Zaginione miasto

25 luty, 1606, Santo Domingo

Gdy popołudniu powróciliśmy wraz z 6 żołnierzy do miasta, prawie natychmiast okrzyknięto nas wszystkich bohaterami. Żołnierze opowiedzieli o wszystkim chyba szybciej, niż byli w stanie nabijać swe muszkiety walcząc ze zbiegłymi niewolnikami. A potem wieści rozeszły się po mieście błyskawicznie. Wróciliśmy oczywiście do winiarni portowej, aby trochę odsapnąć po wyprawie, ale nim minęły 2 godziny zapukał do naszych drzwi jeden z ludzi kapitana Hernana de Nawarro, naszego starego znajomego, z prośbą abyśmy udali się do znanej tawerny „Kruk” na wieczorne spotkanie. A kapitanowi nie sposób było odmówić…

W Kruku oprócz kapitana oczekiwał nas wielki stół zastawiony wszelkim jadłem z pieczonym prosiakiem pośrodku. Prawdziwa wystawna uczta! Pojawił się też nieznany nam kupiec – Edoardo de Bolivar, który jak się okazało zafundował całe przyjęcie na naszą cześć, jako bohaterów Santo Domingo. Na moje wprawione weneckie oko, sądząc po ubraniu i zachowaniu, kupiec wyglądał na dość majętnego, co od razu poprawiło mi humor. Podczas posiłku wyznał on, że jest miłośnikiem literatury oraz przygód i odkrył pewną książkę „Wyprawy do Indii”, z przed około stu laty, w której autor, Lois Ossoryo, opisuje swą wyprawę w niezbadane góry pośrodku Hispanioli i odkrycie indiańskiego miasta czerwonych chat- Ricagui. Autor wspomina też o wielkim, pięknym klejnocie-karbunkule, który tam widział.

De Bolivar strasznie zapałał chęcią do odkrycia tego miasta Indian i jak można się było domyślić pozyskania owego klejnotu i ewentualnie innych skarbów, które można by tam znaleźć. Problemy jednak miał dwa. Pierwszy to taki, że książka była mocno niekompletna i brakowało, za sprawą cenzury Kościoła, wielkich jej fragmentów, więc nie było istotnych wskazówek np. co do dokładnego położenia miasta, czy niebezpieczeństw jakie można tam napotkać. Drugi to taki, że z powodu Indian, dzikiej dżungli, niezbadanych gór i ponurej sławy tamtych okolic – brak było ochotników, którzy chcieliby się tam wybrać i miasta Ricagua poszukać. Do tej pory Hiszpanie podbili raczej nadmorskie terytoria, a niezbadany środek wyspy pozostawili.

Tak więc kupiec skierował ofertę do nas, abyśmy Ricaguę odkryli. Po naszym powrocie do Santo Domingo obiecywał 10 reali dla każdego z nas. Po moich próbach naciągnięcia go na coś więcej za tak niebezpieczną wyprawę, zaoferował dodatkowo ekwipunek w postaci 2 osłów, jedzenia, dodatkowych pistoletów i innych przydatnych rzeczy. Po naszym powrocie chciał zorganizować wielką wyprawę do miasta i podzielić się zyskami z niej oferując nam 40% z tego co tam znajdziemy. Kapitan miał dostać 10%, a reszta przypadła by kupcowi.

Wyprawa wydawała się nader trudna, ale kupiec miał też asa w rękawie. Parę dni wcześniej natrafił w miejskim więzieniu na człowieka, który był niedawno w mieście Indian. Chris Carter – anglik i pirat, był co prawda dziwnie obłąkany, ale kupcowi udało się od niego potwierdzić istnienie Czerwonych Chat oraz pozyskać przybliżone informacje o lokalizacji miasta. Niestety tego ranka został powieszony, więc nie mieliśmy szans, na rozmowę z nim. Kupiec jednak nalegał, abyśmy pooglądali jego dziwnie wyglądające ciało…

Cała ta wyprawa bardzo ciekawa się dla nas zdawała. Na dodatek przypomnieliśmy sobie prorocze słowa szamana N’Longi, że podobnego miasta szukać powinniśmy. Tak więc przyjęliśmy ofertę de Bolivar’a i po skończonym wspaniałym posiłku, udaliśmy się pooglądać wciąż wiszące na miejskiej szubienicy ciało pirata.

W odsłoniętych miejscach skóra nieżywego pirata pokryta była bardzo dziwnymi bliznami. Jakby po poparzeniach prochem. Niektóre z nich były na innych bliznach, chyba po cięciach. W sumie dziesiątki małych blizn, właściwie wszędzie. No i taki żółtawy odcień całej skóry. Bartholomeu, który ja się okazało, jest całkiem niezły lekarzem, również nie miał pojęcia skąd mogło się to wszystko wziąć. Wielce nas to zdumiało, a wkrótce wspomnienie tego nieszczęśnika miało mnie ocalić.

26 luty, 1606, Santo Domingo

Rankiem próbowaliśmy znaleźć indiańskiego przewodnika po dżungli, jak się okazało bez powodzenia – w mieście nie było Indian, a metysi nie chcieli słyszeć o podobnej, niebezpiecznej wyprawie. No i nikt nie znał odległego środka wyspy. W końcu wpadł mi do głowy znakomity pomysł – więzienie!

Faktycznie w więzieniu szczęśliwie udało się znaleźć pewnego Indiańca Kohoto (a dokładnie w trzech czwartych, bo w jednej czwartej był Hiszpanem). Po szybkich pertraktacjach z kapitanem de Nawarro (jemu też zależało na naszej wyprawie) Kohoto był na wolności i miał nam służyć za przewodnika. Najpierw oczywiście odpowiednio go zmiękczyliśmy, postraszyliśmy, aż w końcu biedak, swym łamanym hiszpańskim, zgodziłby się na wszystko. Wizja wolności była dla niego mocniejsza nawet, niż nieznana dżungla i zetknięcie z przerażającym 7 plemieniem…

No właśnie – od Kohoto dowiedzieliśmy się, że 6 plemion Indian uległo Hiszpanom, ale jedno w samym sercu wyspy nigdy nie zostało zbrojnie podbite. To jedno budziło grozę pozostałych 6 za sprawą tajemnej magii jaką się posługiwało. Cóż, było jednak duża szansa, że za sprawą chorób przywleczonych tutaj przez Hiszpanów przez ostatnie lata, owe plemię zostało mocno przetrzebione, podobnie jak to miało miejsce z innymi narodami z Nowego Świata, z którymi Hiszpanie się zetknęli.

Koło południa, wierząc w swe przeznaczenie i proroctwa N’Longi wyruszyliśmy traktem w stronę gór razem z dwoma załadowanymi osiołkami i naszym indiańskim przewodnikiem.

27-28 luty, 1606, dżungla Hispanioli

Kohoto prowadzi naszą czwórkę nader sprawnie w gęstwinie dżungli. Ciężko zorientować się gdzie właściwie jesteśmy, ale Kohoto twierdzi, że idziemy w dobrym kierunku i zbliżamy się do celu. Pozostaje mu wierzyć. Za każdym razem, gdy pewnie omijamy plątaninę roślinności, czy też gdy Kohoto znajduje kolejne źródło czystej wody, zadaję sobie pytanie, co byśmy bez niego zrobili. Sen ma lekki niczym młoda matka. Kiedy my stoimy na warcie on sobie smacznie śpi, a jednak byle szelest i gotowy jest do działania, często nawet szybciej niż ten z nas, kto akurat wartuje. Trochę też opowiada nam o miejscowej dżungli. Lepszego przewodnika nie mogliśmy mieć.

28 luty, 1606, noc

To stało się na mojej warcie, kiedy moi kompani właśnie szykowali się do snu. Nagle z dżungli wskoczyło w głuchej ciszy 6 ciemnych postaci, z bronią w rękach i natarło na nas. Z początku myślałem, że to Indianie, ale szybko okazało się, że mamy do czynienia z białymi! Wychudzonymi, milczącymi, pokrytymi wieloma dziwnymi, małymi naroślami, no i ten obłęd w oczach, który dodawał im jakby zwierzęcości. Walka była szybka i zażarta, a z tego co pamiętam położyłem 3 z nich, a resztę moi towarzysze. I wtedy moje weneckie szczęście w tej wyprawie mnie opuściło. Nagle zauważyłem, że na lewej ręce, pod skórą coś mi się zagnieździło! Jakby jakaś twarda, dziwna narośl, a kiedy nieoceniony Bartholomeu chciał to nożem wyciąć, nagle straciłem władze w palcach, a pod skórą poczułem jakby ruch! To był jakiś ohydny robal, który coś paskudnego robił z moją ręką! Próby wycięcia go tylko pogarszały sprawę i groziły paraliżem ręki! Przypomniał mi się wtedy nieżywy pirat i posypałem paskudztwo prochem, a Bartholomeu podpalił. Spodziewałem się paskudnego bólu, ale był tylko błysk i swąd palonego ciała. Ku mojej uldze, po robalu pozostało tylko wspomnienie, ale na ręce pozostała mi blizna podobna do tych jak u pirata. Wtedy dotarło też do nas, że tych 6 ludzi, którzy leżeli u naszych stóp ma tego w sobie pełno… Czym prędzej pozostawiliśmy ciała i przenieśliśmy się po nocy milę dalej. Znacznie później przyszedł ból poparzonej i zranionej ręki…

1 marca, 1606

Rankiem znów mieliśmy wizytę – przypadkowo pojmaliśmy wychudzonego, ale zdrowego człowieka, jak się okazało pirata i anglika – bosmana Roba Waters’a. Od niego dowiedzieliśmy się, że Henry Paine – piracki, angielski kapitan, wiedziony angielską, nieocenzurowaną wersją Loisa Ossoryo „Wyprawy do Indii”, również chciał szukać wielkich skarbów w tych górach. Dobrych parę tygodni temu, około 10 dni pieszej drogi stąd, w ustronnej zatoczce, zacumował swój nieduży statek „Juan Espera a Dios” i wraz ze swą załogą 30’stu piratów zapuścił się w góry Hispanioli. W końcu odnalazł w dżungli mityczną Ricaguę! Na miejscu jednak odnaleźli tylko puste indiańskie chaty, oraz zarazę w postaci dziwnych robali. Watersowi i jeszcze jednemu piratowi udało się szczęśliwie zbiec i później wpadli na pomysł, żeby robale wypalać, ale cała reszta piratów, próbowała je w Ricagui bez powodzenia wycinać i szybko znalazła się pod niesamowitym wpływem robali pod skórą. Kompan Watersa nazywał się Chris Carter i to jego ciało na szubienicy widzieliśmy w Santo Domingo. Oszalał, bo wypalił sobie robala w miejscu, które każdy zdrowy mężczyzna uważa za nader cenne i przypłacił to okaleczeniem swych klejnotów. Wszystko się więc nam wyjaśniło.

Waters rzucił się na nasze jedzenie i wielce się ucieszył, że mamy spory zapasy prochu. A w tym czasie, ja odkryłem na swej prawej ręce następnego robala! To była prawdziwa, niewiarygodna zaraza! Nie pomogło, że uprzednio uszczelniłem i powiązałem swe ubranie, pomimo gorąca nosiłem kapelusz i płaszcz – znów mnie dopadło. Z drugiej strony, dobrze, że na ręce, a nie w miejscu, które doprowadziło Cartera do szaleństwa. Na szczęście udało się to paskudztwo znów wypalić. Wtedy też wpadłem na świetny pomysł i zapytałem Kohoto o jakiś miejscowy roślinny specyfik, o paskudnym zapachu, aby odganiał robactwo. Ku mej radości Indianin znał taki środek! Jakiś paskudny owoc miał sok, który śmierdział niczym portowa ladacznica wykąpana w gnojówce, która się przez rok nie myła. Natychmiast rozebrałem się i cały wysmarowałem tym paskudztwem, a w ślad za mną poszli wszyscy inni. Żaden z nas nie chciał mieć z tymi robalami pod skórą do czynienia. A do paskudnego zapachu po jakimś czasie przywykliśmy.

Waters znał dalszą drogę do Ricagui – miasta Czerwonych Chat – i udało się go namówić, aby z nami poszedł, odwiedzić swych dawnych kompanów-piratów, ogarniętych teraz robaczanym szaleństwem. Waters wspomniał też o swym byłym kapitanie, któremu wyrósł dziwny, czerwony klejnot na karku i który prawdopodobnie jakoś sterował swymi robaczywymi podwładnymi. Czyżby to tego osławionego klejnotu szukaliśmy?

Późnym popołudniem dotarliśmy na miejsce wśród dżungli. Całość miasta chroniła wysoka na 2,5 metra drewniana palisada. Szybko przekonaliśmy się, że znaczna część oszalałych piratów jest w środku, bo widzieliśmy jak chodzą pomiędzy chatami. Weszliśmy więc przez jeden w wyłomów w palisadzie do środka i skradając się dotarliśmy do pierwszej okrągłej chaty. Wartowników nie było. Miasto to była chyba zbyt wielka nazwa, na to co zobaczyliśmy – może z 10 okrągłych, niedużych chat i jedna większa pośrodku. Gdzie więc to miasto? Gdzie skarby, płaskorzeźby? To była raczej mała wioska… Miało się to jednak wkrótce wyjaśnić.

Tymczasem w pierwszej chacie natrafiliśmy na dwóch oszalałych piratów, których po szybkiej i cichej walce zabiliśmy. Wtedy po raz pierwszy jeden z robaków przeskoczył na brzuch Juan’a, który bardzo się tym zdenerwował i pomimo naszych próśb o ciszę natychmiast sobie go wypalił. No i się zaczęło. Z pomiędzy chat zaczęli wychodzić nawiedzeni piraci i kierować się na nas, a my uciekliśmy do wyłomu w palisadzie, aby tam stawić opór.

Doszło do prawdziwej bitwy. Ja, Luis i Juan zasłanialiśmy wyłom i przyjmowaliśmy kolejne fale piratów, którzy mogli atakować nas tylko we trzech na raz. W tym czasie Bartholomeu wskoczył Kohoto „na barana” i ze swych pistoletów ostrzeliwał atakujących z góry. Zabiłem 2 piratów, kiedy następny rzucił się na mnie z pirackim toporem i potężnym ciosem w pierś paskudnie zranił. Poleciałem w tył oszołomiony. Następne wydarzenia pamiętam jak przez mgłę, podczas gdy moi towarzysze dalej walczyli, a miejsce w wyłomie po mnie zajął Waters, któremu przyszło walczyć z byłymi towarzyszami. Najważniejsze, że w końcu wygraliśmy! Zabiliśmy kilkunastu piratów, ale oprócz mnie Juan też został dość poważnie ranny.

Ledwo stałem na nogach od odniesionych ran. W panice szukaliśmy robali po swoich ciałach. I znów ja byłem największym pechowcem – namierzyłem u siebie robala, tym razem na nodze. A więc indiańskie paskudztwo nie do końca je odstraszało, albo na piratach było ich po prostu za dużo. I po raz kolejny wypalenie pomogło, a ja dorobiłem się kolejnej blizny. Ze wstydem przyznaje, że chciałem się wycofać w dżunglę, aby Bartholomeu zajął się trochę w spokoju naszymi ranami, ale moi towarzysze postanowili zaatakować od razu. Część z piratów wyszła w dżunglę na patrole i sądzili, że piracki kapitan będzie sam w wiosce. Chcieli go dorwać, dopóki sytuacja nam sprzyjała. Mnie i Juana z pistoletami wysłali bokiem, abyśmy ostrzeliwali kapitana, a sami poszli środkiem w kierunku głównej chaty wioski.

Próbowałem się skradać, ale ponieważ ledwo szedłem niezbyt dobrze mi to wyszło. Kiedy minąłem jedną z indiańskich chat zostałem zauważony i jakiś pirat – przyboczny swego kapitana, ruszył na mnie. Zdążyłem oddać w jego kierunku salwę z dwóch pistoletów i lekko go zranić, kiedy mnie dopadł i zaczęliśmy walczyć stalą w naszych rękach. Z tyłu widziałem jak moi towarzysze przed główną chatą natarli na dwóch kolejnych piratów, w tym mężczyznę z klejnotem na karku, ale nie szło im za dobrze – co chwilę odbiegali gdzieś, łapali się za głowy, a czasem nawet nacierali na siebie nawzajem. Z pewnością jakieś robaczywe czary musiały za tym stać. Nie widziałem co było dalej, bo pirat przede mną wykorzystał moje osłabienie i parę razy mnie zahaczył. W końcu, poczułem, że całkiem brak mi sił i straciłem przytomność.

Kiedy się ocknąłem Bartholomeu pochylał się nade mną. Przeżyłem! Nawiedzeni piraci pokonani! Klejnot-karbunkuł na karku kapitana Paine’a okazał się w istocie wielkim, czerwonym robalem, który został posiekany i wypalony. Najwyraźniej była to jakaś królowa robaczana, która wszystkim sterowała, a przy okazji wyglądała jak klejnot. Z opowieści mych towarzyszy wynikało, że za sprawą jakiś czarów starcie zaczęli przegrywać, ale wtedy wezwali szamana N’Longę na pomoc, który magicznym sposobem wszedł w Kohoto i swymi czarami pomógł zabić sterowanego robalem kapitana. Zadziwiające!

Zabity kapitan Paine miał przy sobie nieocenzurowaną przez kościół, angielską wersję książki: „Wyprawy do Indii”. To dzięki niej piraci przybyli w to miejsce. Tym razem wszystkie tajemnice mogliśmy poznać. Dowiedzieliśmy się o dziwnym indiańskim rytuale, który miał miejsce w tej wiosce przed wielu laty, kiedy byli tu jeszcze indianie. Za sprawą soku z tutejszej rośliny, traciło się świadomość i przenosiło jakby do prawdziwego miasta z piramidą pośrodku, gdzie grasował przerażający potwór i gdzie można było zobaczyć dziwne płaskorzeźby… A więc o tym mówił nam N’Longa i to właśnie było naszym przeznaczeniem!
Z początku wydawało mi się to czystym szaleństwem, ale potem proroctwa szamana i własna ciekawość wzięły górę. Poprosiliśmy Kohoto o zebranie tej rytualnej rośliny i uzyskanie jej soku. Wypiliśmy go w czwórkę i zaczął się nasz niewiarygodny wspólny sen. Do dziś zastanawiam się co z niego było prawdą, a co tylko naszymi omamami, pod wpływem trucizny w tej miejscowej roślinie.

1 marca, 1606, sen

Ocknęliśmy się wewnątrz kamiennej, sporej budowli. Najwyraźniej dość starej. W pobliżu była wąska studnia w głąb, a na zewnątrz prowadził otwór w ścianie. Mieliśmy swą broń i wciąż czułem się ranny. Dziwne jak na sen. Kiedy z zaciekawieniem wyjrzałem na zewnątrz, zobaczyłem dżunglę oraz wielki kawałek jakiegoś przerażającego potwora, jakby wielkiej stonogi. Na jego widok krew zastygła mi w żyłach, a pot wstępił na czoło. Czegoś takiego nigdy przedtem w życiu swym nie widziałem. Prawdziwa zgroza. Stwór poruszał się dookoła naszej budowli, a raczej piramidy ze schodami, na której szczycie byliśmy. Trochę podobnej do egipskich piramid z okolic tureckiego Kairu, które widziałem w kilku weneckich księgach.

Na zewnątrz nie odważyliśmy się wyjść z uwagi na potwora. Pozostała studnia. Pierwszy zsunął się w wąski otwór Juan, opierając plecy i ręce na ściankach. Po chwili chciałem schodzić za nim, kiedy zaczął wrzeszczeć jak opętany ze strachu i z gracją pająka oraz szybkością wiewiórki, wdrapał się z powrotem do nas, mamrotając coś o strasznych płaskorzeźbach i ściskających go ścianach. Ciekawość i chęć poznania wyprorokowanych tajemnych płaskorzeźb powiodła mnie i resztę towarzyszy w dół. Niewiele z tego doświadczenia racjonalnie pamiętam. Było jakieś małe pomieszczenie, w całości pokryte płaskorzeźbami, które wymykały się ludzkiemu poznaniu. Były jakby nie z tego świata. A jednak oddziaływały w jakiś magiczny sposób na nas i jakby odcisnęły w nas swoje piętno. Nagle dotarło do mnie, że znam nawet pieśń, aby przepędzić potwora, a raczej strażnika tego miejsca, a płaskorzeźby są wytworem Istot z Gwiazd.

Nie pamiętam nawet jak dotarliśmy na górę. Juan już na szczęście doszedł do siebie. Nagle zobaczyliśmy cień, a potem łeb potwora i część jego ciała wślizgnęła się do środka i zaatakowała zębami i jakimiś mackami Juana! Zaczęliśmy bez rezultatu strzelać, dźgać, a Juan bronił się rozpaczliwie, aż w końcu zaśpiewał magiczną pieśń Istot z Gwiazd, a przerażający strażnik odpełzł. Nasz sen nagle rozwiał się i na powrót byliśmy w głównej chacie opuszczonej indiańskiej wioski. Czuliśmy jakoś, że N’Longa jest z nas zadowolony, choć zupełnie nie rozumieliśmy celu naszej sennej wyprawy.

2 marca, 1606, dżungla Hispanioli

Rankiem znaleźliśmy w dżungli kilku nowych martwych piratów. Najwyraźniej brak robaczej matki, spowodował ich śmierć. Ze wszystkich piratów żywym pozostał tylko nasz towarzysz – bosman Waters. A o 10 dni marszu od nas stał na kotwicy pusty statek piracki „Juan Espera a Dios”, przez Watersa zwany „Wiecznym Tułaczem”. Wtedy właśnie Juan przyznał, że jest w istocie pirackim kapitanem, który zmuszony był ukrywać się. Mieliśmy więc kapitana, pilota i być może pierwszego oficera – Bartholomeu, Bosmana Watersa, mnie jako 2 oficera i Luisa jako marynarza. Waters twierdził, że nasza piątka wystarczy, aby popłynąć. Wybór dalszej drogi stał się oczywisty. Kto wie, gdzie poniosą Nas karaibskie prądy?

Tomek Funky Kowalski

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Solomon Kane ,

Comments are closed.