Piękna i potwór

Opowieść trzecia wg Tima

Jako się rzekło, po zrobieniu porządku z messieur Noirem i jego starożytnym egipskim pupilem w New Cairo pojechaliśmy z powrotem do Milford. Po trochu, żeby dotrzymać towarzystwa Ms Lucy Redrose, która wracała do Salt Lake City, a po za tym żeby wyciągnąć w końcu od „Denver Pacific” naszą nagrodę za sprawę ranczera Fitza. Colin został w New Cairo, ale za to spotkaliśmy Elwooda, więc znowu jechaliśmy w trójkę, czyli Oleg, Elwood i ja. Towarzyszyło nam młode małżeństwo Stansford i stary kowboj Harry Grant.

Jakiś dzień przed Milford planowaliśmy zatrzymać się w małym, górniczym miasteczku Overton. Ale jak tylko je zobaczyliśmy z daleka, wiedzieliśmy, że coś jest nie tak i szykuje się nowa sprawa. Nad miasteczkiem krążyły stada wron, potem doszedł do tego zapach padliny, przemykające między domami kojoty, no a w końcu zobaczyliśmy trupy. Były objedzone przez padlinożerców, czasem pocięte nożami, ale w większości podziurawione kulami. Na ulicach miasteczka leżeli przeważnie mężczyźni, ubrani i najczęściej z bronią w ręku, za to w domach znaleźliśmy ciała kobiet, w nocnych koszulach i w rozgrzebanych łóżkach. No i trochę dzieci, ale starszych. Kilkuletnich maluchów nie było. Tabliczka przed miasteczkiem mówiła o 129 duszach, nie liczyliśmy dokładnie ciał, ale to była straszna masakra, nie do wyobrażenia.

Otrząsnęliśmy się z szoku i zabraliśmy za przeszukiwanie. Większość mężczyzn nie miała uszu, wyglądało jakby je odcięto. Kobiety i dzieci – przeciwnie. W szambie za saloonem znaleźliśmy ciało szeryfa okręgowego z papierami wzywającymi do Milford, także bez uszu, ale tym razem znaleźliśmy je w wewnętrznej kieszonce, jakby je sobie odciął i przechował na później. Był też oskalpowany, jako jedyny w miasteczku. Znalazłem ślady koni prowadzące na Zachód, ile dokładnie nie wiedziałem, ale były podkute. Za to pozostali znaleźli jedynego ocalałego mieszkańca – schowanego pod łóżkiem siedmiolatka, wystraszonego, brudnego, ale żywego. Obudziły go w nocy strzały, schował się pod łóżko, ale że miał gorączkę zasnął znowu. Kiedy się obudził drugi raz, nie słyszał już strzałów i krzyków, tylko płacz małych dzieci i jakiś głos, który powiedział: „kilka dni przez pustynię i potem miasteczko Sunny Oter”. Chodziło o Sunnywater, małe miasteczko pośrodku pustyni między Denver i San Francisco, gdzie znaleziono wodę i stąd nazwa. Leżało jakieś pięć dni drogi przez pustynię za Zachód stąd, a więc mniej więcej tam, gdzie prowadziły ślady koni, które znalazłem wcześniej.

Pozbieraliśmy wszystko do kupy i wymyśliliśmy co się tu mniej więcej stało. Spora banda napadła na miasteczko w nocy, ale mężczyźni stawili im opór, niestety daremny. Po wystrzelaniu miejscowych, bandziory obcięli im uszy i zabrawszy małe dzieci pojechali z nim do Sunnywater. Banda musiała być wielka i bardzo groźna, skoro około pięćdziesięciu górników nie było w stanie skutecznie się obronić. Najpewniej w grę wchodziły jakieś ciemne moce, bo po co byłyby im uszy pokonanych? Nie było strzał, tomahawków, więc to pewnie biali, a nie Indianie. Stansfordowie zabrali małego do Milford, a Grant wrócił do stacji kolejowej nadać telegram do szeryfa federalnego. My oczywiście pojechaliśmy szlakiem bandziorów przez góry na pustynię i do Sunnywater.

W górach, na przełęczy, natknęliśmy się na następny upiorny ślad bandy. W wielkim ognisku znaleźliśmy dwanaście małych, dziecięcych czaszek i kupę kości. A więc nie zawieźli ich do Sunnywater, tylko zabili tu, w górach, niecały dzień drogi od Overton, a potem zjedli, albo spalili w ognisku. Potworne! Wszyscy przysięgliśmy sobie, że pomścimy te niewinne istotki, jak i tych wszystkich pomordowanych wcześniej. Chociaż było nas tylko trzech, czuliśmy, że znajdziemy sposób jak dobrać się do tych potworów, tak jak znaleźliśmy sposoby na wszystkie inne potwory spotkane wcześniej. Oprócz tych kości Oleg znalazł też wyszczerbiony kamienny nóż, jakich używają prymitywni Indianie. Ale reszta śladów nie pasowała do takich Indian – ślady butów i podkutych koni, poza tym wcześniejsze ślady mordu w miasteczku. Zabraliśmy nóż ze sobą, bo nosił dość świeże ślady krwi, więc pewnie należał do tych zwyrodnialców.

Bojowy nastrój trochę minął nam podczas przdzierania się przez pustynię, zastąpiony znużeniem, więc kiedy w końcu dotarliśmy do Sunnywater, myśleliśmy wpierw o kąpieli i porządnej kuchni, zemstę zostawiając na później. Zresztą w miasteczku wszystko wyglądało sielankowo. Spodziewaliśmy się gniazda zbójów i kultystów, pożeraczy dzieci i kolekcjonerów uszu, a zastaliśmy zwykłe miasteczko, jakich wiele na Zachodzie. No, może poza tym, że leżało w środku pustyni, galon wody kosztował 10 centów, a większość ludzi była tu przejazdem. Nie było tu wcale farmerów, a całe jedzenie przywożono zza pustyni. Były za to dobrze zaopatrzone sklepy, balwierz, cyrulik, mały kościółek i trzy saloony z noclegiem. Wybraliśmy pierwszy z brzegu, „Labirynt” i wykąpaliśmy się w jednej wodzie, bo woda była tu na wagę złota i za kąpiel brali 5 dolców. A potem poszliśmy się rozejrzeć.

Oprócz miejscowych w Sunnywater było trochę podróżnych. Za miastem rozbili się obozem aktorzy, którzy przyjechali we trzy wozy na zaproszenie burmistrza i za jego pieniądze, żeby zapewnić ludziom trochę uciechy i skłonić ich do zostania nieco dłużej. Z drugiej strony stanęło pięć wozów handlarzy, którzy wieźli ponoć żywność do San Francisco, żeby wymienić ją na upioryt. A potem pod nasz saloon zajechał dziwny, żelazny pojazd bez koni, na sześciu kołach, sapiący i dymiący, z którego wysiadła okopcona kobieta w skórzanym płaszczu i goglach, a za nią pies, też w goglach. To był „parochód”, napędzany upiorytem dyliżans, szybszy od koni i nie znający zmęczenia. Owa kobieta w goglach, Miss Cornelia, jechała nim z Denver do rodzinnego Salt Lake City, czego dowiedzieliśmy się od zwalistego ochroniarza, który wygramolił się z parochodu jako ostatni. Poza nimi w miasteczku byli jeszcze przejazdem agenci kolejowi znanej nam skądinąd linii „Denver Pacific i jakaś tancerka, która przybyła na zaproszenie właściciela naszego saloonu i miała wieczorem dać występ. Za to żadnej większej grupy kowbojów, czy też Indian nikt w Sunnywater nie widział i się nie spodziewał.

Po południu był występ aktorów. Wszyscy chętni widzowie musieli oddać broń, żeby nie doszło do żadnej rozróby. Chodziło przede wszystkim o to, żeby któryś krewki, a podpity kowboj nie postrzelił aktora, który grał potwora. Ten potwór był trochę podejrzany, a i całe przedstawienie było dziwne, o Indianach porywających dziewczynę i składających ją w ofierze wspomnianemy potworowi w jaskini. Postanowiłem mieć oko na aktorów i przyjrzeć się im bliżej, a może i przejrzeć ich wozy, jeśli się da. Drugi trop do sprawdzenia to ta karawana z żywnością, jadąca do San Francisco. Jej szef, niejaki Hamilton, mieszkał w innym saloonie, „Zachodni Szlak”, ale porozmawiałem sobie z jednym z ochroniarzy, udając że chcemy się do nich przyłączyć, żeby bezpieczniej dotrzeć na zachodnie wybrzeże. Zachował się całkiem ok, ale nigdy nic nie wiadomo – postanowiłem sprawdzić jeszcze tego Hamiltona, no i same wozy, jeśli się da.

Wieczorem w naszym saloonie „Labirynt” była druga atrakcja – występ tej tancerki. Babka nazywała się Michelle Williams i była olśniewająco piękna. Mnie po prostu olśniła i długi czas nie mogłem od niej oczu oderwać, ale to nic w porównaniu z resztą kowboi, którzy przyszli obejrzeć występ, wliczając w to naszego Elwooda. Biedacy zapomnieli o bożym świecie i nie przypomnieli sobie jeszcze długo po tym, jak Miss Williams, kręcąc uwodzicielsko zgrabnym tyłeczkiem odeszła do swojego pokoju na górze po skończonym występie.

Elwood zgłupiał do tego stopnia, że namawiał mnie, abym wśliznął się w postaci węża do jakiegoś, zamkniętego o tej porze, sklepiku z upominkami i otworzył go, by mógł kupić jakiś drobiazg dla tej tancerki. W zasadzie i tak chciałem się wybrać w pełzającej postaci do wozów tych handlarzy, więc obiecałem mu pomoc. Wcześniej jeszcze udało mi się zapoznać młodego aktora, grającego głównego bohatera w przedstawieniu i Mister Hamiltona, szefa handlarzy. Obaj wydawali się całkiem w porządku i chętnie poczęstowali się papierosami z mojej papierośnicy, zostawiając mi tym samym ślad, potrzebny mi do nowej sztuczki. Użyłem jej następnie na tym aktorze, Danie, żeby posłuchać o czym będzie rozmawiał z żoną i innymi aktorami po wyjściu z saloonu, ale nic ciekawego się nie dowiedziałem. Przemiana w węża też mi się nie udała, więc całkowita klapa. Elwood też był niepocieszony i poszedł spać, wzdychając do swojej nowej i chyba niedostępnej ukochanej.

Rano dowiedzieliśmy się, że handlarze nie wyjeżdżają jeszcze do San Francisco, bo pobili się między sobą i jeden z chłopaków dźgnął nożem szefa, Mr Hamiltona, który leży u cyrulika, a winowajca siedzi w areszcie. Pogadaliśmy znów z jednym z ochroniarzy i dowiedzieliśmy się, że do sprzeczki, a potem bójki doszło, kiedy Hamilton nalegał na wyjazd mimo zbiorowej prośby reszty o pozostanie jeszcze paru dni w Sunnywater, żeby obejrzeć dalsze występy Miss Williams. Wyglądało na to, że nie tylko jeden Elwood oszalał na jej punkcie. Były, jak widać, jeszcze cięższe przypadki.

Wracając do saloonu zobaczyliśmy aktora Dana z żoną idących wraz ze swym szefem i jego żoną do szeryfa. Miny mieli marsowe i coś mi szepnęło, że pewnie i u nich coś niedobrego się stało. Postanowiłem zagrać znowu w mistycznego pokera z jokerami i posłuchać uszami Dana, o czym to będą gawędzić z szeryfem. Kant udał się całkiem łatwo i usłyszałem całą rozmowę. Szef trupy ostrzegał szeryfa, że nad miasteczkiem wisi nieznane, ale wielkie niebezpieczeństwo. Indianka z jego trupy, Tańcząca Woda, miewała wizje i ostrzeżenia, które zawsze się sprawdzały, a tej nocy coś ostrzegło ją, że wkrótce w Sunnywater zdaży się coś strasznego. Ja i moi kumple byliśmy całkowicie przekonani, że Tańcząca Woda ma rację, ale szeryf najwyraźniej się nie przejął jej przeczuciami, zbył aktorów byle jakim podziękowaniem i odprawił.

Dogoniliśmy ich i zaczęliśmy wypytywać. Szef był wyraźnie nerwowy, a jeszcze mu się pogorszyło, gdy usłyszał o Overton, kościach dzieci i zakrwawionym indiańskim kamiennym nożu, który Oleg znalazł nieopodal. Powiedział, że wyjeżdżają jutro rano, bo muszą jeszcze dziś dać przedstawienie, a potem się spakować. Pozwolił nam pogadać z Tańczącą Wodą, ale po spektaklu i nie za długo, bo po tym co usłyszał nie zamierzają zostawać w Sunnywater ani minuty dłużej niż to konieczne.

W napięciu i w przeczuciu nadchodzącego niebezpieczeństwa Oleg poszedł się dozbroić, a my z Elwoodem zobaczyć drugie i ostatnie przedstawienie wędrownej trupy. Znowu była dziwna historia z potworem i tym razem ciekawość zwyciężyła nad rozsądkiem – postanowiłem podpatrzeć, co też grający go aktor skrywa pod skórzaną maską. Był to jedyny aktor, którego twarzy nikt nie widział i szef trupy specjalnie zaznaczył, że chce pozostać anonimowy, a więc może warto było zobaczyć co kryje jego maska. Ale gdybym znał cenę, na pewno bym się nie zdecydował. Kiedy bowiem znalazłem się w Zadymionym Saloonie i siadłem do stolika, okazało się, że trafiłem na bardzo silnego, bardzo wrednego i bardzo wkurzonego jokera. Miałem szczęście, że tylko wykopał mnie z saloonu z zakazem wstępu do północy. Ale jak się okazało, do północy miało się jeszcze wiele wydarzyć i bardzo mi potem brakowało „pomocnej dłoni” jakiegoś jokera.

Kiedy jako tako doszedłem do siebie po wizycie w Saloonie, przedstawienie się akurat skończyło i dostaliśmy swoją szansę na rozmowę z Tańczącą Wodą. Niestety, Indianka nie wiedziała nic więcej niż to co już słyszeliśmy. Co do kamiennego noża, to wyczuła zło z nim związane, ale znowu nie pomogła nam odkryć z kim, albo z czym, się to zło wiąże. Wyszliśmy z obozu aktorów w ponurych nastrojach, pewni że coś złego się wkrótce zdaży, ale nie wiedząc skąd nadejdzie zagrożenie. Nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić poszliśmy w stronę naszego saloonu, gdzie już waliły tłumy podnieconych facetów, niedługo bowiem miał się rozpocząć drugi występ niezrównanej, ognistej Miss Michelle Williams.

I wtedy mnie olśniło, jak zwykle trochę za późno. Przypomniałem sobie Overton, to że tamtejsi faceci byli ubrani i na zewnątrz, a kobiety i dzieci w łóżkach. Że znaleźliśmy ponad 50 trupów górników, ale ani jednego śladu trupa bandyty, że nie było barykad, podpalonych domów, jakichś widocznych miejsc oporu, trupy po prostu leżały tu i ówdzie, z bronią w ręku. Dziwnie mi to spasowało z tym co widziałem teraz w Sunnywater: wieczór, tłum nagrzanych kowbojów, spoconych na myśl o tej tancerce, kobiety z dziećmi w domach… A jeśli oni sami wpadają w amok i strzelają do siebie, wystarczy przecież, że rzuci słówko, a co poniektórzy mogą nie wystrzymać… Przypomniałem sobie Elwooda, jak po nocy biegał po miasteczku szukając kwiaciarni… A to przecież przyzwoity, prostoduszny i dobry chłopak, nie żaden zabijaka. A ta bójka na noże w karawanie handlarzy? Przecież poszło o to, żeby ją jeszcze raz zobaczyć.

Podniecony, podzieliłem się moją myślą z chłopakami. Oleg w lot pojął o co chodzi i skoczył po swoje, dopiero co zrobione, zapasy amunicji i bombę własnej konstrukcji. Elwood miał wątpliwości, kombinował że przecież tam były ślady koni, więc może ona jakoś oczarowuje miejscowych, a jej kumple wpadają prosto z pustyni i robią rzeźnię. Ale mi to nie pasowało, tamci w Overton byli uzbrojeni i nie stali w jednym miejscu jak stado owiec na rzeź, rozbiegli się po miasteczku i wystrzelali stopniowo. Tak czy owak, poszliśmy do szeryfa, który wraz z innymi zasiadł już w saloonie czekając niecierpliwie na występ. Próbowałem przekonać go, żeby kazał ludziom się rozbroić, ale odpędził mnie jak natrętną muchę, zły, że mu burzę radosny nastrój oczekiwania. A kiedy nieroztropnie zasugerowałem, że to Miss Williams może być przyczyną strzelaniny, omal mnie nie pobił. Najwyraźniej, sam szeryf też już był pod przemożnym wpływem tancereczki, czy też tego czym ona w rzeczywistości była.

Mając mało czasu i żadnej nadziei na znalezienie sojuszników przygotowaliśmy się jak umieliśmy na najgorsze. Oleg i Elwood stanęli na zewnątrz saloonu przy oknach z karabinami, gotowi strzelać, kiedy tylko zacznie się coś niedobrego. Ja dostałem od Olega jego zrobioną naprędce bombę, czyli puszkę po fasoli wypełnioną prochem i gwoździami. Ukryłem ją pod płaszczem i stanąłem na galeryjce ponad główną salą, mając jak na dłoni podest na którym miał odbywać się występ. Nie musieliśmy długo czekać. Ze swego pokoju po drugiej stronie galeryjki wyszła, spowita aurą zmysłowości, pachnąca oszałamiająco, zamiatająca rozkręconą seksownymi ruchami bioder suknią i krusząca kowbojskie serca jak orzeszki Miss Michelle Williams.

Ręce mi się spociły, więc zaimprowizowaną bombę wsadziłem sobie pod pachę, cały czas pod płaszczem, żeby nikt nie widział. Co prawda większość nic by nie zauważyła, nawet gdybym wyszedł na galeryjkę całkiem nagi i zatańczył taniec brzucha. Wgapiali gały w tańczącą kusicielkę i świata poza nią nie widzieli. Ale było paru gości, którzy nie poddali się ogólnemu nastrojowi: nieliczne na sali kobiety, w tym Miss Cornelia, ta od parochodu, jakiś ponury kowboj i ochroniarze artystki – dwóch bladych kolesi, z których jeden stał oparty o poręcz galeryjki po drugiej stronie i co jakiś czas spoglądał w moją stronę. Dlatego z całej siły wybałuszałem gały i śliniłem się jak inni, żeby mu nie podpaść.

Skończył się taniec, nastała cisza, powietrze zgęstniało i wyczułem że zaraz coś się stanie. „Kochacie mnie?” – wykrzyknęła uroczo zdyszana Miss Williams retorycznie, a zwierzęcy ryk rozochoconego kowbojstwa starczył za wszystkie odpowiedzi. „Udowodnijcie to!” – kontynuowała tryumfalnie tancerka – „Obetnijcie sobie uszy!”. I prawie wszyscy na sali sięgnęli posłusznie po noże. Na szczęście z wyjątkami.

Gruchnęły strzały zza okien, to Elwood i Oleg dali ognia. Miss Williams upadła, ale nie wyglądało, żeby była ranna. Przypłaszczona do podłogi, gdzie żaden z moich kumpli nie mógł jej widzieć wydawała rozkazy oszalałemu tłumowi. Bombę miałem już zapaloną, rzuciłem jeszcze okiem po sali i napotkałem wzrok ochroniarza z naprzeciwka. Wyszarpnąłem puszkę spod płaszcza i cisnąłem w dół, wprost na scenę, z której Miss Wiliams dowodziła swoimi niewolnikami, otoczona najwierniejszymi z nich, między innymi szeryfem. Puszka upadła i poturlała się kawałek, zanim ogień dotarł do prochu i nastąpiła eksplozja, a tancerka zdążyła zwinnie odskoczyć. Wybuch narobił nieco zamieszania, ale nie zabił ani jej, ani żadnego z chroniących jej przed kulami mężczyzn. Czmychnąłem do mojego pokoju i przekręciłem klucz w zamku, ścigany tupotem wielu nóg rozjuszonych wielbicieli, mając kilka chwil zanim rozwalą zamek i mnie dopadną.

Miałem przygotowany plan awaryjny – przywiązaną do framugi i gotową do spuszczenia z okna linę. Być może dalibyśmy radę uciec z miasteczka konno, choć grupy ogarniętych amokiem kowbojów wypadały już z saloonu, żeby mordować „niewiernych”, czyli wszystkich którzy nie obcięli sobie uszu i rozbiegały się po miasteczku. Ale to by oznaczało skazanie na zagładę Sunnywater i Bóg wie ilu jeszcze podobnych, zanim my, lub ktoś inny dopadnie Miss Williams i zgładzi ją. Przypomniałem sobie kości malutkich dzieci w popiele ogniska i przeszła mi ochota do ucieczki. Tancerka musi zginąć, im szybciej, tym lepiej. Ale jak na złość wredne manitou nie chciały ze mną dziś grać, po fatalnej partyjce na przedstawieniu, a tłum już kłębił się pod moimi drzwiami. Padł strzał i zamek wyleciał z hukiem. Wyjąłem nóż, przyłożyłem do ucha, przytrzymałem drugą ręką i silnie pociągnąłem. Nic nie poczułem, poza ściekającą krwią, a ucho zostało mi w ręcę. Drugi ruch i miałem drugie. Schowałem je na wszelki wypadek do kieszonki w kamizelce, choć przed oczyma stanęła mi zaraz utopiona w szambie w Overton postać szeryfa okręgowego. Teraz byłem jednym z nich, musiałem tylko unikać ochroniarzy tancerki, którzy najwyraźniej nie byli ogłupiali, ale wiernie i świadomie służyli swej pani, a jeden z nich mnie przecież widział.

I wtedy we framudze okna pojawiła się najpierw głowa, a potem reszta Olega. Musiał obiec saloon i zobaczywszy linę, którą zdążyłem zrzucić z okna wspiął się po niej. Niestety, wszedł prosto w pułapkę. Do pokoju wpadali właśnie rozwścieczeni kowboje, z wielkim, łysym i oczywiście bezuchym teraz szeryfem na czele. Z miejsca rozpoczęła się strzelanina i co prawda Oleg radził sobie świetnie, kładąc trupem szeryfa i dwóch za nim, ale zza drzwi napierała cała masa innych. Wiedziałem, że nie damy rady się przebić, jedyna nadzieja w podstępie, ale nie wiedziałem jak to przekazać Olegowi. Podniosłem z podłogi rewolwer szeryfa i zacząłem strzelać w jego kierunku, celując jednak wysoko, żeby go nie ranić. Chyba pojął, bo rzucił się do okna i zwisającej z niego liny. Akurat wystrzelałem amunicję i rzuciłem się za nim z nożem, niby to w pościgu, ale tak naprawdę zasłaniając go przed ogniem wlewających się do pokoju ogarniętych amokiem kowbojów.

Kilku z nich rzuciło się do liny, przeciskając się koło mnie, bo wywróciłem się pod oknem, blokując dostęp tak bardzo jak się dało, a reszta zawróciła z powrotem do saloonu. Miałem nadzieję, że Olegowi uda się uciec, choć liczyłem takżę, że potem po kryjomu wróci i pomoże mi z tancerką. Po chwili zostałem sam w pokoju i ostrożnie wyjrzałem do głównej sali. Tancerki nigdzie nie widziałem, ale że drzwi do jej pokoju po drugiej stronie galeryjki były strzeżone przez trzech ochroniarzy lokalu, prawdopodobnie była w środku. W głównej sali leżało kilka trupów ludzi z uszami, zamordowanych w pierwszym ataku i kręciło się bez celu z dziesięciu bezuchych z bronią w ręku. Nigdzie nie widziałem tych bladych ochroniarzy osobistych czarownicy, więc możliwe, że byli wraz z nią w jej pokoju. W powietrzu unosił się zapach krwi i prochu, w całym miasteczku rozlegały się strzały i krzyki, tak mordowanych jak i mordujących. Pandemonium.

Kiedy obcinałem sobie uszy, miałem nadzieję na jakąś śmiałą akcję na tyłach wroga, ale widać wróg był na to przygotowany. Zanim dostałbym się do pokoju wiedźmy, musiałbym zabić tych trzech ochroniarzy saloonu warujących pod jej drzwiami i tych wszystkich na parterze. Może Oleg dałby radę zrobić coś takiego, ale nie ja, który ledwo trafiałem w nieruchomą puszkę. Przemiana w węża i śmiertelne pokąsanie czarownicy byłaby świetna, ale wredne jokery nie chciały ze mną grać przed północą. A do północy było jeszcze ze trzy godziny. Ech, żeby tak był tu Colin i jego niezawodna puszka z dynamitem, może coś by wskórał. Nie bardzo wiedząc co robić, postanowiłem poczekać do północy, pamiętając, że wiedźma kazała swoim wiernym wrócić przed trzecią nad ranem. Zapewne wtedy każe im się nawzajem pozabijać, jak pewnie kazała tym w Overton. Z bólem serca, wiedząc, że mieszkańcy muszą zginąć wycofałem się do mojego pokoju, a potem po linie na dół.

Noc była jasna, bo płonęły stajnie przy saloonie. Później się dowiedziałem, że to Elwood je podpalił, zabierając wcześniej nasze konie. Kiedy zszedłem na dół i z braku lepszego zajęcia zabrałem się za łatanie ran po uszach, Elwood znalazł Olega uciekającego pieszo przed tłumem fanatyków i obaj próbowali wymyślić coś cwanego. Rozdzielili się w końcu i Oleg pojechał dalej traktem starając się odciągnąć od miasteczka jak najwięcej bezuchych, a Elwood zawrócił, szukając jeszcze mnie. O tym wszystkim wtedy jeszcze nie wiedziałem, więc siedziałem samotnie pod ścianą saloonu i zszywałem rany po uszach, żeby zatamować krwawienie. Dookoła w miasteczku trwała rzeź, krew, strzały i krzyki, kwiki koni i zapach spalonego mięsa, cienie biegających kowbojów, a ja siedziałem sobie spokojnie i próbowałem zapomnieć o tym wszystkim dookoła, skupiając sie tylko na ranach. Byłem sam.

I tak zastał mnie Elwood. On nie wpadł na genialny pomysł obcięcia sobie uszu, więc musiał się ukrywać, bo gdyby zauroczeni kowboje go zauważyli, byłoby po nim. Zeszliśmy więc z widoku, wspinając się z powrotem do naszego pokoju w saloonie po ciągle zwisającej z okna linie. Razem od nowa próbowaliśmy znaleźć jakiś sposób, by zabić czarownicę, ale wobec dziesięciu „wielbicieli” włóczących się po parterze saloonu, trzech przy drzwiach pokoju czarownicy i prawdopodobnie dwóch w środku byliśmy bezsilni. Postanowiliśmy czekać do północy i spróbować przemiany w węża, a jeśli się nie uda – wyczarowania dynamitu. Z bańki nafty kupionej przez zapobiegliwego Olega zrobiliśmy bombę zapalającą i czekaliśmy.

Niestety, północ minęła, a nasze szanse się nie zmieniły. Nie udało mi się zmienić w węża, ani wyczarować dynamitu, a na dodatek rozjuszony joker dokopał Elwoodowi, na szczęście nie za mocno. Pozostał nam plan absolutnie awaryjny, który rozważaliśmy na samym początku, jako ostateczność. Postanowiliśmy zaczekać do trzeciej, aż banda zahipnotyzowanych facetów dokończy rzezi i wróci, zapewne by wystrzelać się nawzajem, podobnie jak to się stało w Overton. Wtedy zostanie tylko wiedźma i może kilku ochroniarzy, którzy zapragną zapewne zebrać małe dzieci, które czarownica kazała oszczędzać swoim sługusom i wyjechać z miasta, aby gdzieś na uboczu rytualnie je zamordować. I temu jednemu mogliśmy przeszkodzić, albo przynajmniej mogliśmy się starać.

Dochodziła trzecia nad ranem, godzina, o której czarownica kazała swoim zauroczonym niewolnikom wrócić do saloonu. Miasteczko ucichło już, nie było słychać strzałów i krzyków, pozostał tylko intensywny zapach krwi i spalenizny, bo stajnie też się już dopaliły. Kowboje bez uszu pojedynczo, lub grupkami ściągali do saloonu i zbierali się w głównej sali, wyczekując kolejnego występu. Usłyszeliśmy z Elwoodem szept spod naszego okna. To był Oleg. Okazało się, że nie udało mu się odciągnąć zbyt wielu fanatyków i w końcu wrócił, postanowiwszy stanąć z nami do walki raz jeszcze. Ucieszyliśmy się z jego powrotu, bo nasze szanse gwałtownie wzrosły, ale nie na tyle by próbować frontalnego ataku na wszystkich mężczyzn w mieście, zgromadzonych teraz w „Labiryncie”. Niestety, Oleg zauważył na szlaku przed miasteczkiem czterech Indian, czatujących w zasadzce. To musieli być kompani tej wiedźmy. Mieliśmy więc niewiele czasu. Kiedy już miejscowi się wystrzelają, tamci pewnie wjadą do miasteczka i znowu będziemy bezsilni.

Tymczasem sytuacja zmieniała się zgodnie z naszymi przewidywaniami. Miss Melissa Williams, piękna i władcza, wyszła ze swego pokoju na galeryjkę w towarzystwie właściciela saloonu i zastępcy szeryfa i rozkazała swoim wielbicielom wybrać spośród siebie jednego, godnego jej towarzyszyć. Tłum mieszkańców i przyjezdnych, pastuchów, sklepikarzy, kupców, aptekarzy, kowali i wszystkich innych wypadł niemal radośnie na zewnątrz saloonu i rozpoczęła się gwałtowna strzelanina. Przygotowaliśmy się. Oleg zszedł po linie na dół, postanowiwszy wejść od frontu i zablokować ewentualną drogę ucieczki, ja przypiąłem sobie skórzanym pasem do szyi stolik, jako zaimprowizowana ochrona przed kulami i chwyciłem baniak z naftą zamieniony na bombę zapalającą, a Elwood przeładował swojego Winchestera.

Niedługo strzały na zewnątrz ucichły i do saloonu wpadł, poraniony, ale szczęśliwy młody kowboj, zwycięzca „turnieju”. Uchylone drzwi do pokoju Miss Williams były jedynym zaproszeniem, ale to wystarczyło. Młodzian zniknął w pokoju, drzwi się zamknęły i wtedy uderzyliśmy. Spod galeryjki wychynął jak duch Oleg i wywalił ze swojego Winchestera dziurę w brzuchu jednego z ochroniarzy broniącego drzwi do pokoju czarownicy. Elwood położył trupem drugiego i zostało ich trzech, to jest jeden ochroniarz, zastępca szeryfa i właściciel „Labiryntu”. Teraz rozpoczęła się regularna strzelanina. Tamci kropili ze galerii, Elwood z naszego pokoju, Oleg z parteru, a ja, kryjąc się w miarę możliwości za uwiązanym do szyi stolikiem, ruszyłem w długą drogę dookoła galerii z moją zapalającą bombą.

Biegłem jak mogłem najszybciej, ale i tak za wolno, bo ciężki stolik przeszkadzał mi bardziej niż mój własny wielki brzuch. W tym czasie padały trupy i ranni, niestety po obu stronach. Po tamtej stronie galeryjki zrobiło się całkiem pusto, ale z uchylonych znowu drzwi padły strzały, to strzelali ukryci w głębi osobiści ochroniarze wiedźmy i jej świeżo wybrany oblubieniec. Oleg oberwał i padł na ziemię, ranny, a może martwy, ale biegłem dalej do celu. Stawką były maluchy z Sunnywater, ale i pewnie inne małe miasteczka, jakich pełno na Zachodzie. Byłem już blisko, kiedy Elwood położył trupem ostatniego z broniących. Podpaliłem szmatę wystającą z glinianej bańki i cisnąłem ją jak najmocniej do środka pokoju. Buchnął jasny płomień, ale nie usłyszałem krzyków, ani odgłosów szamotania, nic co by świadczyło o próbie ucieczki.

Zajrzałem do środka. Była tam – pomarszczona, stara Indianka, obwieszona talizmanami i pokryta malunkami, która dzięki czarom wydawała się piękną i zmysłową Miss Williams. Siedziała na podłodze, spowita płomieniami, ale zupełnie obojętna na żar. Na szczęście żar się tym nie przejął i po chwili starucha była już trupem. Na moich oczach zszerniała, przewróciła się na podłogę i zamieniła w zwęglone szczątki. Obok zwłok, także w płomieniach, dostrzegłem kamienną maskę. To pewnie ona zapewniała Indiance postać uroczej tancerki. Nagle tuż nad moim uchem, a właściwie dziurą po uchu, gruchnął strzał z Winchestera i maska pękła, kolejny strzał i kolejne dwa kawałki. Elwood, który tymczasem obiegł galeryjkę i stał teraz przy mnie, zarepetował broń, ale nie warto już było strzelać do resztek.

Zeszliśmy na dół, ale Oleg niestety już nie żył. Prawdopodobnie zginął na miejscu, w ogniu walki, tak jak żył. Śpij spokojnie przyjacielu, dokonałeś dobrego wyboru, dzięki Twojej odwadze i poświęceniu będzie żyło wielu niewinnych ludzi. Zabraliśmy jego ciało, bo z oddali doszedł nas tętent kopyt. To nadjeżdżali Indianie. Schowaliśmy się w kamiennym budynku wokół źródła wody, największego bogactwa Sunnywater i stamtąd obserwowaliśmy epilog dramatu. Ośmiu potężnie zbudowanych wojowników Kruka, z czarnymi piórami we włosach, z kamiennymi nożami, tomahawkami i łukami, ale w butach jakie noszą biali ludzie, weszło do opustoszałego saloonu, gdzie ogień cały czas szalał w pokoju na piętrze. Po chwili wyszli, wyraźnie zrezygnowani, wsiedli na konie i odjechali w noc.

I tak się skończyła ta ponura historia. Ocaliliśmy ośmioro malutkich dzieci, które trzeba będzie oddać do sierocińca, bo ich tatusiowie wystrzelali mamusie. Uwolniliśmy świat od pięknej, która okazała się potworem. Straciliśmy dobrego przyjaciela i dzielnego człowieka, który nie był może aniołem, ale swymi czynami zasłużył sobie na wieczną pamięć. No a ja straciłem uszy, ale w ogólnym rachunku wygląda to na drobne.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.