Sesja 10 – z dziennika Martina

No i pojawił się cholerny statek-widmo a my znaleźliśmy się wewnątrz jego ładowni. Wnętrze było oblepione czarnymi kryształami występującymi w różnych postaciach. Nie przeprowadziłem dokładnych badań kryształu. W końcu przybyliśmy tu po coś zupełnie innego. Przez następne kilkanaście minut szukaliśmy potrzebnych nam części. Kiedy już je znaleźliśmy oceniłem ich stan techniczny. Odetchnąłem z ulgą – były sprawne. Mieliśmy już to to co było nam potrzebne do uruchomienia naszego statku. Teraz wystarczało tylko wyjść na zewnątrz. Łatwo powiedzieć tylko jak to zrobić. Ibn Agar chciał wyjść i przy powierzchni statku ‚przeskoczyć’ do naszego wymiaru. Szalony pomysł!. Przecież zakrzywienia czasoprzestrzeni rozintegrowałyby jego ciało na proste atomy. Powiedziałem mu o tym. Na szczęście mnie posłuchał. Przeskoczyliśmy w inny wymiar inny, ale nie ‚nasz’. Ricardo opuścił statek przez śluzę i obserwował go z zewnątrz. Przekazał nam, że statek miał powłokę ściśle wypolerowaną. To potwierdzało moją tezę o oddziaływaniu zakrzywienia. Wyglądało na to, że jedynym wyjściem jest przebicie się przez struktury krystaliczne, które wypełniały dziury statku. Zacząłem przypominać sobie wykłady z materiałoznawstwa. Wyciągnąłem rysunki sieci krystalicznych Bravais’a. Próbowałem przekazać moim towarzyszom część mojej wiedzy, ale wydawali się mało zainteresowani tym tematem. Dziwne – poruszałem przecież bardzo istotne zagadnienia. Mój wykład przerywali mi ciągle pytaniami „No i co z tego wynika?”. Ignoranci!. Odpowiedziałem „To oznacza ze trzeba mocno uderzyć…”. Nadchodził czas przeskoku – Ricardo na szczęście wrócił na pokład. Don Benito wziął od Ortolfusa sztylet z cermstali. Przyłożył do kryształu, który wypełniał największą z dziur w ładowni i uderzał w niego miarowo pozostałością po jakiejś dźwigni. Na krysztale pojawiły się rysy. Nastąpił przeskok. Poczuliśmy działanie grawitacji – byliśmy w ‚naszej’ rzeczywistości.

Nagle w drzwiach ładowni pojawił się stwór. Wyglądał jak zatopiony w krysztale szkielet. Widziałem wyraźnie jak poruszył ustami jak gdyby chciał coś powiedzieć. Ricardo błyskawicznie wypalił z pistoletów laserowych, które trzymał w obu rękach. Energia lasera przemknęła przez krystaliczne ciało nie czyniąc mu większej szkody. Zobaczyłem, że stwór w odpowiedzi zbiera potencjał Enerigii – iskry wyładowań elektrycznych przebiegły po nim skupiając się w jego dłoni. Nagle uwolnił całą Energię kierując ją w stronę Ricardo. Błyskawica uderzyła w naszego Hazata oplatając go iskrami. Wiedziałem, że następnego takiego porażenia już nie przeżyje. Ja w tym czasie użyłem Mocy tarczy i stanąłem z potworem twarzą w twarz. Walka była trudna. Ja niestety nie miałem zbyt wiele możliwości ataku. Energia Mocy Pocisku Energii spływała po stworze nie czyniąc mu szkody. Odkryłem też, że kryształ zaczął powoli wpełzać na moje nogi. Zacząłem zdrapywać go kawałkiem blachy. Za to Eliza dała prawdziwy popis walki. Jej katana śmigała raz za razem odrąbując kawałki krystalicznego ciała stwora. Dość na tym, że gdy padł, kryształ zaczął zmieniać barwę. Wtedy też don Benito przebił się i utorował nam drogę ucieczki. Byliśmy wolni. Zobaczyłem, że Philipine ma z sobą butlę z ciekłym tlenem, który gdzieś znalazła na statku. Przydał się – czekała nas jeszcze droga powrotna. Po dotarciu do naszego statku wmontowałem zdobyte części. Odlecieliśmy.

Po kilku dniach lotu dotarliśmy do planety Elloyn. Ukazał się nam gazowy olbrzym w pełnej swej krasie. Widok był niesamowity. W górnych warstwach planety żyły ogromne istoty, myrble – podobne do olbrzymich balonów. Wśród nich latały olbrzymie drapieżniki atakujące myrble co jakiś czas. My skierowaliśmy się na Sodes księżyc planety. Philipine wiedziała, że znajduje się tam na orbicie stocznia, w której możemy wyremontować nasz statek. Przywitał nas przewoźnik, który zdjął obrazy naszego statku i zaprosił do Kapitana. Poszedłem razem z Ortolfusem. Kapitanem stoczni był George Worbicki. Rozpoczeliśmy negocjacje na temat kosztów naprawy. Ortolfus targował się zawzięcie zbijając dużo cenę naprawy. Powiedzieli, że się w 2 tygodnie uwiną. Po negocjacjach kapitan zaproponował Ortolfusowi grę w holograficzne karty „Mrugnięcie”. Ortolfus spojrzał na talię. Widać było, że stoczył walkę wewnętrzną. Jednak oparł się pokusie. Uciął dalsze nagabywania kapitana krótkim „Nie dziękuję, na pewno nie skorzystam”. Wyszliśmy z kapitanatu. Ortolfus był rozdrażniony. Myślę że chciałby zagrać w karty ale pewnie poczynił jakieś śluby kościelne. Tak to już jest z zbyt religijnymi osobami. Chcą, robią sobie zakazy a później żałują. No nic dość tych dywagacji. Załatwiliśmy prom dla nas wszystkich i dla naszego śmigacza na Criticorum i polecieliśmy.

Wylądowaliśmy w Acheon. Criticorum jest piękne. No może nie tak piękne jak Ligheim, ale piękne. Otoczyły nas wielkie strzeliste budowle połączone mostami. Mechaniczne ptaki szybowały wszędzie gdzie wzrokiem sięgnąć. Mnóstwo śmigaczy, skoczków i pojazdów kołowych. wszedzie dokoła widać że Technika rządzi. Poczułem się jak w domu. Od razu zapragnąłem udać się do Gildii, która mieści w najbardziej majestatycznym budynku miasta w wieży Zebulona – olbrzymiej budowli z terracytu, mierzącej 1200 m a zbudowanej na planie koła. Jej piękno zapiera dech w piersiach. Zaprawdę godne to miejsce dla Najwyższego Zakonu Inżynierów. Niestety moi przyjaciele z niezrozumiałych dla mnie powodów zapragneli odwiedzać różne części miasta zostawiając Gildie na końcu. Nigdy ich nie zrozumiem. Najpierw Ricardo zaczął wypytywać obsługę Lądowiska o szczegóły katastrofy statku Luisa. Okazało się, że przyczyną wybuchu był statek Al-Malika młodego barona Mahmuda el Jom – kuzyna gubernatora księcia Yusifa abn Rahim Al-Malik. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że w załodze jego był Ukar, bardzo oddany młodemu baronowi ochroniarz i technik. Po co Ricardo były te informacje nie wiem. Niecierpliwiłem się strasznie, bo my tu gadaliśmy o pierdołach a tam Gildia czekała. Później udaliśmy się do hotelu Fatima w dzielnicy Stary Kodeks. Tam wynajęliśmy pokoje. A potem wreszcie Ricardo powiedział, że jedziemy do Gildii ale dodał że zahaczymy przy okazji o hotel Imperior bo musi się koniecznie spotkać z jakimś tam znajomym. Wskoczyliśmy do śmigacza i polecieliśmy tam. Ricardo poprosił nas o wzięcie udziału w rozmowie. Podeszliśmy do drzwi. Po krótkiej wymianie uprzejmości i dziwnych pytaniach typu „A jak miał na drugie imię syn stryjecznej babki ?” wpuszczono nas do pokoju.

Ricardo przeprosił nas na chwile i poszedł z znajomym porozmawiać na osobności do drugiego pokoju. No i zaczęło się. Usłyszeliśmy na korytarzu jakiś hałas. Otworzyły się drzwi i wrzucono Urządzenie odtwarzające, które w kółko powtarzało tekst: „To pułapka! To tajna policja Mutasih! Skoro już wiedzą, kim jesteście nie dajcie im uciec ani użyć skrzekotek”. Philipine otworzyła na oścież drzwi na korytarz. Walczyło tam z sobą dziesięć osób wyraźnie podzielonych na dwie grupy. Ortolfus z Ibn Agarem otworzyli drzwi, za którymi zniknął Ricardo wraz z przyjacielem w momencie, kiedy ten wyskakiwał przez okno a chwile za nim skoczył Ricardo. Warto dodać, że wyskoczyli w przepaść ponad 50 metrową. Philipine wypaliła z lasera do jednego z napastników. Ja próbowałem użyć Mocy. I nie udało się za to poczułem jak czerń ogarnia mój umysł. Przeraziłem się. Zdarzyło mi się już to kiedyś, ale to doświadczenie było znacznie silniejsze. Nie wiem, co się działo dalej – zbyt byłem przejęty obrazem, który ujrzałem w moim umyśle. Kiedy ochłonąłem było po walce. Ortolfus rozmawiał z dogorywającym człowiekiem. Ibn Agar z dwoma napastnikami, którzy wydawali się być mu posłuszni. Reszta towarzyszy zbierała broń po napastnikach. Uciekliśmy szybko z hotelu razem z napastnikami, na których Ibn Agar użył Mocy. Polecieliśmy po ciało Ricardo – wszyscy byliśmy smutni. Spodziewaliśmy się znaleźć szczątki Ricardo wbite w chodnik. Jakież było nasze zdumienie, gdy ujrzeliśmy Ricardo całego i zdrowego – tarcza uratowała mu życie. Odlecieliśmy pośpiesznie.

W czasie lotu śmigaczem dowiedziałem się więcej o sprawie. Okazało się, że ‚znajomym’ Ricardo był Kirst Weber, szpieg Hazatów. Oczywiście nie przyjął nas on w własnej osobie tylko podstawiony agent Mutasih – tajnej policji Al-Mailików. W bitwie na korytarzu brały udział dwa ugrupowania: oddział Mutasih i kilku agentów Cesarskiego Oka. Prowadzili oni dochodzenie razem z Rycerzami Poszukującymi w sprawie wypadku statku Luisa. Dowiedzieliśmy się tez ze Kirst Weber znajduje się teraz na przesłuchaniach w Wieży Znikniętych – to takie ich więzienie. Pal go licho, moim zdaniem to dobre miejsce dla szpiega. Wieźliśmy z sobą dwóch agentów Mutasih których Ibn Agar przesłuchał a następnie kazał im opuścić śmigacz – skoczyli w chmury zanieczyszczeń Dolnego Miasta. Myślę że mieli mniej szczęścia niż Ricardo bo zabraliśmy im wcześniej tarcze. Polecieliśmy przemalować nasz śmigacz oraz zmienić hotel. Tym razem wylądowaliśmy w hotelu Śniący Żebrak. Poprosiłem by wreszcie podrzucili mnie do Gildii. Ileż w końcu miałem czekać. I udało się. Myślalem że reszta z naszych towarzyszy też przypomni sobie o znajomych których pilnie muszą odwiedzić ale o dziwo nie.

W Gildii przyjęli mnie bardzo ciepło. Szczególnie po tym jak im powiedziałem, że mam do sprzedania ciekawe wynalazki. Od razu zaprowadzili mnie do inżynierów zajmujących się sprawami energetyki. Przedstawiłem im zalety MTLP v.1.1 i pokazałem prototyp. Wzięli go na badania a mi wręczyli pieniądze. Później pokazałem im moje notatki dotyczące energetyki które wyciągnąłem z kryształu z Krestii. Oczy im się zaświeciły. Hehehe… też pewnie nie słyszeli o kumulatorze izotermiczny. Spytałem też ile by dali za projekty które mam już na ukończeniu tzn. : RWPK v.1.0, ZMŁJ v.1.0 i CMŁJ v.1.0. Podali skandalicznie małą kwotę. Do końca ZMŁJ i CMŁJ zostało mi już niewiele a wtedy zapłacą na pewno znacznie więcej. Zapytałem czy można tu wynająć laboratorium na tydzień. Tyle czasu wystarczy mi na pewno by wykonać prototypy. Propozycje przyjęli bardzo ciepło zaoferowali nawet technika do pomocy. Popytałem też o cyberwszczepy. O dziwo okazało się, że bez większych problemów załatwią mi praktycznie dowolny. Szkoda tylko, że zainstalowanie trwa cały miesiąc. Z Gildii wyszedłem bardzo zadowolony. Położyłem się spać późno w nocy, ale i tak nie mogłem zasnąć z podekscytowania.

Rano polecieliśmy ubrani w jakieś dziwne maski do Dolnego Miasta. Nie bardzo wiedziałem, po co się pchamy w te slumsy, ale nic to. Skierowaliśmy się do dzielnicy, Ukarów. Ortolfus z Ibn Agarem poszli załatwiać jakieś sprawy. Wrócili zadowoleni. Później zawieźli mnie do Gildii gdzie przez cały dzień pracowałem nad ZMŁJ. Philipine przyleciała po mnie późnym wieczorem. Jak tak dalej pójdzie to jutro powinienem skończyć ZMŁJ. Ten technik dość zdolny, ale ciekawski. Następnego dnia rano znowu polecieliśmy do Ukarów którzy przekazali nam jakieś papiery.Podobno potrzebne są one do planu ataku na Wierze Znikniętych. Popatrzyłem zdziwiony na moich towarzyszy. Mówili o ataku na najlepiej strzeżony budynek w mieście. Na pewno oszaleli.

Ireneusz ‚V’ Morawski

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.