(Po)śladkach do złotego kanionu

Opowieść piąta wg Tima

W podzięce za to, że uratowaliśmy Cedar City przed dziwnymi stworami, w które przemieniały ludzi indiańskie czary, poczciwi ludzie z tego miasteczka wysłali za nami posse i ogłosili nagrody za nasze głowy. Staliśmy się poszukiwani na całej północy, zwialiśmy więc na południe. Najpierw konno, a potem pociągiem, dojechaliśmy w końcu do Arizony. No i właśnie w pociągu zaczęła się ta sprawa.

Graliśmy sobie w najlepsze w karty, kiedy pociąg zaczął gwałtownie hamować, a z przodu i z tyłu rozległy się strzały. Chwilę poźniej do naszego wagonu weszło trzech bandziorów, krzycząc że to napad i żeby oddawać złoto i kosztowności. To się nie spodobało moim kompanom: Elwoodowi i czarnuchowi Danny’emu, który jako wyjęty spod prawa zhardział i zrobił się zadziorny. I to właśnie poczciwy „anatom” Danny wywalił jednemu z bandziorów dziurę w brzuchu, przez którą widać było dwóch jego zaskoczonych kumpli. Wcale mnie nie tedy nie zdziwiło, że zaraz zapomnieli o napadzie i łupieniu, podkulili ogony i zwiali. Ale co dziwne, ich śladem poszła reszta bandy, która napadła na pociąg, ponad piętnastu ludzi!

Kiedy się już jako tako ogarnęliśmy, okazało się, że napad był specjalnie po to, by porwać wagon pocztowy, który jechał na końcu składu. Banda zatrzymała pociąg na górce, więc po odczepieniu wagon po prostu pojechał z powrotem w dół. Oprócz tego prawie nikt nie ucierpiał, tylko dwójka pasażerów z ostatniego wagonu, tego przed pocztowym, została uprowadzona. Okazało się, że byli to wuj i kuzynka jednej ślicznotki, panny Vivian Gardner, którą od porwania uratowało pewnie to, że akurat była z wizytą w naszym wagonie, bohatersko obronionym przed grabieżą przez Danny’ego i Elwooda.

Panna Vivian poprosiła nas o pomoc w uwolnieniu krewnych. Wyglądało na to, że nie zostali porwani przez przypadek, bo dwóch bandziorów jechało z nimi wagonem przebrani za podróżnych i od razu wiedzieli, kogo zabrać. Panna Gardner najpierw nieco kręciła, ale lekko przyciśniśnięta opowiedziała nam całą historię.

Dziesięć lat temu trójka przyjaciół: John Gardner, Roy Baker i półindianiec Szimiko odkryli przypadkiem kanion pełen złota. Zabrali trochę skarbu i obiecali sobie wrócić po więcej. Złożyli tajemną przysięgę, że nikomu o tym nie powiedzą, oprócz ewentualnie swoich dzieci. Jednak Shimiko za wiele szastał złotem i za dużo paplał po pijanemu. Wieści o rozrzutnym Metysie dotarły do Meksykanina Tampico, bezwględnego przywódcy bandy oprychów i za trójką szczęściarzy ruszył pościg. Shimiko został złapany i zdążył wypaplać o kanionie i o mapie do niego, zanim skonał na torturach. John i Roy ukryli mapę i podczas krótkiego pobytu w domu pouczyli swoje dzieci jak ją odszukać, kiedy dorosną. Potem uciekli dalej, ale w Santa Fe banda ich dopadła i obaj zginęli w strzelaninie. Jednak Tampico i jego bandziory niedługo zostali zdradzeni przez jednego ze swoich kompanów, niejakiego Francesco Maderę. Posse otoczyło bandę i wybiło do nogi.

To jednak nie koniec historii złotego kanionu. Vivian, córka Johna Gardnera i Peter, syn Roya Bakera, dorastali strzegąc tajemnicy ukrytej mapy. Ojcowie, zanim zginęli, najęli Chińczyka, który tajemną chińską sztuką wypisał na ich pośladkach wskazówki jak do niej dotrzeć. Wskazówki nie były widoczne póki rzeczonych pośladków nie podgrzać, na przykład w ciepłej kąpieli. No i każde z dzieci miało tylko połowę wskazówek, a że Peter z matką wyjechali z Tombstone do Holbrook, nie mieli wiele okazji by się spotykać. Ojcowie przykazali im, że nie wolno im szukać złota, pókie nie osiągną szesnastu lat. Z czasem dzieci prawie zapomniały o mapie i złocie, aż do niedawna.

Vivian mieszkała już od jakiegoś czasu w domu swego wuja, Jima Gibsona i jego córki Laury. Pewnego dnia do drzwi ich domu zapukał posłaniec niejakiego Jacoba Morgana, przedsiębiorcy z Winslow, z propozycją współpracy. Morgan, jako doświadczony wydobywca i handlarz złotem, miał zorganizować kopalnię w tajemniczym złotym kanionie. Vivian zaś miała jedynie dostarczyć mapę. Przysłał nawet trzysta dolarów zaliczki na podróż i inne koszta. Gibsonowie nic nie wiedzieli o żadnym złotym kanionie, a Vivian postanowiła nie wchodzić z tajemniczym nieznajomym w żadne układy. Postanowili pojechać do Winslow do owego Morgana i oddać mu całą zaliczkę, wyjaśniając całą sprawę. I tak właśnie zrobili.

Potem był napad, jak już powiedziałem wyżej. Pannie Vivian zdawało się, że jeden z bandziorów to był ten Morganowy posłaniec i zaczęła podejrzewać przedsiębiorcę z Winslow o zorganizowanie całego ataku. Kiedy się okazało, że bandyci porwali akurat jej wuja i kuzynkę, przestraszyła się nie na żarty. Tym bardziej, że Laura przedstawiła się posłańcowi jako ona, Vivian. Wyglądało więc na to, że albo tajemniczy przedsiębiorca, albo jakiś bandzior dla którego naprawdę pracował jego posłaniec, postanowił odszukać złoty kanion. Tyle, że jego zaproszenia nie dało się odrzucić.

Chociać Vivian nie opowiedziała nam tego wszystkiego od razu i o złocie dowiedzieliśmy się nieco później, już wtedy postanowiliśmy jej pomóc. Zebraliśmy grupkę dzielnych mężczyzn, przekonaliśmy kierownika pociągu i pojechaliśmy całym pociągiem z powrotem za uprowadzonym wagonem. Jednak jak już do niego dojechaliśmy, okazało się, że niewiele mogliśmy wskórać. Wagon został obrabowany, zniknął sejf i wszystkie konie, a broniący dobytku ochroniarze leżeli martwi. Wuj Vivian także został zastrzelony, ale Laury nie było.

Vivian dostała spazmów i błagała nas, żebyśmy zaraz ruszyli śladem Laury. Ale to by była zwykła głupota, tamtych było przynajmniej piętnastu, a nas ledwo ośmiu, wliczając co odważniejszych pasażerów. No i nie mieliśmy koni, bo wszystkie zostały skradzione i zostały tylko muły. Nie było wyjścia, trzeba było jechać dalej, do najbliższego miasteczka, zgłosić sprawę szeryfowi. Tak się akurat złożyło, że najbliżej było Winslow, miasteczko w którym mieszkał ponoć tajemniczy pan Morgan.

Jeśli mieliśmy jakieś podejrzenia co do Morgana, to w Winslow zmieniły się one prawie w pewność. Całe miasteczko było zastraszone przez jego zbirów, którzy włóczyli się wszędzie i zaczepiali każdego, kto im wlazł w łapy, szeryf był wiecznie pijany i nawet nie rozumiał co do niego mówi wzburzony agent kolejowy, a mieszkańcy przemykali ukradkiem pod ścianami domów. Widać był to „przedsiębiorca” z rodzaju Fitza z Milford. Przechadzanie się po Winslow w towarzystwie Vivian mogło się skończyć co najmniej bójką, a najpewniej strzelaniną, więc szybko zwinęliśmy żagle i pojechaliśmy dalej do Holbrook.

Tu mieliśmy nadzieję zastać Petera Bakera, który miał na tyłku drugą część mapy. Jednak dom, w którym mieszkał wraz z matką, był pusty. Szeryf też nie wiedział, co się z nimi stało i zachęcał nas, żeby się z nim podzielić wieściami, jeśli jakieś zdobędziemy. On sam opowiedział nam co nieco a Winslow i Morganie, potwierdzając nasze najgorsze przeczucia. Morgan miał gdzieś w okolicznych górach kopalnię złota, oraz wszystkie praktycznie ziemie wokół Winslow. Miał w kieszeni burmistrza i innych ważniejszych ludzi w miasteczku. Szeryf Tim Norton stał się pijakiem kiedy jego żona uciekła ponoć z jakimś innym i od tego czasu w miasteczku panowała banda kowbojów Morgana.

Postanowiliśmy wrócić do Winslow i jak się da dyskretnie dowiedzieć czegoś więcej o Morganie, zwłaszcza gdzie ma tą swoją kopalnię, bo coś nam mówiło, że to tam porywacze zawieźli Laurę Gibson, myśląc że to Vivian Gardner. Samą Vivian chcieliśmy zostawić w Holbrook, ale się uparła jechać z nami i jedyne do czego udało się ją namówić, to żeby ubrała się po męsku. Przynajmniej jej zgrabny i jakże cenny tyłeczek nie będzie przyciągał wszystkich pijanych kowbojów w promieniu mili.

W Winslow zalegliśmy w jednym z dwóch saloonów, tym mniej obleganym przez Morganowe męty. Było za to trochę innych mętów, między innymi grupka pięciu Meksykanów, szepcząca coś skycie między sobą. Używając moich karcianych sztuczek udało mi się podsłuchać uszami jednego z nich o czym gadają i okazało się to całkiem ciekawe. Chłopaki chcieli obrobić transport złota z kopalni Morgana. Mieli mapy samej kopalni i drogi, którą pokonywał wóz z urobkiem. Brakowało im tylko siły ognia, bo w piątkę trochę bali się zaatakować eskorty dziesięciu kowbojów Morgana.

W tym zajmującym momencie musiałem przerwać, bo do knajpy wtoczył się jakiś wysuszony, szczurowaty oprych, który na widok Elwooda zaryczał jak raniony bawół. Coś tam między nimi było w przeszłości i najwyraźniej szczurowaty zamierzał pomścić teraz jakieś dawne zniewagi. Elwood nie dał się długo obrażać i zanim się z Dannym obejrzeliśmy, obaj wychodzili już na ulicę przed saloonem. Tamten nazywał się Roy Bundy i był takim niby wolnym strzelcem, ale koniec końców i tak pracował dla Morgana, bo w tej dziurze nie dało się pracować dla nikogo innego.

Obaj rewolwerowcy wyszli na opustoszałą ulicę i zaczęła się wojna nerwów. Bundy próbował straszyć Elwooda, ale że nie był powstałym z trumny trupem, nie zrobił żadnego wrażenia. Za to Elwood zmylił przeciwnika, udając że sięga po broń. Roy nie wytrzymał i wyszarpnął broń z kabury. Elwood strzelił pierwszy, ale tylko drasnął rękę Bundy’ego, który trafił lepiej, ale zaraz dostał drugi postrzał w nogę i padł na ziemię. Nie był jednak poważnie ranny i byłby może i wstał, żeby dalej strzelać, gdyby Danny przytomnie nie podbiegł i nie znieczulił go jakimś swoim „anatomskim” świństwem pod pozorem opatrywania ran.

I akurat wtedy pojawił się szeryf. To znaczy nie ten wiecznie zapijaczony Tim Norton, tylko jego zastępca, stary, ale krewki dziadyga z dwiema dubeltówkami, imieniem Frank. Pomógł nam zabrać nieprzytomnego Bundy’ego do biura szeryfa, gdzie opatulony od stóp do głów bandażami bandzior zaległ w jednej z cel i chcąc nie chcąc udawał śmiertelnie rannego. Frank ponarzekał trochę na swego pijanego w trupa szefa, oraz opowiedział nam co nieco o Morganie. Po więcej wieści i jakąś konkretną pomoc wysłał nas do miejscowego kowala. I tak mieliśmy się do niego wybrać po jakieś konie, więc akurat było nam po drodze.

Kowal okazał się prawdziwą kopalnią złota… tfu, to jest wiadomości. Bywał w kopalni robiąc różne robótki dla Morgana, choć z drugiej strony nienawidził drania i życzył mu rychłego zgonu. Sam jednak niczego nie odważył się przedsięwziąć, czekając na frajerów takich jak my. Dostarczył za to dokładnych informacji ilu Morgan ma ludzi i jakie ciemne typy dla niego pracują, na co możemy się natknąć w kopalni i jak najlepiej do niej dotrzeć, czyli jak wlec się cały dzień za wozem z zaopatrzeniem. Do tego dorzucił przyjacielskie ostrzeżenie, że lepiej jak wyjedziemy z Winslow przed zmrokiem, bo kowboje Morgana zagięli na nas ponoć parol za postrzelanie Bundy’ego. Jak już nas oświecił wypożyczył nam całkiem za darmo konie dla Elwooda, Olega i miss Vivian, czyli tymczasowo Jima.

Wróciliśmy do naszej knajpy, żeby się spakować i przypomnieliśmy sobie o Meksykanach i ich mapie kopalni. Oleg postanowił wziąć się za nich, ale dzięki Bogu nie wystrzelał ich, tylko zaproponował wspólną akcję na wóz ze złotem. Kiedy się jednak okazało, że wóz będzie wracał za jakieś dwa tygodnie, odpuściliśmy sobie i Danny kupił tylko od tych meksykańskich złodziei mapę kopalni za całe siedemdziesiąt dolców! Zanim reszta się spakowała zdążyłem jeszcze wrócić do kowala, który mi tę mapę dokładnie opisał, a wracając natknąłem się na wóz z zaopatrzeniem dla kopalni, którego śladem mieliśmy jechać. Noc spędziliśmy na prerii, unikając rozjuszonych kowboi Morgana, a rano ruszyliśmy za ciężko załadowanym wozem do kopalni.

Pod wieczór dotarliśmy do wąwozu, w głębi którego leżała kopalnia złota. Przez jego środek płynęła wartka, górska rzeczka, której łoskot mieliśmy nadzieję wykorzystać, aby przeniknąć do obozu po cichu. Dalej szliśmy już pieszo w gęstniejących ciemnościach, co było nam akurat na rękę, bo strażnicy nie mieli szans nas wypatrzeć. Uradziliśmy, żeby zakraść się do środka między północą, a świtem, pod osłoną mgły, którą miałem nadzieję wyczarować. Wcześniej jednak postanowiłem zrobić zwiad, korzystając z nowo poznanej sztuczki, dzięki której mogłem łazić całkiem swobodnie nawet po pionowych ścianach.

Najpierw miałem trochę problemów z jokerami, co mi się ostatnio coraz częściej zdaża niestety. W końcu jednak udało się zaciągnąć jednego do gry i wygrać przysługę. Przelazłem po skałach na drugą stronę ogrodzenia, wysoko poza zasięgiem wzroku i słuchu wartujących kobwoi i zapuściłem się do wnętrza obozu. Najpierw obejrzałem sobie dom samego Morgana, solidny, kamienny, z okiennicami zamkniętymi na głucho, nawet na piętrze. Dodatkowo wokół łazili dwaj strażnicy, a dwaj inni co jakiś czas przechodzili nieopodal, patrolując całą lewobrzeżną część wąwozu. W lasku za domem natknąłem się niespodzianie na ziemne kopczyki, jakby groby, z których jeden wyglądał na całkiem świeży i nawet próbowałem go rozkopać, ale rękami za długo by mi zeszło. Kiedy tak czaiłem się nieopodal Morganowej twierdzy, ze środka wyszła jakaś postać, w skórzanym kombinezonie, czapie i goglach. Przypomniałem sobie co mówili kowboje, których podsłuchałem przy wozie z zaopatrzeniem, że do kopalni przyleciał balon z jakimś naukowcem, który miał zbudować jakieś machiny w kopalni, żeby pracowały zamiast Chińczyków. No i właśnie to był ten naukowiec, a właściwie pani naukowiec i do tego znana mi z Sunny Waters Miss Cornelia. Kobieta pomruczała coś pod nosem i ruszyła żwawo w kierunku rzeki, za którą dostrzegłem szarzejący w nocnym mroku wielki balon.

Połaziłem jeszcze koło wielkiej zagrody z końmi, w której stało na oko ze trzydzieści zwierząt, ale w końcu postanowiłem przeprawić się na drugi brzeg rzeki do balonu i pogadać z naszą starą niby-znajomą. W ciemnościach parę razy potknąłem się i narobiłem sporo hałasu, ale szczęściem nikt mnie nie usłyszał i w końcu dobrnąłem do balonu. Miss Cornelia przypomniała sobie na szczęście kim jestem i uwierzyła mi bez zastrzeżeń w moje opowieści o podłości Morgana i o porwaniu przez niego młodej dziewczyny, którą zamierzamy odbić. Sama też co nieco chyba zobaczyła i zgodziła się bez oporów wywieźć nas z terenu kopalni, jeśli sytuacja zrobi się groźna. Uznałem, że przekonanie Cornelii i zbadanie sytuacji wokół domu Morgana wystarczy jak na jeden zwiad i z pewnymi kłopotami, ale koniec końców szczęśliwie przekradłem się z powrotem do reszty.

Posiedzieliśmy trochę bezczynnie, aż zrobiła się odpowiednia godzina i ruszyliśmy. Najpierw próbowałem zrobić mgłę, ale dostałem solidnego kopa z Zadymionego Saloonu i tyle było mojego czarowania. Na szczęście strażnicy byli mocno senni i udało się nam szczęśliwie przekraść na teren kopalni bez pomocy jokerów. Żeby pozbyć się obydwu strażników pilnujących domu Morgana Miss Vivian udała dziewczynkę z miejscowego saloonu, która postanowiła umilić stażnikom nocne czuwanie, a my zarżnęliśmy zbaraniałych strażników właśnie jak barany. Potem Elwood udawał jednego z nieboszczyków łażąc dookoła domu, a reszta wykopała z najświeższego grobu w lasku ciała młodego chłopaka i starszej kobiety. Ani chybi to byli Peter i jego matka, zaginieni z Holbrook. Danny jako anatom postanowił odkroić cenne pośladki Petera, na których były ukryte wskazówki prowadzące do Złotego Kanionu, a ciała zostawić. Z początku mi się to nie podobało, ale jak się nad tym zastanowić było całkiem rozsądne, bo pewnie byłyby problemy z dotarciem do trupa Petera po tym, jak byśmy go już oddali szeryfowi w Holbrook, jako dowód zbrodni Morgana. A że Morgan miał zostać osądzony i ukarany na miejscu, dowody przestawały być takie ważne.

Kiedy więc Danny pozbawiał nieszczęsne zwłoki najcenniejszych kawałków, Elwood wyłamał okiennicę i razem z Olegiem weszli do środka. Ja zająłem miejsce Elwooda udając zaspanego strażnika. Obaj zamachowcy weszli najpierw na piętro, gdzie po krótkiej szamotaninie zadźgali nożami Morgana i niestety także usługującą mu dziewczynę. Potem ze znalezionym przy zwłokach kluczem zeszli do zamkniętej na głucho piwnicy i uwolnili zalęknioną, ale żywą Miss Laurę, udającą swoją kuzynkę Vivian.

Uznaliśmy, że odbicie dziewczyny, załatwienie Morgana i zdobycie pośladków świętej pamięci Petera to wystarczający sukces i postanowiliśmy się zwijać. Wszystkim z wyjątkiem Elwooda, który miał nadzieję odzyskać swego uprowadzonego z pociągu konia, spodobał się pomysł wylecenia z kopalni balonem Miss Cornelii i tak też zrobiliśmy. Odlecieliśmy cichutko i bez jednego wystrzału, zostawiając martwe ciało Morgana w jego własnym łóżku, a wszystkich jego zbirów śpiących słodko i nieświadomych niczego.

W Holbrook Danny podgrzał pośladki Petera i odkrył jedną część wskazówki, a wdzięczna Vivian zażyła gorącej kąpieli i przekazała nam drugą, choć nie była aż tak wdzięczna, żeby pozwolić nam ją osobiście odczytać z orginału. Zestawione razem, wskazówki ułożyły się w słowo Tucson, nazwę sporego miasta w hrabstwie Pima, w krzyż, co oznaczało cmentarz, oraz w dwa numery. Kiedy wybraliśmy się na cmentarz, na przecięciu rzędów wskazywanych przez te numery znaleźliśmy stary grób bez tabliczki i krzyża. A w środku starą, lekko zbutwiałą, ale jeszcze całą skrzynkę z mapą dojazdu do tajemniczego Złotego Kanion.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.