Początek Turnieju Gromów

Droga Moshi, siostro moja.

Przez dłuższy czas mnie nie zobaczysz. Spełniam wolę naszego daymio Kuni Nobunori oraz Dajmio całego naszego klanu Pana Hida Toyotomi. Oddalając się od naszego świętego obowiązku obrony Rokuganu przed Krainami Cienia, podjąłem się innego wyzwania i wyjechałem z tak drogich mi ziem Krabów, by służyć klanowi i rodzinie w inny, nie mniej ważny sposób. W skrytości umysłu liczę, że być może wyjazd będzie też okazją, aby spłacić nasz dług wobec rodziny Pana Akodo Garugotsu. Wiesz jakie to ważne.

Postanowiłem, że od czasu do czasu będę wysyłać Ci opisy tego co przeżyłem. Być może listy z odległych miejsc pozwolą Ci choć na chwilę zapomnieć o swoim cierpieniu, utracie naszego ojca i mojej długiej nieobecności. Ponadto muszę szlifować swój sposób wyrażania się i pismo, bo okazało się, że wielu godnych samurajów z innych klanów, zwraca na to uwagę bardziej niż na sprawność w walce.

Otóż gdy przebywałem na zamku Kyuden Hida służąc naszemu Panu i doskonaląc swe umiejętności po gempukku, ku mej radości i łasce Fortun końcowo wybrano, abym to właśnie ja reprezentował naszą rodzinę na Festiwalu Siedmiu Gromów w stolicy Cesarstwa, Otosan-uchi. To wielki zaszczyt. Festiwal ten został ustanowiony dość niedawno, u schyłku panowania poprzedniego Hantei, na pamiątkę Siedmiu Gromów, którzy 170 lat temu wyruszyli w głąb Krain Cienia, a ich poświęcenie pozwoliło powstrzymać armię ciemności. Przesłaniem festiwalu jest współpraca Klanów dla dobra całego Cesarstwa, pod światłym przewodnictwem naszego Cesarza. Sednem festiwalu są zawody „gromów” – drużyn złożonych z sześciu młodych samurajów z 6 różnych Klanów. Siódmy Klan – Jednorożce z racji swej nieobecności w Rokuganie reprezentowane są przez włócznię z flagą sashimon. W tym roku Festiwal ma być szczególnie wyjątkowy, jako że uświetnia wesele samego Cesarza!

Oprócz mnie wybrano siedmiu innych obiecujących młodych samurajów z naszego Klanu i razem wyruszyliśmy do Stolicy Cesarstwa przez pół Rokuganu. Przybyliśmy do tego wspaniałego miejsca w miesiącu księżyca, mając miesiąc na przygotowania.

Miasto Otosan-uchi zdaje mi się przeogromne, ruchliwe, piękne i dziwne. Jakże różne od tego co widziałem dotychczas w swym życiu. Mnóstwo ludzi, wspaniałych rzeczy ale też bezsensownego zbytku. Nikt tu jednak nie myśli o zagrożeniu Krainami Cienia, o wiecznej wojnie, a ludzie skupiają się raczej na rzeczach u nas mało popularnych  – zabawie, sztuce, kupiectwie, rozmyślaniu, historii, uciechach czy intrygach. Zgoła ważniejsze się tu ludziom wydaje piękno kimona, niż ostrość katany. Ciężko do tego przywyknąć szorstkiemu i skromnemu bushi jak ja.

Zakwaterowano mnie w gospodzie Yubei, przy Onishi-oji (Wielka Aleja Zachodnia), niedaleko Onishi-mon (Wielka Brama Zachodnia) lub też jak niektórzy mówią brama Gonzaemona. Poznałem też oczywiście samurajów z mojej drużyny siedmiu Gromów. Byli to:

Pan Mirumoto Suzo z klanu Smoka – samuraj którego od razu polubiłem z racji jego wyjątkowości – nieprzeciętnej inteligencji i wspaniałego daru do taktyki. Poza tym dobrze mi się z nim rozmawiało, być może dlatego, że obaj przyjechaliśmy z bardzo daleka, a przedstawiciele naszych klanów są tu bardzo rzadko widywani.

Pan Soshi Izuno z klanu Skorpiona – mądry i podstępny shugenja, którego traktowałem z wielką ostrożnością, ale i z szacunkiem.

Pan Daidoji Ikari z klanu Żurawia o białych włosach, pięknym kimonie i doskonałej katanie – z początku traktowałem go jak lalusia, ale jego celne uwagi, pomysły i świetna znajomość miasta pozwoliły mi zmienić trochę zdanie.

Pan Akodo Takashi – prawdziwy Lew, co to zawsze wszystko wie najlepiej – który ku wielkiej łasce Fortun okazał się najmłodszym synem pana Akodo Garugotsu! Oczywiście postanowiłem go nie odstępować i potajemnie chronić, licząc że Fortuny lub Przodkowie mają swój plan i dane mi będzie spłacić nasz rodzinny dług.

Pani Shiba Hanako – cicha i spokojna samurai-ko z klanu Feniksa, zawsze gotowa poniechać swoich pomysłów dla dobra naszej drużyny. Na szczęście dla mnie niezbyt ładna, więc nic nie mąciło mego umysłu.

Naszym opiekunem na czas festiwalu został Pan Miya Inazu, pochodzący z rodziny służącej Cesarzowi.

Już wstępnie doszło między nami do różnicy zdań jak ma się nazywać nasza drużyna. Oprócz nas powstało 7 innych drużyn od nazw drzew: błękitna Morwa, śliwkowa Śliwa, biała Wiśnia, zielona Sosna, szary Cedr, Żółta Jabłoń, Pomarańczowa Pomarańcza. Czterech z nas miało różne propozycje i zadecydowaliśmy, że sprawę rozwiążą pojedynki na bokeny. Pan Daidoji uległ Panu Soshi (co mnie lekko zaskoczyło), ja pokonałem Pana Mirumoto. W finałowej walce zmierzyłem się więc z Shugenja, ale Skorpion swoją argumentacją i giętkim językiem sprytnie zmusił mnie do walki stylem Iaijutsu, którego jak wiesz nigdy się nie uczyłem. Wynik nie był więc przesądzony. Przodkowie jednak poprowadzili moją rękę i odniosłem pierwsze zwycięstwo nim turniej się rozpoczął – nasza drużyna odtąd nosiła nazwę Czarnych Modrzewi, na pamiątkę drzew porastających naszą rodzinną okolicę Kuni. Zapamiętałem sobie jednak dobrze, że Pan Soshi nie był zbyt honorowym samurajem – uderzył mnie bokenem po tym kiedy walka była już rozstrzygnięta. Cóż to co mówią u nas o Skorpionach najwyraźniej jest bardzo prawdziwe.

Przez miesiąc poznawaliśmy siebie nawzajem, miasto i ćwiczyliśmy przygotowując się do turnieju. W dzień poprzedzający turniej miała miejsce ciekawa propozycja. Do naszego stołu w gospodzie podszedł kupiec Seibei wraz z prześliczną żoną Mariko, słudzy pana Yasuki Tamagotchi z klanu Żurawia jak nam oznajmili. Twierdzili, że mają na sprzedaż wspaniały prezent dla Cesarskiej pary z racji ich zaślubin. Zaprezentowali nam dwie pomarańczowe kaczki omodori, które na dodatek pod wpływem granej przez kupców muzyki tańczyły kaczym tańcem. Miały one symbolizować  miłość oraz wierność i na pewno były wyjątkowe. Z początku to nawet myślałem, że są pomalowane (ale nie były).  Potrzebowaliśmy jakiegoś prezentu dla Cesarza, mnie jednak dręczyły wątpliwości – kupcy chcieli aż 10 koku, a zwierzęta zawsze wydawały mi się nieobliczalne. Co jeśli nasrają na Cesarską podłogę, albo nie zechcą tańczyć? Może to jakiś podstęp, intryga? Może są chore i ktoś chce zarazić Cesarza? Poza tym 10 koku? Za to można być uzbroić kilka osób… Moi towarzysze jednak mieli odmienne zdanie – na szczęście jednak wszyscy zdecydowaliśmy się ten zakup jeszcze przemyśleć. W głowie zawróciła mi trochę też Pani Mariko (wiesz jak lubię kobiety), ale moje myśli na szczęście kierowały się już tylko w kierunku Turnieju, a ona zresztą była mężatką i to niższego stanu.

Późnym wieczorem zostaliśmy zaalarmowani pożarem jednego z budynków niedaleko nas. Natychmiast ruszyliśmy na pomoc. Jako że przybyliśmy na miejsce pożaru jako pierwsi z  samurajów, nosiliśmy wodę, a potem przejęliśmy dowodzenie gaszeniem i pilnowaniem, aby pożar nie rozprzestrzenił się na resztę dzielnicy Zachodniej. Końcowo jednak pożar ugasił przybyły  na miejsce cesarski shungenja Szanowny Seppun Kagetori – wywołał burzę, która strugami deszczu zapobiegła najgorszemu. On też, gdy nas poznał, zaczął się dość dziwnie zachowywać – patrząc na nas zaczął mówić w dziwny sposób o przeznaczeniu i bohaterach Cesarstwa, tak jakby duchy mu to podpowiadały. Jak wiesz siostro, szanowny shugenja Kuni Muretodo mówił mi coś podobnego w dzieciństwie, więc teraz powoli zaczynam w to wierzyć… Być może Fortuny specjalnie takich jak ja zebrały w jednej drużynie Czarnych Modrzewi, bo mają jakiś swój plan?

Rankiem wyruszyliśmy rozpocząć Turniej. Pierwszą konkurencją był bieg dookoła stolicy, wzdłuż jej murów obronnych. Każdy z zawodników miał biec jeden odcinek od bramy do bramy i przekazywać dalej swojej drużynie włócznię z monem Klanu Jednorożca. Ja poprosiłem o ostatni odcinek. Ubrałem się w swoją ciężką zbroję chcąc podkreślić wytrzymałość  i determinacje naszego Klanu, podczas gdy inni biegli w samych przepaskach. Byłem bardzo zadowolony, gdy okazało się, że po poprzednich odcinkach nasza drużyna jest na czele wraz z drużyną Zielonej Sosny. Z tej drużyny stała koło mnie nader brzydka Pani Matsu Hiruko z klanu Lwa – wykorzystałem więc swój olbrzymi wzrost i warknąłem na nią, licząc że trochę ją to zdenerwuje i sprowokuje do jakiegoś błędu. Matsu znani są z gorących głów. Niestety Hiruko pognała jakby ją goniła zgraja Oni. Trudno było nadążyć za jej suchą i żylastą sylwetką, ale też na nie pozwoliłem, aby prześcignął mnie ktoś inny. Kiedy wbiegaliśmy na metę przed trybunami pełnymi ludzi, zyskała nade mną kilka kroków przewagi i wygrała, a my byliśmy na drugim miejscu. Sam Cesarz spojrzał na mnie łaskawie z trybun i czułem jak nawet moi przodkowie prężą się z dumy. Przedstawiciele sześciu pozostałych drużyn przybiegli sporo po nas.

Następną konkurencją była gra w Go, gdzie mogliśmy wykazać się kunsztem taktyki. Niestety mój przeciwnik okazał się bardzo wymagający i pokonał mnie po zaciętej rozgrywce. Jednak moim towarzyszom z drużyny szło bardzo dobrze. Szczególnie wspaniale spisywał się Pan Mirumoto Suzo, który doszedł aż do rozgrywki finałowej. Oglądanie jego partii było czystą przyjemnością dla mnie. Na koniec tej konkurencji okazało się, że zajęliśmy drugie miejsce, ale po dwóch konkurencjach łącznie – pierwsze!

Popołudniu ostatnią konkurencją tego dnia było strzelanie do psów. Zgraje opancerzonych psów miały być wypuszczone z klatek i trzeba w nie było trafiać stępionymi strzałami. Wszystko działo się w kręgu o promieniu stu kroków, na obrzeżach którego stali strzelcy z różnych drużyn, a cześć samurajów z każdej drużyny naganiać miała psy wewnątrz okręgu, we właściwą sobie stronę. W środku było też sporo sędziów którzy mieli oceniać trafienia. Bardzo pomocny okazał się przy tej konkurencji nasz shugenja Soshi Izuno – jak się okazało potrafił przywoływać jakby ruchome obrazy różnych rzeczy, nieprawdziwe ale wyglądające jak prawdziwe. Zaproponował  przywołanie smoka, który straszyłby psy, lecz wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, że dużo lepszy byłby kot, za którym psy pobiegną w kierunku naszych strzelców. Wszystkim z naszej drużyny bardzo się to spodobało.  Tak więc ja, Pan Soshi i Pan Mirumoto Suzo trafiliśmy do naganiaczy, a reszta do strzelców. Ja z racji swego wzrostu i umiejętności głośnego straszącego krzyku.

Konkurencja przebiegła nad wyraz dla nas pomyślnie. Pan Soshi w istocie przywołał kota i psy pognały za nim, nasi strzelcy spisywali się dobrze. Wśród psów, sędziów i naganiaczy panował jednak wielki bałagan. Isawa Oniko z jednej z konkurencyjnych drużyn pokazała wspaniały popis magii ognia, unosząc się w powietrzu na ognistych skrzydłach – niestety została  mylnie wzięta przez Heiminów-widzów za demona, co spowodowało obrzucenie jej kamieniami. Co jakiś czas ktoś trafiał też strzałą sędziego lub naganiacza drużyny przeciwnej, co było traktowanie punktami ujemnymi. Pan Suzo w swej błyskotliwości posunął się nawet do tego, że specjalnie ustawiał się tak, aby być narażony na podobny pechowy dla przeciwników strzał. Końcowo wygraliśmy i umocniliśmy się na prowadzeniu w całym turnieju.

Pod koniec konkurencji miało jednak miejsce zdarzenie, które mi głęboko utkwiło i zagotowało krew w żyłach. Pewien Pan Kakita (Shimizu jak się póżniej dowiedziałem) z drużyny Błękitnej Morwy w głupich słowach wypowiedział zdanie, że „Kraby powinny siedzieć w swoich Krainach Cienia”. Nie mogłem uwierzyć, że jakikolwiek samuraj wypowiedział podobną rzecz! Nasze Krainy Cienia! Rozumiesz siostro? Tak jakby Żurawi to nie dotyczyło. Siedzą sobie w pięknych kimonach, tworzą wiersze, muzykują, piją sake, miłostkują, intrygują, a mają na to czas i możliwości tylko dzięki nam – Krabom! Ten Kakita traktując Krainy Cienia jak coś co może obchodzić tylko Krabów bardzo nasz klan znieważył i pokazał swoją ignorancję oraz tchórzostwo!

Nie mogłem znieść podobnej zniewagi i zaraz po skończonej konkurencji wypomniałem mu jego słowa i zażądałem pojedynku. Wił się jak ryba i gładkimi słowy ubłagał o wieczorną walkę na bokeny w ogrodach Żurawi. Byłem zawiedzony, że muszę czekać, ale wymagała tego samurajska etykieta i obecność wielu innych samurajów wokół nas.

Kiedy szliśmy do naszej gospody okazało się, że w ciągu nocy ktoś ukradł historyczną pamiątkę wiszącą na bramie Gonzaemona – ucięty szpon wielkiego Oni. Gonzaemon był samurajem, który uratował Hantei, pierwszego Cesarza, w czasie walk z Armią Tego Którego Imienia nie Wolno Wymawiać. Wielki Oni pojawił się z mgły i znienacka zaatakował Cesarza. Gonzaemon wykazał się wielkim refleksem i odciął potworowi łapę ze szponem. Wtedy Oni rozwiał się i znikł. Na pamiątkę tego zdarzenia zachowany przez Przodków szpon do wczorajszego dnia wisiał w miejscu, gdzie to się wydarzyło. Kto, w jaki sposób i dlaczego go ukradł? Tego nikt nie wiedział. Niepokoiła nas myśl, że może ktoś chciał przywołać za pomocą szponu tamtego Wielkiego i Potężnego Oni.  Pan Mirumoto Suzo z ciekawości zaczął przepytywać okolicznych mieszkańców, czy ktoś czegoś nie widział, mnie jednak wydawał o się to bezcelowe, bo strażnicy Cesarscy już dawno to zrobili. Ale czy czasem pożar poprzedniej nocy nie był celowym podpaleniem, aby odciągnąć uwagę od bramy? To było prawdopodobne, a więc mogliśmy mieć do czynienia z jakimś większym spiskiem. Soshi Izuno namalował znak na bramie, który ranił Istoty z Krainy Cienia ogniem, po czym poszliśmy do swojej Gospody.

Ciągle nurtowała mnie sprawa wyboru naszego prezentu dla Cesarskiej Pary, kaczek i niebezpieczeństwa dla Syna Niebios. Po drodze wpadł mi do głowy pomysł, że może udało by się zastąpić muzykujących kupców kimś z wysokich rodów. Poprosiłem o pomoc Pana Daidoji Ikari. Znał wiele kobiet z klanu Żurawia i twierdził, że prawdopodobnie uda się sprawę załatwić. W gospodzie okazało się, że kupiec Seibei wraz z żoną Mariko nie mają nic przeciwko takiemu rozwiązaniu, co mnie bardzo uspokoiło i przestałem podejrzewać postęp z ich strony. Prezent dla Syna Niebios i jego małżonki w postaci tańczących pomarańczowych kaczek stawał się coraz realniejszy.

Wieczorem wraz z moją drużyną udałem się na miejsce pojedynku. W ogrodach Żurawi było pięknie. Wszędzie dookoła widać było doskonałą dbałość o szczegóły i perfekcję, a każde słowo czy gest Żurawi były wyważone. Było to dla mnie kolejne nowe doznanie i bardzo cieszyłem się, że doszło do takiego pojedynku. Oczywiście moja Krabia, prosta i oszczędna natura buntowała się przy takim marnotrawstwie, ale jakąś cząstka mnie podziwiała to wszystko. Kakita Shimizu wybrał piękne i zdradliwe miejsce – wąski mostek od stawem. Każde celne uderzenie bokena w praktyce powodowało wpadnięcie do wody i dodatkowe poniżenie trafionego, ale bardzo mi to odpowiadało. Powiedziałem licznie zgromadzonym samurajom jakiego czynu dopuścił się Kakita i dlaczego walczymy. Oczywiście próbowałem zacząć pojedynek w wyciągniętym orężem, ale Kakita podobnie jak kiedyś Soshi Izuno gładkimi słowy odwołując się do tradycji zmusił mnie do honorowej walki Iaijutsu, choć wszystkim było wiadomo, że nie uczyłem się tego stylu. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że Kakita zna ten styl, tym większe więc było wyzwanie i tym większa chwała gdybym wygrał.

Pojedynek rozczarował zgromadzonych. Jednak nie mnie. Kiedy staliśmy naprzeciw siebie i patrzyliśmy sobie w oczy czułem się jakbym stał znowu na równinach Krain Cienia. Wróciłem do domu. Przepełniło mnie uniesienie. Cisza, spokój, skupienie i oczekiwanie. Widzisz wtedy każdą emocje przeciwnika, każdy naprężony do działania miesień. Kakita ruszył pierwszy, a ja w mgnienie oka za nim – jego boken minął mnie o włos, ale ja też chybiłem minimalnie. Nikt nie wpadł do stawu. Zmusiło go to jednak do oficjalnych i publicznych przeprosin, co mnie zupełnie usatysfakcjonowało i mój gniew minął.

Potem udaliśmy się na przyjęcie w ogrodach, gdzie piłem wspaniałą herbatę, oraz starałem się wprawiać w pałacowe zwyczaje. Poprosiłem nawet Pana Kakitę Shimizu o naukę stylu Iaijutsu i otrzymałem zaproszenie do jego domu po Turnieju.

W środku nocy, gdy wszyscy spaliśmy w gospodzie po wyczerpującym dniu, obudziło nas wycie okolicznych psów. Bardzo dziwne i niepokojące wycie. Nie dało się spać, więc ubraliśmy się, uzbroili i wyszliśmy zobaczyć co się dzieje. Napotkany patrol poinformował nas, że niedawno widzieli z daleka, jak od bramy Gonzaemon biegł jakiś mały płonący stwór  i znikł między domostwami. Oczywiście chcieli poinformować o tym Pana Miya Tomitori – yoriki tej dzielnicy. My jednak chcieliśmy jak najszybciej dogonić stwora. Od razu przyszedł nam do głowy ochronny znak Pana Soshi Izuno wyrysowany na tej bramie przeciwko Istotom Cienia! Ten znak raził właśnie ogniem! A więc ów Stwór czy Demon musiał pochodzić z Krain Cienia i był olbrzymim zagrożeniem dla miasta! Z pewnością coś knuł. Może to nawet jakiś Oni! W duchu dziękowałem Panu Suzo za jego wspaniały pomysł, bo gdyby nie on, nikt nie zorientował by się w zagrożeniu. Ponadto obawialiśmy się, że ta sprawa wiąże się jakoś ze zniknięciem szponu Wielkiego Oni z bramy i podpaleniem. Coś bardzo niepokojącego działo się w mieście.

Ruszyliśmy we wskazanym kierunku, demona jednak nigdzie nie było widać. Psy też przestały już wyć. Udało nam się jednak znaleźć w dziwny sposób zabitego psa. Pan Izuno i Suzo twierdzili, że wygląda jakby mroźna ręka odcisnęła się na jego głowie i pozbawiła go życia. Ja widziałem tylko ślad palców na psim łbie. Niestety – mały, mroźny demon z Krain Cienia z niczym mi się nie kojarzył, choć oczywiście w Krainach Cienia jest cała masa różnych stworów. Pan Mirumoto Suzo wspaniale wypatrywał kolejnych śladów, a to na jakimś płocie, czy w trawie. Za każdym razem jednak mroźne ślady były słabsze, aż w końcu całkiem zniknęły. A może nie z mrozu były to ślady, ale od ognia? Przyszło mi na myśl, że z czasem demon mógł przestać się palić i tyle. Końcowo nic więcej nie udało się ustalić, ani wypatrzeć, więc zdaliśmy raport patrolowi, który zaniósł go do Yoriki i poszliśmy spać.

Rankiem spotkaliśmy Pana Miya Tomitori – yoriki i zdaliśmy mu osobiście szczegółowy raport. Niestety nic więcej nie było wiadomo o nocnych zdarzeniach, udaliśmy się więc na następną konkurencję – wspinaczkę na wysokie pale. Niestety tym razem poszło nam średnio, z łaską Fortun utrzymaliśmy jednak pierwszą pozycję w całości Turnieju.

Kolejną konkurencją było przygotowanie przedstawienia teatralnego. Jako widz miał zasiąść również sam Cesarz, więc bardzo chcieliśmy dobrze wypaść. Wśród nas były różne pomysły co pokazać, ale wolą większości było, aby zagrać scenę gdy Gonzaemon ratuje Cesarza przed Oni. Moi towarzysze bardzo chcieli, abym z racji swego wzrostu i postury zagrał Oni, na co ja oczywiście nie chciałem się zgodzić. Który Krab chciałby grać Oni? Niestety cała piątka samurajów  widziała mnie w tej roli i musiałem ulec, nie chcąc pogrzebać dobrego pomysłu. Nasze przedstawienie wypadło bardzo dobrze, na dodatek Pan Soshi Izuno za pomocą swej magii spowodował wspaniałe ucięcie szponu i pojawienie się go na bramie. Klaskał nam sam Cesarz i zajęliśmy w tym konkursie pierwsze miejsce!

Ostatnią konkurencją było drużynowe polowanie na Oni w pobliskim lesie. Każda drużyna miała własnego Oni za przeciwnika, a Oni był w istocie zgrają sług powiązanych sznurem. Nie wolno ich jednak było w żaden sposób atakować np. bokenami, a należało przygotować jakąś pułapkę. Oni oczywiście mógł kijami atakować samurajów. Dopiero gdy taki fałszywy Oni nie mógł się ruszać, wolno było zaatakować go bokenami, aż do ostatecznego zwycięstwa ogłaszanego przez sędziego.

Wykopaliśmy dół na leśnej ścieżce i zamaskowaliśmy go płachtą i darniną. Nasz plan zakładał, iż uciekając podprowadzimy Oni w pobliże. Wtedy Pan Soshi Izuno za pomocą swej magii zamaskuje lepiej pułapkę, aby zdawała się ścieżką, ja jako jedyny poświęcę się, stanę przed dołem i kiedy fałszywy Oni wpadnie na mnie, razem wpadniemy do pułapki. Poświęcenie w szczytnym celu godne samuraja. Wtedy moi towarzysze dokończą dzieła z góry. Niestety nic nie poszło zgodnie z planem. Panu Soshi nie udało się zamaskować dołu i fałszywy Oni go dostrzegł. Gdy dobiegłem na jego skraj, słudzy próbowali mnie okładać kijami, abym sam wpadł do dołu. Musiałem użyć całej swej siły, zręczności i umiejętności walki wręcz, aby tego uniknąć. Na szczęście moi towarzysze popchnęli fałszywego Oni od tyłu i wspólnymi siłami udało się nam wepchnąć go do dziury. Wpadłem co prawda do dołu jako pierwszy, ale zręcznie usunąłem się i słudzy powpadali obok mnie, a nie na mnie. Potem moi towarzysze zakończyli walkę bokenami.

Nie poszło nam najlepiej, ale były też drużyny, którym nie poszło wcale, jak np. drużyna zielonej Sosny (w niej gorącogłowa Pani Matsu), która została zdyskwalifikowana za pobicie sług czyli fałszywego Oni podczas polowania. Najważniejsze, że po 6 konkurencjach wciąż byliśmy na czele, o 6 punktów wyprzedzając drużynę błękitnej Morwy ze znanym mi bliżej Panem Kakita Shimizu w składzie. Pozostały nam już tylko 2 konkurencje następnego dnia: pisanie haiku oraz walki drużynowe. Oraz oczywiście wręczenie prezentu Cesarskiej parze.

W naszej gospodzie doszło do wieczornego spotkania z muzykalną panią Doji, z którą Pan Daidoji Ikari uzgodnił sprawę nauki muzyki dla kaczek i występu przed Cesarzem. Seibei i Mariko przekazywali Pani Doji muzyczne instrukcje, ale mnie to już mało obchodziło, bo liczyło się już dla mnie tylko porządne wyspanie się przed ostatnim i najważniejszym dniem konkursu. Po ostatniej nocy miałem spore zaległości, a chciałem dobrze wypaść.

Wkrótce postaram Ci się wysłać kolejny list. Poza tym musze Cię uspokoić – Twój gorąco głowy brat na szczęście na razie nie spowodował żadnej większej awantury, czego tak się zawsze bałaś. Sake staram się traktować umiarkowanie, a co do kobiet – najwyraźniej żadnej odpowiedniej dla mnie jeszcze tu nie spotkałem.

Kuni Ogawa

Tomek Funky Kowalski

About Funky

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
L5K Pierwsi Bohaterowie, Legenda Pięciu Kręgów ,

Comments are closed.