W samo południe

Opowieść ósma wg Tima – ostatnia

Po ostatniej rozprawie ze złem niedaleko San Jose pojechaliśmy do Abilene w Texasie, prawie na granicy z Oklahomą i zrobiliśmy sobie dłuższe wakacje, prawie trzy miesiące. Jednak wydawanie złota w saloonach szybko nam się znudziło, dlatego niemal z radością powitaliśmy Boba Freestone’a, zastępcę szeryfa okręgowego z Albuquerque. Boba poznaliśmy właśnie przy okazji ostatniej przygody, trzy miesiące wcześniej, w San Jose, gdzie wraz ze swym szefem, szeryfem okręgowym Frankiem Oldmanem badał sprawę wyludnionych tajemniczo miasteczek. Miasteczka okazały się potem być porywane przez wielkiego potwora udającego pociąg, Frank Oldmann okazał się być przywódcą kultystów, sprzymierzonym z indiańskimi odszczepieńcami, wyznawcami Kruka, Bob wraz ze wszystkimi mieszkańcami San Jose wylądował w brzuchu „pociągopodobnego” potwora, ale nam udało się uwolnić, rozbić połączone siły sekty Kruka i akolitów Oldmana i ocalić od śmierci jakąś połowę porwanych. Niestety jednak Oldmanowi, staremu szamanowi Kruka i młodej szamance jeżdżącej na potworze udało się uciec, co miało się właśnie okazać wielkim błędem z naszej strony.

Bob przywiózł bowiem z Albuquerque niepokojące wieści. Oto pewnego pięknego dnia przyjechał tam na bladym, chudym koniu nieznany nikomu rewolwerowiec, cały ubrany na czarno, milczący, ponury, przed którym ludzie umykali do domów i zamykali okiennice. Nieznajomy nie zatrzymał się w żadnym saloonie, poszedł prosto do biura szeryfa i wypytywał miejscowego szeryfa o Boba i nas. A kiedy ten zamiast gadać chciał wyrzucić go z biura, po prostu zastrzelił jego i dwóch zastępców, którzy przybiegli na pomoc. Potem, wyjeżdżając z miasta zabił jeszcze jednego zastępcę szeryfa okręgowego i postrzelił czterech żołnierzy, którzy próbowali go zatrzymać. Aresztant, który widział strzelaninę w biurze przysięgał, że tajemniczy rewolwerowiec oberwał z obrzyna, który szeryf trzymał pod biurkiem na wszelki wypadek, ale nie zrobiło to na nim wrażenia. Także kule żołnierzy i zastępcy okręgowego nie zostawiły na nim żadnych śladów. Zebrane po jakimś czasie posse zgubiło ślad, który urywał się ponoć jak ucięty nożem kilka mil za miastem. Wcześniej, jakieś dwa tygodnie przed Albuquerque, widziano tego samego dziwnego faceta w San Jose, gdzie też pytał o Boba Freestone’ai naszą grupę. Wyglądało na to, że naszym tropem ruszył jakiś ponury mściciel, który przybywał nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie znikał, którego nie imały sie kule i przed którym ludzie kulili się ze strachu.

Oleg był zdania, ze ten dziwny facet to Wygrzebaniec taki jak on, tylko trochę silniejszy i że wystarczy walić mu w głowę i położymy go trupem, tym razem na dobre. Ale ja nie byłem taki pewny. Pociągiem z San Jose do Albuquerque jest jeden dzień, konno będzie ze trzy dni, bez pośpiechu. A tajemniczy kowboj podróżował dwa tygodnie. A może na dwa tygodnie zniknął, a potem pojawił się powtórnie? Różne diabelstwa włóczą się po Dziwnym Zachodzie, a fakt, że to akurat szukało nas i Freestone’a, wskazywał że maczał w tym palce Oldman. Może swoimi diabelskimi sztuczkami wskrzesił jakiegoś prastarego zakapiora i puścił go za nami w pogoń, ale tamtemu starcza mocy tylko na krótki występ raz na dwa tygodnie? Potrzebowaliśmy trochę więcej informacji.

Bob był tego samego zdania i już nawet przedsięwziął odpowiednie kroki. Wysłał list do swojego starego znajomego, obecnie Texas Rangera, nazwiskiem Peter Willigan, z opisem tego tajemniczego mordercy i z prośbą o pomoc. List miał przyjść do Albuquerque, ale Bob zostawił tam wiadomość, żeby go przesłali do Abilene.

Zbliżało się południe, siedzieliśmy w saloonie rozmawiając o tajemniczym prześladowcy, nawet nie domyślając się, że oto już za parę chwil spotkamy się z nim oko w oko. W samo południe, środkiem głównej ulicy Abilene wjechał do miasta chudy, jakby wypłowiały koń, na którym siedział milczący, ubrany na czarno kowboj. Podjechał pod saloon i chropawym głosem zawołał: „Bobie Freestone, wyjdź i walcza jak mężczyzna, wyzywam cię! Albo uciekaj jak jak tchórz, a wtedy znajdę cię i zabiję jak psa!”. Mimo, że nikt nie znał nieznajomego, wszyscy zamarli w bezruchu. Próbowaliśmy powstrzymać Boba przed pojedynkiem z tym czymś, ale nie słuchał. Wyszedł na ulicę i stanął do walki, tak jak tego chciał tamten. Nie mogliśmy mu pomóc, Oleg próbował samemu wyzwać nieznajomego, ale tamten rzucił tylko: ”jeszcze nie nadeszła twoja chwila, ale już niedługo przyjadę po was” i wykrzywił gębę w paskudnym grymasie, który pewnie miał być uśmiechem. Bob stanął o dziesięć metrów od tamtego, powietrze zgęstniało w krótkiej chwili napięcia i padły strzały. Bob zwalił się na ziemię, dostał dwie kule: w głowę i w serce.

Czarny rewolwerowiec odwrócił się, wsiadł na swego chudego konia i powoli ruszył z powrotem. Z bocznej uliczki wyskoczył miejscowy szeryf z jednym zastępcą, ale tamten wyciągnął rewolwer i zakręcił bębenkiem z suchym grzechotem. Szeryfowie stanęli w miejscu jak wryci i powoli wycofali się z powrotem. Tylko my ruszyliśmy śladem nieznajomego, zamierzając dopaść do za miastem i wykończyć we czwórkę. Niezbyt to może honorowe, ale mieliśmy już pewność, że to nie zwykły rewolwerowiec, ale jakieś paskudztwo z piekła rodem, najpewniej wygrzebane skądś przez mściwego Oldmana. Nie było co bawić się z tym czymś w honorowe, męskie pojedynki, jak to zrobił świętej pamięci Bob Freestone.

Wyjechawszy za miasto tajemniczy kowboj przyspieszył i my też przyspieszyliśmy. Elwood i Oleg zaczęli strzelać z siodła, ale chybiali, a ja próbowałem kanta, ale zły duch wymknął mi się i też nic nie zdziałałem. Tymczasem chudy koń oddalał się od nas coraz dalej. Nagle niebo przed nami pociemniało, chmury zgęstniały w jednej chwili i zaraz huknęły błyskawice. Tamten wjechał w burzywy tuman i zniknął nam z oczu. Nie śmieliśmy jechać za nim, pomiędzy walące błyskawice, w nieprzenikniony tuman mgły, którego nawet moje wyostrzone przez manitou oczy nie mogły przeniknąć. Uciekł nam. Dziwna burza nie trwała zresztą długo – chmury zniknęły tak nagle jak się pojawiły, niebo rozjaśniło się i tylko ślady popalonych piorunami krzaków dowodziły że to nam się nie przyśniło. Starannie zbadałem trop bladego konia – urywał się jak nożem uciął. Jakby tajemniczy koń wraz z jeźdźcem zapadli się pod ziemię, albo porwała ich magiczna burza.

Postanowiliśmy stawić tajemniczemu prześladowcy czoła wspólnie, zamiast dać się wyzywać do pojedynków pojedynczo, jak to się stało z nieszczęsnym Bobem. Aby więc uniknąć konfliktu z prawem, przenieśliśmy się z saloonu na prerię za miasto, okopaliśmy się w skałkach i wypatrywaliśmy nieprzyjaciela. Ale z drugiej strony chcieliśmy się jednak dowiedzieć więcej o demonicznym kobwoju, a wiedzieliśmy że Bob Freestone spodziewał się listu od swojego przyjaciela, Petera Willigana i postanowiliśmy ten list przechwycić.

Zaczęliśmy oczywiście fatalnie, od próby przekupienia i/lub zastraszenia miejscowego urzędnika pocztowego, niejakiego Philipa Davisa. Ten jednak okazał się nie tyle ulepiony z twardej gliny, ile wykuty z kawała granitu – ani pieniądze, ani groźby, ani próby perswazji, do których uciekliśmy się wobec fiaska „sprawdzonych” metod, nie potrafiły nawet zarysować jego kryształowego charakteru i na jotę odwieść go od wypełnienia misji listonosza. Postraszył nas szeryfem okręgowym i strzelbą, po czym wyrzucił na ulicę i zatrzasnął drzwi przed nosem.

Danny wpadł jednak na inny pomysł – wykradzenia listu z pociągu, zanim jeszcze dotrze w ręce nieugiętego pocztowca. Wsiedliśmy więc jedną stację wcześniej i zabraliśmy się do realizacji tego śmiałego planu. Pierwszy etap przewidywał zamianę w węża i wpełznięcie do wagonu pocztowego cichcem, ale że manitou po raz kolejny wystawiły mnie do wiatru, nic z tego nie wyszło. Została nam próba przekonania/zastraszenia/przekupienia konduktora, albo otwarty napad na pociąg. Spróbowaliśmy najpierw pierwszego. Danny powiedział mi co mam mówić konduktorowi, ale jakoś nie byłem przekonujący i gdyby nasz bystry Czarnuch nie wtrącił się osobiście i za okrągłą stówę nie przekonał konduktora do pokazania nam listu, zostałby nam tylko napad. W końcu jednak udało się rzucić okiem na upragniony list.

Nie było w nim żadnych wielkich rewelacji, ani konkretów, które przydałyby się w walce z niesamowitym prześladowcą, była jedynie wspomniana tajna baza Rangersów w Roswell, gdzie jechać raczej nie mogliśmy, oraz jakiś emerytowany Rangers, Charles Horner. Facet miał manię prześladowczą i upodobanie do młodych, ładnych kobiet, a na starość zaszył się ponoć w jakimś kobiecym klasztorze na granicy Texasu i Oklahomy, ale był kiedyś archiwistą Rangersów i wiedział wiele o prawie wszystkich paskudnych zjawiskach na Dziwnym Zachodzie. Do niego Milligan wysyłał Boba po pomoc i my też postanowiliśmy go odnaleźć.

Udało nam się go znaleźć w małym miasteczku Vernon, w klasztorze Szarytek. Najpierw Horner nie chciał nas widzieć, ale przekonaliśmy jedną siostrzyczkę, żeby zaniosła mu list, w którym opisaliśmy mu ostatnią naszą rozprawę z wielkim potworem udającym pociąg, śmierć Boba Freestone’a i że Peter Willigan polecił mu szukać właśnie Hornera. No i udało się. Siostrzyczki wpuściły nas na teren klasztoru, gdzie Horner wybudował sobie prawdziwą twierdzę. Grube mury, zwieńczone koroną z drutu kolczastego, odgradzały go od reszty klasztoru, a za żelaznymi drzwiami na intruzów czekał wielki gatling, jakieś ochronne czary osłabiające mój kontakt ze światem duchów i wygrzebańcze moce Olega i pewnie jeszcze trochę innych niespodzianek.

Po sprawdzeniu, że nie jesteśmy mordercami, złymi duchami, ani pustynnymi grzechotnikami Horner nabrał do nas nieco zaufania, przestał celować do nas z gatlinga i nawet poczęstował whisky. Ale kiedy przeszliśmy do rzeczy i opowiedzieliśmy ze szczegółami o prześladującym nas czarnym rewolwerowcu na bladym koniu, stary Texas Ranger zaklął głośno i powiedział, że przez nas będzie się teraz musiał wyprowadzić ze swego przytulnego gniazdka na jakiś czas.

Nasz prześladowca okazał się być znanym Rangersom „Potępieńcem”, postrachem stróżów prawa, który dwanaście lat temu grasował na Północy i terytoriach spornych, zabijając czternastu szeryfów i raniąc kilkudziesięciu postronnych świadków w ciągu roku, zanim w końcu zniknął, nikt nie wie jak i gdzie. Przypuszczano, że sprowadziły go z jakiejś piekielnej otchłani zebrane razem żądze zemsty przestępców, bo Potępieniec zabijał tylko stróżów prawa i to takich prawdziwych, oddanych sprawie, a nie tchórzliwych i przekupnych biurokratów. Pojawiał się wśród burzy i znikał wśród burzy, wyzywał do pojedynku upatrzone ofiary, lub zabijał uciekających, którzy bali się stanąć do nierównej walki, nie lękał się poświęconej ziemi i nigdy nikomu nie udało się go poważnie postrzelić.

Nie był zdaje się jednak całkiem odporny na kule, bo zdarzyło się że padł na ziemię, trafiony w głowę. Zdarzyło się to podczas pojedynku, kiedy wyzwał dwóch stróżów prawa na raz. Co prawda potem wstał i zastrzelił obydwu przeciwników, ale poza tym przypadkiem nikomu nie udało się go zranić, choć różni nieszczęśnicy próbowali walić do niego z karabinów snajperskich, strzelb i gatlinów, ciąć nożami i rozwalać dynamitem. Wydawało się, że można go zranić tylko przyjąwszy wyzwanie do pojedynku, choć pewnie trzeba trafić o określone miejsce, albo poświęconą kulą, albo może srebrną? Przede wszystkim jednak, trzeba być stróżem prawa i to sławnym, którego ludzie szanują. Inni nie mają z Potępieńcem szans, choć zwykle nie ginęli, tak przynajmniej było dawniej, kiedy polował tylko na stróżów prawa. Kto wie jednak jak to będzie tym razem, kiedy najwyraźniej wezwał go z piekielnych otchałni Oldman i posłał, by pomścił rozbicie przez nas jego kultystycznej szajki?

Horner zaczął się pakować, by dać drapaka i nie musieć odpowiadać na kłopotliwe pytania Potępieńca, który pewnie przybyłby naszym tropem. My zaś poszliśmy do kowala, by zaopatrzyć się w srebrne kule i śrut do strzelby, a potem do księdza, żeby to wszystko poświęcić. Ponieważ Potępieniec zastrzelił Boba dwiema kulami, jedną w głowę, a drugą w serce, postanowiliśmy w razie pojedynku strzelać właśnie w te dwa miejsca. Ale najpierw, zgodnie z zaleceniem starego Texasa postanowiliśmy zostać szanowanymi stróżami prawa.

Pomysł powrotu do Albuquerque i San Jose odpadł, bo właściwie stamtąd uciekliśmy, pozostało więc szukać jakiegoś miasteczka pilnie poszukującego szeryfa w najbliższym sąsiedztwie. No i znaleźliśmy – Amarillo, gdzie w ciągu trzech miesięcy zginęło dwóch szeryfów i burmistrz. Ponoć te okolice terroryzowała banda Meksykanów, napadająca na transporty złota, dyliżanse, farmy, co popadło. A więc do Amarillo!

Nowy burmistrz miasteczka, który jednocześnie był fryzjerem i przerwał z okazji naszego przybycia strzyżenie jakiejś klientki, nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Po zastrzeleniu jednego szeryfa z pomocnikami na ulicach miasteczka, śmierci następnego w lawinie zwalonej na całe posse najpewniej przez ściganych Meksykańców i zabiciu trzeciego w dyliżansie, zanim jeszcze zdołał dotrzeć do miasteczka, nie było chętnych do objęcia tego stanowiska w całym stanie. Tym bardziej, że zgodziliśmy się nie pobierać wynagrodzenia za pierwszy miesiąc, co w umyśle burmistrza równało się pewnie pracy za darmo, bo chyba mimo wszystko nie wierzył, że przeżyjemy na posterunku pełny miesiąc. Pierwszy wieczór spędziliśmy na dumnym obnoszeniu po mieście gwiazd szeryfa i upominaniu pijaczków, ale od następnego dnia ruszyliśmy na poszukiwania.

Najpierw wszyscy wybraliśmy się w góry, w okolice gdzie pod lawiną zginęło prawie całe posse drugiego szeryfa, ale po dwudniowej wyprawie i polatywaniu w postaci kruka nad okolicą upewniliśmy się, że nikogo tam nie ma i najpewniej bandyci wprowadzili tylko szeryfa w pułapkę, podczas gdy ich obóz znajdował się zupełnie gdzie indziej. Następnego dnia moi kompani zostali więc w miasteczku, na wypadek gdyby Meksykanie je odwiedzili, a ja w kruczej postaci wybrałem się na samotny zwiad z powietrza. I po trzech godzinach latania szczęście się do mnie uśmiechnęło – na trakcie zobaczyłem dyliżans, wokół którego uwijało się kilka konnych postaci. A więc tym razem napad na dyliżans. Kiedy się zbliżyłem, było już po wszystkim i dyliżans ruszył w dalszą drogę do Amarillo, a bandyci z powrotem w góry. Ruszyłem za nimi.

Leciałem nie spuszczając z nich wzroku, dopóki nie skończył mi się kant. Musiałem lądować ładny kawał drogi od miasta, w odludnej okolicy, bez konia, broni i ubrania. Próbowałem kantować przemianę w kruka ponownie, ale manitou ani myślały usiąść ze mną do gry. Widać świetnie się bawiły, widząc mnie szczękającgo zębami, bo było jednak dość chłodno i nie zamierzały przepuścić okazji do zobaczenia jak maszeruję cały dzień boso z powrotem do Amarillo. Ale tymczasem dyliżans dojechał do miasteczka, okazało się że bandyci zabili dwóch pasażerów i moi kompani niezwłocznie zorganizowali posse, to znaczy wybrali się w trójkę trasą dyliżansu. Na szczęście wzięli ze sobą luzaka, więc kiedy spotkali mnie gołego na prerii nie musiałem biec za nimi pieszo. Dostałem też płaszcz, a Danny pożyczył mi strzelbę, żebym się do czegoś przydał w nadchodzącej strzelaninie.
Meksykanów znaleźliśmy następnego dnia, przed południem. Zaczaili się na skałach otaczających wejście do wąwozu, zamierzając pewnie zwalić na nas kamienie jak na poprzednie ścigające ich posse. Ale dzięki moim bliskim konszachtom z demonami udało nam się przejrzeć ich plan. Skryci w gęstej mgle bezpiecznie przemknęliśmy przez pułapkę i wyszliśmy na tyły Meksykańców. Dno wąwozu wznosiło się, więc kiedy wyszliśmy z mgły byliśmy na tym samym poziomie co bandyci. Usłyszeliśmy jak, zdezorientowani nagłym pojawieniem się mgły, naradzają się po hiszpańsku i usłyszawszy nas ruszają w naszą stronę. Wskoczyłem jeszcze raz do Zadymionego Saloonu, żeby zagrać o coś pasującego do sytuacji i tym razem udało mi się ograć bardzo paskudnego jokera.

Wycelowałem mniej więcej w środek kanionu przed nami i walnąłem tam potężny grom wygrany od manitou. A potem ruszyliśmy do przodu. Z mgły wyłaniały sie niewyraźne sylwetki bandytów, niektóre skulone na ziemi i ogłuszone hukiem, ale niektóre z bronią w ręku. Ale strzelaliśmy popisowo, a oni marnie, ja sam położyłem z dwururki jednego Meksa, resztą podzielili się moi kumple i po kilku chwilach było po wszystkim. Pozbieraliśmy ogłuszonych i rannych, razem trzech i wypytaliśmy o ich obóz. Okazało się jednak, że przywódca bandy, niejaki Paco Ramirez, niezbyt ufał swym kumplom i całe zrabowane mienie ukrywał samotnie w jakiejś kopalni. Sprawa wyglądała beznadziejnie, więc trzech powiązanych bandziorów i trupy reszty wrzuciliśmy na ich własne konie i ruszyliśmy z powrotem do Amarillo.

Ech, miło było wjechać do miasteczka jako nieustraszeni pogromcy zuchwałych bandytów, szlachetni obrońcy kobiet i dzieci, posągowi stróże prawa. Dziewczyny rzucały kwiaty, kowboje strzelali na wiwat, a pulchny burmistrz mało nie wypłynął ze swego surduta, tak się rozpływał w pochwałach. Ale czekała nas jeszcze druga część, rozprawa z Potępieńcem. I nie czekaliśmy długo, zaraz następnego dnia w południe zobaczyliśmy znajomego bladego konia wjeżdżającego wolno do miasteczka. Dźwięk dzwonu z kościelnej wieży zmieszał się tupotem stóp przestraszonych mieszkańcow i głośnym trzaskiem zamykanych okiennic. Wkrótce ulica opustoszała. Zostaliśmy tylko my czterej i demoniczny rewolwerowiec.

Wszystko rozegrało się w mgnieniu oka, jak zwykle przy pojedynkach. Nigdy w żadnym nie brałem udziału i nigdy bym nie uwierzył, że będę się kiedykolwiek pojedynkował. Nie miałem nawet rewolweru, tylko obrzyna w olstrze na udzie. Powietrze stężało, zdawało się, że nasze spojrzenia krzyżują się ze wzrokiem ponurego kowboja jak ostrza szpad w dawnych pojedynkach na broń białą. Każdy ruch przeciwnika, prawdziwy, albo wyimaginowany szarpał nerwy i dorzucał kolejną, ciężką ołowianą kulę do bebechów. Aż w końcu ktoś nie wytrzymał.

Strzały gruchnęły jednocześnie, tak mi się przynajmniej wydawało. Tamten siekał po kurku z szybkością błyskawicy, jego spluwa pluła strugą ołowiu. Elwood ciężko padł na ziemię, ale wtedy tego nie zauważyłem, widziałem tylko jak z dwóch luf mojego obrzyna wytryskują płomienie, głowa Potępieńca odskakuje jak kopnięta mocno piłka, demoniczny rewolwerowiec zatacza się i cofa o krok. Ale to nie był bynajmniej koniec. Tamten zatrzymał się tylko na moment, wstrząsnął głową, a potem zakręcił bębenkiem, aż rozległ się grzechot kości w pustej trumnie. A potem znowu wygarnął do nas.

Ale wtedy nagle zauważyłem jak na jego piersi wykwita czerwona plama – to Oleg trafił w samo serce, jak się później dowiedziałem. Pierwsza krew! Waliliśmy teraz wszyscy, nawet leżący na ziemi Elwood, celując w serce, ale nie było łatwo trafić. Potępieniec zaś strzelał ze swego starego Colta Navy jak z gatlinga, dziurawiąc Olega jak sito. I wtedy po raz kolejny w tej przygodzie nasze tyłki uratował Danny. Nie wiem jak to zrobił, może Bóg dopomógł mu w tej krytycznej chwili, ale nagle w piersci Potępieńca pojawiła się wielka dziura i upiór zwalił się na plecy w piach ulicy. Odesłaliśmy go z powrotem do piekła.

Żyliśmy wszyscy, choć jedni w lepszym, a inni gorszym stanie. Trup Potępieńca rozwiał się w czarny dym, a jego koń zblakł jeszcze bardziej i w końcu znikł. Aura zła i strachu ustąpiła i ośmieleni mieszkańcy Amarillo wychynęli ze swych domów, aby zobaczyć czy mają jeszcze swoich bohaterskich szeryfów. Na ich i nasze szczęście – mają.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.