Siedem Życzeń

Opowieść druga wg Tima

Dwa miesiące minęły odkąd razem z Elwoodem i Dannym wysłaliśmy ranczera-czarownika Fitza do Krainy Wiecznych Łowów. Siedzieliśmy w Milford, czekając aż kolej wypłaci nam te obiecane pięćset dolców, ale że musieli zrobić własne śledztwo, trochę to musiało potrwać. W końcu chłopaki stracili cierpliwość i wyjechali załatwiać jakieś swoje ważne sprawy i zostaliśmy w Milford, tylko we dwóch, z Olegiem Grundstonem. Przypadkiem jednak do miasteczka zajechał mój dawny znajomy, były żołnierz i saper, Colin. Jak zwykle okopcony, ze starymi i świeżymi bliznami po oparzeniach, z kawaleryjską szablą plączącą się między nogami i nieodłączną puszką wypełnioną dynamitem na plecach. Zawsze się trochę bałem tego dynamitu, bo wiem co jedna laska może dokazać, a ten miał ich tam kilka, ale Colin twierdził, że póki dynamit jest suchy nic się złego nie stanie. No cóż, manitou też mogą narozrabiać, więc w pewnym sensie ja też nosiłem na plecach taką puszkę, tyle że niewidoczną.

Kiedy tak tedy we trzech nudziliśmy się w Milford, z Salt Lake City wróciła nasza znajoma, Mrs Lucy Redrose, całkiem załamana. Okazało się, że świętej pamięci małżonek, pożarty niedawno przez indiańskich zombie, zostawił jej osiemset dolarów długu! Biedna kobieta była w kropce, postanowiła więc chwycić się ostatniej nadziei: zagrać w ruletkę w miasteczku New Cairo. Ale to nie była taka zwykła ruletka. Podobno właściciel pozwalał czasem wygrywać duże sumy biednym i nieszczęśliwym osobom, które bardzo potrzebowały pieniędzy. Mrs Lucy przeczuwała, że właśnie ona jest taką osobą i że w jej obecnej sytuacji wrażliwy filantrop zechce i ją obdarować wielką wygraną, która pozwoli jej zachować obciążony hipoteką dom i oddali widmo powrotu do pracy w charakterze barmanki w podłej spelunie. Ale że droga do New Cairo była daleka, a i nie wiadomo co mogło spotkać uczciwą, acz zdesperowaną kobietę na miejsu, postanowiła poprosić nas o towarzystwo i pomoc. Jasna rzecz, że nie odmówiliśmy. A że „Denver Pacific” miała dla nas darmowe bilety pojechaliśmy ku nowej przygodzie koleją.

W pociągu doszło do małej rozróby, w wyniku której zawarliśmy nową, arcyciekawą znajomość. Jakiś grubas, Niemiec imieniem Hans, podpiwszy sobie solidnie, napastował indiańską służącą eleganckiej damy podróżującej w pierwszej klasie. Hans najpierw poturbował solidnie jakiegoś dżentelmena, próbującego bronić honoru Indianki, a potem rzucił konduktorem do sąsiedniego wagonu. Naszego wagonu. Tu jednak natknął się na Olega, który swoim zwyczajem postrzelił go, na szczęście jedynie w stopę i Niemiec momentalnie spotulniał. Wdzięczna dama przedstawiła się jako Miss Larissa Noam, podróżująca z Denver do New Cairo by poznać swego narzeczonego, kapitana Reynalda Lloyda, który był dowódcą tamtejszego fortu. Była wprost nieziemsko piękną kobietą i nam wszystkim szczęki na jej widok opadły na podłogę, co zdaje się wkurzyło nieco panią Lucy. Oprócz tego była też dość ekscentryczna: miała indiańską służącą imieniem Nishaya i czarnego kota na smyczy i w posrebrzanej obroży, imieniem Richelieu. Jako że New Cairo było miasteczkiem założonym przez Armię Unii i władzę w nim sprawowało bezpośrednio wojsko, czyli kapitan Lloyd, zyskaliśmy w pannie Noam potencjalnie potężnego sprzymierzeńca.

Dalsza podróż przebiegła w miłej atmosferze, która nie była w smak jedynie Mrs Lucy, zepchniętej w cień przez uroczą Miss Larissę. Do New Cairo dotarliśmy bez problemów i zakwaterowaliśmy się w najtańszym hotelu, „Lucky’s”, prowadzonym przez rudego Irlandczyka. To znaczy my się tam zakwaterowaliśmy, bo Miss Larissa wybrała rzecz jasna najlepszy hotel, „Desert Rose”. Miasteczko zostało pomyślane jako coś w rodzaju Las Vegas, gdzie ludzie mogą przyjechać i przepuścić szybko ciężko zarobione pieniądze w kasynach. Tych było tu pięć: „Kings”, „Queens”, „Dollars House”, „Golden Leviathan” i „House of Souls”. Prócz tego New Cairo pełne było drogich hoteli i saloonów, w których butelka whisky kosztowała co najmniej pięć dolców i było jasno oświetlone gazowymi latarniami, tak że widać je było na wiele mil dookoła.

Od razu zabraliśmy się do roboty i od naszego gospodarza Lucky’ego dowiedzieliśmy się co nieco o tajemniczym filantropie, rozdającym wysokie wygrane. Facet nazywał się Noir, był Francuzem i miał wyłącznie francuski personel, włącznie z ochroną, złożoną z byłych etrangerów, czyli żołnierzy francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Był właścicielem „House of Souls”, tego piątego kasyna, w którym nie grało się w faraona jak w pozostałych czterech, ale wyłącznie w ruletkę. No i od czasu do czasu pojawiał się tam ktoś, dla kogo ów Noir ustawiał specjalną grę. Mówił takiemu wybrańcowi ile ma postawić i gra szła jakąś specjalną złotą kulką, którą nazywał „Głową Faraona”. No i szczęśliwiec rzeczywiście wygrywał, po czym zwykle wyjeżdżał w siną dal, co jednak nikogo nie dziwiło, bo w New Cairo rzadko kto zostawał na dłużej. Takie to było wesołe miasteczko, przepuścić pieniądze i w drogę.

Oczywiście wybraliśmy się zaraz do „House of Souls”, my po informacje, a pani Lucy porozmawiać z właścicielem, spróbować skruszyć jego serce i wygrać te osiemset brakujących dolarów. Egipskie hieroglify na ścianach, ciche szepty i stukot kulek na kołach ruletki, żadnej muzyki, śmiechu i głośnych rozmów, jak w innych domach gry. Bourbon w barze po pięć dolców szklaneczka, jawne zdzierstwo, jeśli by mnie kto pytał. Mrs Lucy umówiła się na rozmowę z panem Noirem następnego dnia wieczorem, Oleg wymienił dziesięć dolców na sztony i wszystko przegrał, a Colin podkradł bourbona jakiemuś zaaferowanemu hazardziście. Oprócz tego pogadaliśmy sobie nieco z barmanką, Murzynką z Algieru, w Afryce. Ten Noir przyjechał właśnie stamtąd, dwa lata temu i wszystkich ich, to znaczy obsługę kasyna i etrangerską ochronę, też stamtąd przywiózł. Więcej się nie dowiedzieliśmy, widać było że barmanka boi się legionistów z ochrony, ale że mieszkała w kasynie i nigdzie nie wychodziła, nie było jak wypytać jej na osobności.

Wybraliśmy się więc do innego kasyna, „Dollars House” i od żołnierzy z fortu i jakichś traperów dowiedzieliśmy się więcej. Szefem ochrony był niejaki Alexandre, ponoć straszny człowiek, który pewnego oficera z fortu pociął szablą, obcinając mu palce i męskość. Jednym ze szczęśliwców, którzy wygrali w „House of Souls” wielką forsę, był Bronco – kowboj z jakiegoś rancza , którego jednak już w miasteczku dawno nie było. Podobno koniuszy z fortu, niejaki Joe Firth, wiedział gdzie go można znaleźć. Na tym się nasze śledztwo skończyło i pozostało nam czekać, aż Mrs Lucy spotka się z Noirem następnego wieczora.

Ale jeszcze przed tym, następnego dnia rano, przyszła do naszego „Lucky’s” Nishaya, służąca Miss Larissy Noam, pięknej znajomej z pociągu. Powiedziała, że ktoś je obserwuje i obawiają się napaści, więc czy moglibyśmy towarzyszyć im w podróży do fortu, gdzie panna Larissa spodziewa się zastać swojego narzeczonego, gdyż czuje się zaniepokojona, że nie wyszedł jej naprzeciw na dworzec wczorajszego popołudnia, itd, itp. Oczywiście się zgodziliśmy. I okazało się, że dobrze zrobiliśmy. Kiedy podjechaliśmy pod „Desert Rose”, z którego wyszła już Miss Larissa ze swoją służącą i kotem, nagle jakiś kowboj znienacka wyszarpnął kolta z kabury i walnął w naszym kierunku! Byłem całkowicie zaskoczony, podobnie Colin, ale na szczęście kula chybiła i wzbiła fontannę piasku tuż przy nieszczęsnym Richelieu – kocie panny Larissy! Oleg wyszarpnął swojego wychuchanego Peacemakera i rąbnął bandziora w odpowiedzi, a chwilę potem Colin wywalił mu w brzuchu wielką dziurę z dwururki, ale nie koniec na tym. Następny kowboj wyskoczył zza rogu na koniu i, pędząc jak szalony, walił z rewolweru. I znowu kule padły głównie wokół nieszczęsnego kocura, a jedna zostawiła mu na grzbiecie krwawą pręgę. Kowboj zeskoczył w pędzie na Colina, zwalając go z nóg i dobywając noża, a ja z kolei skoczyłem na niego, ściągając z kumpla i przygniatając do ziemi. Jednak kiedy już sądziłem, że go mamy, nagle zwiotczał i znieruchomiał. Odwróciłem go na plecy i zobaczyłem trzonek jego własnego noża wbity w pierś. Przypadek, czy samobójstwo?

Mieliśmy dwóch rannych: Colina i kota Richelieu. Z Colinem poradziłem sobie łatwo, a miauczącego żałośnie kocura obwiązałem jak umiałem bandażem i oddałem jego zszokowanej pani. Przybyli żołnierze, rozpoznali w zabitych bandziorach braci Hickory, miejscowe męty i dawnych kumpli niejakiego Silver Sida, wykidajły i specjalisty od mokrej roboty. Ten Sid jednak zniknął jakiś czas temu, po tym jak niespodzianie wygrał w „House of Souls” kupę dolarów. Bracia Hickory od jakiegoś czasu byli bardzo spokojni, aż dziw że nagle coś im odbiło i rzucili się jak szaleni na pierwszy raz widziane kobiety. Zapytałem o to Nishayę. Wyznała mi, że miewa przeczucia, coś ją ostrzega, że ktoś ma wobec niej, albo bliskich jej osób złe zamiary. I tylko dlatego wiedziała że coś im grozi. Nigdy wcześniej nie widziała żadnego z braci Hickory.

Zostawiliśmy ciała żołnierzom do posprzątania i jako eskorta pań pojechaliśmy do fortu. Wszyscy na własne oczy chcieliśmy zobaczyć szczęśliwe spotkanie narzeczonych, bo od Miss Larissy nasłuchaliśmy się wiele o urodzie i dzielności kapitana Lloyda, zaś od jego podwładnych wiedzieliśmy jak jest naprawdę. No i nie zawiedliśmy się. Reynald Lloyd miał może z pięć stóp wzrostu i chyba z 250 funtów żywej wagi, jego koń stękał pod nim boleśnie, gdy kapitan pędził rączo na spotkanie swej pięknej narzeczonej, podskakując przy tym zabawnie w siodle. Miss Noam ciężko przeżyła zderzenie z rzeczywistością, ale i kapitan wyglądał dość żałośnie, gdy w wyciągniętych do narzeczonej ramionach miast ukochanej Larissy wylądował miauczący gniewnie Richelieu. Najpierw ubawiłem się setnie patrząc na tę komedię, ale potem zrobiło mi się ich żal, obydwojga. Ale cóż, tak to bywa kiedy marzenia przerastają rzeczywistość.

Panna Larissa wróciła do miasteczka, a kapitan do fortu, budować osobną damską toaletę, której zażądała jego narzeczona. Tymczasem zbliżał się wieczór i czas spotkania Mrs Lucy z właścicielem „House of Souls”. Tymczasem dowiedzieliśmy się od koniuszego Firtha, że ów szczęśliwy kowboj Bronco, który jakiś czas temu wygrał duże pieniądze w tym lokalu, niedługo potem zginął, kopnięty pechowo przez konia. Wrażenie, że coś tu śmierdzi, zrobiło się jeszcze wyraźniejsze. Pewnie inni szczęśliwcy też niedługo się cieszyli wygraną. Postanowiliśmy nie dopuścić, by coś złego stało się naszej Lucy.

Wieczorem Oleg i Colin poszli z nią do „House of Souls”, gdzie jak uzgodniono wcześniej miała się spotkać się z Mr Noirem. A ja postanowiłem pooglądać sobe piętro „House of Souls”. Wszedłem do Zadymionego Saloonu, żeby wygrać od jakiegoś jokera krucze przebranko, ale mi nie poszło. Coś w tym cholernym mieście było nie tak i zanim złośliwy manitou mi przykopał, wygadał się co. „Już niedługo nie będzie tu dla nas miejsca” powiedział i wyczułem, że pod przykryciem zwykłej dla jokera złośliwości boi się czegoś, co rosło gdzieś w New Cairo i zamierzało rządzić także w tutejszej części Krainy Wiecznych Łowów. Wykopało mnie z Saloonu, całego w czarnych piórach i ze szpilami bólu w każdym mięśniu, ale poza tym nic mi się nie stało. Dobre i to. Wiedziałem już na pewno, że nazwa „House of Souls”, czyli „dom dusz” nie jest przypadkowa. Mister Noir hodował tam coś złego, co pożerało dusze tych wszystkich „szczęśliwców”, którym pozwalano wygrać złoto w zamian za ich nieśmiertelne dusze.

Tymczasem Mrs Lucy wróciła wraz z chłopakami. Noir uznał, że jest odpowiednią osobą, by wygrać duże pieniądze w jego ruletce jeszcze tej nocy. Umówili się, że Lucy przyjdzie do „House of Souls” o północy, wejdzie do pokoiku na górze, gdzie „dopełni drobnych formalności”, a potem zagra w ruletke „głową faraona”. Wyjaśniliśmy jej szczerze, co myślimy o Noirze i jego kasynie, ale Lucy nie wydawała się przekonana. Postanowiła pójść i zagrać mimo wszystko. Ale obiecała być czujna i nie podpisywać żadnych cyrografów. A my postanowiliśmy chronić ją tak dobrze, jak się da.

Wtedy przybiegł chłopak z listem do mnie. Niejaki Mr Ashley, właściciel kasyna „Golden Leviathan” zapraszał mnie i kompanów na pilną rozmowę. Oczywiście poszliśmy. Okazało się że, po pierwsze, Mr Ashley jest w dość dobrej komitywie z jokerami, po drugie, ma serdecznie dość konkurencji ze strony „House of Souls”. Jeden z jego mistycznych kumpli, najpewniej ten, który tak mi dokopał przy próbie zamiany w kruka, doniósł mu co ze mnie za ziółko i Ashley postanowił wykorzystać tę wiedzę, aby skłonić mnie do współpracy. Nie wykapuje nikomu, że jestem kanciarzem i do tego dorzuci każdemu z nas po 100 dolców w sztonach, jeśli wywęszymy co tak naprawdę kryje się za interesem Noira. Dodał, że „nasi wspólni znajomi” czują się wybitnie zaniepokojeni działalnością Francuza, co już wcześniej wyczułem podczas mojej niefortunnej partyjki w Zadymionym Saloonie. A na koniec opowiedział nam jeszcze dokładną wersję historii wielkiej wygranej Silver Sida.

Ten facet pracował wtedy dla Ashleya, który wysłał go do Noira, żeby zrobił zadymę i dowiedział się co tam się właściwie wyprawia. I Sid zrobił co mu kazano, ale kiedy już miał przejść do rzeczy Noir zaproponował mu partyjkę ruletki „głową faraona”. Sid wygrał 2500 dolarów! W złocie! Spakował się i wyjechał z miasta, a Ashleyowi powiedział, że za takie pieniądze mógłby „pocałować w zadek samego diabła”.

Obiecaliśmy Ashleyowi zająć się sprawą Noira, bo przecież tak jakby po to tu przyjechaliśmy. A że północ zbliżała się szybko ustaliliśmy plan. Jako że Oleg i Colin już i tak wiedzieli co nieco, a niedwuznaczne uwagi Ashleya dały im jeszcze do myślenia, postanowiłem już nie owijać w bawełnę i wciągnąć ich do zabawy. Miałem się zamienić w węża, czego się nauczyłem niedawno, a Oleg miał mnie wrzucić przez okno do gabinetu Noira na piętrze. Skupiłem się, zaciągnąłem dymem z Saloonu, raz, drugi i trzeci, ale nic z tego nie wychodziło. Albo miałem wyjątkowego pecha, albo miejscowe manitou już spakowały manatki.

Do północy było już pół godziny, więc przeszliśmy do realizacji planu B. Miałem wywołać mgłę, co w porównaniu z zamianą w węża było całkiem łatwe, a potem mieliśmy ułożyć z pustych beczek piramidę pod oknami „House of Souls” i podsłuchać o czym będzie mowa podczas poufnego spotkania na pięterku. Ja sam zamierzałem jeszcze wystarać się u manitou o widzenie we mgle i popatrzeć sobie co się tam będzie działo, ale jak się rychło okazało, po raz trzeci tej nocy przeceniłem swoje siły. Kiedy bowiem wywołałem wyjątkowo gęstą, lepką mgłę, tak jak się umówiliśmy, poczułem, że ta mgła dusi mnie jakby mi ktoś napchał do ust i nosa waty! A więc jokery znowu sobie ze mnie zakpiły i to tym razem bez żartów, mogłem się udusić, gdybym nie zdążył dobiec poza obszar mgły. Tak więc dyszałem ciężko i ocierałem chustką pot z czoła podczas gdy Colin i Oleg ustawiali po omacku piramidę z beczek i potem, kiedy przyczajeni pod oknem, podsłuchiwali rozmowę Lucy z Noirem.

Podsłuchali akurat tyle, żeby wyciągnąć po wszystkim z Lucy, co naprawdę stało się na piętrze kasyna. Jak się spodziewaliśmy Noir nie był filantropem. W zamian za złoto, które pozwalał wygrywać szczęśliwym ludziom, wymagał, aby, jak to określił, odrobina tego szczęścia pozostała w kasynie. W jego gabinecie, w szafie, miał schowaną wysuszoną egipską mumię, w diademie na spowijających głowę bandażach i z wielkim pierścieniem ze skarabeuszem na zabalsamowanym palcu. W ten pierścień całowała mumię ofiara dobroczynności Noira, ani chybi przelewając nieco swej witalnej siły na truchło. Potem schodziła na parter, do kasyna, a Noir ogłaszał, że „potoczy się głowa faraona”. Czarny służący znosił z góry słoj, w którym na jedwabnej poduszeczce, spoczywała złota kulka w kształcie czaszki bez żuchwy. Noir określał stawkę, a ofiara wybierała numer. I w przegródkę z tym właśnie numerem wpadała złota czaszka, czyli „głowa faraona”. W tym momencie czar był skończony. Wiem, bo kiedy Mrs Lucy Redrose wygrywała swoje 1300 dolarów, poczułem jakby uderzenie w samo serce i wiedziałem, że miejscowe manitou dostały kopa w tyłek.

Dusząca mgła się rozwiała. Mrs Lucy, nieco oszołomiona wygraną, ale i całym czarnoksięskim rytuałem wyszła z „Domu Dusz”. Twierdziła, że kiedy całowała pierścień, ohydna mumia poruszyła się, choć Noir zapewniał, że nic takiego się nie zdażyło. Razem wróciliśmy do naszego hotelu, a tu czekała już na nas Nishaya, indiańska służąca Miss Noam. Była bardzo niespokojna. Jej tajemne przeczucie powiedziało jej, że w New Cairo obudziło się wielkie zło, które zagraża jej i jej pani. Zrozumieliśmy, że rytuał, który Noir przeprowadził przy udziale Lucy, był tym ostatnim, dopełniającym całe dzieło, że stało się coś, co się nie powinno zdarzyć. Mieliśmy pecha, ale trudno, trzeba było działać i to szybko.

Wysłaliśmy pannę Noam wraz ze służącą i kotem, oraz wystraszoną teraz nie na żarty Lucy do fortu, a sami wybraliśmy się ponownie do „House of Souls”. Po drodze wstąpiłem do „Golden Leviathan”, ale Ashley nie żył. Znalazłem na jego ręku malutką rankę, jakby od pojedynczego ukłucia. Żądło skorpiona. Zauważyłem na jego półce z książkami „Ochronę przed złą magią” i w zamieszaniu udało mi się ją zwędzić, choć na czytanie tego nie było czasu. Było już dobrze po pierwszej, kiedy we trójkę stanęliśmy ponownie na tyłach kasyna Noira, pod ciągle stojącą piramidą z beczek.

Plan był prosty. Wchodzimy do gabinetu Noira, wyciągamy mumię i rozwalamy ją. Przywołałem znowu mgłę, choć w Saloonie było nadzwyczaj pusto i trudno było znaleźć jakiegokolwiek jokera. Tak jak mi powiedział jeden z nich, nie było już tu dla nich miejsca. Wspięliśmy się po cichu do gabinetu Noira. W środku było ciemno, ale idący jako pierwszy Oleg zobaczył majaczącą jakąś postać. Cichutko wśliznęliśmy się do środka, wznosząc broń do ciosu, ale kiedy podeszliśmy bliżej spostrzegliśmy naszą omyłkę. To nie był Noir. Przed nami stała mumia egipskiego faraona.

Przeszedł mnie lodowaty dreszcz na widok prastarych bandaży, rytualnych ozdób, a nade wszystko czerwonych ogników, świecących w miejscu oczu, ale szybko się pozbierałem. Nie pierwsze to okropieństwo, które spotkałem i rozwaliłem. Za chwilę ta mumia zamieni się w stos wiekowych szmat pod ciosami szabli i gradem kul. Oleg walnął z dwururki, ale głowa faraona błysnęła tylko złotem i tkwiła nadal na szyi, nietknięta. Colin doskoczył i ciął szablą, chcąc odrąbać dłoń z pierścieniem, ale jakby trafił w konar drzewa, trochę kurzu i żadnego efektu. Mumia podniosła ręce i rozległ się suchy, niesamowity zaśpiew, a w następnej chwili z jej rąk trysnął w stronę Olega rój skarabeuszy. Całe szczęście, że chłopak się uchylił, bo owady obżarłyby go do kości!

Spostrzegłem lampę naftową na biurku za mumią, zanurkowałem pod wyciągniętymi w kierunku Colina łapami i znalazłem się za plecami nieumarłego faraona. Colin uniknął szczęśliwie roju skorpionów, które rozbiegły się po kątach, a ja chwyciłem lampę i rozbiwszy klosz, wylałem naftę na plecy potwora. Mumia obróciła się w moją stronę i ledwo udało mi się schylić pod strumieniem robactwa lecącego prosto w moją twarz, a Colin doskoczył i podpalił rozlaną naftę. Błysnął płomień, ale jak szybko się pojawił, tak szybko zgasł. On był po prostu niezniszczalny! Rzuciliśmy się do ucieczki. Na odchodnym Colin podrzucił prastaremu faraonowi pod nogi laskę dynamitu. Rąbneło solidnie, kiedy zeskakiwaliśmy po beczkach na ziemię, ale jakoś nie wierzyłem, żeby to pomogło.

Miasteczko było ciche. Za ciche, rąbnęło przecież solidnie, a nikt nie wyszedł sprawdzić co to było. Wstrzymaliśmy oddech i w nocnej ciszy doszedł nas szept wielu głosów. „Sebekhotep, Sebekhotep”, powtarzały imię faraona usta mieszkańców i gości New Cairo. Pochyleni w poddańczym ukłonie trwali w magicznym transie, z którego nie dało się ich wyrwać prośbą, groźbą, ani laniem po twarzy. Najwyraźniej jedynie nasza trójka uniknęła losu niewolników upiornego władcy. Okazało się jednak, że nie tylko.

Kiedy, skradając się cicho, weszliśmy do „House of Souls” od frontu, zobaczyliśmy grupkę ochroniarzy lokalu, poprzebieranych w jakieś łachy, z biczykami w rękach, klęczących wokół mumii faraona. Niestety oni też nas dostrzegli. Rozgorzała walka. Na szczęście ich nie chroniła żadna czarna magia, a biczyki, mimo kolców na końcach rzemieni, nie mogły się równać z chmurą śrutu ze strzelby, ani siłą dynamitu. Zginęli wszyscy, pięciu czy sześciu, a nam znowu udało się uniknąć śmierci w strumieniach owadów, którymi ostrzelała nas mumia.

Nie bardzo wiedzieliśmy co robić. Wydawało się, że nic, co mamy, nie ima się potwora obudzonego przez Noira. Spróbowaliśmy więc poszukać źródła jego nietykalności. Ponownie zakradliśmy się na piętro po stercie beczek i znaleźliśmy dwie książki o egipskich religiach, oraz osławioną złotą „głowę faraona”, czyli kulkę, którą szczęśliwcy wygrywali w kasynie Noira wielkie pieniądze, pomagając przy tym ożywić przedwiecznego egipskiego potwora. Potem znowu musieliśmy uciekać, bo mumia wypatrzyła nas przez dziurę w podłodze wybitą dynamitem Colina i poczęła wspinać się po schodach na piętro.

Korzystając z tego zakradliśmy się jeszcze do piwnicy, ale nie znaleźliśmy tam nic ciekawego i ledwo zdążyliśmy przed powrotem mumii. Rozklepaliśmy „głowę faraona” na blaszkę, ale nic to nie dało, przejrzeliśmy książki, ale nic ciekawego nie zauważyliśmy. Poddaliśmy się. Postanowiliśmy uciekać, póki jeszcze nie zamieniliśmy się w bezwolnych niewolników faraona, powtarzających bezmyślnie jego imię. Ruszyliśmy do fortu.

Nie ujechaliśmy jednak daleko, gdy w blasku księżyca zobaczyliśmy figurki kłusujących w naszą stronę żołnierzy, pod dowództwem pękatego kapitana Lloyda. Popędziliśmy im na spotkanie, ale tęgo się zdziwiliśmy, gdy z ciemności dobiegło nas: „to oni, to wszystko przez nich, aresztujcie ich!”. To Noir i jego goryl Alexandre postanowili sprowadzić żołnierzy z fortu do miasteczka, ani chybi po to, by dołączyli do grona wyznawców Sebekhotepa i aby nic już nie mogło przeszkodzić realizacji ich planów. Oczywiście podli czarownicy oskarżyli nas o wywołanie całego zamieszania, my nie pozostaliśmy im dłużni, a kapitan całkiem skołowaciał, choć Miss Larissa i Mrs Lucy stanęły po naszej stronie. Koniec końców rozbrojono tak nas jak i Francuzów i kapitan wysłał przodem do miasteczka zwiadowców, żeby się wywiedzieli co i jak.

Minęła jednak dłuższa chwila, a zwiadowcy nie wracali. Kapitan już prawie postanowił pojechać z resztą oddziału ich śladem, ale na szczęście powstrzymała go jego narzeczona, krzycząc panicznie, że się boi, że już raz przecież do niej w tym całym New Cairo strzelano… Przyszła mi do głowy myśl, że przecież bracia Hickory, dawni towarzysze Silver Sida, którego Noir przekabacił, że Miss Larissy nikt nie znał, nikt nie mógł jej źle życzyć, bo i dlaczego… A więc Noir i Alexandre się jej bali, jej pojawienie się w miasteczku mogło im pokrzyżować szyki… Na to Miss Noam wykrzyknęła już całkiem histerycznie, że przecież ona jest słabą kobietą, że nie ma żadnej mocy… I wtedy mnie olśniło, jakby mnie piorun trzasnął!

To przecież jasne jak słońce! Bracia Hickory nie strzelali do Larissy, do jej służącej, ani do nas. Strzelali do kota! Do grubego, leniwego, zmanierowanego Richelieu! Przypomniałem sobie w mgnieniu oka strzępy egipskich religii, o bogini Bast i jej świętych strażnikach, kotach właśnie! Jak szalony rzuciłem się do książek znalezionych w gabinecie Noira i śp Ashleya. I znalazłem: „…bliskość jej (bogini Bast) strażników ma moc osłabiania klątwy i odwracania zaklęć…”. A więc do miasteczka, ale tym razem w towarzystwie Richelieu!

W miarę jak zbliżaliśmy się do New Cairo wykruszali się żołnierze, którzy na ochotnika zgłosili się by nam towarzyszyć. Ale Nishaya, którą poprosiliśmy o niesienie prychającego nerwowo kocura, trzymała się dzielnie. W szarzejącym już mroku nocy zobaczyliśmy na placyku w środku miasteczka ludzi, budujących z drewnianych skrzynek coś na kształt piramidy. A dalej, nadzorując budowę, stał pradawny faraon Sebekhotep, spowity w swoje tysiącletnie bandaże, w złotym diademie, świecąc czerwonymi oczyma.

Zaatakowaliśmy z trzech stron, ostrzałem z karabinów, skracając dystans by lepiej widzieć w szarówce i by Colin mógł celnie rzucić dynamitem. Nishaya z prychającym i wyrywającym się kotem trzymała się za mną i było widać, że jego aura działa. Sebekhotep miotał roje skarabeuszy i skorpiony, ale kule rwały zetlałe bandaże, odsłaniając wysuszone ciało ukryte pod nimi. Mumia cofała się, a my napieraliśmy. Roje skarabeuszy oblazły mnie i Olega, ale Colin rzucił swoją niszczycielską laskę dynamitu prosto pod nogi potwora, rozległo się wielkie bum! i strzępy bandaży rozleciały się w powietrzu. Podmuch uderzył we mnie, zrywając resztę skarabeuszy, ale kładąc mnie na ziemi, w oczach mi pociemniało i straciłem przytomność.

Gdy mnie ocucili, było już po wszystkim. Oleg i Colin dobili pokiereszowanego wybuchem faraona i teraz na placyku leżała tylko sfatygowana, makabryczna szmaciana lala. Zdziwieniu ludzie oglądali resztki mumii i zaczątki drewnianej piramidy, którą dla tego czegoś jeszcze niedawno wznosili. Zwiadowcy popędzili z raportem do kapitana, Richelieu uspokoił się i zasnął w ramionach Nishayi, a mnie chłopaki przenieśli do pobliskiego hotelu, gdzie miejscowy cyrulik zobaczy, co da się dla mnie zrobić. To już chyba koniec, czeka nas jeszcze tylko pewnie sąd na Noirem i Alexandrem, który nawiasem mówiąc był szefem tej całej bandy kultystów, a potem odwieziemy Mrs Lucy z jej ciężko zarobionymi pieniędzmi do Milford, a może i dalej.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.