Święta Włócznia

Z pamiętnika lorda Arthura Smythe-Bowers: odnalezienie resztek Świętej Włóczni, Syria, 1938

14/05/1938, Obóz ekspedycji archeologicznej profesora Bullion

Po trwających pół roku bezowocnych poszukiwaniach Włóczni, profesor podjął decyzję, by uciec się do metod niekonwencjonalnych, by nie rzec wprost: szamańskich. Zamierza wprowadzić mnie i trzech innych ochotników w trans hipnotyczny, wykorzystując haszysz i hipnotyzerskie zdolności Gempkego, a potem odczytać jakiś podejrzanego autoramentu manuskrypt, zakupiony na jakimś targowisku w Damaszku, który jego zdaniem zawiera tekst starożytnego”rytuału”. Odprawienie tego „rytuału” ma, zdaniem profesora, pozwolić naszym (mowa o czwórce ochotników) umysłom znaleźć się w ciałach ludzi z końca XI wieku. Więź duchowa ma zostać nawiązana dzięki należącym do tych ludzi przedmiotom, znalezionym w wykopaliskach. Autentyczność tych przedmiotów i ich wiek zostały potwierdzone ponad wszelką wątpliwość, a profesor uznał ich znalezienie za ostateczne potwierdzenie swej hipotezy.

Tytułem wyjaśnienia dla ewentualnego czytelnika: hipoteza profesora Bullion zasadza się na założeniu, że Włócznia Przeznaczenia nie została skradziona hrabiemu Rajmundowi z Tuluzy już po zakończeniu I Krucjaty, jak twierdzi większość badaczy tematu, ale jeszcze podczas jej trwania. Opierając się na listach emira Dukaka z Damaszku, profesor doszedł do wniosku, że muzułmanie upatrywali źródła siły Krzyżowców w mistycznej mocy Włóczni i aby odwrócić losy wojny zamierzali ją ukraść. Wykonanie planu polecił emir niejakiemu Azizowi ibn Hamalek, którego siostra, Bashira, została wydana za mąż za Hugona de Mersac, jednego z przybocznych hrabiego Rajmunda, któremu powierzono opiekę nad Włócznią. Na podstawie listów profesor powziął przekonanie, że ów Aziz istotnie ukradł Włócznię i że był ścigany przez Hugona de Mersac, ale podczas przeprawy przez góry Antyliban obydwaj zaginęli. Stąd wziął się pomysł wyprawy badawczej w te góry i przekopywania prehistorycznych ruin arabskiej osady w górskiej kotlinie, do której, według hipotezy profesora, schronić się miał uciekający ze skradzioną Włócznią Aziz i gdzie miał go dopaść pościg Hugona. Znalezienie żelaznych krzyżyków i resztek sztyletu datowanych na XI wiek, a nade wszystko dość dobrze zachowanego pierścienia z herbem de Mersac zdawało się potwierdzać hipotezę profesora Bullion.

Ale mimo tego, poszukiwania nie doprowadziły do odnalezienia śladów samej Włóczni. Stąd też karkołomny, z punktu widzenia nauki, pomysł, by skorzystać ze wspomnianego na wstępie „rytuału”. Muszę zaznaczyć, że mimo początkowego oporu, postanowiłem wziąć udział w tym „eksperymencie”, by nie pogarszać jeszcze bardziej stanu psychicznego profesora, którego bardzo szanuję i którego przyjaźń bardzo sobie cenię. Osobiście nie wierzę, by narkotyczny sen miał przynieść odpowiedzi na jakiekolwiek pytania i pewnie skończy się na dość przyjemnych fantazjach, zwłaszcza, że prócz mdłego Gempke’go w hipnotyczny trans będzie nas wprowadzać miss Laurelina, asystentka profesora. A bajdurzenie o „rytuale”, który profesor osobiście zamierza „odprawić”, uważam wręcz za uwłaczające jego wybitnej, skądinąd, umysłowości. Ale cóż, presja czasu i kończących się funduszy, przeczucie bycia „o krok”, mogą zachwiać wiarą w racjonalizm.

Ochotników ma więc być czterech. Prócz mnie, który jako drugi asystent profesora Bullion, mam zapewnić naukowe podejście (sic!), będzie jeszcze nasz obozowy kierowca i pilot, spryciarz i „pan złota rączka”, Dejan Mihajlovic, Serb na wygnaniu, czy dobrowolnej emigracji, zależnie od dnia i nastroju, oraz dwóch żołnierzy Legii, którzy podpadli sierżantowi za bójkę i zostali wyznaczeni „na ochotnika” do wzięcia udziału w „eksperymencie”. Jeden z nich, Benedykt Zimba, belgijski Żyd, jest, zdaje się, obozową „czarną owcą”, być może dlatego, że w przeciwieństwie do reszty legionistów, wolne chwile spędza na czytaniu książek, a nie piciu w kantynie. Drugi, Alfonso Paciani, Włoch o przezwisku „Szrama” to z kolei typowy żołdak, którego świat kończy się na piciu i oglądaniu się za jedyną w obozie kobietą, czyli Laureliną. „Rytuał” ma się rozpocząć dziś, o zachodzie słońca, więc jego przebieg opiszę krótko jutro wieczorem, kiedy miną efekty narkotycznej euforii.

15/05/1938, Obóz ekspedycji archeologicznej profesora Bullion

Ze skruchą muszę napisać, że eksperyment profesora Bullion okazał się wielkim sukcesem, a moje postrzeganie świata okazało się być ograniczone i kalekie. Rytuał przeprowadzony przez profesora według zakupionego na targu w Damaszku manuskryptu, w połączeniu z haszyszem, hipnozą i autentycznymi rekwizytami doprowadził, co najmniej (!), do niezwykle realistycznego, współdzielonego przez wszystkich uczestników eksperymentu, snu, w kórym nasze umysły przebywały w obcych ciałach, którymi mogły dowolnie powodować, jednak w zakresie takim, jaki wynika z naszych własnych umiejętności i doświadczeń. Napisałem „co najmniej”, gdyż profesor utrzymuje, iż nasze umysły naprawdę odbyły podróż w czasie i przejęły kontrolę nad ciałami ludzi zmarłych przed ponad ośmioma stuleciami. Po tym co przeżyłem, mój sceptycyzm upadł i jestem gotów uwierzyć teraz we wszystko, co mówi, choćby nie wiem jak niewiarygodne to było. Być może zdołam jakoś przyjść do siebie po solidnym śnie, bo z tego eksperymentalnego obudziłem się potwornie zmęczony. Zanim się jednak położę, spróbuję uchwycić wszystko co się zdarzyło podczas mojego (naszego) przebywania w wyśnionej (?) przeszłości.

Zahipnotyzowany nie tyle sztuką Gempke’go, co hipnotycznie kołyszącymi się piersiami Laureliny, zapadłem w ciężki, narkotyczny sen. Ocknąłem się zaś jako arabska kobieta, siedząc na koniu, na czele kawalkady kilkunastu zbrojnych Arabów, prowadzących dwóch związanych Krzyżowców. Obok mnie jechał zbrojny dowódca, a po jego drugiej stronie jakiś drobnej budowy Arab, bez pancerza i tarczy, najwyraźniej nie żołnierz. Jeden z Krzyżowców zakrzyknął po francusku „Kto jeszcze oprócz mnie” i mimo zaskoczenia sytuacją i niezwykłą wyrazistością i realizmem snu (?) pojąłem, że jest to próba odnalezienia innych uczestników ekperymentu, podjęta przez ktróregoś z moich trzech towarzyszy. Dwaj z nich, Dejan i Alfonso, mieli krzyżyki, więc zapewne ich umysły były w ciałach związanych Krzyżowców, Benedykt miał sztylet, więc mógł być dowolnym z Arabów. Moim łącznikiem z przeszłością był pierścień z herbem de Mersac, ale okazało się, że nie należał on do Hugona, ale do jego żony, Bashiry. A więc w jej ciele znajdował się mój śniący (?) umysł.

Mimo niezwykłości sytuacji zachowywaliśmy się zdumiewająco racjonalnie i zupełnie inaczej, niż zwykle zachowujemy się śniąc. Starając się nie zwrócić na siebie nadmiernej uwagi pozostałych Arabów, podjęliśmy próby znalezienia siebie nawzajem. Owym Krzyżowcem, który zaczął pierwszy, okazał się być Dejan Mihajlovic, który jak zwykle popisał się świetnym refleksem i przytomnością umysłu, drugim był zapewne Alfonso „Szrama” Paciano, który z kolei, z właściwą sobie tępotą, zupełnie zgłupiał i nie odezwał się słowem, a jedynie wodził okrągłymi ze zdumienia oczyma dookoła. Nie zareagował nawet, gdy wątły Arab po drugiej stronie przywódcy zdzielił go kułakiem w nos. Domyśliłem się, że ów wątły Arab jest „moim bratem” (!), Azizem ibn Hamalek, złodziejem, który ukradł Włócznię „mojemu mężowi” (!), a ponieważ nie reagował na arabskie pytania, za to doskonale władał francuskim, musiał być Benedyktem Zimba, który skorzystał z okazji, by odpłacić „Szramie” za bójkę w obozie!

Tymczasem wjechaliśmy do znanej nam doskonale z półrocznych wykopalisk kotliny, która wyglądała tak samo jak osiem wieków później, z jednym wyjątkiem. W południowo-zachodniej ścianie skalnej widniał prostokątny, wykuty ludzką ręką otwór, prowadzący do ukrytej w głębi góry jaskini, który w naszych czasach był przysłonięty skalnym rumowiskiem. Czyżby wiec w tej jaskini złodzieje ukryli Włócznię i czy dlatego nie mogliśmy jej znaleźć? Tymczasem śladem zbiegów, wśród których się znajdowaliśmy, a raczej wśród których znajdowały się nasze umysły, uwięzione w obcych ciałach, do kotliny zbliżał się pościg Krzyżowców, chcących odzyskać skradzioną Włócznię. Ślepa kotlina okazała się pułapką, w którą Arabowie wpadli, zmyliwszy drogę podczas przeprawy przez góry. Srogi dowódca wydał rozkazy, by złożyć dwóch związanych jeńców w ruinach najdalszej z chat, niedaleko wejścia do jaskini, a potem bronić się między ruinami. W międzyczasie zdołałem, korzystając z uroków ciała, w którym tymczasowo znajdował się mój umysł i własnej elokwencji, uzyskać potwierdzenie, że w torbie, noszonej przez dowódcę znajdują się szczątki skradzionej Włóczni Przeznaczenia. Prawie że udało mi się też skłonić go, by powierzył mnie i „mojemu bratu” cenną torbę, byśmy mogli ukryć ją bezpiecznie w jaskini, podczas gdy on i pozostali żołnierze będą bohatersko stawiać opór Krzyżowcom, ale ostatecznie okazał się zbyt ostrożny i zmuszeni byliśmy pilnować go, wypatrując okazji, by przejąć torbę.

Krzyżowcy wpadli do kotliny akurat wtedy, kiedy wraz z Benedyktem, ukrytym w ciele Aziza, ogłuszyliśmy strażnika pilnującego dwóch związanych „Krzyżowców”, czyli Dejana i Alfonsa. Dejan okazał się bardzo samodzielny i zdążył sobie już wcześniej przeciąć więzy, natomiast Alfonsa trzeba było oswobadzać. Ja postanowiłem jeszcze wciągnąć ogłuszonego Araba do ruin, co o mało nie kosztowało mnie wolności, a może i życia, kiedy jeden z Krzyżowców, przebiwszy się przez wątłą obronę Arabów wpadł między ruiny i, zobaczywszy mnie, pognał konia w moją stronę, by mnie pojmać. Potem się okazało, że Krzyżowcy pod wodzą Hugona de Mersac przybyli nie tyle po Włócznię, ile po „porwaną” żonę Hugona, czyli po ciało, w którym aktualnie znajdował się mój umysł. Uratował mnie Dejan, który w ciele Krzyżowca okrzyknął atakującego mnie rycerza i odwrócił jego uwagę. Ale, ku Dejana i mojemu zdziwieniu, okrzyknięty zwrócił się przeciw swemu „towarzyszowi”, nazywając go „psem Boemunda”. Najwyraźniej uwięzieni Krzyżowcy odegrali w kradzieży Włóczni i „porwaniu” Bashiry jakąś rolę, skoro ludzie de Mersaca najwyraźniej uważali ich za zdrajców i zamierzali pozabijać. Widząc nacierającego rycerza Dejan pospiesznie zrejterował, ale dzięki jego akcji udało mi się wskoczyć na porzuconego konia i dopaść jaskini, w której tymczasem schronili się już Benedykt, Alfonso, a także dowódca Arabów wraz z dwoma żołnierzami. Reszta stawiała w ruinach opór Krzyżowcom, bohaterski zapewne, ale jak się szybko okazało, daremny.

Znaleźliśmy się w sporej jaskini, oświetlonej słabym światłem, padającym przez wąski otwór w sklepieniu. Ciemny otwór na przeciwległej ścianie prowadził do dalszej części jaskiń, gdzie znikali właśnie nasi dwaj „Krzyżowcy”. Dowódca Arabów kazał dwóm swym żołnierzom bronić wejścia, a sam pognał zabić „Szramę” w ciele jednego z „psów Boemunda”. Jednak Benedykt, ukryty w ciele Aziza, tym razem stanął po stronie swojego kolegi z Legii i zaskoczony przywódca Arabów padł, przebity ciężkim mieczem. Fakt ten jakoś umknął uwadze dwóch Arabów przy wejściu, skutecznie stawiających opór atakującym Krzyżowcom. Zabraliśmy więc torbę, a upewniwszy się, że zawiera szczątki włóczni, która musiała być Włócznią Przeznaczenia, weszliśmy głębiej do jaskini. Tu natrafiliśmy na wzniesioną pospiesznie, choć dosyć dawno ścianę. Przebiliśmy się przez nią, używając ciężkiego miecza, od którego padł dowódca Arabów, i w świetle zaimprowizowanej pochodni zobaczyliśmy wewnątrz krótki korytarzyk i małą komorę, pośrodku której stał jakiś dzban.

Dejan pierwszy wszedł do środka, ale zaraz wpadł w zamaskowaną szczelinę w podłodze i tylko dzięki świetnemu refleksowi uniknął upadku na jej dno. Ponadto szczelina okazała się być pełna skorpionów, z których dwa strąciłem z pleców Dejana, kiedy już pomogliśmy mu wyleźć z rozpadliny. Tymczasem jednak Alfonso zdążył podejść do stojącego na środku dzbana i wyciągnąć korek. Rozległ się syk, a potem z dzbana wydobył się kłąb dymu, który błyskawicznie uformował się w postać ognistego ifrita. Mimo płonących ogniem, złowróżbnie błyszczących oczu i spowijającego jego ciało dymu nie wzbudził we mnie i zdaje się w żadnym z nas strachu, być może dlatego, iż śniliśmy i mieliśmy tego świadomość. No, może z wyjątkiem Alfonsa, którego duch chwycił od razu za gardło i podniósł w górę.

Ifrit odezwał się pierwszy po arabsku, a ponieważ z naszej czwórki tylko ja znałem ten język, przypadł mi w udziale wątpliwy zaszczyt tłumaczenia jego słów całej reszcie. Ognisty spiritus z butelki zażądał od nas, byśmy wybrali sobie rodzaj śmierci, bowiem siedząc przez wieki w dzbanie przysiągł, że temu, któ go uwolni, pozwoli wybrać rodzaj śmierci. Zamierzałem polemizować, wnosząc o śmierć we własnym łóżku, w możliwie podeszłym wieku, ale kiedy ifrit wrzucił trzymanego dotąd Alfonsa do skalnej szczeliny, z której dopiero co wyciągnęliśmy Dejana, pomiędzy czające się tam skorpiony, zrozumiałem, że być może trzeba podjąć bardziej zdecydowane kroki. Wyjąłem więc z trzymanej wciąż torby szczątki Świętej Włóczni i ruszyłem do ataku.

Rozpoczęła się walka, ale ifrit okazał się trudnym przeciwnikiem. Moje pchnięcia nie mogły dosięgnąć jego masywnej, zadymionej sylwetki, za to jego ognisty dech podpalił moje szaty i włosy. Rzuciłem włócznię i zacząłem się tarzać, by zdusić płomienie. Ben i Dejan podjęli walkę, ale nie szło im wcale lepiej. Wtedy przypomniała mi się przeczytana niegdyś w „Baśni tysiąca i jednej nocy” bardzo podobna historia, w której sprytny rybak uwięził ponownie uwolnionego nieopatrznie ifrita, grając na jego ambicji i wykorzystując naiwność ducha. Jako, że walka szła generalnie źle, postanowiłem spróbować tej metody z naszym ifritem.

Pierwszym sukcesem było, że ognisty duch przestał zionąć ogniem i podpalać moich towarzyszy, a powrócił do niedokończonej kwestii wyboru rodzaju śmierci. Następnie, po krótkiej wymianie argumentów, musiał przyznać, że mój wybór śmierci we własnym łóżku był legalny i że powinien był go uszanować. Potem skierowałem rozmowę na tory prowadzące nieuchronnie do dzbana, aż w końcu, bezwstydnie zapożyczywszy pomysł od baśniowego rybaka, skłoniłem ifrita do wejścia z powrotem do dzbana, który Ben szybko zakorkował. Mieliśmy więc ifrita z głowy i jedynie dochodzące ze szczeliny słabe pojękiwania Alfonsa, który zdaje się zdecydował się na śmierć powolną i długotrwałą, przypominały nam, że nie obyło się bez ofiar.

Tymczasem jednak pojawił się nowy problem. Krzyżowcy przebili się nareszcie przez pozostawionych na straży Arabów i ostrożnie pokrzykiwali teraz w wielkiej komnacie, nie mogąc widać zdecydować się na wejście w ciemny otwór, prowadzący do małej komory, w której się schowaliśmy. Niewiele myśląc, Benedykt rzucił im trzymany w rękach dzban, z dopiero co ponownie uwięzionym ifritem. Zamierający brzęk toczącego się po skalnej podłodze cynowego dzbana, wyraźnie słyszalna konsternacja, trwożne i ostrożne poszeptywania, ale w końcu zdecydowany rozkaz nieszczęsnego Hugona i syk wydobywającego się z dzbana rozwścieczonego ifrita pozwolił nam domyślić się, co się tam zaraz będzie działo. W blasku płonącego ducha i zdaje się, jakichś Krzyżowców, przy akompaniamencie wrzasków przerażonych rycerzy tłoczących się w panice w wąskim przejściu na zewnątrz, ukryliśmy Włócznię. Wrzuciliśmy ją po prostu wgłąb szczeliny, jak radził Benedykt, żeby sobie spokojnie czekała do roku 1938, aż znajdziemy ją już we własnych ciałach. Potem koledzy ogłuszyli najpierw mnie, potem Dejan ogłuszył Benedykta, a w końcu sam został spalony przez powracającego ifrita. Oczywiście o tym wszystkim dowiedziałem się już z ust samego Dejana, kiedy wybudziliśmy się, już we własnych ciałach, po powrocie z niezwykłego snu, lub, jak chce profesor Bullion, z przeszłości.

Teraz kładziemy się do snu, bo jak wspomniałem, wszyscy jesteśmy ogromnie wyczerpani, a arabscy robotnicy odgruzowują wejście do jaskini. Mam nadzieję na zwykły, głęboki sen, bez biegania w ciele jakiejś osiemsetletniej arabskiej niewiasty i walki z wychodzącymi z dzbanów ifritami. Kiedy się obudzimy, wejście powinno już być odsłonięte i będziemy się mogli przekonać, czy nasz eksperyment się powiódł i czy włócznia czeka na dnie skalnej rozpadliny.

16/05/1938, pustynia, w drodze do Damaszku

Obudziłem się wcześniej niż zamierzałem, brutalnie kopnięty przez jednego z żołdaków z mającej nas strzec Legii. W naszym namiocie stał z odbezpieczonym pistoletem ten wypłosz, Klaus Gempke, w towarzystwie tego pawiana, Alfonso „Szramy” Paciani i jeszcze kilku żołdaków z Legii. Jako, że zostałem brutalnie wyrwany ze snu, zajęło mi chwilkę zorientowanie się w sytuacji i ogarnięcie całości. A całość wyglądała dość ponuro. Gempke okazał się szalonym fanatykiem tego małego austriackiego krzykacza, Adolfa Hitlera i chyba wierzył, że Włócznia Przeznaczenia pomoże temuż w podbiciu świata. Zdaje się przekupił kilku cynicznych drani z Legii, w tej liczbie Pacianiego, by przejęli kontrolę nad obozem. Posunął się nawet do zamordowania pozostałych Legionistów, oraz uwięzienia profesora i Laureliny. Teraz zaś potrzebował nas, by dowiedzieć się, gdzie jest Włócznia, bo cymbał Paciani nie pamiętał. Być może dlatego, że kiedy wrzucaliśmy Włócznię do szczeliny, on już był ledwo przytomny, po pokąsaniu przez skorpiony.

Chcąc nie chcąc, popychani przez przekabaconych przez Gempkego Legionistów, ruszyliśmy do jaskini, do której wejście zostało tymczasem oczyszczone z gruzu przez arabskich robotników, których zresztą Gempke przegonił, żeby nie przeszkadzali. Po drodze próbowałem zmienić układ sił, obiecując pieniądze najbliższym Legionistom, w tej liczbie i Pacianiemu, ale albo byli równie fanatyczni, jak Gempke, albo uprzedzeni do poddanych Jej Królewskiej Mości, w każdym razie nawet nie słuchali tego, co mówię. Także próby odwołania się do ambicji i patriotyzmu „Szramy” Pacianiego spełzły na niczym – tępy makaroniarz nie zamierzał widać zostać narodowym bohaterem, dostarczając Świętą Włócznię swemu „Il Duce”.

Kiedy weszliśmy do pierwszej, większej jaskini, zobaczyliśmy piętrzący się na środku stos skał, oderwanych widzocznie od sklepienia jaskini i prawie zasłaniających otwór komina, z którego wpadało mimo to nieco światła. Przyszedł mi do głowy pomysł zagrania na czas i kiedy Gempke zapytał, gdzie jest Włócznia, odparłem, że najpewniej pod stosem skał, bo pamiętam, że Krzyżowcy, którzy nam ją odebrali, tu właśnie walczyli z szalejącym ifritem. Oczywiście było to czyste łgarstwo, ale widać doszedłem już do formy, bo Gempke połknął haczyk i kazał nam kopać, wymachując pistoletem.

Ale na tym mój koncept się skończył. Kopaliśmy możliwie wolno, udając zmęczenie, choć rzeczywiście kopanie było męczące, a do tego opadały nas czarne myśli. Gempke się denerwował, wymachiwał coraz gwałtowniej pistoletem i kazał przyprowadzić związanego profesora i Laurelinę, aby szantażem zmusić nas do większego wysiłku. Wygadał się przy tym, że czas gra istotnie wielką rolę, bo faszyści mieli uciec z Syrii samolotem, który nie będzie czekał zbyt długo na lotnisku i odleci bez pasażerów, jeśli ci spóźnią się zanadto. Zdesperowny faszysta zagroził, że zastrzeli Laurelinę, jeśli w ciągu godziny nie odnajdziemy Włóczni. A, jak wszyscy wiedzieliśmy, Włócznia znajdowała się na dnie szczeliny ze skorpionami.

Sytuacja była co najwyżej patowa, góra skalnych odłamków topniała powoli, nasze mięśnie robiły się ciężkie od wymachiwania łopatami i kilofami, zaś Gempke robił się coraz bardziej nerwowy i było dość prawdopodobne, że w końcu nie wytrzyma i kogoś zastrzeli, choć wcześniej nie wyglądał na człowieka, kto potrafi bodaj trzymać poprawnie broń. Pilnowało nas siedmiu Legionistów, w tym Szrama i wysoki Rosjanin, nazwiskiem, zdaje się, Dragunov. Wszyscy byli uzbrojeni, a my nie, jeśli nie liczyć łopat i kilofów, więc próba zbrojnego oporu była wysoce ryzykowna. Nie wiedziałem co można by zrobić, dlatego z ulgą przyjąłem zmianę sytuacji, choć początkowo nie wyglądała na zmianę na lepsze.

Kopiący obok mnie Benedykt nagle przestał i odezwał się po niemiecku do Gempkego. Nie znam niestety języka Goethego, więc dopiero rozwój sytuacji pokazał, że Żyd zamierzał potargować się ze Niemcem, zdradzając mu prawdziwe miejsce ukrycia Włóczni, w zamian za odstrzelenie znienawidzonego Szramy. Na razie byłem jednak biernym i nic nie rozumiejącym widzem, więc dopiero strzał z pistoletu Gempkego i osuwające się ciało Pacianiego uświadomiły mi, że coś się zmieniło. Legioniści kazali nam porzucić łopaty i pognali nas w kierunku szczeliny ze skorpionami. W międzyczasie Gempke, przeszedłszy z powrotem na francuski, rozkazał, że Dejan i Benedykt, pilnowani przez dwóch Legionistów, zejdą do szczeliny i wyciągną Włócznię, a ja pozostanę, wraz z wciąż związanymi profesorem i Laureliną, w charakterze zakładnika.

Powinienem być wściekły na Benedykta, że zdradził miejsce ukrycia Włóczni faszyście, który zapewne zabije nas bez skrupułów, kiedy tylko dostanie relikwię w swoje brudne łapy, ale nie zdążyłem nawet dobrze się namyślić. Ledwo bowiem dwaj Legioniści zniknęli w szczelinie, Benedykt i Dejan, jakby na komendę, rzucili się na odstawioną pod ściany broń dwóch innych, którzy zajęci byli asekurowaniem schodzących. Akcja była tak błyskawiczna, że dopiero kiedy dwaj asekurujący padli nieprzytomni, a ze szczeliny dobiegł łoskot spadających, nieasekurowanych już przez nikogo, ciał i krzyki, pozostali, w tym ja i Gempke, zorientowali się, że coś się dzieje. Wielki Rosjanin rzucił się w kierunku Benedykta, ale zdążyłem porwać z podłogi kamień i rzucić nim w głowę tamtego, powalając go na ziemię. Gempke zdążył schować się za Laureliną i czując się tam bezpiecznie, chciał nas szantażować, ale Dejan fantastycznym skokiem przesadził rozpadlinę i przewrócił faszystę, osłaniając jednocześnie własnym ciałem Laurelinę. Rozległ się huk wystrzału, ale na szczęście Gempke nie trafił i Dejan z jednej, a ja z drugiej, obezwładniliśmy go błyskawicznie.

Z głównej jaskini dobiegł tupot butów – to ostatni ze zbuntowanych Legnionistów, niejaki Giuseppe, wybrał ucieczkę, zostawiając swych nieprzytomnych kolegów w naszych rękach. Skrępowaliśmy dwóch z nich, bo Dragunov okazał się już martwy, po ciosach kolbą, które wymierzył mu zapobiegawczo Benedykt, a potem w zamian za Włócznię wyciągnęliśmy ze szczeliny dwóch ostatnich. Niestety, kiedy tamci przyznali, że z zimną krwią zabili swoich kolegów z Legii, by móc zrealizować szalony plan Gempkego, Benedykt nie wytrzymał i zastrzelił całą czwórkę. Został więc tylko Gempke, którego zamierzaliśmy oddać w ręce francuskiego wywiadu, choć osobiście uważałem, że wywiad brytyjski byłby bardziej skuteczny. Największą niespodzianką okazała się ucieczka „Szramy” Pacianiego, którego Gempke wcześniej zastrzelił, ale jak widać, niefachowo.

Chcieliśmy ruszać w pościg za Giuseppe i Pacianim, którzy najwyraźniej uciekli jednym z jeepów, ale przedtem uszkodzili dwa pozostałe pojazdy: ciężarówka miała zepsuty silnik, a drugi jeep – hamulce. Najpierw Dejan chciał zjeżdżać jeepem bez hamulców, ale wpadłem na, chyba całkiem niezły, pomysł, żeby jeep wziął na hol ciężarówkę, która będzie mogła w ten sposób zwalniać go na stromym zjeździe. Plan był niezły, ale wykonanie okazało się niewystarczająco dobre. Zasiadłszy za kierownicą ciężarówki, nie okazałem się zbyt dobrym kierowcą i zamiast gładko brać kolejne zakręty, już na pierwszym wpakowałem samochód w wielką skałę, grzebiąc tym samym nasze ambitne plany doścignięcia uciekających i samolotu. Na szczęście nikomu nic się nie stało, a Dejan mimo wszystko samodzielnie zjechał jeepem bez hamulców, więc ostatecznie drogę do Damaszku możemy pokonać w miarę wygodnie jadąc, zamiast idąc w spiekocie i znoju, ale Giuseppe i „Szrama” uciekli zapewne tajemniczym samolotem do Rzeszy. Pozostaje jedynie słaba nadzieja, że bez Włóczni raczej nie będą tam mile widziani, więc możliwe, że dostaną z ręki swojego fuhrera to, na co zasłużyli. Nas czeka zaś droga do Damaszku, oddanie Gempkego francuskiej policji i przewiezienie odnalezionych szczątków Włóczni Przeznaczenia do Paryża, gdzie jej autentyczność zostanie zbadana i potwierdzona. Ja zaś muszę zainteresować się bliżej szamańskimi metodami, za pomocą których profesor Bullion doprowadził do, mimo wszystko, wielkiego sukcesu swej ekspedycji.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Savage Worlds, SW Przygodówka Lata 30 ,

Comments are closed.