosy, by przebijać się przez śnieg do góry, Bernie proponował nawet wypalenie komina swoim laserowym działkiem, ale ostatecznie zwyciężyła koncepcja przebicia się w dół, przez cienką warstwę śniegu zalegającego w kokpicie.

Światło latarki ukazało nam dno szczeliny nie dalej niż kilkanaście metrów poniżej dziobu naszego Mechanicznego Ptaka. Dołem płynął strumyczek stopionego śniegu, który zwykle wypływa gdzieś na powierzchnię. Postanowiliśmy więc zejść na dół i idąc z jego biegiem wydostać się z pułapki. Brat Takashi pierwszy spuścił się na dół, zdjąwszy uprzednio grube ubranie i pozostawszy w samej włosiennicy. Mimo mrozu nie zamarzł, zsiniał jeno lekko, więc widocznie rozgrzał się wewnętrznie żarliwą modlitwą. Poszliśmy wszyscy jego śladem, to znaczy zeszliśmy na dno szczeliny, nie rozdziewając się jednak, bo nie każdy ma tak żarliwą wiarę, by sprostać temperaturom panującym na lodowcu. Zabraliśmy ze sobą całe wyposażenie, to jest liny, haki, raki, czekany no i broń, przeznaczoną do polowania na czerwia.

Maszerując dnem strumienia zmoczyliśmy do szczętu buty i nogawki spodni. Przy moim wątłym zdrowiu niechybnie skończyłoby się odmrożeniami, gdyby nie pomoc brata Takashi, który rozmasował moje zmartwiałe stopy i ogrzał je żarliwą modlitwą. Po drodze minęliśmy przecinający szczelinę nieco wyżej tunel wytopiony w lodzie przez Lodowego czerwia i byliśmy bliscy pójścia nim, mimo ogromnego niebezpieczeństwa spotkania się z potworem w ciasnym tunelu, ale w końcu jednak wybraliśmy kontynuowanie wędrówki bezpieczniejszą drogą dnem szczeliny.

W końcu wyszliśmy na powierzchnię na krawędzi płytkiej kotliny, teraz częściowo przysypanej lawiną, która pogrzebała naszego Mechanicznego Ptaka. Niestety, zerwał się wiatr i zrobiła się zadymka, ostre igiełki lodu wciskały się w szczeliny między grubym ubraniem, widoczność spadła do kilku metrów, a nasze nogi zamieniły się w słupy lodu. Nie mogliśmy pozostać na tym pustkowiu zbyt długo, musieliśmy dostać się jak najszybciej do wraku statku kosmicznego i tam poszukać schronienia. A także sprawiedliwości. Bez wątpienia stamtąd padł strzał, który spowodował lawinę, było też bardzo prawdopodobne, że strzelali ludzie w rakietach śnieżnych, którzy zabili członka Cesarskiej Kohorty.

Powiązaliśmy się linami i ruszyliśmy dnem kotliny. Wkrótce natrafiliśmy na koryto, wyżłobione przez statek podczas katastrofy. Zadymka nie była tu tak dokuczliwa, no i nie mogliśmy już zabłądzić. Jednak wskutek szalejącej zamieci ledwo widzieliśmy się nawzajem, a i szliśmy prawie po omacku. Dlatego dotarcie do wraku i natknięcie się na strzegącego wejścia wartownika była dość niespodziewane. Na szczęście jednak idący w awangardzie kuzyn Tybald wykazał się dobrym refleksem i skutecznie postrzelił tegoż wartownika, zanim zdążył on wszcząć alarm. Huk wystrzału został przy tym zagłuszony przez wycie wichru, więc nasi domniemani wrogowie nie zostali ostrzeżeni.

Obezwładniłem rannego wartownika ciosem trzonka włóczni na czerwie i dokładnie mu się przyjrzałem. Miał rysy prostaka, a jego jęki brzmiały całkiem znajomo, prawdopodobnie był to zatem jakiś lokalny rozbójnik, a nie komandos Hazatów, jak przez pewien czas podejrzewałem. Ubrany był odpowiednio do warunków, ale prosto i bez wyszukania, uzbrojony zaś był w prosty karabin powtarzalny, podobny do tych, jakie my zabraliśmy do polowania na czerwie. Był w bardzo złym stanie, więc przesłuchanie go było na razie niemożliwe, ale brat Takashi miłosiernie opatrzył go, więc było prawdopodobne, że przeżyje.

W czasie kiedy brat Takashi opatrywał łotra, Bernie po cichu zastrzelił ze swojego laserowego działka kolejnego, który czuwał, a może drzemał w wieżyczce artyleryjskiej. Potem rozdzieliliśmy się i trójkami poczęliśmy posuwać wgłąb wraku, skąd dochodziły stłumione odgłosy piłowania i walenia młotkami. Ja szedłem górnym pokładem, wraz z Tybaldem i Berniem i udało nam się prawie niepostrzeżenie podkraść do miejsca, gdzie wokół małego ogniska, rozpalonego w łączącej oba pokłady śluzie, krzątało się siedmiu ubranych w futra rabusiów. Udało nam się zająć pozycje strzeleckie, kiedy z dolnego pokładu, którym posuwali się obaj Hazaci i Takashi, dobiegł łoskot obijającej się o stalowe burty blaszanej puszki.

Później okazało się, że to kawaler Oran dos Santos wdepnął w jakąś porzuconą puszkę i chcąc strącić ją z nogi, narobił strasznego hałasu, który oczywiście zaalarmował zajętych grabieżą rozbójników. Rozpoczęła się strzelanina, w której nasze wyszkolenie i przewaga zaskoczenia okazały się wystarczające do szybkiego rozprawienia się z opozycją. Jedynie książę Victorian odniósł lekką ranę. Krótki epilog potyczki rozegrał się w korytarzu prowadzącym ze śluzy w kierunku dziobówki, gdzie ukrywał się przywódca bandy z toporem. Natarł on niespodziewanie na Tybalda, ale ten sprawnie uniknął ciosu i kontratakował, a ranionego herszta dobiliśmy z Bernie’m z karabinów.

Zajęliśmy się teraz przeszukiwaniem statku i przesłuchiwaniem rannych. Jak podejrzewałem, okazali się oni lokalną bandą rozbójników, dla których łup w postaci statku kosmicznego był okazją życia. Ale przesłuchiwany łotr wygadał się, że ich przywódcą był jednooki Ur-Obun. Tenże Obun pozwolił im zrabować cokolwiek wartościowego znajdą na statku, dla siebie zastrzegł tylko jedną rzecz, ale bandyta nie wiedział jaką. To także on strzelił z działka do śnieżnego nawisu, czym wywołał lawinę, która pogrzebała naszego Mechanicznego Ptaka. A najważniejsze, że ten Obun nie opuścił jeszcze wraku, cały czas był gdzieś w pobliżu!

Szybko obstawiliśmy obydwa wejścia, Hazaci wieżyczkę, a kuzyn Tybald i ja wyrwę w kadłubie. Bernie został przy Myślącej Maszynie statku, od której miał nadzieję dowiedzieć się wszystkiego o samym statku, załodze, przebiegu lotu i przyczynach katastrofy. Brat Takashi został z nim dla ochrony.  Zamierzaliśmy gruntownie przeszukać cały wrak, kiedy tylko Bernie upora się z Myślącą Maszyną.

Zanim jednak do tego doszło, ukryty przeciwnik ujawnił się. Widząc, że nie uda mu się niepostrzeżenie opuścić wraku, postanowił przebić się przeze mnie i kuzyna Tybalda. Nagle ciężki blok lodu, zalegający korytarz, poderwał się w górę i pomknął w naszą stronę. Odruchowo rzuciliśmy się w tył, zostawiając lukę przez którą lodowa bryła wyleciała z wnętrza wraku. A zaraz za nią dostrzegliśmy skuloną ludzką, a właściwie nie-ludzką, bo obuńską sylwetkę.

Tybald strzelił pierwszy, ja zaraz za nim, poprawiliśmy obaj jeszcze raz, kiedy szczupła sylwetka usiłowała przebiec tuż obok nas. Nieznajomy zachwiał się, potknął i padł. Podbiegliśmy do niego i pochyliliśmy się nad umierającym. Z jego pełnych krwi ust dobiegł nas skrzekliwy szept: „Nadejdzie dzień Szkarłatnego Słońca”. Po tych słowach skonał. Ze skórzanej torby, którą przyciskał martwą ręką do boku, kuzyn Tybald wydobył pobłyskujące metalicznie niewielkie berło. Był to Gwiezdny Klucz.

Zaalarmowani strzałami zbiegli się pozostali, ale Tybald ukrył Klucz, tak że Hazaci nie dowiedzieli się, że go mamy. Przybiegł także Bernie. Z trzewi Myślącej Maszyny wydobył nazwę statku i nazwisko kapitana. To był „Columbus 13” pod dowództwem Ernana Hawkwooda. Mojego brata.

Nie pamiętam co potem robiłem, chyba popłakałem się nad wykopanym spod śniegu zawalającego sterówkę ciałem Ernana, nie bardzo też pamiętam, co robili pozostali. Dopiero sporo później, już w Sokolim Gnieździe, kiedy szok i dojmujący żal minęły, pozbierałem okruchy informacji i poskładałem z nich sobie obraz całości.

Myśląca Maszyna na pokładzie „Columbusa 13” utraciła pamięć o tym, skąd i dokąd leciał statek. Zachowała jedynie czasy startów i lądowań, oraz czasy przejścia przez Gwiezdne Wrota. Po starcie z Byzantium Secundus statek wykonał dwa skoki, potem lądowanie. Następny start był dopiero po upływie miesiąca, ostatnie przejście przez Wrota tydzień przed feralnym 12/04/4999, kiedy to nastąpiła katastrofa.

Zachowały się obrazy sprzed uderzenia o powierzchnię planety. „Columbus 13” został ostrzelany, uszkodzona była tylna część kadłuba, nieznani prześladowcy zagłuszali sygnały S.O.S. Silniki utraciły część mocy, prawdopodobieństwo bezpiecznego lądowania oceniano na 50%. Załoga losowała, kto zajmie miejsce w jedynej ocalałem kapsule ratunkowej. Wygrał jednooki Obun, ten właśnie, którego zabiliśmy, gdy próbował uciec z wraku po kradzieży Klucza. Pozostali sądzili, że oszukiwał, bo był Psionikiem. Mimo tego jednak Obun wylądował bezpiecznie, choć odpalił kapsułę zbyt wcześnie i wylądował daleko od miejsca katastrofy. Pozostali nie mieli szczęścia, prędkość była zbyt duża i statek uderzył o skalną ścianę zamykającą kotlinę. Obaj piloci i mój brat zginęli prawdopodobnie od razu, wstrząs zabił także inżyniera statku, Yamaka Saito, który przemawiał do Myślącej Maszyny.

Ale strzelec pokładowy, Ben Castro, przeżył feralne lądowanie, wydostał się z wraku i zszedł z przełęczy, szukając pomocy. Musiał się ucieszyć, dojrzawszy w dali swego towarzysza, Obuna, na czele – jak sądził – ekipy ratunkowej. Zamiast ratunku znalazł jednak śmierć, jego towarzysz bez skrupułów pozbył się go, by nie było świadków odzyskania cennego Klucza. Jaką jednak sprawę zdradził jednooki Ur-Obun, po czyjej stał stronie, czym jest to „Szkarłatne Słońce”, którego czas ma wkrótce nadejść?

W cieniu przygotowań do pogrzebu miałem sporo czasu na rozmyślania, ale zamiast wspominać Brata, coraz bardziej absorbowała mą uwagę tajemnica jego misji, Klucza, którego zdobycie było dla Obuna tak ważne, przepowiedni, którą świadomie, lub podświadomie przekazał Jessebelle i jego ostatnie słowa. Jest jeszcze sprawa zaginionego, siódmego członka załogi „Columbusa 13”. Nie wiemy kim był, Myśląca Maszyna nie pokazała go, ani nie potrafiła nic o nim powiedzieć. Może był w chwili katastrofy w tylnej części statku, która rozpadła się na kawałki, może spłonął w eksplozji silników, może przeżył i podobnie jak Castro opuścił statek, szukając pomocy, może wpadł potem do jakiejś szczeliny w lodzie, może zamarzł, lub został pożarty przez Lodowego Czerwia, lub niedźwiedzia polarnego? A może wcale nie leciał na pokładzie statku w jego ostatnim locie, może pozostał na planecie z której „Columbus 13” wystartował do tego ostatniego lotu?

Trudno będzie znaleźć odpowiedź na to pytanie, choć może przyszłość ją przyniesie. Próbuję więc na razie poukładać fragmenty układanki, które już znamy. Najpierw zabójca mego brata. Statek był ścigany i ostrzelany, nieznani prześladowcy zagłuszyli także sygnały S.O.S, kim jednak byli? Pierwsza myśl nieodparcie biegnie ku Hazatom, których obecnie gościmy w naszej rodowej siedzibie. Czy książę Victorian tak nagle wprosił się w gości, by zapolować na wielkiego czerwia, czy chciał upewnić się, że nie ma świadków tego pościgu i napaści? Nie ulega wątpliwości, że jego życzenie skierowania Mechanicznego Ptaka na równinę pozwoliło nam dostrzec ciało Bena Castro i w konsekwencji odnaleźć wrak „Columbusa 13”. Ale z drugiej strony Hazaci mogli przecież sami wylądować na miejscu katastrofy, jeśli wiedzieli gdzie mniej więcej do niej doszło, mieli przecież prom do lądowania w atmosferze. Po zastanowieniu więc ta hipoteza wydaje mi się mało prawdopodobna. Może po prostu Hazatom rzeczywiście chodziło jedynie o czerwie, lub może także trochę i o moją kapryśną, choć na swój sposób uroczą siostrzyczkę? Ale jeśli nie oni to gdzie szukać należy prawdziwego zabójcy? Czy sami Hazaci coś widzieli, albo wykryli na czujnikach swojego statku?

Dalej tajemniczy Ur-Obun. Wydaje się prawie pewne, że to on swymi grzesznymi mocami skłonił spokojną szkapę Podrica do kopnięcia Jess. A potem opatrzył ją, zresztą bardzo dobrze i przy okazji zahipnotyzował, do czego nie potrzeba nawet mocy Psi, programując na wypowiedzenie zagadkowej przepowiedni. Po co jednak to robił, skoro najwyraźniej zależało mu, żeby nikt nie dowiedział się o kradzieży klucza, zabił nawet swego towarzysza podróży, by zachować w tajemnicy cel misji statku? A może to jednak nie ten sam Obun? Może inny, który włożył jedynie opaskę na oko, by upodobnić się do tamtego? Może to ten siódmy z „Columbusa 13”? Jednak w takim razie, jeśli miało to być ostrzeżenie, dlaczego zostało tak zawoalowane, dlaczego ten „dobry” Obun nie przyszedł po prostu do Sokolego Gniazda i nie powiedział o co chodzi? Czy to jakiś rodzaj gry? Albo może jeszcze inaczej – może ten jednooki Obun był opętany przez Demony z Pustki, może ostatkiem woli przekazał nam ostrzeżenie, zanim jego duszę pochłonęła wiekuista Ciemność? Jestem pewien, że ta wersja przypadłaby do serca bratu Takashi, ale ja sam jakoś nie jestem do niej przekonany.

Jest też zagadkowa sprawa tajemniczego Protektoratu, którego pieczęć przedstawia głowę wilka. Musimy się więcej dowiedzieć o co chodzi, czy jest to jakieś państwo satelickie, pozostające w orbicie wpływów na przykład Kalifatu Kurga, czy może jakaś dawna, odcięta od Znanych Światów ludzka kolonia, do której drogę odnalazł mój brat i którą zamierzał przywrócić Cesarstwu. Czy zatem „Owad drążący serce pod bokiem śpiącego wilka” oznacza Dom Decados, pragnący przejąć Protektorat dla siebie, zamiast pozwolić Cesarzowi przyłączyć go do swoich ziem?

W końcu sprawa zdobytego Gwiezdnego Klucza. Jest on kluczem nie tylko do jakichś Wrót, ale także do większości z powyższych tajemnic. Mam nadzieję, że Bernie jest w stanie wydobyć z niego informację o trasie statku, mam bowiem zamiar kontynuować misję brata, niezależnie od zdania Matki na ten temat. Kiedy tylko zakończy się pogrzeb brata wsiadam wraz z tymi, którzy zechcą mi towarzyszyć na statek na Byzantium Secundus, by zaoferować swe usługi i odzyskany Klucz Cesarzowi.

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Dzień Szkarłatnego Słońca ,

Comments are closed.