Tim Weston

„Jako dzieciak i później, jako młody chłopak, byłem po prawdzie do niczego. Od małego miałem ten wielki bebech, ruszałem się jak mucha w smole i wszystko mi leciało z rąk. Chłopaki z miasteczka przezywali mnie ‘świniakiem’ i nieraz spuścili mi lanie, ot tak, na poprawienie sobie humoru. Potem, jak starsi bracia zaczęli mnie zabierać w góry, po prawdzie wcale nie było lepiej. Sapałem jak miech kowalski wspinając się po skałkach, strzelałem kiepsko i przeważnie psułem skórki, a jak już nie zepsułem kulą, to potem spaprałem przy oprawianiu. Po prawdzie tylko gotować umiałem, bo do garnka mnie zawsze ciągnęło i oko miałem bystre, więc tropiłem nawet lepiej niż Bill i Ned, ale za to znowu ich zazdrość brała, więc i tak dostawałem po uszach. Po prawdzie, generalnie byłem do dupy.

Dopiero po Pomście się wszystko zmieniło. No, nie tak zaraz, po prawdzie to o Pomście dowiedziałem się znacznie później. Ale wszyscy w górach wiedzieli, że coś się stało już wcześniej, bo zaczęło się słyszeć dziwne historie i zdażało się widzieć dziwne rzeczy. Nam, to znaczy moim braciom i mnie też się zdarzyło.
Wracaliśmy właśnie z gór do miasteczka na zimę, obładowani skórami, noc już prawie była, kiedyśmy doszli do szałasu na nocleg. Po prawdzie jeszcze zanim żeśmy doszli, czuliśmy, że coś jest nie w porządku. Zimniej było, ciemniej i bardzo ponuro, po prawdzie ciężko to opisać, ale jak sam kiedyś poczujesz, będziesz wiedział. Podchodzimy do polanki i między drzewami widzimy ogień – ognisko ktoś rozpalił. Myśleliśmy, że będziemy mieć kompanię, pogadać będzie z kim i napić się razem. Ned i Bill polecieli do przodu, a ja, zasapany jak zwykle, za nimi.

Podbiegam, patrzę, oni na polankę nie wchodzą, tylko stoją, jak koły w ziemię wbite. Patrzę co tam widać, a tu wokół ognia krzyżaki rozłożone, takie co się na nich skóry suszy. A na krzyżakach skóry ludzkie, jedne z włosami, męskie, inne gołe, kobiece i małe skórki dzieci, cała rodzina. Groza mnie opadła, ale po prawdzie nie wmurowało mnie w ziemię, jak moich starszych braci. Chwyciłem flintę, kucnąłem za krzakiem, rozglądam się po polance. Widzę rozrzucone kości, czaszki i gotującą się w kociołku zupę, wiem z czego ta zupa, ale nic mnie to w tej chwili nie obchodzi. Na trzeźwo to wszystko wziąłem, po prawdzie to spokojny byłem, jakbym się na wiewiórkę zasadził, a nie na ludojada. No i widzę, jak się krzaki rozchylają i ten ludojad na polankę z drugiej strony wychodzi. Wielki chłop, brodaty, w skórach, z flintą w ręce i nożem, uśmiecha się paskudnie, bo widzi moich dwóch braciszków. A ci ciągle stoją, jakby ich lodem skuło, zamiast strzelać, albo i uciekać, stoją i czekają. Wycelowałem i palnąłem, między oczy celowałem, ale albo nie trafiłem, albo może jakieś czary potwora chroniły, dość że zamiast się trupem zwalić, ryknął tylko i mnie zauważył.

Wbił we mnie oczy, czarne i jakieś takie rozpalone, dziwne. Na chwilę i mnie jakby lodem skuło, palcem nie mogłem ruszyć, a ludojad jak to zobaczył uśmiechnął się, nożem w palcach obrócił i wolno ruszył ku moim krzakom. Ale po prawdzie te jego czary i trzy sekundy mnie nie utrzymały, czucie mi wróciło, otwarłem zamek, nowy nabój włożyłem i pal. A tu nic, tylko klik, zacięło się! Wyobrażasz sobie?!

Tamten, jak to zobaczył skoczył ku mnie z rykiem, wściekły, że się mnie jego czary nie imają. Ja w nogi – ‘gdzie Bill i Ned’ – myślę sobie – ‘czemu nie strzelają?!’ Potem się okazało, że jak ich tylko puściło, obaj uciekli, ani się na mnie nie oglądając. Takich to mam braci. Biegnę przez ciemny las, sił mi brakuje, a za mną ludojad, wściekły, ze dwa razy ze swojej flinty wypalił, ale na szczęście niecelnie. Myślę sobie: ‘Co robić? Jak mnie złapie to zarżnie jak prosię i zeżre, będzie się moja skóra suszyć razem z tamtymi’. Myślę bardzo mocno, serce mi wali ze strachu, ale głowę mam jasną. Nie ucieknę mu, jak mi Ned i Bill nie pomogą to po mnie. A ich nie ma, więc po mnie.

A tu nagle mgła się podnosi z ziemi, szybko jak dym, gdy ognisko wodą zalać. Potykam się o korzeń i zwalam na ziemię. Zanim jeszcze zdążyłem pomyśleć co teraz będzie, ciężki tupot i ryk przewalił się koło mnie – ludojad nie zauważył jak leżę i przebiegł obok. Leżę więc dalej i słyszę jak się miota, biega w te i nazad, ale mgła taka gęsta, że na krok nie widać. Aż tu nagle coś mnie chwyta za rękę i słyszę cichutkie: ‘Ciii’… I ciągnie mnie gdzieś na bok, no to się czołgam posłusznie, najciszej jak umiem. Widzę jakąś szczupłą rękę na moim rękawie i sylwetkę człowieka majaczącą o krok ode mnie, taka mgła gęsta. Odeszliśmy jakiś kawałek, porykiwania ludojada już cichną, a tu nagle inny ryk, basowy i groźny, ale normalny, już taki słyszałem. Tak ryczy wściekły niedźwiedź. Strzał! To flinta ludojada. Znowu ryk niedźwiedzia, jeszcze bardziej pełen wsciekłości, a potem przeciągły, pół ludzki, a pół nieludzki wrzask bólu i strachu, urwany wpół. Jeszcze jakieś tarmoszenie, pomrukiwanie, mlaskanie, ale mój wybawca odciąga mnie dalej, w głąb lasu, dalej od tego wszystkiego.

Uratowała mnie Baby Lu, tak się kazała nazywać. Niemłoda już była, ubrana jak mężczyzna, włosy miała siwe, ale oczy pełne blasku. Tej nocy wróciliśmy na polankę przy szałasie i zakopaliśmy szczątki nieszczęsnych ludzi, a szałas spaliliśmy. Potem przy ognisku Lu opowiedziała mi o wszystkim: indiańskich duchach, Pomście, księdze Hoyla i kantach. To dzięki kantom mnie uratowała, mgła i przywołanie niedźwiedzia, to była wszystko była jej robota. Po prawdzie wtedy to tak jej wierzyłem i nie wierzyłem, bo chociaż dopiero co sam wszystko na własne oczy widziałem, to przecież i mgła i niedźwiedź może się sama z siebie przydarzyć. Ale potem mnie przekonała, wędrowaliśmy razem przez dwa lata i wszystko co wiem, nauczyłem się od niej.

To była wspaniała kobieta. Mądra i dobra, a do tego silna, nie w ręce rzecz jasna, ale duszą. Kiedy już sam się nauczyłem kantować tym więcej ją podziwiałem, bo poznałem, że trzeba mieć nie lada jaja, żeby zmusić manitou do robienia tego czego chcesz. Indiańskie demony są podstępne i złośliwe, nie lubią pomagać ludziom, wolą im szkodzić jak się tylko da. A Lu potrafiła zmusić je, żeby ludziom pomagały: wywoływały deszcz, wyczarowywały jedzenie, dmuchały w żagle statkom no i dopieprzały bandytom i potworom, kiedy ani szeryf, ani pastor sobie z nim nie mogli dać rady. Szkoda, że już jej nie ma…

No, ale właśnie od tamtej pory okazało się, że nie jestem taki całkiem do niczego. Mam nerwy ze stali i potrafię spojrzeć w oczy prawie każdego potwora, albo i złego ducha. Nauczyłem się też o nich sporo, potrafię rozpoznać diabelską robotę i po prawdzie nawet nieźle idzie mi zmuszanie manitou do robienia całkiem dobrych rzeczy. Myślę sobie, że muszę się jeszcze sporo nauczyć, żeby być taki jak Baby Lu, ale robię co mogę. Jak tylko dowiaduję się, że w okolicy dzieje się coś dziwnego, zabieram się do roboty. A dzieje się sporo, tylko trzeba mieć oczy i uszy otwarte i nie bać się śmierci.”

Tim jest jeszcze całkiem młody, dobija trzydziestki, ale włosy ma już poznaczone siwizną. Pulchna twarz, okolona gęstą, rudą brodą na podwójnym podbródku jest blada i piegowata, łapy wielkie jak buły o krótkich palcach przywodzą na myśl ręce kucharza, lub cukiernika, a solidny, odstający brzuch wzmacnia jeszcze to wrażenie. Oczy Tima są bladoniebieskie, rozmarzone i dobrotliwe, usta wydatne i skore do uśmiechu. Na ogół nieśmiały i małomówny, potrafi się jednak Tim rozgadać po kilku kielichach i opowiada wtedy niestworzone historie. Ubrany w połowie jak traper, w połowie jak dżentelman, nosi zwykle skórzane portki i mokasyny, bawełnianą koszulę i prochowiec, a w kieszonce zegarek w solidnej, stalowej kopercie. Nie nosi pasa z rewolwerem, tylko nowiutkiego Winchestera na plecach, a dosiada nie śmigłego konia, ale cierpliwego i spokojnego muła. I na tym mule powoli przemierza Dziwny Zachód w poszukiwaniu wieści o dziwnych miejscach, przedmiotach i istotach. Gna go żądza wiedzy, ale także chęć pomocy zwykłym ludziom, którzy wolą zamykać swe oczy i uszy na to co się w przeciętnej kowbojskiej głowie nie mieści. W ten sposób spłaca swój dług wobec Baby Lu.

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.