Sesja 6 – Łowcy i zwierzyna

Gwynneth. Miejsce które na zawsze przyjdzie mi znienawidzić, bardziej nawet niż mojego oprawcę. Tu mieszkający we mnie demon objawił swe pazury.

Odkąd uwolniłem mego suwerena i pozostałych towarzyszy podróży z objęć demona z przestrzeni nie opuszczał mnie mrok. Cisza statku od czasu do czasu zakłócana głosami dochodzącymi z kabiny pilota czyniła mnie jeszcze bardziej podatnym na wpływ pustki kosmosu. Z odrętwienia nie wyrwał mnie nawet piracki atak istot nazwanych barbarzyńcami z innej przestrzeni. Ironia tego określenia będzie mnie bawić jeszcze długo. Oto ludzie, którzy stworzyli kulturę i cywilizację daleko dalej rozwiniętą niźli otaczający mnie przedstawiciele tego gatunku. Oto cywilizacja która uniknęła upadku, jaki stał się udziałem reszty ludzkości. Oni stworzyli społeczeństwo zbudowane na pierwotnych prawach, na prawie silnego. Społeczeństwo które akceptowało okrucieństwo i zaspokajanie się w każdy wybrany przez siebie sposób, a jednocześnie wznoszące budynki godne drugiej republiki i tworzący sztukę, która z racji swojej ekspresji była represjonowana przez Kościół. Ci ludzie nazwani są barbarzyńcami!!! Nic to. Brawurowe manewry Lady Philipine sprawiły, że piloci tak myśliwców, jak i większego statku dali za wygraną.

Uratowani przez nas żołnierze rodu Hawkwoodów nie byli zbytnim ciężarem. W drodze na planetę nie narzucali się i nie pragnęli towarzystwa, co zaimponowało mi wielce. Poza tym po paru godzinach przyszło nam natknąć się na flotę rodu zmierzającą w kierunku pobojowiska i mogliśmy przekazać ich na jeden ze statków.

Dotarłszy na orbitę, zostaliśmy wypytani przez stacjonujące tam statki o cel wizyty i tożsamości. Opieszałość z jaką dostaliśmy odpowiedź winna być ukarana, bowiem stanowiła jedynie dowód na brak szacunku dla domu Hazat. Sześć godzin na orbicie. Przez ten czas rodziła się we mnie myśl o zabójstwie Elizy Hawkwood, którą to przyobiecałem krewnemu suwerena. W końcu ekrany w kabinie oznajmiły Philipine, że wolno nam lądować w stolicy tej Planety. Gwynneth. Tu, panowaniem Hawkwoodów, Obunowie panoszą się i dumnie unoszą głowy. Całe bydło jakie zawsze towarzyszyło tym dobrodusznym słabeuszom mieszka również na tej planecie. Jednak o nich jeszcze usłyszymy nim nastanie koniec tej opowieści. Opóźnienie, jak później nam tłumaczono, przepraszając spowodowane było brakiem odpowiedniej organizacji i zamieszaniem wywołanym faktem, że książę Erazm, władca kontynentu Fordan i stolicy Gwynneth – Llanfyrth był akurat nieobecny (na planecie), ród gotował się do wojny, a z natury spokojni mieszkańcy, najnormalniej się pogubili.

Port kosmiczny dorównywał wielkością portowi na Delphy mimo braku tak zaawansowanej technologicznie infrastruktury. Ludzie, tuż przy inżynierach przewoźników dbających o dobro statków, rozkładali kramy z żywnością dla, spragnionych tutejszych specjałów podróżników. W oddali widać było jeden z większych okrętów bojowych majestatycznie wznoszący się ku niebiosom, by wyruszyć na kolejną bitwę. Przez otaczającą nas czeladź przebił się wielki powóz zaprzężony w 6 koni. Woźnica zadbał o to, by podjazd pod nasz hangar miał pompę godną powitania najwyższych dostojników. Drzwi otworzyły się jeszcze nim powóz stanął i wyskoczyła z niego rozentuzjazmowana Lady Eliza. Z gracją godną lepszej sprawy zarzuciła swe powabne dłonie na szyję Ricardo Hazata Almodovara nie wyglądało by powitaniom szybko miał nastać koniec. Do porządku doprowadził ich kuzyn Lady Elizy – Filip. Wiele niepokoju wzbudziła we mnie wiadomość, że na jej koszt, koszt rodu Hawkwood naszego statku pilnować będzie dodatkowych 18 wartowników. Co będzie w chwili, gdy wybuchowa Eliza zmieni zdanie i zapragnie „Consuelii” dla siebie? Co będzie, gdy, z racji wojny, cały ród odbierze nam statek? Po oczach współtowarzyszy widziałem, że nie ja jeden mam takie dylematy. Z energią jaka od zawsze (wedle słów mojego suwerena) ją cechowała, Lady ofuknęła celników, zakomenderowała przewoźnikami, a nas zaprosiła do swoich apartamentów by uczcić ponowne spotkanie. Zapowiadał się bankiet. Czemu czułem się cały czas nieswojo? Czy to przez Filipa? Może urok Lady kryje więcej niż tylko wdzięk? Te myśli nie opuszczały mnie do momentu, gdym nie spojrzał w niebo. Dwa słońca Gwynneth. Lady wspomniała, że doprowadzają ludzi do szaleństwa.

Powóz wlókł się wolno przez ulice wyjątkowo malowniczego miasta. Pejzaż obfitował w pięknie obkładane mozaiką domy z ogrodami na dachach, oświetlenie na ulicach zapewniały latarnie również utrzymane we właściwym stylu. Obraz nieco psuły, co jakiś czas obrazy mordu i gwałtu zadawanego przez inkwizytorów heretykom. Patrząc z wieży widokowej ujrzeć można byłoby piękno i wyczucie smaku architektów, lecz z poziomu ulicy widziało się tylko ludzki brud i zbydlęcenie. Podróż mijała nam na niezobowiązującej rozmowie o polityce, gdy dał się słyszeć huk. Llanfyrth, w dużej mierze, została zaprojektowana zgodnie ze standardami drugiej republiki. W dawnych czasach, o których pamięć przechowują jedynie Vau, normalnym było by obywatelom dostarczyć różnorodnych sposobów podróżowania w tym, specjalnymi tubami napędzanymi siłą powietrza. Takie właśnie tuby oglądaliśmy podczas przejażdżki powozem i taka to tuba eksplodowała przed nami.
„Falah” padło z ust Lady Elizy i jej kuzyna. „To na pewno sprawka tego terrorysty”
Od ręki zrobiło się zbiegowisko. Pojawili się inkwizytorzy, sędziowie i Amalteanki. Każdy starał się pomóc, bo z wysokości 30 metrów stale wysypywały się ciała. W końcu, któryś z inżynierów zdołał zatrzymać tuby. Kareta zatrzymała się i ruszyliśmy sprawdzić czy i my nie moglibyśmy się do czegoś przydać (przypuszczam, że pozostali czuliby się nieco urażeni gdybym zaproponował pomoc nożem, ale niektóre przypadki wyłącznie do tego się nadawały).
W tumulcie jaki otaczał całe to miejsce, dało się zauważyć tylko jedną osobę, która miała jasno zdefiniowany cel. W momencie, w którym nas ujrzała, siostra Vistro (jak dowiedzieliśmy się później) pełna konsternacji i determinacji zarazem ruszyła w naszym kierunku. Wysondowałem jej umysł (ukarskie przysłowie mówi, że ciekawość wiedzie wprost w bezmiar jasności, lecz nie mogłem się powstrzymać) by poznać jej zamiary. Jej oczami ujrzałem otaczającą nas poświatę i aurę tak przedziwną i silną, że natychmiast zmuszony byłem przerwać połączenie. Widziałem jej zmieszanie połączone z czcią. Z jej strony nie groziło nam niebezpieczeństwo. Zapytała nas, czy jesteśmy apostołami. Bez wahania odpowiedziałem że tak. Widziałem to w jej oczach. Dalszą rozmowę prowadził jednak czcigodny Ortolfus. Wyjawiła reszcie to, co ja ujrzałem wcześniej i zaoferowała wszelką swoją pomoc. Zaskoczenie malowało się nie tylko na twarzach pozostałych ale i Lady Elizy, znającej mego suwerena z zachowań nie przystojących świętemu.

W drodze do domu Filip wyjaśnił nam powody niepokojów i przybliżył sylwetkę terrorysty, którego podejrzewał o ten incydent. Cała kontynentalna powierzchnia planety pokryta jest lasami. Bardzo ułatwia to ukrycie się i czyni ją Mekką dla uciekinierów. Znajdowali tutaj
azyl innowiercy, wolnomyśliciele i filozofowie, jednak zaowocowało to również zwiększeniem patroli inkwizycji. Falah był ich głosem, on przemawiał i zachęcał do walki. Twierdził, że nie można dojść z kościołem do porozumienia. Należy wymusić na nim ustępstwa i akceptację dla inności. Jego akty terroru były w istocie walką o wolność i równouprawnienie. Jednak jak przy każdej tego typu retoryce, koszty ponosili niewinni, a wraz z nimi pogłębiała się nienawiść i nietolerancja. Smutne jest, że ten sam problem nęka nas – ukarów. Zbyt wiele sporów między nami i zbyt wiele kłótni. Gdyby nie to, ród Al-Malików dawno by przestał istnieć.

Dom Lady znajdował się w samym centrum stolicy. Obszerna kamienica z wielkimi pokojami i windą, którą zachwalała gospodyni obrazowała chwałę i glorię rodu, z którego pochodzi cesarz. Poproszono nas do gabinetu, gdzie Eliza zrzuciła na nas przysłowiową bombę. Ród Hawkwoodów rozpoczął wojnę i terytorium Gwynneth uznane zostało za okręg wojskowy. Znaczyło to tyle, że najprawdopodobniej Consuella zostanie zarekwirowana, za odszkodowaniem, do działań wojennych. Oznaczało to również, że cel naszej wizyty, czyli spotkanie z kuzynem Williama Redorana Hawkwooda, nie dojdzie szybko do skutku. Eliza zaproponowała jednak, znając sławę Ricardo i Ortolfusa, że w zamian za niewielką przysługę ona dopomoże nam, zapewniając możliwość spotkania z kuzynem i bezpieczny odlot z planety. Na tak postawione ultimatum nie można było udzielić odpowiedzi odmownej. Jak pisałem już wcześniej, Eliza zabiła na jednym z przyjęć ambasadora Hazatów. Stwierdziła, że przez pewien czas, gdy wygłaszała obelgi pod jego adresem nie była sobą. Ktoś zapewne obdarzony podobnymi umiejętnościami jak ja, nakazał jej to zrobić. Doprowadziło to do pojedynku, a gdy wpływ zniknął, pozostał jedynie wybór, życie Ambasadora czy jej. Wielce nadszarpnęło to jej reputację i z czarnej owcy stała się wyrzutkiem. Nadarzyła się jednak okazja by swoją reputację podreperować. Druga republika pozostawiła po sobie nie tylko piękno, technologię i sny, lecz także i koszmary. Dawniej przeprowadzano badania genetyczne na ludziach, celem udoskonalenia ich. Zmienienia fizycznie by lepiej spełniali się w walce. Po jakimś czasie badań zaniechano, a stworzenia poddane zostały eksterminacji. Nie udało się jednak pozbyć ich wszystkich. Część uciekła i założyła własne społeczności. Część przetrwała do dni dzisiejszych. Takich mutantów, w tym przypadku Ludzi-koty, widziano niedawno w mieście. W przeciągu 2 tygodni dokonali blisko 100 zabójstw. Zawsze były to cele szczególne, albo wysocy dostojnicy kościelni albo członkowie rodu Hawkwood. Oznaczało to że są przez kogoś kontrolowani. Eliza zapragnęła byśmy ich wytropili i jednego dostarczyli jej żywcem, by w ten sposób mogła odbudować swoją reputację w oczach rodziny. Staliśmy się zatem Łowcami.

Nasze przygotowania wyglądały różnie. Ja poszedłem skontaktować się ze członkami mojej gildii (jeżeli ktoś nimi kierował, być może pozwoliłby ich wynająć) i zrobić zakupy. Towarzyszyła mi Philipine, która dalej udała się do statku, roztrzęsiona wizją jego utraty. Ortolfus wybrał się do biblioteki poznać naszych przeciwników z ksiąg. Martin wybrał się do Gildii Inżynierów po mechanizmy pomocne mu w dalszych pracach nad broniami i tarczami. Rycerz Benito wybrawszy miecz ze zbrojowni gospodyni i odrzuciwszy niedwuznaczne propozycje młodej pokojówki udał się samotnie do sali ćwiczeń, a Ricardo Hazat Almodovar, upiwszy się pierwej, zażył rozkoszy cielesnych z piękną gospodynią.

Z racji nietypowej astrologii systemu, na Gwyneth występują 4 pory dnia. Prawdziwy Dzień, gdy świecą oba słońca; Dzień, gdy świeci bliższe (i zimniejsze) czerwone; Noc, gdy gdy świeci jedynie dalsze, większe i niebieskie słońce oraz Prawdziwa Noc, gdy na niebie nie widać niczego prócz gwiazd. Spotkaliśmy się ponownie razem w bibliotece, po dwóch godzinach, tuż przed nastaniem nocy. Ortolfus wyczytał, że istoty te różnią się zasadniczo między sobą gdy rozważana jest płeć. Kobiety są mniejsze i zwinniejsze, a mężczyźni dużo silniejsi i wyposażeni w kły zawierające jad – substancję otumaniającą. Poza tym wszystkie ataki odbywały się nocą, a także podczas prawdziwej nocy. Dowiedzieliśmy się również, że inkwizytorzy niedawno spalili jedną z grup. Do nich to postanowili udać się moi towarzysze, ale to inkwizytorzy znaleźli nas pierwsi.

Niebo poszarzało i zaczęło zachodzić chmurami. Słońce niknęło za horyzontem, a my szliśmy aleją w kierunku siedziby Avestian, gdy naprzeciwka wyszła niewielka ich grupa. Bił od nich fetor spalonego mięsa, przemieszany z zapachem oleju Ka. Wiedziałem, że mogą odkryć mrok duszy człowieka, w szczególności ciemną stronę natury psionika, lecz wyłącznie wtedy, gdy owa strona była rozbudzona, a to miało nastąpić dopiero później. Przekonany, że jako członek kohorty znacznego szlachcica nic mi nie grozi pokazałem im swoją twarz. Unieśli miotacze, na ich końcach pojawiły się płomyki. Przewodzący im diakon imieniem Fryderyk zażądał ode mnie wyrecytowania hymnu ich zakonu, znanego każdemu wyznającemu Wszechstwórcę. Gdybym tylko uważniej przyglądał się obrazkom, raz po raz dawanym mi przez Ortolfusa. Jednak pamięć o tekście zawartym na ich odwrocie przyszła do mnie zbyt późno, Avestianie otworzyli ogień. Pragnąłem owładnąć ich umysły, jednak powiodło mi się tylko z dwoma. Krzyki by przemoc się zakończyła spełzły na niczym do boju ruszył również Ricardo. Miotacze pluły płomieniami, karabin Ricarda wystrzeliwał kolejne porcje pocisków. Don Benito de Silva dokonywał cudów swoim wielkim mieczem. Do walki włączył się Martin. Ze swoim pociskami i pistoletem laserowym. Gdy wyglądało na to że przyjdzie nam wszystkim stąpić przed tron Wszechstwórcy i być osądzonym, szalę przeważył Ortolfus wraz ze swym pistoletem. Popaleni i osmaleni dobiliśmy ostatniego, ale nie był to koniec naszych kłopotów. Dostrzegliśmy czającą się w krzakach dziewczynkę, zbyt przerażoną by mówić, a u wylotu alei, z miejsca z którego nadeszli Avestianie doszły nas krzyki patrolu Hawkwoodów. Ruszyliśmy biegiem ku najbliższym drzwiom. Trzęsące się ręce Ortolfusa nie były wstanie zrobić tego, czego dokonał bark Don Benita. Kolejne drzwi i plac. Ortolfus ruszył czym prędzej ku bramie, a Martin ku drugim dużym drzwiom, za którymi krył się powóz mechaniczny – sześciokołowa maszyna. Po początkowej szamotaninie z maszyną, ruszyliśmy szybko w kierunku niedalekiego parku, gdzie machinę porzuciliśmy i przemykając pomiędzy domami udaliśmy się do rezydencji Lady. Oberwani, popaleni i bez mała martwi byliśmy teraz zwierzyną, a nie łowcami. Medyk Lady zaaplikował nam iniektory. Walka z inkwizytorami wyczerpała mnie bardziej niż mogłem się spodziewać i zmarnowałem na nią cały potencjał mojego umysłu, więc położyłem się spać, a Martin rozpoczął medytację. Dziewczynkę, naocznego świadka, mimo moich protestów pozostawiono przy życiu i wysłano do jednego z majątków Lady jako uczennicę szwaczki.

Mój trop okazał się zimny, Ortolfus w bibliotece również nie podsunął nam rozwiązania, pozostało poszukać pomocy u Amalteanek. Zakon ten bezinteresownie pomaga ludziom biednym i w potrzebie. Jego kapłani i klerycy często wysłuchują opowieści żebraków i bezdomnych. Być może oni widzieli coś, co naprowadzi nas na ślad zabójców. Bardziej niepokojące było to, że ktoś rozpoczął rozpytywać o Elizę i jej kuzyna, oraz o nas – jej gości. Prawdopodobnie stanowić będzie następny cel ataku. Zadecydowano jednak pozostac przy Amalteankach. Niestety nikt w zakonie nie dostarczył nam potrzebnej wiedzy. Jedynie co otrzymaliśmy to strój dla Ortolfusa, by mógł udawać dostojnika kościoła Almatei. Uspokoiłem umysł i rozpocząłem przygotowania mego ciała do nowego starcia, gdy obudził się on. Demon tkwiący we mnie uśmiechnął się i odebrał mi moc. Przysłał również głosy. Usłyszałem obelgi z ust moich towarzyszy, obwiniających mnie o nasze niepowodzenia. Krew się we mnie zagotowała, lecz w tym momencie Ortolfus krzyknął i wskazał w lasek. Nadchodziła nasza zwierzyna. Pełen furii ruszyłem w bój, by napotkać przeciwnika, z którym, bez swych mocy mierzyć się nie mogłem. Koty były szybkie i zwinne – unikały każdego ciosu. „Klękaj!!” Ryknąłem do największego, a po raz kolejny demon we mnie wzrósł w siłę, ujrzałem kątem oka, że na ziemie pada Martin. Mogłem tylko czekać i odpierać jego ataki. Byłem bezsilny!!! Ja Ibn-ur-Agar pierwszy raz zawiodłem i do tego wytykano mi to palcem! Naigrywano się ze mnie! Zabiję go! Zabiję swego suwerena!!! Podejrzewał mnie o zdradę!!! MNIE!!!!! Krew. Krew i mrok…

Pokonaliśmy ich. Jeden miał być wzięty żywcem, ale Don Benito dobił w ferworze walki słaniającą się na nogach kocicę, a reszta była zbyt słaba by przeżyć nasze ciosy. Gdy już wydawało się, że jedną odratujemy z niemal-śmiertelnej rany, zamknęła oczy by ich więcej nie otworzyć. Krew. Krew i mrok. Oni ruszyli biegiem do Amalteanek, może one dadzą radę, jednak jej dusza zespoliła się z Wszechstwórcą. Ja pozostałem na zewnątrz. Mimo, że me dłonie zakryte były szatą, lekka bryza unosząca ją ujawniała obnażoną broń. Wiedziałem, że zemsta będzie moja. Czułem jak demon w mojej duszy śmieje się i tańczy. Wyszedł. Pozwoliłem mu dobyć broni i starliśmy się. Nie wspierany mocami, otumaniony trucizną mężczyzny-kota, w zniszczonym ubraniu, czekałem na śmierć. Nie tego chciałeś demonie, o nie. Nie dam ci się narodzić, ha, ha. Poczułem jego strach i swoją satysfakcję. Usłyszałem jego krzyk, gdy ostrze Ricardo Hazata Almodovara przekłuwało mnie po raz ostatni. Nie narażę swoich towarzyszy na niebezpieczeństwo spotkania się z demonem we mnie. Miałem swoją zemstę – zemstę na demonie. Na cieniu. Oni jednak nie rozumiejąc tego oddali mnie Amalteankom z błaganiem o pomoc. Kapłanki przywróciły mnie do życia. Teraz tylko mrok.

Moi towarzysze dowiedzieli się, że tego samego wieczoru druga grupa zaatakowała domostwo Elizy Gelwele Hawkwood. Zdołali zabić jej kuzyna i piętnaścioro sług oraz ochrony. Eliza na szczęście przeżyła i miała swoją żywą kotkę. Odkryła w jej ciele nadajnik, dzięki któremu odpowiedni ludzie będą w stanie wytropić tego, kto stał za zamachami.

Ja siedzę w pustej sali szpitala prowadzonego przez siostry. Nie pali się żadne światło. Czuję go we mnie. Śpiący demon czeka, by mnie pożreć. Mrok. Tylko mrok.

Tomasz Wachla

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.