Wsiąść do pociągu byle jakiego…

Opowieść siódma wg Tima

Udało nam się wyrwać ze Złotego Kanionu w całości i ze złotem, ale bez większości rzeczy, koni i mułów, za to z jednym nieprzytomnym kowbojem do dźwigania. A właściwie dwoma, bo anatom Danny zasłabł, ledwo opadł kurz po zawalonym Kanionie. Tak więc przyszło nam iść pieszo po skalistym pustkowiu przeszło dwadzieścia mil we dwóch z Elwoodem, wlokąc każdy po jednym z nich,. Nasza trójka pań dostała do niesienia złoto, broń i prowizoryczny bukłak z wodą, zrobiony ze skórzanego płaszcza Olega. Tak przeszliśmy dwa dni, bez jedzenia, a potem też bez wody, spoceni w dzień i zmarznięci w nocy, aż trzeciego dnia z najmniej spodziewanej strony nadeszła pomoc.

Pamiętacie, jak jadąc w tamtą stronę zawadziliśmy, chcąc nie chcąc, o indiańskie zawody we wspinaczce po linie, z podwieszoną na tej linie drewnianą platformą, z szalejącym na tej platformie wielkim, wściekłym Indiańcem, nazywanym „Syn Grizzly”? Jak nie pamiętacie, to jesteście tumany. Ale oprócz tego łatwego do zapamiętania Indiańca, była w tej wiosce cała masa innych Indiańców, z wodzem „Czerwona Skała” na czele. Tenże wódz czekał na nas jak gdyby nigdy nic przy pierwszych krzaczkach jakie zobaczyliśmy od wyruszenia z tego przeklętego Złotego Kanionu. Nakarmił nas, napoił, pożyczył konie i ciepłe ubrania, w zamian prosząc o przysługę dla siebie i swojego plemienia.

Sprawa była taka, że ich szaman „Wirujący Zapach Wiatru” zobaczył w wizjach jakieś wielkie zło, połączone złe czary Białych i Czerwonych, które wkrótce zagrozi całemu ich plemieniu, a także plemionom Bladych Twarzy, mieszkających wokół wioski, nazywanej Albuquerque. Do tego duchy powiedziały szamanowi, że to my akurat możemy dać temu złu solidnego kopa i stąd to, jakże miłe, przyjęcie na pustyni. Jako, że zwykle pakujemy się w kabałę z własnej i nieprzymuszonej woli, nie wybrzydzaliśmy i tym razem, ochoczo obiecując wodzowi zajęcie się sprawą na nasz własny, unikalny sposób. „Czerwona Skała” wyglądał na wzruszonego, o ile Indianiec potrafi być wzruszony i obiecał nam przysłać do wioski Bladych Twarzy potężną broń, która ma nam pomóc rozprawić się z wielkim złem. Tą bronią był stary, kamienny nóż, który należał kiedyś do wielkiego szamana „Białego Niedźwiedzia”, którego duch cały czas opiekował się ostrzem. Ale tymczasem noża nie dostaliśmy, bo był jeszcze niegotowy, za to dostaliśmy (pożyczone) konie, prowiant, indiańskie derki i koce i życzenia powodzenia w drodze do Albuquerque.

Do miasta dojechaliśmy bez problemu i zaraz na początku pojechaliśmy do banku, spieniężyć nasze złoto. Podzieliliśmy pieniądze po równo, bo przy uciekaniu z Kanionu niektórzy pogubili wszystko co wynieśli, a przecież byliśmy drużyną – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, jak u Dumasa. Wyszło tego i tak całkiem sporo, po 1400 dolarów na łebka! Można się za to ustawić na całe życie, ale żaden z nas jakoś o tym nie pomyślał, widać spokojne życie to nie dla nas. Za to nasze towarzyszki widać miały już dość przygód, bo podziękowały nam grzecznie za wszystko, wsiadły w pociąg i odjechały do domu.

Co prawda umowa z Indianami „Czerwonej Skały” była taka, że to oni nas znajdą i opowiedzą więcej o tym wielkim złu, które mieliśmy wytropić i zniszczyć, ale sami wpadliśmy na trop, ledwo tylko zainstalowaliśmy się jako tako w Albuquerque. Dwa miasteczka, Algodones jakieś 40 mil na północ i Sabinal niecałe 100 na południe od miasta, wyludniły się całkowicie z dnia na dzień. Oficjalna wersja przybita na tablicy przy biurze szeryfa mówiła o zarazie i zabraniu ludzi przez wojsko do jakiegoś fortu, ale miejscowi twierdzili, że to bzdury. Mieli własne wersje, bardzo różne i pewnie równie prawdziwe jak oficjalna, ale wiadomo było, że sprawa jest podejrzana. Pierwsze miasteczko opustoszało jakieś półtora miesiąca temu, a drugie jakieś trzy tygodnie temu, więc jeśli to jakiś cykl księżycowy czy inny, wypadało że czas na kolejne.

Próbowaliśmy dowiedzieć się więcej od miejskiego szeryfa, który jednak nas zbył oficjalnymi bzdurami i od miejscowego lekarza, który jednak niewiele wiedział, poza tym że to raczej nie zaraza. Uderzyliśmy więc jeszcze raz do szeryfa, tym razem prywatnie, po godzinach, bo szeryf lubił sobie wypić po służbie i tym razem dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy. Mianowicie sprawa była rzeczywiście bardzo dziwna, w żadnym z dwóch miasteczek nie było żadnych śladów, ani walki, ani ucieczki, ani jakiegoś potwora, ot po prostu, jakby wszyscy ludzie nagle odparowali. No, może niedokładnie, bo oprócz samych ludzi brakowało też różnych drobiazgów, na przykład torby lekarza, czy broni szeryfa. Ale żadnych świadków – w Sabinal oprócz wszystkich miejscowych zniknął też bawiący tam akurat zastępca szeryfa okręgowego i jeden z Rangerów, a w tym drugim miasteczku zniknął z celi nawet aresztant, choć może po prostu uciekł, bo cela była otwarta. Przyszedł mi do głowy wielki balon, do którego ktoś zwabił wszystkich mieszkańców miasteczek i porwał ich, ale potem okazało się, że oba miasteczka leżały przy linii kolejowej, więc może wszyscy odjechali pociągiem? Tylko dokąd?

Szeryf był już mocno pijany, ale dodał jeszcze, że więcej wiedzieli tylko Texas Rangerzy i szeryf okręgowy Frank Oldman, który na początku prowadził śledztwo zanim nie pojawili się Rangerzy i który nadal, niejako prywatnie, badał sprawę. Kilka dni temu wyjechał z Albuquerque, sprawdzić małe miasteczka leżące na Wschód, więc pewnie w którymś z nich go znajdziemy, bo wszystkie są przy trasie kolei. Postanowiliśmy wyjechać zaraz rannym pociągiem, zabierając oprócz naszych nowych koni także pożyczone indiańskie, żeby je oddać jeśli pojawią się przypadkiem nasi Czerwoni Bracia. Ale jeszcze zanim wybrailśmy się w drogę, Oleg wyzwał na pojedynek jakiegoś miejscowego zabijakę, który strzelał się dla pięniędzy i który miał już na sumieniu siedmiu kowbojów, na czym dorobił się całkiem niezłego grosza. Pojedynek odbył się za miastem wczesnym rankiem i Oleg zastrzelił tego drugiego, wygrywając tysiąc dolców w pieniądzach i koniach. Tak, że kiedy wsiadaliśmy do pociągu wyglądaliśmy już jak jacyś hodowcy koni i tak też nas zapamiętali mieszkańcy miasteczka San Jose, w którym w końcu zastaliśmy szeryfa okręgowego Oldmana.

Ledwo tam przyjechaliśmy, wiedzieliśmy że dobrze trafiliśmy, bo poczuliśmy dziwnie znajome wrażenie przygnębienia i przyczajonego zła. Ale na razie wszystko wyglądało bardzo spokojnie: saloon z hotelem, sklepy, biuro szeryfa i sam szeryf zamiatający werandę, z lekko zasuszoną różą w klapie, której noszenie zaleciła mu żona, żeby „poprawić wizerunek”. Jedyny obcy w miasteczku, o którym się dowiedzieliśmy, to jakiś zegarmistrz, chyba Niemiec, na którego postanowiliśmy mieć oko, w razie gdyby jego zegarki miały jakiś związek ze znikaniem ludzi. Tymczasem rozejrzeliśmy się trochę i bez problemu znaleźliśmy szeryfa Oldmana i jego zastępcę w saloonie „Młody bizon”. Wyłożyliśmy kawę na ławę i udało nam sie przekonać go, że powinien nam zdradzić o co naprawdę chodzi w sprawie tych wyludnionych miasteczek. Było wesoło, kiedy szeryf ryknął na cały saloon: „rekwiruję tę budę na czas śledztwa, wszyscy wypieprzać” i przestraszeni kowboje posłusznie „wypieprzyli”.

Ale do rzeczy. Okazało się, że luźny pomysł z ludźmi wyjeżdżającymi z miasteczka pociągiem nie był być może taki do bani, bo jakichś dwóch pastuchów, wypytywanych przez Oldmana i jego ludzi zeznało, że faktycznie widzieli jakiś nocny pociąg, którego nie było w rozkładzie, jadący z Algodones tej nocy, kiedy zniknęli stamtąd wszyscy mieszkańcy. Jeden z tych pastuchów mówił coś nawet o czarnej chmurze, otaczającej ten tajemniczy pociąg. Zastępca Oldmana twierdził, że znalazł jakieś czarne gluty przy torach na dworcu w Sabinal, ale szeryf tego nie potwierdził. Tak, czy owak, wyglądało na to, że do miasteczek przyjeżdża jakiś pociąg, ludzie wsiadają i pociąg odjeżdża w nieznane. Możliwości były dwie – albo jest w okolicy jakaś bocznica, na której ten tajemniczy pociąg stoi przez trzy tygodnie między porwaniami, albo to jest pociąg do piekła, o którym gdzieś czytałem w powieściach groszowych.

Niedługo po rozmowie z szeryfem do miasteczka przyjechali Indianie. Było ich co prawda tylko dwóch: wódz „Czerwona Skała” i plemienny osiłek „Syn Grizzly”, ale w miasteczku zapanował popłoch, jakby przyjechała ich cała setka. „Czerwoni Bracia” przywieźli nam obiecaną cudowną broń do pokonania zła, czyli mały kamienny nożyk, w którym jednak według słów Indian zaklęta była wielka moc. Kiedy tak staliśmy, rozmawiając jak gdyby nigdy nic z Indianami, których mieszkańcy San Jose zdawali się bać jak ognia, podbiegła do nas jakaś zapłakana kobieta z małym dzieckiem na ręku. Wyrzuciła z siebie, że ma już piątą noc z kolei koszmary, a dziś wykwitła jej na piersi czarna plama, oznaczająca w jej rodzinie rychłą śmierć i że prosi o zaopiekowanie się jej dzieckiem, żeby choć ono ocalało. Nie mieliśmy po co zabierać małego, skoro mieliśmy się wybrać na wielkie zło, ale nieoczekiwanie „Czerwona Skała” okazał zrozumienie i serce, zabierając zapłakanej matce dziecko i obiecując wychować go na prawdziwego wojownika. Potem Indianie pożegnali się i pojechali, zabierając swoje konie, a „Syn Grizzly” porobił jeszcze na odchodnym groźne miny, jakby spodziewał się, że wielkie zło wypełznie zza rogu i da się wyzwać do pojedynku na noże.

Wszystko wskazywało, że tej nocy czeka nas próba i trzeba się przygotować, ale każdy z nas zrozumiał to inaczej. Ja poszedłem szukać agenta kolejowego, aby dowiedzieć się o możliwe zapomniane bocznice, objazdy i inne drogi ucieczki tajemniczego pociągu. Za to moi kompani wrócili do saloonu, gdzie po krótkiej pogawędce z podejrzanym niemieckim zegarmistrzem i kupieniu od niego złotego zegarka, bawili się wesoło aż do późnego wieczora w towarzystwie miejscowych dziewczynek, dodając sobie animuszu kolejnymi szklaneczkami whisky. Jako że agent już spał, wpadłem na inny pomysł. Poszedłem do kowala i kupiłem od niego łom i młot, tak żeby dało się tym rozebrać kawałek torów. Skoro żaden pociąg nie ma przyjechać do San Jose przed świtem, jeśli coś mimo wszystko przyjedzie to będzie to. Na dworcu spotkałem Danny’ego, który jako pierwszy otrząsnął się z radosnej atmosfery i poszedł poszukać tych czarnych glutów, o których wspominał zastępca szeryfa. Razem wyciągnęliśmy z torów kilka gwoździ, tak żeby dało się jednym uderzeniem młota rozłączyć szyny i czekaliśmy.

Zanim jednak doczekaliśmy się tajemniczego pociągu poczuliśmy obaj jak mistyczna fala przechodzi przez całe miasteczko. Jakaś potężna moc objęła San Jose w posiadanie, wygnała manitou z saloonu, gdy próbowałem się czegoś od nich dowiedzieć i spowiła całą okolicę ciężkim tumanem grozy. Jednym uderzeniem młota rozbiliśmy tor i pognaliśmy z powrotem do miasteczka, po drodze zgarniając Olega i Elwooda, którzy skończyli się bawić i wyruszyli nas szukać. Dojechaliśmy do drzwi saloonu, nie napotykając żywego ducha, ale nagle z daleka dobiegł nas gwizdek nadjeżdżającek lokomotywy. Doszedł od strony Albuquerque, a więc tam, gdzie rozłączyliśmy tory. I wtedy nagle wszystko się zmieniło.

Nad San Jose rozbłysło jasne słońce, w powietrzu zapachniało wiosną i wokół rozćwierkały się ptaki. Poczuliśmy radosne podniecenie przed czekającą nas daleką podróżą. Nie było czasu do stracenia, na stację wjeżdżał właśnie piękny pociąg, którym mieliśmy wyruszyć w nieznane. Każdy z nas wziął swój bagaż i radośnie pospieszyliśmy na spotkanie z przygodą. Razem z nami szli wszyscy mieszkańcy San Jose, każdy podniecony i uradowany podobnie jak my. Wsiedliśmy do eleganckich salonek, drzwi się zamknęły, rozległ się gwizdek lokomotywy i pojechaliśmy.

Jechaliśmy pośród skąpanych w słońcu prerii i kanionów, aż wjechaliśmy w wąskie wąwozy, zrobiło się ciemniej i jakby trochę ponuro, ale nadal jechaliśmy wyczekując celu. Jakiego jednak – nie wiedzieliśmy. Nagle poczułem ukłucie w szyję, krajobraz pociemniał jeszcze bardziej i nagle iluzja rozwiała się, ustępując miejsca największemu koszmarowi, jakiemu musiałem stawić czoła podczas całej włóczęgi po Dziwnym Zachodzie. Siedzieliśmy w brzuchu wielkiego potwora, na mięsistych wypustkach udających siedzenia, z wolna trawieni skapującymi z „sufitu” sokami trawiennymi. Wokół nas, pogrążeni w letargu siedzieli nieruchomo mieszkańcy San Jose, niewidzącymi oczyma wpatrując się w iluzyjne krajobrazy migające za wyobrażonymi oknami. Ci bliżej „ścian” byli już częściowo rozpuszczeni sokami trawiennymi i pewnie nie żyli, ci bliżej środka, jak my, mieli więcej szczęścia. Nade mną stał Oleg, ciężko dysząc, bo zaduch był niemiłosierny, z kamiennym indiańskim nożem w ręku. To dotyk tego kamiennego ostrza i zadana nim ranka przywróciła mnie i pozostałych do świadomości.

Opanowaliśmy jakoś zgrozę, która nas ogarniała i zaczęliśmy działać. Nie było wiele czasu, bo wypełniające brzuch potwora gazy sprawiały, że mroczki latały nam przed oczyma. Nóż! Indiańskie kamienne ostrze miało zbawienny wpływ na stwora. Jego ciało jakby uciekało przed nożem, tak że można było nim „otworzyć” brzuch potwora i poczuć zbawienny powiew nocnego powietrza owiewającego upiorny „pociąg”. A także przecisnąć się przez otwór i uciec z tej pułapki. Kolejno Oleg, Elwood i Danny opuścili pędzącego stwora. Dwa razy próbowałem zabrać jakiegoś dzieciaka i dwa razy mi się nie udało, a siły mnie opuszczały i w końcu dałem za wygraną i wyskoczyłem za pozostałymi. Wielkie, na pewno ponad dwustustopowe monstrum przemknęło obok mnie z oszałamiającą prędkością, biegnąc na setkach małych odnóży, niczym kolosalna skolopendra i wymachując małym ogonkiem. Zanim roztopiło się w nocnych ciemnościach zauważyłem siedzące na nim trzy postacie, jedna jakby kobieca, gdyby nie coś na kszałt futra na plecach. Potem koszmar zniknął w ciemności, jakiś czas słychać jeszcze było tupot setek odnóży i drżenie ziemi, a potem nastała cisza. Pozostały jednak dość wyraźne ślady, wydrapane w ziemi, po których mogliśmy ścigać stwora i jego tajemniczych jeźdźców.

Odnaleźliśmy się i na złotym zegarku Olega, zakupionym ledwo kilka godzin temu od niemieckiego zegarmistrza w San Jose, sprawdziliśmy godzinę. Wyszło że pędziliśmy w potwornym pociągu jakieś trzy godziny, więc nie było co wracać do opustoszałego miasteczka na piechotę. Danny obandażował nam więc poranione stopy, bo nasze buty rozpadły się, strawione niemal doszczętnie przez potwora i ruszyliśmy naprzód tropem upiornego „pociągu”. Szliśmy jakąś godzinę, zanim w świetle księżyca zauważyliśmy lśniącą w oddali taflę jeziora. Ślady prowadziły prosto w tamtym kierunku. Coś nam mówiło, że zbliża się kres pościgu.

Jednak zanim przeszliśmy połowę drogi do jeziora wyjechało nam naprzeciw trzech kowbojów. Mieliśmy ich zastrzelić od razu, ale najpierw nie byliśmy pewni co to za jedni, potem straciliśmy atut zaskoczenia i chcileliśmy go odzyskać, dość że w końcu musieliśmy stoczyć z tym trzema, a właściwie dwoma, bo jeden z miejsca pogalopował z powrotem zawiadomić resztę, prawdziwą bitwę. Tamci pozamieniali się w jakieś pół-wilki, pół-ludzi, ale kropili z Winchesterów całkiem celnie i do tego widzeli świetnie w ciemności, a nawet w magicznej mgle. Kiedy wreszcie padli, z oddali nadjechało następnych czterech, ale tu już nie bawiliśmy się w podchody, tylko zza skałek zdjęliśmy, a właściwie moi kompani zdjęli dwóch, a reszta stchórzyła. Na zdobycznych koniach, doposażeni w zdobyczne karabiny pogalopowaliśmy ich śladem i niedługo zobaczyliśmy siedlisko całego tego plugastwa.

Nad brzegiem jeziora była kiedyś całkiem spora farma, ale teraz budynki były w większości popalone, albo zmurszałe i z pozapadanymi dachami, jedynie stodoła ostała się w dobrej kondycji. W tej stodole coś się działo, bo widzieliśmy sączące się stamtąd światło i słyszeliśmy słabo jakieś zaśpiewy. Od brzegu wybiegała w jezioro wąska kamienna grobla, dochodząca do małej, skalistej wysepki, oddalonej od brzegu jakieś kilkadziesiat jardów. Koło grobli, wpół zanurzony w jeziorze, leżał ten wielki potwór, udający nie tak dawno temu pociąg, a z jego wnętrza indianie wynosili ciała pechowych pasażerów. Właśnie kiedy zsiadaliśmy z koni tamci skończyli i potwór z siedzącą na jego grzbiecie porośniętą w połowie futrem Indianką zanurzyli się w toń jeziora. Ale po grobli biegło ku zrujnowanym zabudowaniom dwóch innych Indian, a za nimi wielki, futrzasty i zębaty potwór – Wendigo. Na końcu grobli Indianie wskoczyli do wody, a Wendigo pobiegł dalej i skoczył w kierunku jednego z pół-wilczych kowbojów, za którymi tu przyjechaliśmy. Ten, widząc stwora, rzucił się do ucieczki, stwór za nim i obaj zniknęli za stodołą. Kiedy i my zbiegliśmy ze skałek na dół dobiegł stamtąd przejmujący ryk trwogi, urwany nagle i zastąpiony przez głośne warczenie i mlaskanie.

Rzuciliśmy się ku stodole, przeczuwając, że odbywa się tam jakiś rytuał, który należało przerwać. Manitou wyostrzył mój wzrok tak, że widziałem swobodnie w nocy i bez problemu dojrzałem czającego się na dachu kultystę, a że miałem w ręku strzelbę, wygarnąłem do niego z jednej lufy i dosłownie rozwaliłem na kawałki. Danny wypalił do drugiego, który wyskoczył ze stodoły i też go zranił , ale w tym momencie zza rogu wypadł jakiś Indianiec, a za nim Wendigo.

Wypaliłem do potwora z drugiej rury, ale efekt był mizerny, inni też dali ognia, Indianin padł, ale Wendigo nie przejął się tym zbytnio, dał długiego susa i zamachnął się pazurzastą łapą i byłby mnie rozszarpał, gdybym nie rzucił się panicznie do tyłu. W tym momencie sytuacja zrobiła się groźna – na dachu pojawił się kolejny pół-kowboj, pół-wilk z karabinem, a ze stodoły wyszedł, otoczony czarną migotliwą chmurą nie kto inny jak szeryf okręgowy Frank Oldman!

Tak więc to on za tym wszystkim stał! Trzeba mu przyznać, że był sprytny, zwiódł nie tylko nas, ale i Texas Rangerów! Ci kowboje-wilki to byli jego akolici, ale Indianie na pewno byli z sekty Kruka, bo nosili czarne pióra. A więc, jak przepowiedział „Wirujący Zapach Wiatru”, zła magia Indian i białych połączyły się, by stworzyć to miejsce, potwora – pociąg, Wendigo i kto wie co jeszcze. Musieliśmy im stawić czoła.

Wrogowie otaczali nas, kowboj na dachu i drugi, ranny w drzwiach stodoły, Wendigo przede mną i Oldman, przygotowujący właśnie jakiś paskudny czar. Postanowiłem uderzyć w sam łeb hydry – rzucić paskudnego manitou na Oldmana, żeby go skrępował magicznymi więzami. Mógłby sobie wtedy czekać na koniec walki, powiązany jak baleron. Ale jak na złość, znowu dostałem kopa od wrednego jokera i wylądowałem na mistycznej glebie. A moment później wylądowałem też na glebie fizycznej, kiedy szponiasta łapa Wendigo szarpnęła mnie i zwaliła z nóg. Zrobiło mi się ciemno przed oczyma i zapadłem w otchłań nieświadomości.

Następną rzeczą, jaką pamiętam było drżenie ziemi, kiedy wielki potwór, ten sam który wcześniej był pociągiem, przebiegał tuż koło mnie, usiłując stratować Olega. Jak się potem dowiedziałem sporo się działo podczas mojej duchowej nieobecności. Danny padł niedługo po mnie i nasze szanse zmalały gwałtownie, ale Elwood i Oleg nie poddali się. Elwood wyszarpnął zza mojego pasa ten niepozorny indiański nożyk, który uratował nam skórę we wnętrzu potwora i wbił go w pierś wielkiego Wendigo. I nagle z wielkiego potwora został mały, pomarszczony staruszek. Pokrywały go malunki, brakowało mu końca nosa, uszu, niektórych palców, jednym słowem – zły szaman, który rozmienił się na drobne, targując się ze złymi duchami. Był tak zdziwiony nagłą przemianą, że nic nie zrobił, zanim Elwood nie pogłębił mu dziury w brzuchu i nie pozbawił przytomności.

Potem obaj z Olegiem przypadli do ściany stodoły, by uniknąć ognia wilkołaka z dachu. Oldman i drugi kultysta schowali się z powrotem w stodole, ale pojawił się kolejny przeciwnik. Z wody wypełzł wielki stwór z indiańską wiedźmą na „dachu” i rozpędziwszy się, zaszarżował na dwóch bohaterskich kowbojów. Przychaczył kawał stodoły i zwalił jeden z podtrzymujących dach słupów, ale Elwood i Oleg zdążyli usunąć się z drogi. W tym też momencie ja się ocknąłem, jak wyżej.

Danny leżał nieopodał nieprzytomny, podobnie jak zasuszony indiański szaman. Ze stodoły na powrót doszły nas zaśpiewy i byliśmy pewni, że Oldman szykuje coś paskudnego. Wielki potwór ze swym jeźdźcem na grzbiecie właśnie zawracał i szykował się do kolejnej szarży. Na szczęście Elwood strącił z dachu ostatniego czającego się tam wilkołaka, więc chwilowo nikt do nas nie strzelał. Załadowałem strzelbę, szykując się do ostrzelania wiedźmy na potworze, kiedy będzie koło nas przebiegać.

Potwór ruszył do szarży, wszyscy uskoczyliśmy z drogi, ale zdaje się, że o to chodziło siedzącej na nim Indiance, bo w biegu schyliła się po leżące na ziemi bezwładne ciało starego szamana i pochwyciwszy je, skierowała monstrum na powrót do jeziora. Wielka fala wzburzona cielskiem potwora zakryła nam na chwilę widok, Oleg i Elwood strzelali, próbując strącić Indiankę, ale chybili i stwór zniknął w ciemnościach nocy, gdzieś na jeziorze, wraz ze swym jeźdźcem i nieprzytomnym szamanem. Wpadliśmy do stodoły tylko po to, by zobaczyć jak Oldman umyka w chmurze czarnego dymu, zostawiając rannego kultystę, rozstrzelanego zaraz przez moich kompanów. Wyglądało na to, że wygraliśmy, ale główni zbrodniarze uciekli. Powiedzmy – remis.

Dobudziliśmy Danny’ego i rozejrzeliśmy się po siedlisku kultystów. W stodole znaleźliśmy zwalonych na kupę w prowizorycznych klatkach ludzi z San Jose, nieco ponad czterdziestkę, w tym zastępcę Oldmana. Wszyscy byli mniej lub bardziej ranni w wyniku trawienia w brzuchu stwora, ale żywi. Zajęliśmy się nimi z Dannym i wszyscy raczej będą żyli. Wokół paleniska na środku, z którego dobyła się czarna chmura, w której zniknął Oldman, leżały cztery świeże ciała, zapewne zabici w rytuale. Przeszliśmy się też groblą na małą skalistą wysepkę, gdzie pośród kupy kości, w większości dzieci, znaleźliśmy małego, bo zaledwie dwudziestostopowego potwora, podobnego do tego wielkiego, tyle że z mackami. Broniła go druga porośnięta futrem Indianka, ale wystrzeliliśmy ją z dwururki w jezioro, a potwora rozwaliliśmy na kawałki.

Wstało słońce i oświetliło pobojowisko, ocaleni ludzie wylegli z swego niedoszłego miejsca kaźni, wciąż jeszcze półprzytomni po tym co przeżyli, ale już zaczynając sobie zdawać sprawę z tego co się stało. Tu i ówdzie rozległy się lamenty, gdy matki szukały dzieci i nie mogąc znaleźć, domyślały się strasznej prawdy. Oleg i Elwood pojechali na zdobycznych koniach do San Jose po nasze konie i rzeczy i po jakiegoś pobliskiego szeryfa, któremu zdamy pokrótce sprawę z tego co się stało, nie wspominając jednak o Wendigo, kultystach i żywym pociągu. Starczy im tego, co znajdą sami. Potem ulotnimy się jak najszybciej, bo pewnie niezadługo na miejsce zjadą Texas Rangerzy, a Oleg i ja wolelibyśmy nie mieć z nimi do czynienia.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.