Pięć Żywiołów robi plask

Opowieść czwarta wg Olega (niestety niedokończona)

Pytasz mnie, jak to jest gdy wiesz, że nie żyjesz? Nie oddychać? Czuć się we własnym ciele obco, ze względu na drugą osobę, która też tam tkwi?…

A skąd ja mam wiedzieć, przecież wszyscy wiedzą, że w dzieciństwie przeszedłem chorobę, przez co moja skóra jest taka blada, a ja sam czasem nieco capię… I nie nazywam się Oleg. Wcale…

Ale nie mam tu biadolić o sobie ino o tym zawszonym mieście, gdzie nic się kupy nie trzymało. Tym całym Cedar City i o tym co sie tam porobiło. Otóż co następuje. Przespawszy się trochę w Sunnywater, gdy wokół mnie szalała przedziwna zaraza i pomór – znaczy wszyscy padli, nieco skostniały wstałem ze złym humorem. Ciekaw jestem czy ty byś tryskał radością niczym wieprz na świniobiciu, gdybyś przez ładne pare stóp ziemi i kamorów musiał się przekopać. Wiedziałem, że całkiem sobą do końca już nie będę, ale tego makabru, czy jak go tam indiańce nazywają mocno za jaja chwyciłem, także bedzie dobrze. W mieście gadali, że tych co przeżyli zabrali na przesłuchania do Belmont. Padły imiona moich ziomków, Tima Westona i Elwooda Hawkinsa. Tak mnie coś tęsknota pchnęła by za nimi podążyć, bo wredne skurczybyki nawet mi kwiatków na mogile nie położyli, wiec jak sobie upatrzyłem tak zrobiłem.

Belmont było całe i wszyscy w nim żyli, wiec sobie wykoncypowałem, że długo tam nie zabawili. Znowu mój urok osobisty i wrodzony wdzięk skłonił postronnego mieszkańca do dobrowolnego podzielenia się, ze mną wieściami, gdzie ich znaleźć. Otóż zastępca szeryfa okręgowego, ponoć tęga baba, zabrała ich do Cedar City. Tak zatem i moja droga wiodła.

Podrózowałem sam, bez bagażu jakiejś mazgajowatej piczki, więc dotarliśmy na miejsce w sumie jednoczesnie ino, że miasto małe nie było to chwile zajęło mi ich odnalezienie. Ale co to za miasto. Prawie 700 stałych mieszkańów, ładne pare saloonów, sporo rzeczy się dzieje. Tu indiance na kogoś napadli i porwali, ale ich kawaleria dorwala i do miasta dostarczyła, tam jakieś burdy w areszcie się skończyły, nuda w sumie, ale co tak, czas pokaże, ze trza było się tą nudą cieszyć.

Jakaż to niespodzianka dla mych ziomków musiała być, gdy obsypany ziemią wszedłem do hotelu i poprosiłem o whiskey. Ten czarnuch Danny, wspaniały przyjaciel, gdy kogoś trza połatać, albo znaleźć jabłka, wydawał się zaskoczony, Tim zrobił gały niczym patelnia mojej matki, Elwood natomiast się zlał (zresztą nie wiem, bo odemnie też jechało dość mocno). Dołączył do nich jeszcze jakiś żółtek, ale skoro oni mu ufali to i ja miałem mu zaufać.

Wspominkom nie było końca. Tyle śmiechu co niemiara. I wyszło na to, że piczka, która ich eskortowała, to nie piczka tylko naprawde sroga babka, która wie co jest co. Vanessa Lester. Hmm, gdyby nie choroba z młodości, która chuć mi przyłumiła, ah, bym sobie pofiglował… Skup sie Grundstone, bo gadasz od rzeczy.

I właśnie wtedy sie wszystko posypało.

Jak sie do porządku doprowadzałem i żarcie było już za nami, a moi ziomki do szeryfa okręgowego, czy sędziego czy kogoś tam, bo ja wiem kogo, spowiadac się byli rwetes się zaczął, bo wyszło na to, że ktoś stuknął maszynistę i jego pomocnika w pociągu, co w południe przez miasto miał jechać. Wiary sie zebrało co niemiara. Co to było, co sie działo, i kto to mógłby zrobić, pla pla pla, przekupki na targu, ale czego innego można by oczekiwać. Przynajmniej mój dobry czarnuch-przyjaciel opanowany był na tyle, że zara wszystko zbadał i powiedział, że ich rencami zabito. Przytaknął mu miejscowy brzdąc, co to widział jak jaki facet tam przyszedł, natłukł im i wlazł do pieca a potem troche dymiąc zabrał maszyniście ciuchy, se poszedł. Problemem było tylko to, że ten dzieciak to miejscowy przygłup, więc nikt, prócz nas (bo nie takie rzeczy sie po pijaku w tej kompanii oglądało) mu nie uwierzył. Wiecej i tak tam nic nie ustalono bo przylazł agent z biura Denver Pacyfic, co nam jeszcze pieniądze byli krewni, wsiadł w pociąg i pojechał. Co nam pozostało? No oni, tamci moi kamraci musieli znowu jakies papiery podpisać, a ja mogłem se iść do banku i pieniądze z kolei pobrać. Jakie pieniądze? To ci Tim przecież już opowiadał, a ja nie lubie sie powtarzać. W każdym razie było za co pić i wreszcie jakieś ciuchy se sprawić.

Siedzieli my tak i gaworzyli o tym co ich i mnie spotkało, gdy znowu harmider się wdał. Kurwe zabili, koło jednego z saloonów. W Whiskey, bo tak sie ten saloon nazywał siedzieli również wojskowi co tych resztke indian tu odwieźli.

Co by tu powiedzieć? Ktoś drzwi od kibla otworzył, gdy oddawała się nielicznym przyjemnościom jakie miała w życiu i jej łbem dziurę w tylnej ściance wybił. Luda było sporo, ale nasza uwage zwrócił młody wojak co strasznie markotną minę miał. Tom zagadał. Kielicha postawiłem, a że młody już w czubie miał sporo to sie wygadywać zaczął. Otóż miał ci on zły humor bo mu sierżanta (drugiego wojaka co go z indianami zostawiono) wcieło. Najpierw chlał mnóstwo wody, a jak mówię mnóstwo to znaczy mnóstwo, znaczy wiadra. Potem młody go widział, jak zaczął jeść ziemię. A wszystko to się wzięło od rzeczy indian co on w nich grzebał. Nie szlo z nim do składu dojść co to za rzeczy i co się z nimi stało. Ale my mieliśmy WSKAZÓWKĘ!!! Sierżant, najpierw bawił się sprzętem indian, potem chlał wodę, potem zeżarł ziemie, potem stuknał tych w pociągu i wlazł do pieca, a samo przez sie sie rozumie, że musiał tez ubić babe w kiblu. Chcieliśmy młodego wojaka uspokoić, ale mój przyjaciel-czarnuch ustalił, że to pewnie zaraza co przeszła na sierżanta od indian. Oni tez dużo wody piją. Oni się zarażają od dzikich koni. Konie nie tylko wodę piją, ale też ziemie, a przynajmniej trawe jedzą. Pomór nas czeka jak nic.

Podsumowując jednym słowem: Indianie. Jak nie wiesz o co idzie idzie o to by powiesić czerwońców. Zawsze.

No tośmy tym śladem poszli. Czerwońcy mieli zawisnąć w niedziele, czego ludzie Kevina Whitakera mieli dopilnować. Tim zaabrakadabrował i jak słownik z pokoju przyniósł to zaraz mówił po ichniemu. Ustalono, że całe to zamieszanie wynikło przez właściciela saloonu whiskey. Indianie nie atakowali osadników, ale bronili ich przed zbirami Whitakera. Jak im natłukli to wzięli ocalałych i chcieli ich odprowadzić do miasta, ale nadjechała kawaleria, która znowu im dała łupnia. A w te okolice indian przyciągnąl zmarły dziadek albo babcia szamana. W każdym razie przodek, który mu wizje zesłał co by przyszedł gdzieś tu niedaleko i znalazł jakiś mocny przedmiot, bo go trzeba ochronić przed bladymi twarzami. Pewnie miał na mysli mnie, bo moi kamraci to raczej spieczeni są ostatnio od tego słońca pustyni. W końcu Tim się z tym wodzem/szamanem dogadał, że jak jego braci na nogi postawimy to on nam pomoże, albo jakoś tak (ja tam nic nie rozumiałem).

Reszta w toku…

Tomasz Wachla

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.