Złoty interes

Opowieść szósta wg Tima

No i wyruszyliśmy na poszukiwania Złotego Kanionu. Nasza czwórka, czyli Elwood, Oleg, Danny i ja, oraz dwie panienki: Vivian i Laura. Z Tucson do Prescott pojechaliśmy pociągiem, a potem, wyekwipowani jak należy, konno w góry. Jeszcze w Prescott zauważyłem jakiegoś gościa, który zdaje się śledził nas jeszcze w Winslow, więc zaraz pierwszej nocy na biwaku wygrałem z manitou widzenie w ciemności i przyuważyłem go niecałe dwie mile za nami. Była noc i tylko ja widziałem w ciemnościach, więc poprowadziłem Danny’ego i Olega i nakryliśmy faceta jak spał. Przyznał się, że nazywa się David Clover, jest łowcą nagród i poluje na nasze głowy, nawet pokazał nam listy gończe, które wydali za nami na Północy. Myślałem, żeby go rozbroić i posłać bez konia z powrotem, ale Oleg postanowił wyzwać go na pojedynek. Gdyby ten cały David wygrał, miał odejść wolno z głową Olega, ale nasz Wygrzebaniec nie dał mu szans i zastrzelił, dobijając jeszcze leżącego dla pewności. Ale przynajmniej pogrzebaliśmy go jak należy i nie zabraliśmy nic z jego rzeczy.

Potem jechaliśmy dalej, na terytoria Apaczów. Z zapisków, które były przy mapie, wiedzieliśmy że sam Kanion jest chyba przeklęty i Indianie trzymają się od niego z daleka, ale droga do niego prowadzi przez tereny kilku plemion, które raczej nie lubią białych. Pewnej nocy, kiedy wszyscy spaliśmy, razem z ofermą wartownikiem, ktoś, najpewniej jakiś Czerwony, zakradł się do naszych namiotów i powkładał nam w posłania czarne pióra. Nie mieliśmy pojęcia co to miało znaczyć, ale na wszelki wypadek pióra sobie zachowaliśmy. Potem natknęliśmy się kilka razy na indiańskie totemy, coraz bardziej złowieszcze, a w końcu na marne resztki jakichś biedaków, którzy tak jak my nie bardzo się widać przejmowali ostrzeżeniami. Rozglądaliśmy się coraz bardziej nerwowo, czekając na świst strzały i wojenne okrzyki, a tymczasem zamiast Indian spotkaliśmy Rosjan.

No, może nie samych Rosjan, połowa była najętymi Amerykanami, razem koło trzydziestu ludzi. Szefem całego cyrku był rosyjski hrabia, Dimitrij Mikołaj Romanow, kuzyn samego cara, który przywiózł z Rosji swoją małą świtę, a w Nowym Orleanie wynajął miejscowego przewodnika, dziesiątkę żołnierzy do ochrony i dwie luksusowe dziewczyny z saloonu. Najciekawsze było, że to nie my natknęliśmy się na hrabiego, tylko on na nas czekał! Wiedział, że jedziemy do Złotego Kanionu i postanowił się do nas przyłączyć i też skorzystać ze złota. A dowiedział się dzięki wizjom rosyjskiej wiedźmy Ragany, którą przywiózł ze sobą. Ragana, a właściwie Rusłana Olga Fiodorowna, jak na wiedźmę była całkiem, całkiem… Młodziutka i całkiem ładna, była jeszcze dziewicą i przez to miała te swoje wizje. Hrabia od razu ostrzegł nas, że mamy się od niej trzymać z daleka, bo jej wizje są dla niego bezcenne, kluczowe dla jego planu i nie ścierpi… i tak dalej. Potem zjedliśmy z nim kolację i poszliśmy do swoich namiotów.

Nie podobało nam się, że hrabia ma jasnowidzącą wiedźmę i czuliśmy, że jego plany mogą kolidować z naszymi, więc postanowiliśmy pozbawić go jego atutu mimo gróźb. Miał się tym zająć Elwood, łącząc przyjemne z pożytecznym. Ale młodziak zamiast przejąć się swoim zadaniem, poleciał na służące, podsunięte mu przez pilnujących Ragany strażników i z planu nici. Okazało się jednak, że dobrze się stało, bo dar Ragany uratował nam życie i to jeszcze tej samej nocy.

Wiedźma przyszła do nas po cichu, mówiąc łamaną angielszczyzną, że miała wizję i że wszyscy ludzie z karawany oprócz nas zginą przed świtem z rąk Indian i że musimy uciekać. Oleg i Danny zaczęli się po cichu pakować, ale Elwood i ja nie za bardzo mogliśmy się pogodzić z zostawieniem reszty na pastwę Indian. A poza tym może Ragana miała jakiś własny plan i uciekając z nią wpadniemy w jakieś wiedźmie sidła? Ale sytuacja rozwiązała się niejako sama – kiedy jakiś strażnik widząc, że się zwijamy podszedł zapytać co się dzieje, Elwood prostodusznie wyznał, że Ragana ostrzegła nas przed napadem Czerwonych i właśnie uciekamy. Nie ma się co dziwić, że żołnierz podniósł alarm i zaczęło się.

Z lasu i od rzeki świsnęły strzały i w ciemnościach zamajaczyły postacie Indian wybiegających ze swych kryjówek do ataku. Rzuciłem gęstą mgłę, żeby przynajmniej łucznicy nie szyli do nas z krzaków po drugiej stronie rzeki i rzuciliśmy się do ucieczki z nurtem, który nie był zbyt bystry, a woda w tym miejscu sięgała nam ledwo do pasa. Jednak Indianie już także wbiegli do wody i zaczęła się walka wręcz. Czerwonych było koło dziesięciu, a może i więcej, ale Elwood strzelał popisowo i co rusz któryś napastnik spływał z prądem nieprzytomny, albo martwy. Wyrwaliśmy się z zasadzki razem z oboma naszymi paniami, a także Raganą i tym przewodnikiem, wynajętym przez hrabiego, Robem Whitem. Kiedy uciekaliśmy we mgle odłgosy walki za nami cichły. Może komuś jeszcze udało się unieść głowę we mgle i ciemności, ale nie zatrzymywaliśmy się by to sprawdzić.

Uciekliśmy z zasadzki jednego szczepu, ale to nie był jeszcze koniec naszych przygód z Indianami. Dwa dni później natknęliśmy się na członków innego plemienia, którzy nie chcieli nas puścić dalej, póki nie udowodnimy że jesteśmy prawdziwymi mężczyznami. Na szczęście nie chodziło o wygodzenie jakiejś starej squaw, tylko o walkę wręcz z przedstawicielem plemienia. Miejscowy champion był postury niedźwiedzia i nosił też odpowiednie miano: „Syn Grizzly”. Jako, że żaden z nas nie przypominał go choć w połowie, dumny wojownik zażyczył sobie, byśmy walczyli z nim we dwóch na raz. Postanowiliśmy z Elwoodem stanąć do walki jako najlepiej bijący się wręcz członkowie naszej grupy, ale nawet we dwóch nie dalibyśmy rady Synowi Grizzly, gdyby nie pewien formalny błąd w regułach walki.

Zawodnicy schodzili po linach na drewanianą platformę zwieszoną z urwiska nad głębokim wąwozem i walczyli na tej platformie, ku uciesze indiańskiej gawiedzi zgromadzonej tłumnie na przeciwległym brzegu wąwozu. Kto jako pierwszy powracał z powrotem na urwisko wygrywał. I tu nasza liczebna przewaga dała nam zwycięstwo. Kiedy bowiem w żaden sposób nie mogliśmy się przebić przez obronę Syna Grizzly, a sami dostaliśmy po łbach, postanowiliśmy uciec się do fortelu. Ja, jako lepszy wspinacz rzuciłem się do liny i jak najszybciej mogłem pomknąłem do góry, a Elwood starał się zatrzymać goniącego za mną Indianina. Oberwałem co prawda nożem poniżej pleców, ale Elwood uczepił się jak rzep nóg ścigającego mnie Czerwonego i w końcu ściągnął go na platformę, a ja bezpiecznie dotarłem na urwisko jako pierwszy. Wygraliśmy!

Opuściliśmy Indian zadumanych nad zasadami rytualnej walki i nie czekając na ich ulepszenie ruszyliśmy w dalszą drogę do Złotego Kanionu. Nie spotkaliśmy już więcej Indian i po niecałych dwóch tygodniach od wyruszenia z Prescott dotarliśmy wreszcie do podnóża wysokiej góry, skąd do ukrytego Kanionu wiodła tajemna ścieżka, opisana na odwrocie mapy. Zapiski mówiły też co nieco o samym Kanionie, o ruinach jakiegoś prastarego miasta przodków Indian i o złotych drzwiach na końcu kanionu, których jednak naszym poprzednikom nie udało się otworzyć. Obawiałem się, że Kanion i ruiny mogą być przeklęte, bo w zapiskach było, że ojciec Vivian i jego towarzysze nie mogli spać w nocy i czuli jakby ktoś ich obserwował. Według jednego z nich – Metysa Szimiko – to duchy indiańskich praprzodków zamieszkujących dawno temu leżące teraz w ruinie miasto pilnowały swych skarbów.

Trochę też nas niepokoiła wizja Ragany, ostatnia jaką miała, bo Elwood w końcu dopiął swego i pozbawił ją cnoty razem z wizjami, a może to ona sama miała już dość tego jasnowidzenia. Dość że Ragana mówiła, że Kanion jest i bezpieczny i bardzo niebezpieczny zarazem, że widziała jakieś świdrujące złote oczy we mgle i złotą krew, że zło musi zostać wyplenione i takie rzeczy. A do tego coś w stylu: „niektórzy z nas mogą zostać zdradzeni, ale i tak musimy przez to przejść”. Normalnie bym się tym nie przejmował, ale jako że jej poprzednia wizja była bardzo dokładna i zapiski też mówiły coś podobnego, postanowiłem być ostrożny.

Tak, czy owak, przybyliśmy tu po złoto i nie zamierzaliśmy się cofać. Niech sobie praprzodkowie obserwują do woli, na noc nie zostaniemy, załadujemy tylko kupę złota na konie i muły i więcej nie przeszkadzamy. Znaleźliśmy ścieżkę i posłuszni wskazówkom doszliśmy nią do wykutego w skale kwadratowego tunelu. A tym tunelem, jasna rzecz wykutym pewnie przez pradawnych mieszkańców miasta, dotarliśmy do Złotego Kanionu. I faktycznie zasługiwał na swoją nazwę! Złoto leżało tu dosłownie wszędzie, najbliżej wejścia małe grudki, wielkości ziarnka ryżu, ale im dalej wgłąb kanionu, tym samorodki były większe i było ich więcej. Najpierw zbierałem małe ziarenka jak najbliżej wejścia, ale chciwość zaślepiła mnie wkrótce, tak że zanim się spostrzegłem, pełzałem już pośród ruin dawnego miasta, napełniając już nie kieszenie, ale sakwy czystym złotem! Potem się okazało, że Danny i Elwood, zamiast zbierać złoto, przyglądali się ruinom i obrazkom, którym ja musiałem przyglądać się naprędce później, kiedy już było gorąco. Bo też nie miało być tak łatwo, jak nam się najpierw wydawało i wcale nie chodziło o kłopoty z zaśnięciem, czy wyobrażone oczy dawno zmarłych Pra-indian.

Byliśmy już wszyscy mniej więcej w środku Kanionu, kiedy nagle od strony wejścia dobiegł nas huk, jakby zatrzaskiwanych kamiennych drzwi, a spośród ruin podniosła się błyskawicznie złotawa mgła, zasłaniając nam widok. Od ścian Kanionu po obu stronach dało się słyszeć zgrzytanie i ciężkie kroki. Nie zwlekając wyciąnąłem manitou z Zadymionego Saloonu i kazałem sobie przetrzeć oczy. I zobaczyłem zbliżające się z obydwu stron wielkie, złote postacie. Strażnicy mieli po siedem stóp wzrostu, złotą skórę i czarne włosy, wyglądali podobnie jak Indianie żyjący na południu w glinianych domach, którzy ponoć też mieli przodków mieszkających w wielkich miastach. W rękach trzymali złote włócznie, a ich oczy miotały złote błyskawice. Piąta postać stała w otwartych teraz złotych drzwiach na końcu Kanionu, ale nie ruszała na nas, raczej pilnowała wejścia.

Najpierw chciałem ruszyć do szturmu na tego piątego, ale szybko zmieniłem zamiar. Wzięliby nas w dwa ognie, a nie wiedzieliśmy co potrafią. Wyjście z Kanionu zostało zawalone, czy raczej zatrzaśnięte, w ogóle nie było widać otworu na gładkiej kamiennej ścianie. Zostało nam tylko walczyć z olbrzymami. Postanowiłem zagrać va banque. Zdjąłem z muła beczułkę prochu, którą targaliśmy z myślą o ewentualnym wysadzeniu przejścia. Jako że nie miałem nadziei, że uda się nią wysadzić zamknięte czarodziejską siłą wejście do Kanionu, postanowiłem wykorzystać ją inaczej. Skróciłem lont na oko i podpaliłem. Uciekliśmy w kierunku zawalonego wejścia, a strażnicy poczłapali ciężko za nami. Wymierzyłem idealnie, bo kiedy właśnie dobiegali do beczułki lont się skończył.

Rzuciliśmy się na ziemię w momencie kiedy huknęło straszliwie. Niestety nie zdołaliśmy uciec wystarczająco daleko i co poniektórzy zostali solidnie poranieni, a czarnuch Danny omal nie zginął, bo rzucił się na niewielki kopczyk, zamiast do jakiejś niecki. I tak miał jednak więcej szczęścia niż Rob White, przewodnik hrabiego Romanowa, którego podmuch rozmazał dosłownie na wielkim głazie. Konie też nie zrozumiały polecenia i dwa zginęły, a jednego trzeba było dobić, niewiele lepiej powiodło się mułom. Ale dwa ze ścigających nas potworów wybuch rozrzucił po całym Kanionie, a dwa powalił na ziemię i chwilowo unieszkodliwił. Nie zginęły jednak i choć Danny obciął im dłonie i stopy czołgały się za nami, póki nie przyszpiliśmy ich do ziemi ich własnymi włóczniami.

Kiedy doszliśmy do otwartych Złotych Drzwi piątego strażnika nie było nigdzie widać. W środku korytarz był wyłożony złotymi płytami, misternie rzeźbionymi w symboliczne sceny i jakieś niby litery. Próbowałem zmusić manitou, by mi to przetłumaczył, ale skurczybyk wywinał się i nic nie zrozumiałem. Ale okazało się, że Danny coś tam wyczytał wcześniej z tych obrazków w ruinach na zewnątrz i wymyślił, że wchodzimy do grobowca jakiegoś Złotego Króla, a ci strażnicy obudzili się, bo w dolinie pojawiło się zło i dopóki ono pozostanie strażnicy będą bronić Króla. Z drugiej strony było tam też coś o krwi kobiet, potrzebnej pradawnym magom do jakichś plugawych rytuałów i o czystych sercach, w których gustowali. Kupy się to wszystko nie trzymało, z jednej strony krwawe ofiary i wycinanie serc, z drugiej ochrona przed złem. A może były tu dwie siły? Nie było się jednak co zastanawiać, wyjście z Kanionu było zamknięte i jedyna nadzieja, że damy radę wyjść jakoś przez grobowiec. Ja co prawda mogłem sobie wylecieć z Kanionu jako kruk, albo wyspinać się po prawie pionowych skałach, ale mieliśmy za mało liny, by inni mogli dokonać tej sztuki, nie mówiąc o koniach i mułach.

Poszliśmy korytarzem wgłąb grobowca, ale już na pierwszym skrzyżowaniu wyleźli na nas dwaj wielcy złoci strażnicy. Oleg rozwalił jedenego ze strzelby i podobcinał mu potem mozolnie pozłacane członki, żeby nam już nie przeszkadzał, a ja zmagałem się z drugim, bez powodzenia próbując go postrzelić z Winchestera, albo powalić uderzeniem kolby. Na domiar złego z tyłu, od strony Kanionu także dobiegły ciężkie kroki jakiegoś zapóźnionego obrońcy grobowca, a z ciemnej czeluści korytarza przed nami wychynął nieco inny złoty facet, chudszy i bez włóczni, z pozłacanymi włosami. Ostrzeliwywaliśmy się dzielnie we czwórkę, jako że kobiety stały jak cielęta, ale ten nowy gość także zaczął pruć do nas z rąk złotymi błyskawicami. Co gorsza, wydawał się jeszcze odporniejszy na ciosy niż czarnowłosi strażnicy z włóczniami, dziury po kulach zasklepiały mu się niemal natychmiast. Walka wyglądała beznadziejnie, bo nijak nie mogliśmy zabić tych drani, ale w końcu Elwood przymierzył i wywalił temu nowemu prosto w czaszkę. I to dopiero zrobiło na złotasie jako takie wrażenie. Przystanął na chwilę, przestał sypać błyskawicami na moment, jakby się zastanawiając nad dziurą w czole, która się jednak błyskawicznie zasklepiała.

Trzeba go było dobić w tym momencie, ale nasi strzelcy na moment odpuścili i to był błąd. Złoty facet zarósł się całkowicie i plunął złotą błyskawicą w Elwooda, który zwalił się jak szmaciana lala na ziemię. Na szczęście Oleg, czując powagę sytacji skoczył do przodu obok próbującego go ukłuć włócznią strażnika i z bliska wywalił wysokiemu z dwururki, zwalił na ziemię i dosłownie odrąbał swoim bowie złotą głowę. Momentalnie wszystko się skończyło: czarnowłosi strażnicy padli na ziemię i zaczęli się rozpuszczać w złote kałuże, Elwood wstał jak gdyby nigdy nic, a złota mgiełka, która towarzyszyła nam jakiś czas rozwiała się błyskawicznie. Ale za to przez cały grobowiec przeszedł wstrząs, najpierw słaby, potem mocniejszy, poleciał nam na głowy najpierw kurz, a potem drobne odpryski sufitu.

Pobiegliśmy dalej do środka grobowca, ale dotarliśmy do wielkiej, ślepej komnaty, na środku której rozparł się wielki, złoty sarkofag – zapewne wspominany na obrazkach grobowiec Złotego Króla. Miałem nadzieję wyciągnąć skurczybyka ze środka i kazać mu natychmiast przestać, ale sarkofag wyglądał jak odlany w jednym kawałku ze złota! Tymczasem kawały sufitu, złote i kamienne padały już wokół nas i lada chwila grobowiec Króla mógł stać się także naszym grobowcem. Nie było czego tu szukać, zawróciliśmy i jak się dało najszybciej pobiegliśmy z powrotem do wyjścia.

Ale w Kanionie nie było wiele lepiej. Pionowe ściany pękały i wielkie kawały skał zwalały się z hukiem na dno, podnosząc tumany pyłu. Stłoczyliśmy się pośrodku otwartej przestrzeni, nie wiedząc co zrobić, kiedy odezwała się Ragana. Jej zdaniem, winni wszystkiemu byliśmy my, to znaczy Oleg i ja, bo trzymające się nas manitou to było zło, przed którym broniły Złotego Króla te mumie, które się nie tak dawno porozpływały w złote kałuże. Cóż, widać tym przedwiecznym złotym świętoszkom przelewanie krwi i wycinanie serc zdało się bardziej zacne, niż hazard w Zadymionym Saloonie,czy zmagania z wrednym manitou we własnej głowie. A może po prostu nie bardzo się lubili z manitou, co jest w sumie zrozumiałe. A że byliśmy na ich terenie i zdaje się rozwaliliśmy ich kapłana czy coś podobnego, nie było innego wyjścia niż uznać ich światopogląd za obowiązujący, przynajmiej tymczasowo. Musieliśmy zatem z Olegiem zniknąć z kanionu, żeby „zło zostało oczyszczone” jak to ujęła Ragana.

Z Olegiem sprawa była prosta, choć bolesna. Wygrzebańcy mają to do siebie, że właściwie nie żyją, tylko manitou siedzący w ich głowach nie pozwalają im iść do światełka na końcu ciemnego tunelu. Więc wystarczyło Olega powtórnie zabić, oczywiście tylko na jakiś czas, bo zwykłe rany nie zabijają Wygrzebańców, ot poleży taki w letargu kilka dni i ocknie się, trochę zły i głodny, ale poza tym całkiem na chodzie. Chciałem to wytłumaczyć Olegowi, ale Danny’emu widać bardzo się spieszyło, bo rzucił tylko „sorry Oleg” i wywalił mu w brzuchu dziurę ze śrutówki. Nasz Wygrzebaniec zwalił się na ziemię, ale wrota się nie otworzyły. Zostałem jeszcze ja. Na szczęście zdążyłem się nauczyć paru fajnych sztuczek, więc pokantowałem szybko i pomknąłem w górę ścian kanioniu jak mucha.
Ledwo wylazłem na górę i pradawne świętoszki uznały że nie ma już w Kanionie „zła”, otwarło się przejście i „dobra” część naszej drużyny mogła wydostać się z pułapki, tyle że musieli zostawić konie i muły, bo przejście otwarło się tylko do połowy. Biedne zwierzaki, mam nadzieję, że znalazła się jakaś litościwa dusza wśród „czystych serc”, która kropnęła je szybko i bezboleśnie, żeby nie musiały zdychać z głodu i pragnienia w tej pradawnej ostoi czystości i prawości.

Wyleźliśmy z pułapki zostawiając za sobą Złoty Kanion, przywalony teraz tonami skał, ale nie zostawiając złota. Ja w każdym razie zabrałem ze sobą pełną sakwę i jeszcze trochę w kieszeniach. Tyle, że nie mamy teraz koni ani mułów, jedzenia, wody, koców i różnych przydatnych drobiazgów. Przydałby się kant tworzący jedzenie, albo konie. Muszę przysiąść do nowego Hoyle’s kupionego w Tobstone po drodze, do którego ledwo zdążyłem zajrzeć. To stare wydanie i mam wrażenie, że znajdę tam to czego potrzebuję. I z prawdziwą przyjemnością zagram z najwredniejszym manitou jakiego znajdę właśnie tu, u wejścia do ruin przeczystego królestwa Złotego Króla.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.