Ryby i zabójca Bogów

Droga Moshi, siostro moja.

Od ostatnich mojego listu wydarzyły się rzeczy, w które sam miałbym trudność uwierzyć, gdyby nie fakt, że je przeżyłem.

Będąc jeszcze w Kyuden Doro Owari, zżyliśmy się bardziej z drużyną Pomarańczy. Shiba Go-karo opowiedział nam czego zdołali się dowiedzieć zanim Maho-Tsukai ich podstępnie otruł herbatą i wtrącił do lochu. M.in. opowiedział nam legendę o zabiciu pewnego Kami ognia i potężnej boskiej broni, którą trzeba było odszukać w celu zabicia Boga Lodu i Śniegu, który porwał Cesarską wybrankę.

Gdzieś pomiędzy dwoma bliźniaczymi górami Tsuin Yama, było jezioro Mizu-umi Kagami, przy którym dawno temu żyli rybacy oddający hołd żywiołowi wody. Pewnego razu z nieba spadł Sogi-tano-no-kaminari – Kami Ognia pod postacią smoka, który zażądał, aby rybacy właśnie jego czcili, na co ludzie  nie chcieli się zgodzić, żyjąc z tego co daje im jezioro. Sogi-tano-no-kaminari bardzo zdenerwował się  – obie góry plunęły ogniem i lawą, co bardzo przeraziło rybaków. Wtedy jednak na pomoc rybakom z nieba spadł Bohater Bennosuke i swą magiczną bronią zdolną zabijać Bogów, ugodził smoka w serce. Smok wraz z bronią tkwiącą wciąż w sercu, spadł do jeziora i spoczął na jego dnie. Bennosuke powrócił do nieba, a szczęśliwi rybacy żyli jak dawniej.

Przeżyłem już wiele dziwnych i niepojętych sytuacji, więc fakt, że mamy szukać Boskiej Broni z dawnej legendy przyjąłem spokojnie. Problemem jednak było, że nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie szukać tego jeziora. Z opowieści wiedzieliśmy jedynie, że miejsce to jest gdzieś pomiędzy ziemiami Feniksów i Smoków, ale był to teren bardzo duży, dziki, górski i niezbadany. Wraz z drużyną pomarańczy wyruszyliśmy więc do Zamku Isawa, który znajdował się bliżej terenów, które nas interesowały.

W potężnym zamku, nie uzyskaliśmy bliższych informacji o jeziorze, ale najęliśmy miejscowego przewodnika Fusano, czterech tragarzy i poczyniliśmy przygotowania do długiej górskiej wyprawy. Rozpytywałem trochę oraz przeglądałem różne zwoje i udało mi się ustalić, że bliźniacze góry mogą być na północnej stronie niezbadanego obszaru, który nas interesował.  My więc ruszyliśmy na północ dzikich terenów, a Pomarańcze na południe. Każda z naszych drużyn i tak miała olbrzymi obszar do sprawdzenia, a od uśmiechu Fortun zależało komu się powiedzie. Nasze konie pozostały w zamku, pod dobrą opieką  koniuszego Daymio Isawa.

Tuż przed wymarszem dotarły do nas wieści z serca Cesarstwa, iż klan Lwa  postanowił wyruszyć na wojenną wyprawę w celu odbicia wybranki Cesarza od śnieżnych bestii. Z pewnością gorąco głowi Matsu mieli w tym spory udział, bo przecież cesarz zlecił to zadanie drużynom Gromów takie jak nasza, czy Pomarańczy. Nie mieliśmy  żadnych wieści czy Lwy wiedzą gdzie szukać, ale może chcieli po prostu ruszyć we wszystkie śnieżne i górskie tereny, które znały.

Przez ponad tydzień maszerowaliśmy lasami i górami, kierując się tylko ogólnym kierunkiem. Czterech samurajów oraz pięciu Heiminów. Czy bardziej oddalaliśmy się od ziem Feniksów tym bardziej okolica dzika się stawała. Noclegi pod namiotami zamiast karczm i żadnych ludzi w okolicy. Pewnego dnia dotarliśmy do głębokiej i rwącej górskiej rzeki. Idąc wzdłuż brzegu dotarliśmy do  prymitywnego promu i liny łączącej oba brzegi. Po naszej stronie pasło się stado kóz, których pilnowało 5 sporych wilków oraz starzec, obok którego piętrzyła się kupka kapusty. Pan Mirumoto szepnął nam, że musimy uważać, bo być może mamy do czynienia z Fortuną we własnej osobie, Fortuną która uwielbia zagadki zadawane podróżnym…

Po uprzejmym powitaniu, starzec poprosił nas o pomoc w przeprawie na drugą stronę rzeki. W istocie prośba była zagadką. Na raz na mały prom mieściło się tylko jedno z jego dóbr: kozy, wilki lub kapusta. Jak miał przeprawić się na drugą stronę ze wszystkim, kiedy pozostawione same wilki zjadały kozy, a kozy zjadały kapustę?  My nie mogliśmy pomagać, bo wilki czy kozy nas i tak nie słuchały. Początkowo zagadka wydawała się nie do rozwiązania. Zająłem się więc milszym zajęciem i  częstowałem sake starca, samemu też sobie nie żałowałem. Ile razy w życiu jest okazja do picia sake z Fortuną? W tym czasie nasz nieoceniony myśliciel Pan Mirumoto wpadł na rozwiązanie: najpierw pasterz musi przeprawić kozy, potem wrócić po wilki, zabrać je na drugą stronę, a z drugiego brzegu zabrać kozy i zostawić po naszej stronie, a z naszej strony zabrać kapustę. Potem wystarczyło wrócić po kozy. Zaprawdę genialne.

Pasterz był bardzo zadowolony z naszego rozwiązania. Przypomniało mu się nawet, że widział podobne góry, jakich szukaliśmy  i opisał nam dokładnie jak dotrzeć w tamte rejony. Ostrzegł nas jednak przed rybakami, którzy oddają boską cześć wielkiej rybie z jeziora. Mówił o Koi-numa, jeziorze karpia.

Po tygodniu marszu dotarliśmy do miejsca, w którym obie góry zaczęły być widoczne. Wtedy to natknęliśmy się na dziwny ślad – zabitego dużego dzikiego kota, a obok rozszarpane papierowe szczątki, bardzo przypominające nam papierowe Golemy maho-tsukai. Mieliśmy mocne podejrzenie, że Pani Temeshiko zbiegła właśnie w te rejony wraz z dwoma gwardzistami i dwoma dwórkami. Nie widzieliśmy jednak w jakim celu. Od tej pory jednak pilnowaliśmy się dodatkowo.

Idąc dalej zauważyliśmy podążającą za nami grupę dużych kotów górskich. Nie chcąc ryzykować nocnego ataku, zrobiliśmy na nie zasadzkę i z łuków zabiliśmy jednego z nich. Reszta zostawiła nas w spokoju.

Przed nami w dole rozpościerało się spore jezioro, pomiędzy bliźniaczymi górami. Nareszcie cel naszej wędrówki! Z wysoka widać też było małą osadę prawdopodobnie ludzką. Czyżby rybacy z legendy? Pamiętaliśmy ostrzeżenia Fortuny i postanowiliśmy być ostrożni – nie wyjawiać na razie rybakom celu naszej wędrówki, nie będąc pewnym ich zamiarów i roli Boga-Karpia.

Wieczorem tego samego dnia dotarliśmy do brzegu jeziora. W nocy coś próbowało wyjść z szuwarów i podejść do nas, ale przestraszyło się wartowników i uciekło. Rankiem zobaczyliśmy liczne małe ślady, trochę podobne do ludzkich, o 4 palcach.

Rankiem po pół godzinie dotarliśmy do rybackiej osady barbarzyńców. Na nasz widok zrobiło się spore poruszenie i  zbiegło się wielu ubogo odzianych mieszkańców. Pojawił się też ich naczelnik – Murakimo, jak się przestawił. Na głowie miał dziwną czaszkę z wgłębieniem w środku, przypominającą mi istoty Kappa.  Po wymianie uprzejmości Panowie Soshi, Dajdoji i Mirumoto poinformowali, że przybyliśmy z Cesarstwa oddać cześć Kami tego jeziora. Osobiście wolałem mówić prawdę o naszym celu, dlatego w tej sytuacji milczałem. Rozumiałem jednak podejście moich towarzyszy w ich próbie podstępu i wybadania sytuacji.

Rybacy byli mocno zdziwieni, że przybywamy do nich z dalekiej i niepojętej krainy. Dziwili się naszym strojom czy broni. O wszystko dopytywali. W osadzie nie było nigdy podobnych wizyt i byliśmy dla nich Wielkim Wydarzeniem. Naczelnik poczęstował nas zupa rybną, a ja go sake (które bardzo mu smakowało) i nasze relacje znacznie się poprawiły. Z okazji naszego przybycia postanowiono wyprawić wielkie przyjęcie.

Ustaliliśmy, że Osada oddaje cześć Koi-kami, wielkiemu karpiowi z jeziora, który ich wspiera, żywi i strzeże. Lokalnym problemem są dla nich wrogie istoty Kappa, które też zamieszkują jezioro. Potrafią porywać dzieci, czy pić krew ludzi. W swej złośliwości są też utrapieniem w innych sprawach. Koi-kami i jego strażnicy przepędzają kappa z głębokich wód jeziora, ale jego brzegi poza Osadą są dla rybaków niebezpieczne.

Podczas przyjęcia częstowano nas różnymi smakowitymi rybimi daniami i dziwnym mlekiem z alkoholem, którego sobie nie żałowałem. Pół osady jadło i piło wraz z nami. Przypadkiem od dzieci dowiedzieliśmy się, że parę dni przed nami była w Osadzie „piękna Pani” i ostrzegała rybaków przed złodziejami, którzy chcą wykorzystać i zabić ich Boga. Najwyraźniej Pani Temeshiko była w Osadzie wcześniej i postanowiła utrudnić zadanie ew. samurajom w pozyskaniu broni – Zabójcy Bogów. Nikt nie wiedział gdzie poszła dalej. Naczelnik i inni rybacy podstępnie postanowili informacje o kobiecie przed nami zataić.

Popołudniu odbył się pogrzeb starej kobiety, podczas którego mieliśmy okazję zobaczyć wielkiego karpia Koi-kami. Rybacy karmili wodnego Boga swoimi zmarłymi czy ciężko chorymi, co było dla nas bardzo barbarzyńskie. Wkładali człowieka do łódki i spychali na głębsze partie jeziora. Kiedy łódka ze zmarłą kobietą znalazła się daleko od  brzegu, naczelnik przywołał Kami. Wkrótce zobaczyliśmy wystające z nad wody fragmenty olbrzymiej ryby o długości z dziesięciu koni, która mogłaby bez problemów połknąć człowieka w całości, co zresztą miało miejsce po przewróceniu łodzi. Wtedy to nasz Pan Soshi chciał z Koi-kami porozmawiać za sprawą swoich czarów. Nie wiem co dokładnie się wydarzyło między nimi, ale Kami bardzo się wzburzył, uderzając  mocno o wodę od czego zrobiły się spore fale na jeziorze. Rybacy również mocno się zdenerwowali – Pan Soshi musiał obłaskawić ich obietnicą ofiary 2 dzikich kotów na rzecz ich wiecznie głodnego Bóstwa, które tego typu ofiar oczekiwało.

Podczas tej całej sytuacji wspomnieliśmy jednak o prawdziwym celu naszej wizyty czyli pozyskaniu potężnej broni z dna jeziora, w czym Wielki Karp mógłby nam pomóc. Wzburzenie rybaków jeszcze bardziej wzrosło. Okazało się, że świetnie znają legendę, ale Kami Ognia Sogi-tano-no-kaminari pod postacią smoka nie umarł, a tylko śpi na dnie jeziora z magiczną włócznią Kami-satsujin w sercu. Twierdzili, że gdyby ktokolwiek zabrał tą włócznię, Smok by ożył, a ponieważ obaj z Wielkim Karpiem są wrogami doszłoby do walki, czego ani Koi-kami ani rybacy nie chcieli.

Postanowiliśmy odejść z wioski pod pozorem zapolowania na wielkie dzikie koty bądź kappa, aby później dać ofiarę Wielkiemu Karpiowi i oddać mu cześć. Po prawdzie jednak obawialiśmy się nocnego ataku rybaków na nas. Ich zaproszenie każdego z nas do innej chaty na noc było podejrzane. Nie chcieliśmy konfliktu z nimi nie wiedząc czy jednak pomoc Wielkiego Karpia w wydostaniu boskiej włóczni nie będzie konieczna. Poza tym było jeszcze niebezpieczeństwo ukrywającej się gdzieś w pobliży Temeshiko i jej gwardzistów. Realna szansą dla nas pozostawały kappa, które nienawidziły Wielkiego Karpia i którym mogło zależeć na pozbyciu się go.

Pamiętając o śladach w szuwarach udaliśmy się w miejsce naszego ostatniego obozowania. W nocy Pan Soshi wszedł w szuwary i zaczął nawoływać kappa. W końcu przyszły – małe jak dzieci istoty w zagłębieniem na wodę w czaszkach. Bardzo narzekały na swój los, głód i Wielkiego Karpia. Doszło między nami do porozumienia – jeśli przyniesiemy im cztery dzikie koty do zjedzenia, ich wódz odprawi czary które pozwolą nam oddychać pod wodą i pomogą wyciągnąć broń z serca smoka. Wyobraź sobie siostro – oddychanie pod wodą! Kappa wskazały nam też miejsce gdzie smok spoczywa na dnie. Aby jednak plan się powiódł musieliśmy odciągnąć na dłużej Wielkiego Karpia. I tak pozostawała nam podwodna walka ze strażnikami Boga – rybami, które pilnowały smoka i włóczni Kami-satsujin. Kappa nie chciały pomóc w żaden inny sposób obawiając się wielkich ryb.

Rankiem udaliśmy się na polowanie w okolicę, gdzie wcześniej widzieliśmy wielkie dzikie koty, bo przecież coś musiały jeść. Udało nam się upolować siedem górskich kóz (sam ustrzeliłem cztery z nich) i przypadkiem jednego dzikiego kota. Niestety wracając z obciążeniem jeden z naszych tragarzy zabił się spadając z występu skalnego.

Oddaliśmy kappa cztery kozy i przypieczętowaliśmy naszą umowę. Znaliśmy prawdę o kappa, że dotrzymują danego słowa. Z szuwar wylazło kilkadziesiąt wygłodniałych stworzeń i rzuciło się na pożywienie. Następnie udaliśmy się do Osady rybackiej i poprosiliśmy, aby ofiarowali pozostałe 3 zwierzęta w odstępach czasu – liczyliśmy, że odciągniemy w ten sposób Wielkiego Karpia od części jeziora w której była włócznia. Potem odeszliśmy podstępnie mówiąc iż idziemy zapolować na kappa, aby było więcej ofiar dla Boga-Karpia.

Niestety plan się nie powiódł – gdy przyszło do konkretów z szamanem kappa – okazało się iż rzucenie czaru oddychania pod wodą trwa wiele godzin i na nic się zdał podstęp z rybakami. Poza tym wodne Bóstwo pożarło trzy ofiary dość szybko i jasne się dla nas stało, że musimy wymyślić coś lepszego, na porządne odciągnięcie wielkiej  bestii. Myśleliśmy i dyskutowaliśmy nad najlepszym planem i w końcu stanęło, iż musimy ponownie zapolować , a potem się rozdzielić. Pan Soshi miał za pomocą zwierząt i swoich czarów jak najdłużej odciągać Boga Karpia w dalekim rejonie jeziora, a my mieliśmy w tym czasie udać się po boską włócznię. Soshi twierdził, że czary bardzo mu pomogą, na przykład stworzenie iluzyjnego wielkiego kappa, za którym Wielka Ryba będzie się uganiać w swej złości.

Ponownie więc zapolowaliśmy na co straciliśmy jeden dzień. Udało się zabić osiem kóz, co było wystarczające dla naszego planu. W nocy wróciliśmy do kappa. Szaman kappa odprawił swój rytuał i faktycznie wkrótce okazało się, że możemy oddychać wodą jak ryby! Czar miał trwać cały dzień, co było aż nadto wystarczające na nasz plan.

Pan Soshi porozmawiał z duchem jeziora, który obiecał nam swą pomoc, aby Wielki Karp wolniej pływał. Nie wiem jak tego dokonał, ale liczył się sprzyjający nam efekt. Potem się rozdzieliliśmy. Tragarze poszli z shugenja, aby pomóc mu w rzucaniu zwierzyny ze skarpy na głęboką wodę jeziora.

W końcu dotarliśmy zalesionym brzegiem jeziora do miejsca, gdzie było najbliżej do zatopionej włóczni – jakieś 200 kroków z informacji kappa. Rozebraliśmy się do przepasek biodrowych, rzemykami powiązaliśmy katany do przegubów rąk i czekaliśmy. Kiedy w oddali zobaczyliśmy pożywiającego się naszą zwierzyną Karpia, w trójkę weszliśmy w chłodną toń. Woda okazała się bardzo przeźroczysta, co ułatwiało nam trochę zadanie.  Pan Dajdoji Ikari jako jedyny z nas nie umiał pływać, jednak oddychając pod wodą udawało mu się posuwać powoli razem z nami. Na fortuny byliśmy niczym ryby! Wkrótce wypatrzyliśmy coś lśniącego na dnie i wiedzieliśmy już, że nasz upragniony cel jest w zasięgu ręki.

Nagle z głębin wynurzył się olbrzymi na parę metrów sum i nas zaatakował. Pan Dajdoji próbowało go kłuć lecz chybił, a sum potężnie pacnął go ogonem głowę. Wkrótce nadpłynęły też inne wielkie ryby – strażnicy Boga Karpia i zaczęła się podwodna walka. Walczyłem z wielkim węgorzem, którego udało mi się zranić i odpłynął. Potem jednak nadpłynął kolejny węgorz. Cały czas przybliżaliśmy się do świetlistego kształtu. Pan Dajdoji był już bardzo poważnie ranny i zaczął opadać w kierunku mulistego dna. Ja walczyłem z innymi rybami, odciągając je od Pana Mirumoto który zanurkował po świetlistą Boską włócznię. Liczyło się nasze zadanie!

Kiedy Mirumoto wyciągnął Zabójcę Bogów, coś dużego mocno wzburzyło wodę i ognisty kształt wystrzelił w górę. To Kami Ognia Sogi-tano-no-kaminari został wreszcie uwolniony ze swego więzienia. Liczyliśmy, że może jakoś nam pomoże, choćby walcząc z Bogiem Karpiem, ale szybko zniknął nam z widoku.  Wszystkie ryby zaatakowały Pana Mirumoto, który poraniony przekazał włócznię mnie. Broniąc się wycofywałem się w stronę brzegu, a ranni Dajdoji i Mirumoto próbowali mnie osłaniać. Odniosłem kilka niegroźnych ran. Wkrótce jednak ledwo żywy Żuraw poszedł na dno w kierunku mulistego dna. Próbowały mnie dusić węgorze, okręcając się wokół mnie, ale  Smok zręcznie je przecinał. Wkrótce naciągnęło nowe niebezpieczeństwo. Wezwany przez swych wodnych strażników powracał Wielki Karp. Duch jeziora dotrzymał jednak słowa i ogromny nurt przeciwstawił się wielkiej rybie. Niestety Mirumoto częściowo w niego wpadł i został trochę z tyłu, gdy ja w końcu dopłynąłem do brzegu.

Po brzegu nadbiegało w moim kierunku 4 rybaków z cepami i hakami w rękach. Widać było, że są bardzo wzburzeni widokiem świetlistej włóczni. Inni rybacy też płynęli w naszą stronę lub wsiadali do łódek, po drugiej stronie jeziora. Najwyraźniej Wielki Karp jakoś dał im znać co się dzieje.

Nie było czasu do stracenia. Wbiłem Kami-satsujin w ziemię i sięgnąłem po katanę. W międzyczasie nadbiegł z wody Pan Mirumoto, ale szybko uzgodniliśmy, aby ratował naszego towarzysza. Rzucił się więc z powrotem w głębiny jeziora.

Czterech rybaków w końcu otoczyło mnie i wywiązała się walka. Zostałem poważnie ranny, ale gdy zobaczyłem moich 2 towarzyszy wychodzących z wody, już tylko spokojnie broniłem się czekając na ich atak. Wkrótce 2 rybaków leżało u naszych stóp, a 2 pozostałych uciekło poranionych.

Ubraliśmy zbroje, sięgnęliśmy po łuki, a pozostali rybacy widząc sytuację zawrócili swe łódki. Wkrótce nadbiegł Pan Soshi z naszymi tragarzami. Włócznia – zabójca Bogów, była nasza i już bezpieczna! Odeszliśmy znaną nam droga w stronę zamku Isawa, wciąż nie mogąc uwierzyć co dane nam było przeżyć.

Kuni Ogawa

Tomek Funky Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
L5K Pierwsi Bohaterowie, Legenda Pięciu Kręgów ,

Comments are closed.