Cesarska misja

Droga Moshi, siostro moja.

Przepełnia mnie radość i duma, iż mogę napisać do Ciebie ten list. Duma, iż wykonałem powierzone mi przez Cesarza zadanie. Na wstępie – żyję i mam się dobrze. Poniżej opiszę Ci finał naszej misji.

Stary Kenku – wyrocznia przed naszym odejściem przekazał moim towarzyszom (Żurawiowi Dajdoji, Smokowi Mirumoto i Skorpionowi Soshi) informacje jak mamy używać Popiołu Życia. W wysokich górach mieliśmy rozetrzeć go z tłuszczem i smarować odsłonięte części ciała, co miało nas uchronić przed przenikliwym mrozem, poza tym mieliśmy pić herbatę wymieszaną z popiołem, aby ocalić nasze duchowe wnętrze przed mroźną magią. Ja sam dalej nie zbliżałem się do Wyroczni, obawiając się jej magii i mieszania w umyśle.

Przed naszym wyjściem, Pan Mirumoto pokazał, iż Wyrocznia Kenku była tak niebezpieczna jak myślałem – całkowicie porzucił on naszą misję. Twierdził, iż jako Smok musi odnaleźć oświecenie przy Wyroczni, coś tam mamrotał o wspaniałej i jedynej grze w go, która ma rozstrzygnąć wielkość i pokazać przewagę siły umysłu Smoka nad Kenku i ogólnie zrobił się bardzo dziwny. Pomimo naszych próśb nie dał się namówić na dalszą wyprawę z nami i pozostał wśród Kenku. Myślałem nawet czy go nie wyzwać na pojedynek i zabić, za tak nie honorowe zachowanie. Jednak nie mieliśmy na to czasu śpiesząc się w góry, a poza tym ryzykowałbym własne życie. Wykonując misję od Cesarza, bez potrzeby nie mogłem sobie na to pozwolić. Kiedy oddalaliśmy się od Osady Kenku przypominałem sobie chwalebne i przyjemne chwile spędzone razem w drużynie Gromów i zastanawiałem się czy dane mi go będzie jeszcze kiedykolwiek zobaczyć.

Przez następne kilka dni w trójkę maszerowaliśmy puszczą w kierunku naszych koni. Zaraz na początku poprosiłem Pana Soshi o wsparcie w przekazaniu wiadomości ode mnie do Daymio klanu Kraba Hida Toyotomi, z prośbą aby porzucił myśli o Skorpionach i natychmiast bronił Cesarstwa przed nadciągającym Tym Którego Imienia nie Wolno Wymawiać. Ku mej radości okazało się, iż shugenja sobie znanym sposobem jest w stanie taką wiadomość przekazać od razu za pomocą duchów. W treść wiadomości wpasowałem informacje, które były znane tylko mi i kilku innym Krabom w otoczeniu Daymio, mając nadzieję, iż to uwiarygodni wiadomość przekazaną przez Skorpiona. Wcale się nie martwiłem, że Skorpion coś zmanipuluje, bo przecież w obecnej sytuacji Skorpionom równie mocno jak mi zależało, aby armie Kraba wycofały się z ziem Skorpionów, w celu obrony Cesarstwa przed Krainami Cienia.

Dni w puszczy upłynęły spokojnie, pomijając ataki różnych zwierząt do czego już przywykliśmy. Po odzyskaniu koni podróżowaliśmy przez ziemię Skorpionów w stronę Gór Środka Świata, a konkretnie interesowała nas góra wymieniona przez Wyrocznię: Omokurushii Yama-no-Rikku – Posępna Góra Wiecznego Śniegu.

Początkowo Boską Włócznię – Kami-satsujin niosłem sam, tak jak sobie zamierzyłem. Po Kenku nie ufałem już wcale moim towarzyszom. Jednak z upływem dni włócznia zaczęła mi dziwnie ciążyć na duchu i kiedy Pan Soshi zaproponował mi zmianę – musiałem się zgodzić. Brałem pod uwagę, iż potężny Nemurenai tej broni mógł chcieć mną zawładnąć, co spowodowałoby fiasko misji. Pomyślałem sobie, że skoro nie mogę już ufać moim towarzyszom, to wcale nie znaczy, że nie mogę ich wykorzystywać. Obowiązek i misja są najważniejsze. Poza tym przekazałem też Cesarskiemu kurierowi własnoręcznie napisany i zapieczętowany list do naszego Daymio Hida Toyotomi. Opisałem w nim dokładnie sytuację i niebezpieczeństwo z Krain Cienia. Na potwierdzenie mych słów przekazałem też moje rodowe Tetsubo. Liczyłem, że jego duch potwierdzi me intencje. Dwa razy więc ostrzegałem nasz klan, więcej zrobić nie mogłem. Z lżejszym sercem coraz bardziej zbliżałem się do gór i najważniejszego zadania.

W jednej z większych Osad Skorpionów u podnóża gór dowiedzieliśmy się ku mej radości, iż zagrożenie ze strony Krain Cienia jest już z powszechnie znane, a klan Kraba wycofał swe wojska, aby bronić Cesarstwa. Intrygi klanów i moje wiadomości przestały mieć znaczenie. Gonił już nas tylko czas, aby zdążyć z misją przed abdykacją Cesarza i rządami syna Regenta. Długo dyskutowaliśmy co wziąć ze sobą w góry. Górskie dzikie plemiona często atakowały wioski i wojsko Skorpionów u podnóża gór i odwrotnie – Skorpiony nie pozostawały dłużne. Szarpana wojna trwała cały czas od wielu lat, a my musieliśmy przejść bezpiecznie wyżej. Idąc razem z jakimś oddziałem Skorpionów narażaliśmy się na pewny zmasowany atak. Idąc sami w nieznane góry również ryzykowaliśmy wpadnięcie w pułapkę i przeważający atak. Udając się w góry w przebraniu np. handlarzy mieliśmy problem z utratą zdolności bojowych, bo handlarz nie powinien mieć pancerza czy katany. Końcowo zdecydowaliśmy się na podstęp, aby iść pod monem Krabów, jakoby klan Kraba wyprawił poselstwo do barbarzyńców, w celu zjednania ich do Walki z Krainami Cienia. Liczyliśmy iż górale, przyzwyczajeni do Skorpionów, zastanowią się zanim zaatakują kogoś innego i nowego. Wzięliśmy też dla nich podarki – głównie żywność i ubrania, które załadowaliśmy na 2 muły. Trzeci muł przeznaczony był dla naszych własnych zapasów. Konie oczywiście zostawiliśmy w osadzie.

Początkowo nic ciekawego się nie działo – wspinaliśmy się wyżej i wyżej górskimi ścieżkami, widząc tylko góry, lasy i ptaki na niebie. Jednak w południe kolejnego dnia z daleka dobiegł nas odgłos walki. Postanowiliśmy na spokojnie ocenić sytuację i nie angażować się jak przestało na poselstwo. Zza skały zobaczyliśmy walczące ze sobą grupę Skorpionów i Barbarzyńców. Skorpiony wygrywały. Zawołaliśmy do nich, aby powstrzymali walkę, ale nie odniosło to skutku. Nie chcieliśmy pomagać Skorpionom, bo wtedy próba przyjaznego przejścia pośród barbarzyńców na pewno zakończyła by się niepowodzeniem – nie wiedzieliśmy kto jeszcze z daleka może to obserwować. Barbarzyńcom też nie mogliśmy pomagać, choćby z uwagi na samurajskie zasady, czy Skorpiona Soshi, który był wśród nas. W końcu szczęśliwie wyręczył nas Pan Soshi – za pomocą znanego nam zaśpiewu i czaru, skierował wicher na czterech walczących bushi Skorpiona i przewrócił ich. Dopiero wtedy nasz głos został wysłuchany – wytłumaczyliśmy Skorpionom, iż dla dobra Cesarstwa muszą się wycofać. Trochę pomogła nam oficjalna prośba listowna od Szmaragdowego Czempiona.

Pozostało dwóch żywych Barbarzyńców, którzy mocno zdziwieni podziękowali nam za ratunek. Większy i dostojniejszy z nich ubrany był w pancerz z jakiś sporych kości i przedstawił się nam jako Akagi – Czerwony Zamek, syn przywódcy górali. Drugi góral był po prostu jego człowiekiem na dodatek dość milczącym. Poza tym Akagi okazał się bratem poszukiwanej przez nas Yuki-no-hime, Wybranki Cesarza! Fortuny więc bardzo nam sprzyjały. Wdaliśmy się w przyjacielską rozmowę, a góral był nas bardzo ciekaw. Szybko wyszło na jaw, iż Akagi mienił się przybranym bratem samego Hantei Go-Daigo, naszego Cesarza! Mocno nas podpytywał o niego i był szczerze zmartwiony stanem jego zdrowia. Syn Niebios rok temu będąc w tych górach po swą wybrankę otrzymał od Akagi pomoc w trudnych chwilach i obaj bardzo się zbliżyli. Lud Górali był pod panowaniem Fubuki – Lodowego Kami, w którego wierzyli i od  którego wszystko w górach zależało. Jednak część z nich chciała to zmienić i przystąpić do Cesarstwa. Do nich właśnie zaliczali się Akagi i jego siostra. Oboje widzieli co stało się z ich ojcem, który uległ straszliwej zmianie po śmierci swego ojca (czyli dziada Akagi), gdy Lodowy Kami namaścił go na nowego przywódcę i obdarzył lodowymi mocami. Od tej pory stał się on Nadare-no-Ikazuchi – Gromem Wywołujący Lawiny, namiestnikiem Kami i nieprzystępnym Panem ponurego zamku Shiro Fubuki o lodowych ścianach.

Akagi opowiedział nam też, iż rok temu Hantei obiecał mu, iż przyjdzie czas, gdy jego plemię stanie się nowym klanem w Rokuganie – klanem Białego Niedźwiedzia. Oczywiście do tego potrzeba było czynnych działań, zmian oraz poświęcenia ze strony Górali – w chwili największej potrzeby mają stanąć u boku samurajów przeciwko Krainom Cienia.

Góral zachowywał się szczerze. Powiedzieliśmy mu więc o naszej misji odbicia Wybranki, bo był naszą nadzieją. Bardzo się zdziwił, iż chcemy zabić Fubuki, bo nie wierzył, że to możliwe. Jednak nasza pewność siebie natchnęła go nadzieją i chęcią pomocy nam, swojej siostrze i Cesarzowi. Jemu samemu i wszystkim góralom dawało to szansę na wyzwolenie się od Fubuki i zrealizowanie obietnicy Cesarskiej, stania się nowym klanem.

Akagi zaoferował, iż razem ze swoim człowiekiem doprowadzą nas do górskich lodowych pustkowi, a potem do Bramy Między Światami na szczycie Posępnej Góry Wiecznego Śniegu. Następnie razem mieliśmy się udać do Kyuden Momo-tereido – Pałacu Pomiędzy Światami, gdzie Akagi spodziewał się zastać swą siostrę i Fubuki. Akagi nigdy osobiście nie dotarł nawet do Bramy Między Światami, więc ostatnie zadanie pozostawało wielką tajemnicą. Niestety nie oferował nam wsparcia militarnego, bo z jego wiernych i podzielający przekonania ludzi prawie nikt już nie pozostał, na skutek walk w ostatnim roku.

W tym momencie moi towarzysze Pan Dajdoji i Pan Soshi postanowili załatwić ostatnią honorową rzecz między sobą – pojedynek do pierwszej krwi, kto z nich jest lepszy w sztuce Iaijutsu. Napięcie pomiędzy nimi narastało przez ostatnie tygodnie i najwyraźniej obaj doszli do wniosku, że podobna okazja już za ich życia się nie nadarzy. Wygrał Pan Dajdoji, który wyprowadził piękny i szybki cios. Wszystko wytłumaczyłem Akagi, który choć początkowo zdziwiony, zaakceptował podobne honorowe rozwiązanie i chyba nasze samurajskie sposoby wyjaśniania podobnych spraw końcowo wydały mu się godne naśladowania.

Razem z Akagi uzgodniliśmy, iż od tej pory musimy iść w przebraniu jako jego ludzie. Inaczej górale wierni Fubuki i Nadare-no-Ikazuchi mogli w każdej chwili nas rozpoznać jako samurajów i zaatakować. Dlatego spakowaliśmy swoje zbroje i broń, a założyliśmy to co mieli na sobie nieżyjący już za sprawą Skorpionów ludzie Akagi. Ja osobiście wybrałem jakieś grube futra i krótką włócznię. Samuraj musi się poświęcać i być gotów na podstęp, nawet gdy wymaga to styczności ze zmarłymi i krwią. Na twarz założyliśmy pokrwawione bandaże, aby nie było widać, iż nie posiadamy bród, które ma każdy góral. Nasze muły i ich bagaż miały pokazać jakie łupy zdobyliśmy na Niziołkach jak górale nazywali samurajów Skorpiona z nizin.

Czerwony Zamek okazał się wspaniałym przewodnikiem. Omijaliśmy sprawnie kolejne patrole jego Ojca, osady i posuwaliśmy się w górę, coraz bliżej celu. Jednak na początku drugiej nocy, kiedy spaliśmy w jednej z góralskich chat doszło do zdarzenia, które wszystko mogło zmienić. Do chaty doszedł silny patrol, który chciał wejść i przenocować. Akurat wtedy miałem wartę w środku chaty. Szybko wszystkich obudziłem i Akagi wyszedł na zewnątrz zagadać swoich pobratymców. Mówił im, że chałupa jest zajęta przez jego ludzi, którzy odnieśli ciężkie rany w walce z niziołkami. W tym czasie Pan Soshi rzucił na nas jakiś czar iluzji w skutek czego pokazały się nam brody i prawdziwe rany. Dobrze się stało, bo w końcu jednak doszło do spotkania, ale barbarzyńcy w ciemnościach nie poznali podstępu, pozdrowili nas tylko i zostawili w spokoju szukając noclegu gdzie indziej.

Po kolejnych dwóch dniach dotarliśmy do obszarów pokrytych śniegiem. Ciemną nocą przekradliśmy się pomiędzy patrolami koło zamku Shiro Fubuki o lodowych ścianach. Górale byli bardzo czujni, ale ciemność, znajomość terenu przez Akagi i przede wszystkim Fortuny – wszystko było po naszej stronie. Zamek ten bronił dostępu do wyższych partii gór. Było bardzo zimno i zaczęliśmy stosować maść z popiołem życia, bardzo tez dbaliśmy o nasze muły okrywając je kocami i dobrze żywiąc. Po kolejnej długiej wspinaczce rozbiliśmy obóz w jakiejś niecce, którą obłożyliśmy lodowymi płytami, aby nie wiało i było nam trochę cieplej. Pan Dajdoji okazał swą niespodziewaną wiedzę w temacie zimna i lodu – wspaniale zajął się mułami i nawet zaproponował zrobienie różnych zaczepów na naszym obuwiu, aby łatwiej się nam chodziło. Być może na ziemiach Żurawia zima jest bardziej surowa niż mi się dotąd wydawało.

Rankiem zostaliśmy niespodziewanie zaatakowani przez olbrzymiego białego niedźwiedzia. Pan Dojdoji czuwający na warcie wypadł pierwszy z naszej jamy i starł się ze stworem. Kiedy ja wypadłem za nim niedźwiedź był już ranny, a Dajdoji leżał we krwi z 6 kroków dalej. Dwoma szybkimi ciosami zakończyłem  życie bestii, nim zdążyła narobić więcej bałaganu. Szczęśliwie nasz Żuraw żył, a shugenja Soshi czarami chwilę później go uleczył.  Akagi był pod wrażeniem naszej sprawności w walce z bestią i wymusił na nas wspólne zjedzenie surowego krwawego jęzora niedźwiedzia – był to jakiś barbarzyński zwyczaj, a miał zapewnić łaskę Bogów i cementować naszą przyjaźń. Poświęcenie siostro – dla misji samuraj jest gotów prawie na wszystko, nawet na zjedzenie takiego ohydztwa.

W końcu dotarliśmy do Shimo-Hakachi Heigen – Mroźnej Równiny Umarłych. Był to olbrzymi płaskowyż, pokryty zlodowaciałymi ciałami zmarłych – wszędzie piętrzyły się lodowe pagórki, w których można było dojrzeć zamrożonych ludzi. Akagi już wcześniej wytłumaczył nam, iż dla jego ludu to naturalny koniec istnienia. Ludzie przychodzą tam, gdy są już starzy, czy bardzo chorzy – po prostu gdy nadchodzi ich czas. Ten płaskowyż był kresem tego co znał Akagi, górale nie zapuszczali się nigdy dalej. Czerwony Zamek wiedział jednak , iż tędy co parę dni chodzą zaufani ludzie jego ojca, którzy dostarczają jedzenie i inne potrzebne rzeczy jego siostrze do lodowego pałacu Kyuden Momo-tereido. Nasz plan zakładał podstępny i szybki atak na ten oddział, a następnie przebranie się za nich i wkroczenie do pałacu z zaopatrzeniem dla Wybranki. Na planie okręgu przygotowaliśmy sobie ukryte stanowiska i czekaliśmy, aż ofiary wpadną w naszą sieć.

Po jednym dniu czekania z oddali zauważyliśmy mały oddział zaopatrzeniowy. Była ich szóstka, z białymi futrami i dziwnymi czaszkami nad głowami. Gdy doszli w środek naszych pozycji, wychyliliśmy się zza lodowych pagórków i z łuków zaczęliśmy ich ostrzeliwać. W tym czasie Akagi i jego człowiek, którzy nie mieli czym atakować na odległość, rzucili się w kierunku oddziału pokonując głębokie zaspy śniegu. Kolejne nasze strzały dosięgały białych postaci, a te rzuciły się w naszym kierunku ze swoimi włóczniami. W końcu starliśmy się z nimi pierś w pierś, ale byli już tak poranieni, że była to bardziej rzeź niż walka. Nikt z nas nie został ranny.

Przebraliśmy się w ich futra, broń i czaszki, zabraliśmy ze sobą tylko ich plecaki i swoje ukryte daisho. Resztę naszych rzeczy, podobnie jak muły, pozostawiliśmy w ukryciu w lodowym zagłębieniu.

Po kilku godzinach marszu opuściliśmy płaskowyż umarłych i zaczęliśmy pokonywać strome wejście na szczyt. Musieliśmy używać lin, a i tak Pan Dajdoji o mały włos nie spadł w przepaść, zgubił  jednak część swego ekwipunku. W końcu naszym oczom z daleka na szczycie góry ukazała się wielka lodowa brama prowadząca, jak się spodziewaliśmy, do Pałacu Pomiędzy Światami. Śnieżna zamieć bardzo nam przeszkadzała w widzeniu, ale dostrzegliśmy, iż obok bramy stoi mały namiot. Przypuszczaliśmy, iż są w nim strażnicy Lodowego Kami. Zaczęliśmy gotować się do walki i zbliżać do namiotu. W tym czasie Pan Soshi wyciągnął zwój i zaczął czarować. Wkrótce zerwał się wiatr, który z olbrzymią mocą uderzył w namiot i zepchnął go w przepaść. Ostatnie co widzieliśmy, to kotłujące się nogi, zaplątane w materiał, gdy wszystko zlatywało w dół.  Droga przez bramę stała otworem, choć była to droga zupełnie nierzeczywista – w otworze bramy widać było po prostu chmury i śnieg, podobnie jak wszędzie dookoła.

Ja, Kuni Ogawa, wszedłem do Bramy Pomiędzy Światami jako pierwszy. Nagle znalazłem się olbrzymiej komnacie, zrobionej w całości z lodu, z lodowymi kolumnami i ścianami. Nawet posadzka była lodowa. I ta dziwna cisza oraz śnieg spokojnie padający z sufitu. Co dziwne, było tu cieplej i przytulniej niż na szczycie góry i nie było wiatru. Byłem pewny, że jestem  w Kyuden Momo-tereido – Pałacu Pomiędzy Światami.  Po prawej stronie na lodowych siedziskach siedziało dwóch lodowych karłów z wielkimi młotami – brodate demony jakie miałem okazję widzieć i walczyć z nimi w stolicy. Całe szczęście, że moja twarz przykryte była kapturem i czaszką. Zewnętrznie byłem nie do odróżnienia od barbarzyńcy. Nie zaszczycili mnie nawet wnikliwszym spojrzeniem. Również udałem brak zainteresowania wszystkim dookoła i ukłoniłem się im lekko, tak jak zrobiłby to strachliwy barbarzyńca chcąc oddać cześć strażnikom swego Boga. W tym czasie przez lodową bramę przeszli moi towarzysze i razem poszliśmy prosto przez salę, po miękkim śniegowym dywanie, w kierunku dziwnych drzwi, które w momencie naszego wejścia otwarły się w lodowej ścianie, na drugim końcu sali. Nikt nas nie zatrzymał i nikt się nami nie interesował.

Obok naszych otwartych drzwi widać było również inne, ale były zamknięte za sprawą lodowych, nieprzeźroczystych tafli. Pomieszczenie do którego weszliśmy było nieduże, ślepe, a pod lodowymi ścianami stały puste lodowe skrzynie – najwyraźniej przeznaczone na żywność i inne rzeczy dla Wybranki, które barbarzyńcy mieli w swych plecakach. Barbarzyńcy najwyraźniej po pozostawieniu zaopatrzenia wracali przez bramę, nie mieliśmy więc dużo czasu. Nasz podstęp powoli się kończył. Zaczęliśmy zrzucać nieporęczne futra, czaszki, plecaki i sięgać po własną broń. Wypakowaliśmy też Zabójcę Bogów, który zadziwił i oczarował Akagi. Dajdoji pomógł mi założyć brakujące elementy mojej ciężkiej zbroi. Soshi chciał dowiedzieć się od duchów, gdzie mamy iść, aby Odnaleźć Wybrankę Yuki. Jednak duchy w lodowym pałacu były chyba tylko na usługach Kami – Soshi niczego się nie dowiedział, za to coś ostrzegło lodowe demony z wielkiej Sali, bo usłyszeliśmy jak biegną w naszą stronę. Ustawiliśmy się wokół drzwi i czekaliśmy. Wpadli przez drzwi z demonicznymi młotami w garści.

Walka była błyskawiczna. Ja i milczący góral zaatakowaliśmy demona po lewej stronie drzwi, a Dajdoji i Akagi tego po prawej. Osiągnąłem już 3 rangę bushi hida, więc wyprowadziłem dwa szybkie ataki i demon ledwo stał, nie pomógł mu nawet jego lodowy oddech, którym próbował nas zamrozić. Kolejny cios i leżał u moich nóg, rozsypując się w kryształy lodu. Drugiemu demonowi też nie poszło lepiej – Dajdoji po kilku chwilach walki nabił go na Zabójcę Bogów. Nikt z nas nie został ranny.

Wypadliśmy z pomieszczenia magazynu, jednak wciąż nie wiedzieliśmy gdzie szukać wybranki, a czas gonił nas coraz bardziej. Sądziliśmy jednak, że jej pomieszczenie musi być blisko. Obraliśmy najbliższe drzwi i rozbiliśmy jego lodową taflę jednym z demonicznych młotów. Po krótkim korytarzu zobaczyliśmy pomieszczenie z wielkim łożem z nakryciem z białych skór niedźwiedzich. Pod nim ktoś leżał i właśnie się obudził. Fortuny nam sprzyjały –  poznaliśmy tę piękność o cerze jak śnieg – Yuki-no-hime, Wybranka Cesarza!

Była bardzo zaskoczona naszym pojawieniem się, ale szybko nawiązaliśmy cieplejsze porozumienie dzięki jej bratu. Jednak początkowo wcale nigdzie z nami nie chciała iść. Twierdziła, że jej miejsce jest teraz przy Fubuki Kami, że w stolicy źle się czuła i nie chce być źródłem kłopotów. Używaliśmy różnych argumentów i przyznam szczerze siostro, że był nawet taki moment, że chciałem ją ogłuszyć i zabrać na ramieniu niczym worek ryżu. Końcowo to już nawet nie wiem co ją dokładnie przekonało, ale w końcu się zgodziła. Być może była troska o górali i marzenie jej brata o własnym klanie, gdy zabraknie lodowego Fubuki Kami. Wtedy właśnie jedna ze ścian zaczęła magicznie wirować, coraz szybciej i szybciej, a ze środka wypadał śnieg i lodowy podmuch – Lodowy Bóg naciągał.

W szybkich żołnierskich słowach ustaliśmy z Dajdoji, iż ja ruszę na Boga z kataną, aby odciągnąć jego uwagę, a Dajdoji, będąc ode mnie dużo mniej wytrzymały, ale za to odrobinę szybszy, postara się z zaskoczenia uderzyć go naszym Zabójcą Bogów – Kami-satsujin. Soshi zaczął inkantować czar, a nad jego głową z każdym oddechem pęczniała olbrzymia kula ognia. W końcu olbrzymi 3 metrowy lodowy Bóg, cały biały, wszedł z przeraźliwym wirującym mrozem i lodowymi odłamkami wokół siebie i zobaczył nas. Gdyby nie maść i herbata z popiołem życia pewnie już wtedy padlibyśmy martwi od tego mrozu. Rzuciłem się na Fubuki Kami z okrzykiem na ustach, podobnie dwaj górale. Czar Soshi nie zadziałał i kula ognia po prostu zniknęła – najwidoczniej magiczny mróz ją zdławił. Wielka lodowa ręka Kami uderzyła mnie, ale szczęśliwie niezbyt mocno i w odpowiedzi wyprowadziłem potężny cios w jego bok. Coś jednak odbiło mą Katanę, a po metalu i potem po mojej ręce, błyskawicznie wspinały się lodowe białe ślady i mróz. Czułem jakbym zamarzał i wysycano ze mnie życie. Drugi mój cios zakończył się podobnie jak pierwszy, ale tym razem jakoś uniknąłem pełzającego białego mrozu. Górale uwijali się od strony drugiej ręki Fubuki i widziałem, że im też nie idzie najlepiej, poraniony i zmrożony Akagi ledwo stał. W końcu zza moich pleców wypadł Dajdoji i wbij Zabójcę Bogów prosto w Lodowego Boga. Spodziewałem się, iż ten cios zakończy życie Kami i wyssie z niego ducha, ale nic takiego się nie zdarzyło. Niewątpliwie odniósł ranę, bo lekko się zachwiał, ale nic ponadto. Ponownie zaatakowałem i tym razem czułem, że moja katana dosięgła czegoś głębiej, a z rany wysypały się kryształki lodu! W tym czasie zauważyłem jak Akagi upadł, a poważną ranę otrzymał również Dajdoji. Ja też poważnie oberwałem, a rany uniknąłem tylko dzięki technice Kraba odpowiedniego przyjęcia ciosu „gór nie można poruszyć”. Lodowe ręce Fubuki  zdawały się być wszędzie. Mój kolejny atak odbił się ponownie od niewidzialnego pancerza – znów mróz dosięgnął mego ciała i ledwo co stałem na nogach. Soshi coś czarował, ale mu nie wychodziło, a po kolejnym ciosie tuż koło mnie padł Dajdoji. Szczęśliwie poraniony poważnie Akagi zebrał się z lodowej posadzki i ponownie włączył się do walki. Zabójca Bogów leżał u moich stóp –  ostatkiem sił porwałem wielką włócznię i wbiłem ją w Lodowego Boga! Po raz pierwszy zobaczyłem, że nasze kolejne ciosy odnoszą oczekiwany skutek – Kami chwiał się na swych wielkich nogach! Jednak nie byłem w stanie uniknąć wielkiej lodowej ręki i potężny cios pozbawił mnie świadomości.

Kiedy się ocknąłem Soshi pochylał się nade mną, a życie z powrotem dotarło do mego ciała za sprawą jego czaru. Zobaczyłem, że Kami zamienił się w kryształy lodu, które właśnie się rozpływają. Wygraliśmy! Okazało się, że po moim upadku Soshi porwał Boską Włócznie z mych rąk i jednym ostatecznym ciosem dokończył naszą misję, a Fubuki Kami zginął. Sama włócznia Kami-satsujin podczas ostatecznego ciosu również nie przetrwała lodowej magii – jej kawałki leżały wszędzie dookoła. Pozostało nam uciekać jak najszybciej.

Shugenja z powodu wyczerpania nie był jednak w stanie wyleczyć rany nieprzytomnego Dajdoji i razem z poranionymi Góralami podnieśliśmy go z podłogi. Wszyscy wraz z wybranką zaczęliśmy biec, bo cały pałac trząsł się, topił i rozpadał. Wielkie lodowe kolumny waliły się z trzaskiem, podobnie jak ściany, gdzie potem widać było niebo. Jednak Fortuny tego dnia były z nami i udało się nam dotrzeć do bramy i przejść przez nią. Byliśmy z powrotem w Górach Środka Świata w Ningen-do!

Po przygodach w lodowym pałacu zejście z góry jest niewarte wspomnienia, choć cały czas nieśliśmy Dajdoji. Z płaskowyżu umarłych pozbieraliśmy nasze rzeczy, jednak muły padły od mrozu. Wziąłem też na stronę Wybrankę i poprosiłem ją, aby przez parę dni nosiła moją pałeczkę jadeitu. Ku mej uldze zgodziła się bez problemów – uważała, iż ma funkcje typowo ochronne. Nie miała pojęcia, iż po paru dniach wskaże mi czy jest skażona skazą cienia. Gdyby tak było musiałbym niestety zabić Wybrankę. Sama rozumiesz siostro – ochrona Cesarstwa przed Skazą Cienia to nasz najświętszy obowiązek jako Krabów. Pamiętając o mnichach prawdopodobnie nasłanych przez Regenta, oraz o czarach Kenku mieszających w głowach moi towarzyszy, ostrzegłem ją także, aby aż do stolicy była nieufna i zaproponowałem, iż będę próbował każdej potrawy i napoju jakie zechce zjeść. Obawiałem się zdrady ze strony pana Soshi lub Dojdoji. Musisz ponadto wiedzieć siostro, iż podczas mej misji kilku godnych samurajów naszego klanu ostrzegało mnie przed Skorpionem, a sam doświadczyłem, że Żuraw kilka razy złamał dane mi słowo (pisałem Ci o tym). Jego honor był tylko na pokaz. Nie odstępowałem Wybranki ani na krok.

Po zejściu ze strefy największego mrozu  ja i Skorpion medytowaliśmy, aby odzyskać spokój ducha i czystość myśli, następnie shugenja uleczył Dajdoji. Później obaj zaczęli zachowywać się dziwnie – ukradkowe spojrzenia, dziwne milczenie, nawet jakieś zmiany w codziennych czynnościach. Wiedziałem, że coś wisi w powietrzu. Przeczuwałem, że przyjdzie nam walczyć ze sobą, ale nie chciałem zabijać ich bez wyraźnego dowodu. W końcu wiele razem przeżyliśmy.

Podczas schodzenia z Gór, wieść o śmierci Fubuku Kami rozeszła się jakoś wśród górali, bo kilkunastu z nich do nas dołączyło. Akagi i jego ludzie postanowili razem z nami udać się wprost do stolicy, przez ziemie Lwa i stanąć przed Cesarzem z Wybranką. Jego marzenie o własnym klanie było coraz bliżej. Obiecałem mu, iż osobiście opowiem Cesarzowi, ile zrobił dla naszej misji i przypomnę o sprawie klanu Białego Niedźwiedzia. Widziałem w góralach swoich sprzymierzeńców.

Gdy schodziliśmy coraz niżej pozbywając się ciepłych ubrań, okazało się, iż Wybranka jest w ciąży. Dla mnie niezbyt wiele to zmieniało, więc o nic nie dopytywałem. Jednak miałem wrażenie, że Skorpion Soshi zrobił się bardziej nerwowy. W końcu po dwóch dniach górskiej wędrówki dotarliśmy do ziem klanu Lwa.

Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu z lasu wyszedł nam naprzeciw oddział kilkunastu samurajów Lwa oraz czterech samurajów znanej nam drużyny Gromów – Morwy. To oni zajęli drugie miejsce w konkursie, a najbardziej z nich pamiętałem Kakita Shimizu – miałem okazję nawet pojedynkować się z nim w ogrodach Kakita, po tym jak obraził nasz klan. Oprócz niego byli znani nam: Smok Mirumoto Seiji, Skorpion Shosuro Yurei oraz Feniks Asako Terauki.

Po przywitaniu dowiedzieliśmy się, iż wieści o zabiciu Lodowego Kami już dotarły do Cesarstwa i samurajowie wyszli nam na spotkanie. Byłem zdziwiony, ale moce różnych shugenja są wielkie i nie wiedziałem na co ich stać. Drużyna Morwy też chciała wykonywać misję odprowadzenia wybranki do Stolicy i pomóc nam w tym. Zaraz na początku jednak ich  przywódca Żuraw Kakita Shimizu oznajmił, abyśmy chwilę zaczekali, bo ma nie cierpiąca zwłoki sprawę do naszego Żurawia Dajdoji Ikari. Odeszli na bok porozmawiać. Mój niepokój osiągnął szczyt. Działo się coś bardzo dziwnego i miałem wrażenie, że misja dostarczenia bezpiecznie Wybranki do Stolicy jest coraz mocniej zagrożona. Obie nasze grupy stały naprzeciw siebie i czekały, kiedy Żurawie rozmawiali na jakieś sekretne tematy, na pewno związane z Wybranką.

Podszedłem do samurajów, do których miałem największe zaufanie w drużynie Morwy: Smoka Mirumoto Seiji i Feniksa Asako Terauki. Poprosiłem ich, aby razem ze mną pilnowali Wybranki, oraz aby przekazali wybrance swoje jedzenie, bo nie byłem pewny naszych zapasów. Skorpion Soshi lub Żuraw Dajdoji mogli coś zatruć. W sprawie niepełnej drużyny Morwy dowiedziałem się, iż Krab i Lew postanowili z miesiąc wcześniej pomóc Klanowi Lwa w wyprawie w Góry Środka Świata i już nie wrócili.

Nagle Skorpion Soshi poprosił Wybrankę o odejście na stronę, aby z nią na osobności porozmawiać. Czy chciał ją zabić, kiedy była ku temu ostatnia sposobność? A może zatruć jakimś mały ostrzem, aby umarła dwa dni później? Wiedziałem wcześniej, że zna się na truciznach. Nie mogłem ryzykować. Otwarcie nie zgodziłem się więc na podobną rozmowę. Zaproponowałem swoją obecność. Poprosiłem Wybrankę, aby stanęła pośród swoich górali, gdzie będzie bezpieczna. Shoshi wzburzył się bardzo – odebrał to jako zniewagę i wyzwał mnie na pojedynek na śmierć. Samurajowie otaczający nas byli zaskoczeni obrotem spraw, podobnie jak Wybranka i Akagi. Nie rozumieli co się dzieje. My dwaj zaczęliśmy szykować się do pojedynku. Nie chciałem go zabić, ale miałam zamiar zranić go na tyle mocno, aby nie był w stanie pójść z nami dalej i zagrozić Wybrance.

W tym czasie z rozmowy wrócił Dajdoji. Wykorzystał ogólne zamieszanie, przygotowania do pojedynku i zabrał Wybrankę na bok. Nie byłem w stanie temu przeszkodzić, zbyt wielu górali stało między nami. Patrzyłem więc tylko czy Dajdoji nie sięgnie po broń. Sytuacja była bardzo napięta. Na szczęście rozmowa była szybka i nic nie zaszło. W międzyczasie Feniks Asako Terauki przypomniał mnie i Soshi, że misja dla Cesarza jest ważniejsza niż nasze spory i nie możemy stanąć do pojedynku na śmierć. Musiałem przyznać mu rację. Zaproponowałem panu Soshi, iż odbędziemy tą walkę w stolicy, gdy nasza misja będzie już zakończona. Zgodził się. Musisz zrozumieć siostro, iż istniał mały cień szansy, że Skorpion wygra, np. jakoś wzywając swe pomocne duchy czy używając czarów. Wiem siostro iż normalnie w pojedynku byłoby to niehonorowe i normalny samuraj by tak nie postąpił, ale miałem do czynienia ze Skorpionem. A moja misja dla Cesarza była najważniejsza.

Gdy wszystko zdawało się zmierzać ku uspokojeniu i normalności postanowiliśmy razem coś wypić, aby poprawić relacje między oboma grupami. W końcu mieliśmy razem iść przez ziemie Lwa w stronę Stolicy. Górale wyciągnęli alkoholowe kozie mleko, a drużyna Morwy sięgnęła po swoje zapasy sake. Gdy Akagi podawał dowódcy Lwów poczęstunek, Pan Asako Terauki z Morwy podał sake Panu Soshi. I wtedy zaczęło się to, co cały czas wisiało w powietrzu.

Soshi dziwnie stęknął, gdy zaczął pić sake. Ze zdumieniem zauważyłem, że jego amulet ochronny, który wszyscy dostaliśmy od Daymio klanu Feniksa za nasze dokonania, nagle zacisnął się na jego szyi uniemożliwiając mu przełknięcie sake. Dajdoji krzyknął „zdrada” i zadał błyskawiczny cios przez pierś Feniksowi Terauki z Morwy, który podawał sake. Feniks padł. Jednocześnie Soshi wykrztusił z siebie: „trucizna”, a wszystkie Lwy sięgnęły po swoje katany i rzuciły się na nas i na górali. Ponieważ wszyscy stali w różnych miejscach, zakotłowało się od walczących.

Nie wiedziałem do końca co się dzieje, kto jest ze mną, a kto przeciw oraz kto się z kim sprzymierza w tej walce. Na wszelki wypadek zrobiłem najrozsądniejszą rzecz jaką mogłem -stanąłem tuż przed Wybranką obiecując sobie zabić każdego, kto się do mnie lub do niej zbliży. Podobnie jak ja zdezorientowany zdawał się Pan Mirumoto Seiji, ale gdy rzucił się na niego Lew, chyba już wiedział kto jest jego wrogiem. Dajdoji starł się z jakimś innym Lwem i świetnym ciosem zakończył jego życie. Jednak ku mojemu zdumieniu po ruchach tych Lwów, zwodach i sposobie wyprowadzenia ciosów poznałem, iż to nie Lwy lecz przebrane Skorpiony ze szkoły Bayushi! Całość więc była pułapką zdradzieckich skorpionów! Z pewnością chcieli zabić Wybrankę Cesarza i jej nie narodzone dziecko!

Pierwszy zbliżył się do mnie Skorpion Shosuro z drużyny Morwy. Wyprowadziłem szybki cios poważnie go raniąc, a kiedy mnie nie trafił w odpowiedzi, dokończyłem sprawę drugim ciosem. Usłyszałem w pobliżu znajomy zaśpiew Soshi kończącego swój czar i nagle poczułem, iż potężny podmuch wiatru uderza we mnie starając się mnie przewrócić. Nieraz widziałem jak Soshi atakował w ten sposób naszych wrogów. Oparłem się temu mocno stojąc w miejscu, ale zaatakowany w ten sam sposób Dajdoji poleciał w tył, turlając się po ziemi. Dopadłem zdradzieckiego Soshi i dwoma szybkimi ciosami posłałem go na ziemię. Miałem upragnione dowody jego zdrady. Od początku się nie myliłem. Jak słusznie mawiają Kraby: „Prawdziwość intencji poznasz na polu bitwy”.

Dopadł do mnie kolejny Skorpion, którego sprawnie zabiłem. Czar Soshi przestał działać i Dajdoji przestał się toczyć. Wstał i doskoczył do Kakita Shimizu. Dwa Żurawie zaczęły walczyć przeciw sobie. Górale dzielnie walczyli, a cały czas Mirumoto stał po naszej stronie i okazał się dobrym szermierzem. Z każdym biciem serca nasza przewaga powiększała się. Zabiłem kolejnego skorpiona. W pewnym momencie ranny Kakita Shimizu krzyknął, iż w łonie Wybranki Yuki nie ma syna Cesarza, ale jest demon. Że tak powiedzieli Cesarscy shugenja w stolicy i abyśmy się opamiętali, spełnili swój obowiązek – zabili ją dla dobra Cesarstwa. Dajdoji jednak nie słuchał i dobił go. Zwyciężyliśmy. Niestety, na nogach stali już tylko Wybranka, poranieni Dajdoji i Mirumoto, oraz kilku górali, w tym Akagi. Kilku skorpionów żyło jeszcze leżąc u naszych stóp. Nie okazałem litości dla zdrajców Cesarza i Cesarstwa. Wciąż mogli stanowić zagrożenie. Dobiłem każdego, w tym Pana Soshi. Miałem jednak nadzieję, iż wykonywał rozkazy swego Daymio i pójdzie do Meido. Może dostanie szansę na odrodzenie się w kimś mniej zdradzieckim niż Skorpion. Co do Dajdoji – nie wiedziałem co dokładnie zaszło, ale w chwili najwyższej próby stanął po stronie Wybranki i tylko to się liczyło.

Wśród leżących samurajów znaleźliśmy ciężko rannego za sprawą Dajdoji, Feniksa Asako Terauki. Słabym głosem tłumaczył nam, iż nie nic wiedział o truciźnie, ani o podstępie Skorpionów, a sake do poczęstowania podał mu Kakita. Oszczędziliśmy go, bo wydawał się mówić szczerze i logicznie. Na koniec Dajdoji przeprosił go nawet za niespodziewany cios jaki mu zadał.

Na osobności zapytałem wybrankę o dziecko w jej brzuchu. Pewnym głosem powiedziała, iż jest to upragniony syn Cesarza i Lodowy Kami nie ma z tym nic wspólnego. Powiedziała mi jeszcze, że gdybym się znał na kobiecych sprawach sam bym to wiedział. Cóż, faktycznie te sprawy są mi dalekie, ale jej słowa mi wystarczyły. Gdy poprosiłem ją o jadeit i zobaczyłem, że jest równie czysty jak dwa dni wcześniej nie miałem już żadnych wątpliwości. Fortuny były łaskawe dla Wybranki, Cesarza, dla mnie i dla Cesarstwa.

Dajdoji uparł się, aby Skorpion Soshi Izumo spłonął na stosie jak przystało na samuraja. Był zdrajcą, ale był też naszym towarzyszem przez tygodnie naszej misji. Gdy płonął wiedziałem, iż to pewnie on poinformował za sprawą duchów swój klan, gdy byliśmy jeszcze wysoko w górach i przez to zorganizowano zasadzkę z przebranymi Lwami. Odpowiadał za te wszystkie martwe ciała dookoła.

Resztę zabitych położyliśmy w kupie, przykryliśmy ich kamieniami i odeszliśmy. Na więcej nie mieliśmy czasu. Wciąż wielu osobom zależało, aby Wybranka nigdy do stolicy nie dotarła i gotowe były na wszystko. Po naradzie ustaliliśmy, że udajemy się do Lwów o pomoc i wparcie militarne. Honorowi Lwów nigdy nie można było nic zarzucić. Poza tym byliśmy na ziemiach rodziny Ikoma, a Daymio Ikoma obiecywał nam swego czasu wsparcie. Dajdoji bardzo się upierał, abyśmy szli do stolicy w tajemnicy, daleko od głównych szlaków. Sądził, iż jeśli poprosimy Lwy, one wykorzystają później fakt, iż to ich klan odeskortuje Wybrankę do stolicy i umocni to politycznie Lwy kosztem Żurawi. Jednak ja ani Pan Mirumoto nie zgadzaliśmy się z tym. Liczyło się tylko bezpieczeństwo Wybranki. Udaliśmy się wprost do najbliższej stanicy Ikoma, a potem w towarzystwie dwóch setek Lwów przemaszerowaliśmy przez ich ziemie nie mając żadnych problemów.

Sława wydarzeń wyprzedziła nas – na granicy ziemi Żurawi przywitał nas orszak Cesarski i sam Cesarz. Gdy Lodowy Fubuki Kami zginął, uleczyły się rany Syna Niebios i mógł wyruszyć nam na spotkanie. Nastała wielka radość, a Cesarz wezwał wszystkie klany do obrony Cesarstwa przez Krainami Cienia. Wezwał również do walki górali i obiecał im publicznie swój własny klan. Nasza misja była zakończona, a ja mogłem napisać do Ciebie siostro ten ostatni list. Wkrótce mnie zobaczysz, bo w końcu co dla Kraba może być ważniejsze niż obrona Cesarstwa poparta zachętą Cesarza?

Na koniec jeszcze dodam, iż po tych wydarzeniach, wielu znacznych samurajów zostało mnichami lub popełniło seppuku. Spotkało to również dajmio Żurawii. Ale do dziś Pan Dajdoji nie wyjawił mi, co konkretnie się wydarzyło z nim u podnóża gór, ani też swojej rozmowy z Kakita. Powiedział tylko, iż czasem samuraj sam musi wybrać co jest największym honorem i co jest słuszne. Może tak jest lepiej. Znów uważam go za honorowego samuraja. Będziesz miała okazję go wkrótce poznać osobiście, bo razem ze mną wybiera się w nasze strony walczyć z istotami z Krain Cienia.

Kuni Ogawa

Tomek Funky Kowalski

 

 

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
L5K Pierwsi Bohaterowie, Legenda Pięciu Kręgów ,

Comments are closed.