Kolejowa zagadka

Opowieść pierwsza wg Tima

Żaden ze mnie gawędziarz, ale o tym warto opowiedzieć, więc powiem. Było to w 1878 roku, jakoś tak późnym latem, w miasteczku Milford, na szlaku z Salt Lake City do Lost Angels. Podróżowało nas wtedy czworo. Najpierw czarny doktor, albo jak to on nazywał „anatom”, Danny Joseph, całkiem czarny Murzyn, prawie jak węgiel, a co najmniej jak palona kawa, ze swoją torbą pełną leczących maści, mikstur i ostrych noży. Potem Oleg Grundstone, albo jakoś podobnie, co się kazał nazywać „Cyngiel”, z wypucowaną spluwą w obniżonej kaburze i cienkimi cygaretkami, jakie palą panienki w saloonach. Następnie Elwood Hawkins, kowboj z farmy, też z obniżoną kaburą, ale i ze słomą w butach, poczciwy chłopak i chętny do pomocy. No i ja, Tim Weston, ni to traper, ni kowboj, z wielkim brzuchem, ryżą brodą i talią kart do wróżenia. Wtedy już byłem kanciarzem i potrafiłem grać z manitou prawie tak dobrze jak teraz, ale chyba jasne, że nie zależało mi za bardzo, żeby ludzie o tym wiedzieli.

Przyjechaliśmy więc do tego Milford szukając roboty i kłopotów. Już wtedy ciągnęło mnie do rzeczy dziwnych i strasznych, jakich normalni ludzie unikają, ale jak to mówią: „kartofle najlepsze są prosto z ogniska”. A w tym Milford zatrzymała się budowa linii kolejowej „Denver Pacific” i chodziły słuchy, że to za przyczyną jakichś indiańskich duchów, albo górskich potworów, czy innego diabelstwa. Nikt tego dokładnie nie wiedział, ale że agent kolei dobrze płacił każdemu, kto się chciał sprawą zainteresować bliżej, to wiadomo było, że coś w tym jest.

Na miejscu okazało się, że ludziska w Milford mają o wiele więcej kłopotów, niż ładny kawałek drogi do stacji. W miasteczku panoszyli się kowboje pracujący dla wielkich ranczerów, znikali ludzie, którzy podobno zostali zeżarci przez jakąś tajemniczą bestię, a do tego w tym roku panowała susza i plony były wyjątkowo kiepskie. Ja to chętnie bym im pomógł, ale się nie bardzo dało. Na kowbojów-rozrabiaczy raczej siły nie było, bo pracowali dla burmistrza Oldmana i jego kumpla ranczera Fitza. Sam szeryf schodził im z drogi, robili co chcieli, a było ich dobre dwa-trzy tuziny. Domniemana bestia pojawiała sie raz na miesiąc-dwa i trzeba było czekać gdzie znowu kto zniknie, żeby może tropem pójść, a tak to szukaj wiatru w polu. A z suszą niestety też nie potrafiłem sobie wtedy poradzić, choć wiedziałem już że manitou może i deszcz przywołać. Więc została nam kolei.

Do „Denver Pacific” poszliśmy prawie zaraz po przyjeździe do Milford, wcześniej tylko zakwaterowaliśmy się w dość spokojnym saloonie „Samorodek”. Zjedliśmy tam obiad, wzięliśmy kąpiel i pogawędziliśmy trochę z barmanem Edem, od którego dowiedzieliśmy się co w trawie piszczy, jak wyżej. Przed wejściem do biura agenta kolejowego czekała na nas osobliwa para. Ładniutka kobietka, Mrs Lucy Redrose, w butach do konnej jazdy i z dubeltówką w ręku i młodziutki księżulo, w drucianych okularach, który przedstawił się jako Edward Norton. Jak się potem okazało Mrs Redrose była żoną brygadzisty z kolei i przybyła do Milford z Salt Lake City szukać swego męża, zaginionego w tajemniczych okolicznościach, które przyszło nam zbadać. Ojciec Norton zaś ledwo skończył seminarium i przybył, jak to ładnie ujął, „walczyć ze złem tego świata”. Oboje zamierzali wyruszyć w góry śladem linii kolejowej, ale woleli mieć większe towarzystwo, bo sprawa wyglądała na poważną. No i nadarzyliśmy się my.

Agent kolejowy, pan Jim Anderson, wyjaśnił nam tyle, ile sam wiedział, czyli nie za wiele. Linia kolejowa przebijała się przez góry i szło im całkiem nieźle, póki nie doszli z budową do „doliny”. Tam pewnej nocy zdarzyło się coś bardzo dziwnego: ludziom pokazały się jakieś zjawy, duchy, czy też dziwni Indianie, dość że prawie wszyscy porzucili w panice obóz i zwiali. Nie tylko nie chcieli potem słyszeć o powrocie do roboty, ale nawet nie potrafili powiedzieć co im się właściwie pokazało. Powiedziałem „prawie wszyscy”, bo trzech ludzi zniknęło i nigdy ich potem nie odnaleziono. Jednym z nich był brygadzista Redrose, mąż dzielnej Mrs Lucy, naszej późniejszej towarzyszki, której strzelba nie raz uratowała nam tyłki.

„Denver Pacific” oczywiście nie od razu uwierzyła w napad jakichś piekielnych mocy i posłała do doliny oddział czterdziestu ludzi, uzbrojonych po zęby. Zastali wszystko spalone, ale najwyraźniej nie ogniem piekielnym, tylko raczej ręką ludzką. Znaleźli ślady chrustu którym obłożono drewniane budy i stojący na końcu toru pociąg z materiałami i jeden tomahawk, pewnie podrzucony, żeby zwalić winę na Indian. Zaczęli sprzątać, ale nie minęły trzy noce, jak znowu jakieś przerażające stwory, czy widziadła napadły na obóz. I znowu prawie cały oddział dał drapaka, z wyjątkiem czterech pechowców, których się nie doliczono po panicznej rejteradzie. Wszyscy ci, co widzieli nocny atak tajemnicznych potworów wyjechali z Milford, nie chcąc nawet powiedzieć co ich tak śmiertelnie przestraszyło. Od tej pory nikt już się nie chciał wybierać do doliny, choć kolej oferowała trzydzieści dolców każdemu kto spędzi trzy dni i noce w „dolinie”, oraz okrągłe pięćset za rozwiązanie sprawy!

Zgodziliśmy się oczywiście spróbować rozwikłać zagadkę, przy okazji mając nadzieję pomóc pani Redrose odszukać męża. Anderson zdradził nam w zaufaniu, że w Milford został jeszcze jeden człowiek z tych, co zostali napadnięci za pierwszym razem. Nazywał się Fred i dalej pracował w ochronie „Denver Pacific”, tyle że teraz chronił biuro w Milford i słowem się nie zająknął, co go tak wystraszyło w tajemniczej dolinie. Postanowiliśmy wziąć go na spytki w jakiejś knajpie wieczorem, a tymczasem rozdzieliliśmy się i każdy poszedł robić to co lubił.

Danny poszedł do obozowiska biedoty mieszkającej w namiotach za miasteczkiem i leczył tam jakieś dziecko, za co wdzięczny ojciec obdarował go jabłkami. Oleg postanowił poszukać guza, czyli wyzwać kogoś na pojedynek, a Elwood poszukać jakiejś miastowej rozrywki. Nie ma się co dziwić, jak się prawie dwadzieścia lat dorastało tylko z krowami, to i szczerbata dziewka potrafi zawrócić w głowie. Ja zaś postanowiłem dowiedzieć się coś więcej o sprawie tajemniczej bestii porywającej ludzi. Ponoć jakiś miesiąc temu dzieciak Bobby, z farmy Fitscherów widział tę bestię i tej samej nocy zginął jakiś kowboj. Na farmę rzecz jasna nie pojechałem, ale wpadłem do szeryfa. Być może kiedyś szeryf Tom Bullock miał jaja i powołanie, ale mnie wydał się być zagrzebanym w papierkach urzędasem. Widać było, że bardziej zależało mu na wypłacanej regularnie przez burmistrza pensji, niż na prawie i porządku w Milford i okolicy. Nic go nie obchodzili zaginieni ludzie i tajemnicza bestia, a rozpanoszeni w miasteczku kowboje z rancz najwyraźniej byli dla niego całkiem miłymi facetami. A w ogóle miał całą kupę formularzy do wypełnienia i nie za bardzo mu się chciało odpowiadać na moje pytania. Zostawiłem go więc z jego ukochanymi papierkami i poszedłem do reszty.

Po drodze natknąłem się na kilku rozbawionych kowbojów, strzelających dla zabawy pod nogi jakiegoś zabłąkanego meksykańskiego wieśniaka. Któraś tam kula zrykoszetowała i zabiła jakiegoś przygodnego gapia. Młody zastępca szeryfa zdobył się jedynie na to, by zapowiedzieć winnym „żartownisiom”, że będą musieli zapłacić odszkodowanie rodzinie zabitego. Ale to dopiero jak wróci szeryf, który tymczasem wybrał się odwiedzić swego pryncypała, burmistrza Oldmana, na jego ranczu. Potem znowu podczas bijatyki z saloonie jeden kowboj dźgnął drugiego pod żebro i zabił na miejscu. Miałem dość tego bałaganu i udało mi się podjudzić ludzi do linczu, ale czarnuch Danny odciął wisielca ze sznura i przywrócił go do życia. Może to jednak i dobrze, bo najpierwsi do wieszania okazali się te same cztery draby, co to wcześniej strzelali sobie dla zabawy do Meksa i zabili przypadkowego człowieka. Nie ma prawa w Milford, a i sprawiedliwość trudno odmierzyć, bo w kieszeni burmistrza i tego drugiego ranczera, Fitza, siedzą zgodnie szeryf i największe męty.

W międzyczasie Oleg i Elwood zajmowali się szukaniem rozrywek i guza, ale na szczęście nie wywołali żadnej burdy, bo dość było problemów i bez tego. Trochę się bałem, że któryś z nich, zwłaszcza wymuskany i napastliwy Oleg, napatoczy się na jednego z bawiących akurat w Milford rewolwerowców i da się postrzelać. A było w miasteczku akurat dwóch sławnych zabijaków: niejaki Bill „Scraper”, typ raczej spod ciemnej gwiazdy, wsławiony zastrzeleniem dwóch zastępców szeryfa w El Paso i „oskrobaniem” kulami jakiegoś frajera w Yuma, oraz Steve Torman, o lepszej reputacji, który wystrzelał bandę w Oklahomie i wygrał pojedynek rewolwerowców Laramie, gdzie okazał się najlepszy z siedmiu startujących. Na tego drugiego zresztą trafiliśmy później w saloonie „Złoty ranczer Tiffany”, ale okazał się gościem spokojnym i statecznym, kupił sobie działkę w górach i zamierzał osiedlić się w okolicy. A przynajmniej tak twierdził.

W tym samym lokalu trafiliśmy też na Freda, który wpadł na kolację i szklaneczkę. Udało nam się, a właściwie to czarnuchowi Dannemu się udało nakłonić go do opowiedzenia co się mniej więcej zdarzyło w dolinie pamiętnej nocy. Napastnicy zeszli ze skał otaczających dolinę w nocy, a było ich kilka dziesiątek. Z daleka wyglądali jak Indianie, ale z bliska widać było gołe kości i poszarpane mięso, ich oczy błyszczały się czerwono i wyglądali jak trupy powstałe z grobów. Fred pamiętał tylko że wpadł w panikę i wraz z większością uciekli z doliny. Namawiał nas byśmy tam nie szli, ale nie wystraszyliśmy się, więc w końcu dał za wygraną. Ostrzegł nas jedynie, byśmy nie dali się otoczyć i zostawili sobie drogę ucieczki.

Tu się okazało, że nasz czarny „anatom” Danny ma całkiem dobrze poukładane w głowie i że wie rzeczy, o które bym go nie podejrzewał. Wykoncypował sobie, moim zdaniem całkiem zgrabnie, że to nie duchy Indian, ani powstali z grobu czerwonoskórzy, tylko zjawy wywołane czarami kanciarza, albo – jak to on nazwał – „hoo-doo-na”. Czyli pewnie takiego ichniego, czarnoskórego magika. Potrafił też przekonać nas wszystkich, że nie ma co więcej siedzieć w mieście, tylko ruszać od razu następnego dnia rano do owej doliny, żeby na miejscu zobaczyć co i jak. No i ja sam, choć najpierw chciałem się co nieco w miasteczku porozpytywać, zgodziłem się jechać zaraz rano, tyle tylko, że po drodze mieliśmy wpaść na farmę Fitscherów, pogadać z tym dzieciakiem Bobby’m, który widział tajemniczą bestię grasującą po okolicy.

No i prawie zmarnowaliśmy trochę czasu na tej farmie, bo Bobby widział tylko że bestia miała sześć nóg, czerwone oczy i jakby rogi na głowie. Przypomniały mi się pająki, a potem żuki majowe, dokładnie tak wyglądające, no może bez czerwonych oczu, ale nawet jeśli to był wielki żuk majowy, to niewiele mi to pomogło. W ostatnich latach na Dzikim Zachodzie można spotkać różne diabelstwa, kto wie skąd się to akurat wzięło, przypadkiem, czy ktoś toto przywołał, a jeśli nawet tak to jak i po co? Danny poczęstował chłopaka jabłkami i pojechaliśmy dalej.

Koło południa wjechaliśmy w góry i niezadługo potem zaczęły się pierwsze kłopoty. Naprzeciwko nas wyjechała grupka pięciu kowbojów i kazali nam się zatrzymać. Powiedzieli, że za wjechanie na teren prywatny mamy im zapłacić po dziesięć dolców od głowy i jeszcze Mrs Redrose ma być dla nich miła. Z taką gadką wiadomo było, że po dobroci się nie da. Nie wiem już kto pierwszy wygarnął, my czy oni, ale jak tylko się zaczęło skryłem się za mułem, żeby nie oberwać. Za to Oleg i Elwood okazali się prawdziwymi twardzielami, bo zamiast szukać osłony siedzieli twardo w siodle i zbierali cięgi. Sami też strzelali, ale mogłoby być różnie, gdyby do walki nie włączyła się Mrs Lucy i jej dubeltówka. Dzielna kobietka położyła trupem chyba dwóch z pięciu kowbojów, bodaj jednego zgarnął czarnuch Danny ze swojego małego Derringera, jednego załatwili nasi twardziele, a ostatniego, który zbierał się do ucieczki ustrzeliłem ja sam, kiedy się już jako tako ogarnąłem. Raniłem go zresztą tylko i wzięliśmy go żywcem jako języka, bo resztę Oleg dobił, co bardzo ruszyło prostodusznego Elwooda i ojca Nortona.

Nasz jeniec miał na imię Jeff, oberwał w nogę, ale Danny poskładał go do kupy i mógł nawet spokojnie jechać konno. Dowiedzieliśmy się od niego, że to burmistrz Oldmann kazał swym bandziorom nas zatrzymać i wystraszyć, pewnie żebyśmy nie dojechali do doliny. Potem dopiero mi się przypomniało, że przecież szeryf Bullock pojechał do burmistrza jak tylko wyszliśmy z „Denver Pacific” i jak wypytywałem go o tajemniczą bestię. Wiedzieliśmy więc już, że w miasteczku nie będzie lekko, nawet jeśli odkryjemy tajemnicę napadów na robotników kolejowych. Ale z drugiej strony dostaliśmy kolejny ślad, wskazujący że to nie żadne żądne zemsty indiańskie duchy, a jeśli nawet, to ktoś im tę żądzę zemsty umiejętnie wmówił.

I tak dojechaliśmy w końcu do doliny, gdzie kolej doszła i utknęła. Dało się do niej wjechać tylko z jednej strony, razem z torami, bo z trzech stron otaczały ją wysokie na pięćdziesiąt i więcej jardów skaliste ściany kanionu.Tory kończyły się spalonym pociągiem, wokół walały się resztki desek z bud, w których mieszkali robotnicy, ale nie było żadnych ciał, kości, broni, nic co by wskazywało, że rozegrała się tu jakaś bitwa. Rozeszliśmy się i każdy szukał na własną rękę. Znalazłem stare ślady krwi na kamieniach, więc jednak padły tu jakieś trupy, albo może ktoś jednak chciał, żebyśmy tak myśleli. Poza tym nic ciekawego w dolinie nie było, postanowiłem więc sobie obejrzeć to sobie wszystko z góry.

Udając że tropię ślady zaszyłem się w jakichś krzakach, zamknąłem oczy i wciągnąłem nosem dym z Mrocznego Saloonu. Zagrałem z manitou o pióra, ostry dziób i bystre oczy Kruka. Robiłem to już wiele razy, ale zawsze może coś pójść nie tak, dlatego jak nie muszę nie puszczam kantów. Tym razem poszło jednak gładko i kiedy otworzyłem oczy trzepotałem już czarnymi skrzydłami, wznosząc się ku otaczającym dolinę wzgórzom. Zrobiłem kółko nad skałami i moje krucze, nadzwyczajnie bystre teraz oczy dojrzały trzy postacie leżące na skalnej półce na szczycie jednego ze wzgórz. Podleciałem bliżej, a potem wylądowałem nieopodal nich, udając że poluję na glisty. Byli ubrani jak traperzy, rozbili sobie na skalnej półce mały namiocik, o skałę stały oparte długolufowe karabiny Snider/Enfield, ale wszyscy trzej byli zajęci wypatrywaniem przez lunety co się dzieje w dolinie. Pokręciłem się chwilę w pobliżu, wypatrując dogodnej drogi, którą możnaby się podkraść do skalnej półki i ponownie wzbiłem się w powietrze.

Na dole, oczywiście już we własnej, brzuchatej i brodatej postaci zwołałem wszystkich i opowiedziałem im co widziałem na górze. Jasne, nie powiedziałem im, że zrobiłem sobie powietrzną wycieczkę, tylko że „ptaszek” mi powiedział, ale i tak patrzyli na mnie podejrzliwie. No, ale trudno, trzeba było zrobić coś z typami u góry, bo najwyraźniej indiańskie duchy miały całkiem białych zwiadowców z krwi i kości. Popatrzyli na mnie podejrzliwie, zwłaszcza księżulo, a Danny chyba czegoś się już domyślił, ale nawet specjalnie nie marudzili i ochoczo zgodzili się na wyprawę na wzgórza następnego dnia o świcie.

Jak uradziliśmy tak zrobiliśmy. Kiedy jeszcze było ciemno wyszliśmy we czwórkę z obozu, zostawiając Mrs Redrose pod opieką ojca Nortona, albo może odwrotnie. Szczęśliwie udało nam się wspiąć bez wypadku na szczyt kanionu, a spora w tym zasługa Olega, który oprócz celnego strzelania potrafi także nieźle rzucać lassem i liną, po której mogłem się wspinać. Na górze znowu musiałem uciec się do kantów, bo rozjaśniło się już zupełnie i traperzy mogli nas dostrzec, zanim skryją nas skały. Tym razem wyczarowałem mgłę, a moi towarzysze stali się jeszcze bardziej podejrzliwi. Tyle dobrze, że nie było z nami księżula, bo mógłby chcieć mnie bezzwłocznie egzorcyzmować. No i już prawie udało nam się cicho podkraść pod samą skalną półkę na której przyczaili się traperzy, kiedy Oleg nieopatrznie stąpnął na luźny kamień i spowodował małą lawinę. Oczywiście zaskoczenie szlag trafił, więc ruszyliśmy biegiem, przeskakując ostatnie kilkanaście metrów i stanęliśmy oko w oko z dwoma, mimo wszystko nieco zaskoczonymi, traperami.

Ledwo nas ujrzeli sięgnęli po broń. Jeden miał Snidera/Enfielda, który widziałem wcześniej, drugi tylko Peacemakera. Kucnąłem za ścianą skalną, żeby nie oberwać od razu kulki i znowu miałem okazję podziwiać brawurę Olega i Elwooda. Obaj zaczęli strzelać, zamiast się chować i obaj znowu oberwali, choć znowu na szczęście nieznacznie. Przewaga jednak była jak dwa do jednego i po chwili obaj traperzy trafieni spadli ze skalnej półki do doliny. Przetrząsnęliśmy obóz i znaleźliśmy, a właściwie ja znalazłem, ślady trzeciego zwiadowcy. Zszedł w dół inną ścieżką w tym samym czasie, kiedy my podchodziliśmy do góry. Wyszło mi, że ma nad nami godzinę-dwie przewagi.

Poszliśmy jego śladem. Szedł w kierunku gdzie miały pójść tory kolejowe po przebiciu tunelu z doliny. A więc to nie sama dolina była ciekawym miejscem, coś wartego ukrycia było za nią na planowanej trasie kolei! Najwyraźniej ktoś bardzo nie chciał, żeby robotnicy kładący tory dowiedzieli się o istnieniu tej tajemniczej rzeczy lub miejsca. Ale o co chodziło? Kopalnia złota, upiorytu, a może jeszcze coś innego?

Około drugiej po południu idąc po śladach doszliśmy do małej kopalni odkrywkowej, w której pracowało pięciu ludzi. Mieli się przed czymś lub kimś na baczności, bo mimo, że byli zajęci pracą, mieli broń w zasięgu ręki. Nieopodal stała chata z drewnianych bali, przy której było uwiązanych kilka koni. W tym momencie powstał w naszej małej grupie zamęt, bo Danny i Elwood chcieli wracać do doliny, a ja iść dalej za tropem aż do skutku. Chłopaki myśleli, że coś złego może się wydarzyć w nocy i nie chcieli zostawiać Mrs Redrose samej z księżulem i związanym kowbojem. Mnie się z kolei wydawało, że nic złego się nie zdarzy, póki zwiadowca nie wróci z tajemniczym „hoo-doo-nem”. Tylko Olegowi było zdaje się wszystko jedno. Byliśmy już o krok od rozdzielenia się, kiedy problem sam zniknął. Oto bowiem z drugiej strony małej kopalni, na koniu wjechał do obozowiska trzeci traper.

Spodziewając się, że zejdzie z konia i dalej pójdzie pieszo zastawiliśmy pułapkę. Ukryliśmy się za krzakami i kamieniami, ale tamten miał chyba psi węch, bo zwietrzył zasadzkę i sięgnął po broń. Oleg rzucił lassem, ale chybił i tamten przypadł do kamieni, przygotowując się do odparcia naszego ataku. Ale Oleg był szybki jak grzechotnik i zanim jeszcze traper zdołał wydobyć kolta, dopadł do niego i przystawił mu lufę do głowy. Dobiegliśmy do nich i już razem spętaliśmy naszego ptaszka. Kim byli zwiadowcy? Dla kogo pracowali? Dokąd jechał ten trzeci? I kogo ostrzegł? Co było takiego cennego za ową doliną? Kto wywołał indiańskie zjawy? A co z tym wspólnego miał burmistrz Oldman? Mieliśmy nadzieję, że nareszcie dostaniemy odpowiedzi na przynajmniej niektóre z tych pytań.

Ale okazało się że nici z przesłuchania. Tamten najpierw udawał głupiego, przedstawił się jako Roger O’Connor i zażądał wyjaśnień, że niby został napadnięty bez powodu. Ale kiedy wyłożyliśmy kawę na ławę zaciął się w sobie i już ani słowem nie pisnął. Próbowaliśmy go straszyć torturami: Danny wyciągnął swoje „anatomiczne” narzędzia, to jest piły, noże i świdry, koleś nieco zbladł, ale gęby nie otworzył. Potem groziliśmy mu z Elwoodem, że go postrzelimy, wypatroszymy, albo że rozwalimy mu łeb, ale nasze poczciwe gęby nie wyglądały chyba przekonująco, bo nic nie wskóraliśmy. Jedyny groźny facet wśród nas, „Cyngiel” Oleg, osłabł bardzo od rany i musiał się położyć. W końcu tak się zmęczyliśmy „torturami”, że gotowi byliśmy dać spokój złapanemu typkowi. Jednak Danny wpadł na niezły pomysł: udał, że odprawia nad więźniem jakieś swoje murzyńskie voo-doo, posmarował go jakąś śmierdzącą maścią i oświadczył, że po tym traper zachoruje i umrze, a wtedy on zmusi jego trupa, by mówił. Nie powiem, wyszło to całkiem przekonująco i groźnie, ale tamten nie przejął się aż tak, by zacząć gadać. Zabraliśmy go więc w powrotną drogę do doliny.

Na miejscu zastaliśmy wszystko w najlepszym porządku, choć Mrs Lucy i ksiądz martwili się bardzo, że tak długo nie wracamy. Przygotowaliśmy się do snu, związaliśmy na noc obu jeńców w spalonej węglarce pociągu, a żeby mieć lepszy ogląd na dolinę, Elwood i ja postanowiliśmy spać blisko jednego z jej boków, skąd miały ponoć przychodzić zjawy. Ustaliliśmy warty i zasnąłem, zmęczony całym dniem wrażeń. Zdawało mi się, że spałem ledwo chwilę, kiedy Elwood obudził mnie silnym szarpaniem, pokazując gdzieś na strome skały nad nami. W ciemności zobaczyłem jakieś niewyraźne sylwetki, zgrabnie ześlizgujące się z jednej półki skalnej na drugą. W jednym momencie byłem już całkiem obudzony, a w drugim wślizgiwałem się już do zadymionego saloonu, szukając partnera do duchowego pokerka. Hop siup, szybko mi poszło i już widziałem w ciemnościach jak kot. Rozejrzałem się. Z obu stron do doliny zsuwało się po skałach całe stado zombich.

Kiedyś to byli Indianie, mieli resztki pióropuszy, skórzanych indiańskich portek, amulety z zębów, kości i piór i inne takie indiańskie duperele. Mieli też kamienne tomahawki i noże, ale przede wszystkim bardzo paskudnie wyglądali. Resztki mięsa, bielejące gdzieniegdzie kości, puste oczodoły, brudne włosy, ziemia z grobów no i czasem brak palców, ręki, nogi, takie tam. Mnie się zrobiło tylko trochę zimno, ale pozbierałem się szybko, bo czasu nie było za wiele. To nie były zjawy, jak myślał Danny, ale prawdziwe trupy, ożywione przez jakiegoś wrednego magika, żeby nas wystraszyć, a jak się nie da to zeżreć. No i było ich jakieś dwa-trzy tuzyny. Trzeba było wiać i to szybko.

Wypaliłem w powietrze i rycząc „wstawać, wyjeżdżamy”, czy coś w tym guście, rzuciliśmy się z Elwoodem do „głównego” obozu. Na szczęście tamci też spali czujnie, wypadli z namiotów i rzucili się do koni. Zwierzęta czuły jednak co się dzieje i wpadły w panikę. Zrobiło się gorąco, zombie nie biegły może bardzo szybko, co rusz któryś stawał i kręcił się w kółko, ale schodzili prawie na całej długości doliny. Musieliśmy wyrwać się z zamykającego się kręgu żywych truposzy zanim nas oblezą i zeżrą. W wielkim pośpiechu wpadłem do węglarki i rozciąłem pęta na nogach obydwu więźniów, żeby też mieli szansę ucieczki, po czym pognałem za innymi.

Na zewnątrz działy się dantejskie sceny. Konie wierzgały i stawały dęba, ludzie miotali się, próbując ich dosiąść. Mrs Lucy spadła z konia, ale na szczęście Elwood był obok i wciągnął zpanikowaną kobietę na swoje siodło. Danny gonił za swoim uciekającym mułem, krzycząc panicznie. Wspiąłem się na mojego muła i pognałem za nim, wciągając w końcu na siodło. Krąg truposzy zaciskał się wokół nas. Gnaliśmy nasze konie, muły, co kto tam miał, nie oglądając się już na innych. Dostrzegłem Olega pędzącego na przodzie, a potem jednego z więźniów, kowboja Jeffa, jak mijał mnie, gnając z obłędem w oczach przed siebie. Koszmarne szczegóły indiańskich trupów widać już było nawet bez czarów, bo księżyc świecił jasno i bielejące kości widać było aż za dobrze. Elwood z panią Lucy przyciśniętą do pleców jechał za mną i uwieszonym do mnie Dannym, ale młodego księdza Nortona i drugiego więźnia, tego trapera, nie mogłem zobaczyć.

W końcu wyrwaliśmy się z pułapki, zostawiając sztywniaków daleko za sobą. Zatrzymaliśmy spienione konie i policzyliśmy się. Brakowało księdza i trapera. Reszta wyglądała nader licho: blade twarze, trzęsące się ręce, osrane gacie i te sprawy. Widać nie nawykli do takich widoczków, nawet „anatom” Danny. Ja jeden byłem w formie, kanciarskie życie nauczyło mnie różnych okropności. Dałem im odsapnąć i pozbierać się do kupy, a sam postanowiłem wrócić po cichu i przyjrzeć się bliżej nocnym gościom. Rzuciłem znowu kanta z nocnym widzeniem i na piechotę ruszyłem z powrotem ku dolinie. Po drodze znalazłem księdza Nortona. Cały był siwiutki jak gołąbek, bełkotał i toczył wokół obłędnym wzrokiem, ale żył. Sutannę miał poszarpaną, więc chyba musiał się w ostatniej chwili wyrwać z łap żywych trupów. Za to traperowi się nie powiodło. Kiedy podpełzłem bliżej do doliny zauważyłem jak kilka indiańskich zombi wyrywa sobie krwawe ochłapy, które pozostały z kolesia. Ale jakoś mi go nie było żal. To przecież on zawiadomił jakiegoś wrednego czarownika, że w dolinie pojawili się „nowi”. Można powiedzieć – sam sobie wykopał grób. Tyle że ciężko będzie ten grób znaleźć.

Usadowiłem się wygodnie na skraju doliny i patrzyłem, czy aby za trupolami nie zjedzie tam jakiś czarownik, czy szaman. Zombie zrobili chyba co im kazano, bo kręcili się wokół bez celu, albo zastygali w dziwacznym pozach. Wyciągnąłem sobie zdobyczną lunetę i obserwowałem skały dookoła doliny. Kant cały czas działał, więc widziałem jak w jasny dzień. I doczekałem się. Na skale po drugiej stronie doliny pojawiła się koszmarna, ale już jakby znana mi postać. Wielka jak niedźwiedź, miała sześć masywnych nóg, trzy bycze rogi na głowie i czerwone oczy. To była ta bestia, o której opowiadał mi dzieciak Bobby, tyle że rogi miała inne. „Co, u licha” – pomyślałem sobie – „bestia czarownikiem?” Tego bym się nie spodziewał, ale wyglądało, że może wszystkie nieszczęścia w Milford są ze sobą związane. Na całe szczęście byłem dobrze ukryty, a bestia nie miała lunety, albo może i nie widziała tak dobrze w ciemnościach, bo mnie nie zauważyła. Dosiedziałem sobie spokojnie gdzieś tak do trzeciej nad ranem, kiedy bestia i zombie zabrali się w drogę powrotną i dolina na powrót opustoszała.

Wróciłem do reszty i zrobiliśmy małą naradę. Najpierw pojechaliśmy do niedalekiego strumienia, gdzie całe towarzystwo wyprało sobie zafajdane gacie, kieckę i sutannę. Księżulo cały czas jeszcze nie kojarzył otoczenia i sikał pod siebie, a Mrs Redrose płakała, bo dotarło do niej, że pewnie jest już wdową. Przy okazji musiałem znowu zrobić mały zwiad, bo Danny zobaczył Indianina. Nic nie znalazłem, więc myślałem, że mu się wydawało, ale potem okazało się, że naprawdę widział. Po praniu zdrzemnęliśmy się, a koło południa ruszyliśmy we dwóch z Elwoodem tropem zombich, a reszta została w dolinie. Postanowiliśmy bowiem przeczekać jeszcze jedną noc, jak było w kontrakcie z „Denver Pacific”, a potem wrócić do miasta, odebrać po trzydzieści dolców i niby to dać sobie spokój. Ale tak naprawdę to mieliśmy zamiar rozwiązać tę zagadkę do końca. Coś nam się zdawało, że to burmistrz Oldmann stoi za bestią i tymi nocnymi atakami żywych trupów. I postanowiliśmy się przekonać, czy mamy rację.

Szliśmy z Elwoodem za śladami zombich ze dwie godziny. Przy okazji zebrałem cały woreczek starych kości z resztkami mięsa, bo indiańskie truchła pogubiły po drodze to i owo. W końcu doszliśmy do indiańskiego cmentarza, dość pokaźnego, tak z pięćdziesiąt kamiennych kopczyków. Niektóre z nich były rozkopane, więc jasne było, że stąd przyszli nasi nocni goście. Ale kto im kazał, gdzie się podziała tajemnicza bestia?

Śladów sześcionogiego stwora nie znaleźliśmy, ale na granicy cmentarza leżał, ogryziony do czysta, szkielet człowieka i konia. Elwood znalazł wśród kości trzy kule kalibru .58, jak do Snider-Enfielda. A więc pewnie nasi traperzy. Widać nie tylko pilnowali doliny, ale i cmentarzyka. Pogrzebaliśmy dalej i znaleźliśmy jeszcze mosiężną, grawerowaną tabliczkę: „3257, Denver, Circle Street 12. Nagroda. Zawsze czujni!”. A więc Pinkerton. Kolej pewnie ich wynajęła, żeby poniuchali. Ale mimo napisu na tabliczce, ten był jednak nie dość czujny. Zabrałem tabliczkę, nagroda się przyda jak będę kiedyś w Denver, a potem ruszyliśmy z powrotem do reszty, żeby być przed nocą.

Noc przeszła spokojnie. Pewnie tajemnicza bestia nie spodziewała się, że jednak zostaniemy. A może nie miała już sił? Do Milford wyruszyliśmy po południu, żeby zjechać przed samym wieczorem i nie wchodzić w oczy kowbojom burmistrza i jego kumpla Fitza. Zamierzaliśmy wśliznąć się po cichu do miasteczka, zgarnąć od agenta obiecane pieniądze, pokazać się na oczy kilku ludziom, rozpowiadając że mamy dość i szybciutko wyjechać w noc. Ale stało się inaczej.

Najpierw zatrzymali nas Indianie. Tym razem żywi i w miarę przyjaźni. Było ich dwunastu, z plemienia Muhwe i najwyraźniej kroczyli Dawnymi Ścieżkami, bo nie mieli żadnej broni palnej, ani innych wytworów Białego Człowieka. Przewodził im wojownik imieniem „Szara Skała”, który na szczęście mówił jako tako po angielsku. Ów Szara Skała powiedział, że ich szaman, niejaki „Widzący w Kościach” kazał im odnaleźć właśnie nas i przekazać jego wizję. Musieliśmy kilka razy pytać wodza o to samo, bo wizja była za trudna na nasze proste głowy, ale w końcu wiedzieliśmy mniej więcej co i jak.

Mianowicie wielki i zły biały szaman z „Wioski Bladych Twarzy” zabrał z „Bramy” „Kamienie Władzy” i na krwawym ołtarzu składa ofiary złym manitou. Trzeba go powstrzymać, bo jego moc rośnie i złe manitou się radują. Zło ogarnia już całą okolicę i nawet w „Wielkim Wigwamie” jest „Szklany Tunel” prowadzący w góry, do kryjówki złego szamana. Taaak… Całkiem proste, nieprawdaż? Z całej tej wizji zrozumieliśmy, że zły szaman jest z Milford, a więc pewnie burmistrz, albo Fitz? No i ten Szklany Tunel… Wpadłem na pomysł, że może to lustro? To by pasowało, lustra są dość często używane przez kanciarzy i innych „cywilizowanych” czarowników! „Kamienie Władzy” i „Bramę” na razie sobie darowaliśmy, bo Szara Skała nic więcej na ich temat nie umiał powiedzieć.

Nasz plan się trochę zmienił, postanowiliśmy jechać do Milford i szukać wielkiego lustra w największych budynkach. Podziękowaliśmy serdecznie Indianom za fatygę, ale trochę ich zbesztaliśmy, ze niby sami nic z tym złym szamanem nie potrafili zrobić i zwalili całą robotę na białych (i jednego czarnucha). Czerwoni tłumaczyli się, że to teraz ziemia Bladych Twarzy, którzy ją zabrali Ludowi Muwi, ale chyba im się trochę zrobiło głupio, bo w końcu wódz wyjął z woreczka na szyji kawałek jakiegoś małego futerkowego truchła i dał nam. Powiedział, że to kawałek jego totemu i jeśli będziemy walczyć ze złym szamanem mamy go zniszczyć, a wojownicy Muwi przybędą i nam pomogą. Uprzedził lojalnie, że przybycie może im zająć nieco czasu, no ale dobre i to.

Pożegnaliśmy Indian, ale zanim dojechaliśmy do Milford mieliśmy jeszcze jedno niespodziewane spotkanie. Fred, ten ochroniarz z kolei postanowił nas ostrzec i wyszedł nam naprzeciw. W mieście było trochę kowbojów burmistrza Oldmana i ranczera Fitza, ale oprócz tego inni zaczaili się na nas na traktach do Denver i Salt Lake City, zapowiadając zemstę za zabitych kumpli. To tych pięciu, których kropnęliśmy na samym początku, kiedy zatrzymali nas za „nielegalne przekraczanie granicy cudzej ziemi”. Właściwie nie pięciu, a czterech, bo Jeff cały czas jechał z nami, co prawda związany i nieco siwy po nocnym ataku zombich, ale żywy. Fred polecił nam w Milford jednego godnego zaufania gościa – golibrodę Johna Adamsa. Adams był kiedyś żołnierzem i pozostał twardym facetem, obytym z bronią. No i całe życie mieszkał w Milford. Nie podobało mu się to co się ostatnio tam działo i zwierzył się z tym Fredowi. Wydawał się więc idealną bazą. Fred wybawił nas od jeszcze jednego kłopotu – zaofiarował się zabrać ze sobą na farmę swego przyjaciela rannego Olega, który już ledwo się trzymał w siodle i potrzebował kilku dni wypoczynku.

Pożegnaliśmy więc z kolei Freda i Olega, a Danny poodprawiał nad Jeffem jakieś swoje murzyńskie czary, żeby tamten nie doniósł o nas burmistrzowi i wypuścił go. Mieliśmy więc wolne ręce, jeśli można tak powiedzieć, choć Mrs Redrose i towarzyszący jej ojciec Norton uparli się jechać z nami do miasteczka po należne im pieniądze od linii kolejowej. Nie mogliśmy im tego zabronić, więc dogadaliśmy się, że oni pójdą do agenta po swoje pieniądze, ale dopiero rano, już po tym, jak my poszukamy w mieście „Szklanego tunelu”.

Na początku wszystko szło gładko. Dojechaliśmy do Milford wieczorem i zostawiliśmy konie w „Samorodku”, gdzie cały czas mieliśmy opłacony pokój. Mrs Lucy i ksiądz Norton poszli spać, a Elwood, Danny i ja wymknęliśmy się złożyć wizytę golibrodzie. John Adams przyjął nas należycie, z fuzją w dłoni, ale kiedy wyjawiliśmy po co przyszliśmy zmienił zdanie i opowiedział nam wszystko co wiedział. Z jego opowieści wynikało, że faktycznym szefem w Milford jest Fitz, który wydaje polecenia burmistrzowi. Zresztą i burmistrz Oldmann i szeryf Bullock i wielebny O’Hara byli kiedyś bardzo porządnymi ludźmi, ale jakiś rok temu zmienili się. Prócz nich w „bandzie” Fitza była też Madame Tiffany, właścicielka saloonu i agent „Denver Pacific”, znany nam Mr Anderson. Ten ostatni zresztą zmienił się niedawno, zaraz po tym, jak poprzedniego zastępcę szeryfa znaleziono martwego, z wielką dziurą w brzuchu. A więc pięcioro sługusów, cała śmietanka miasteczka.

Adams podejrzewał, że chodzi w tym wszystkim o forsę. Fitz na potęgę skupował ziemię, albo po dobroci, albo siłą. Jak miał chrapkę na farmę Manningsów, to cała rodzina została wymordowana, niby przez jakiegoś Roya Stetsby, ale Adams dawał głowę, że ten facet był w porzadku i że to była robota Fitza. No i miasto postanowiło osieroconą farmę sprzedać, oczywiście Fitzowi, co nie dziwiło, jako że najbardziej wpływowi ludzie siedzieli u niego w kieszeni. W kieszeni, albo i gdzie indziej. Adams nie podejrzewał Fitza o czary, ale my tak, pamiętając wizję Widzącego w Kościach i atak zombich. Więc pewnie forsa swoją drogą, a czary swoją. Od Adamsa dowiedzieliśmy się, że Fitz najczęściej bywał w swoim saloonie „Palace”, gdzie na piętrze miał swoje okratowane biuro. Przypomniało nam się też, że pierwszym zabitym przez tajemniczą bestię jakiś rok temu był szklarz. A więc znowu lustro! Postanowiliśmy wpaść do „Palace” i poszukać w prywatnym gabinecie Fitza wielkiego lustra.

Łatwo powiedzieć, ale trudniej wykonać. Saloon był pełny, a wejścia na piętro bronił, wedle słów Adamsa, niesławny Bill „Scrapper”. Od tyłu była co prawda mała drabinka, ale okno było zamnięte okiennicami. Sprawa wyglądała beznadziejnie, ale niespodzianie Danny pokazał co potrafi. Zakradł się do grabarza, gdzie na stole oczekiwał na zrobienie trumny jakiś młody rewolwerowiec, podziurkowany kulami z rewolwerów „Scrappera”. Nasz „anatom” zakrzątnął się przy denacie, a ten wstał i poszedł do „Palace”, poszukać swojego mordercy. Dobrze, że Elwood tego nie widział, bo pewnie musiałby znowu zmieniać spodnie. Na rozbawionych kolesiach z saloonu żywy trup także zrobił odpowiednie wrażenie, bo zaraz rozległy się stamtąd dzikie wrzaski, kanonada i brzęk tłuczonego szkła, kiedy co wrażliwsi opuszczali w pośpiechu lokal przez okna.

W tym momencie my byliśmy już gotowi do akcji. Całe miasteczko zaścielała gęsta mgła, o którą się wystarałem, a Elwood ze strzelbą Mrs Redrose w garści oczekiwał na drabince na zapleczu „Palace”. Ledwo rozległy się strzały w głownej sali saloonu, Elwood wypalił z dwururki, rozwalając okiennicę. Ale, cholera, za okiennicą była jeszcze krata! Sytuacja zrobiła się kiepska. Gruba, żelazna krata mogła zostać wysadzona dynamitem, albo wyrwana razem z kawałem ściany, powiedzmy, czwórką koni. Ale kolesie w saloonie już opanowywali sytuację, strzały ucichły, a na dodatek zza rozwalonej okiennicy wychyliła się lufa Winchestera. Elwood wycofał się więc do nas na dół, osłaniany w miarę możliwości ogniem i trzeba było sobie zadać pytanie: „Co dalej?”

Nie było rady, trzeba było znów skorzystać z pomocy złych duchów. Jest taki kant, który każe manitou przynieść kanciarzowi to, co ten sobie wymyśli, w rozsądnych granicach, rzecz jasna. Te granice zależą jednak od tego, jak dobrze się zagra. Postanowiłem zagrać, no powiedzmy, co najmniej nieźle i wyczarować to, czego nam akurat brakowało. Zamknąłem oczy, sięgnąłem do sakwy i wyjąłem stamtąd… laskę dynamitu. Elwood chwycił ją i pomknął z powrotem na drabinę. Jak wiewiórką wspiął się do otwartego okna, osłaniany ogniem mojego Winchestera i dwururki Dannego i wpasował laskę z dopalającym się już lontem między ścianę i kratę. Zeskoczył na ziemię i w tej chwili huknęło!

Krata była wmurowana od wewnątrz, więc i poleciała do wewnątrz, w ścianie powstało spore „okno”, z którego buchnęło pyłem i gruzem. Elwood natychmiast się pozbierał i ruszył po raz trzeci po drabinie, którą Danny przytrzymał, żeby nie odpadła od ściany, a ja starałem się ustrzelić pojawiających się w wybitym otworze kowbojów. Ale szło nam niesporo. Elwood utknął w połowie drabiny i strzelał, Danny zapadł się o drabinę i też strzelał, ja strzelałem, ale okopcona dziura pozostawała wciąż niezdobytą twierdzą, z której dwóch ochroniarzy Fitza trzymało nas w szachu. Co gorsza, z drugiej strony „Palace” dobiegły nas gniewne okrzyki innych kowbojów, ktoś wrzeszczał że jesteśmy z tyłu i żeby nas okrążyć, inny żeby „ją” zabrać na górę – chyba więc złapali Mrs Lucy! Nie wytrzymaliśmy i zwialiśmy, zdaje się, że w ostatniej chwili. Korzystając z czarów, prowadziłem moich kumpli w gęstej mgle z dala od drabów Fitza i burmistrza, ktorzy rozleźli się po mieście, próbując nas znaleźć.

Ale właśnie w tym upatrzyliśmy szansę. Podkradliśmy się do głównego wejścia do „Palace” i kiedy nikt nie patrzył wśliznęliśmy się do opustoszałego wnętrza. Wyłamane okna, poprzewracane stoły, kałuże whisky na podłodze i mnóstwo śladów po kulach na ścianach dały nam obraz paniki, która tu wybuchła po wejściu zombiego Dannego. Sam główny aktor dramatu leżał na środku, naszpikowany kulami jak smalec skwarkami, znowu całkiem martwy. Cichutko weszliśmy po schodach na piętro. Dzwi się akurat zamknęły. Otwarłem je najciszej jak umiałem i zaatakowaliśmy. Elwood wpadł pierwszy, popychając z biegu kowboja wychylonego przez powiększone dynamitem okno i zanim jeszcze koleś gruchnął o ziemię na dole, odwrócił się i wyrżnął kolbą drugiego ochroniarza, wyciągającego spluwę. Ja też doskoczyłem do niego i ciąłem nożem, Elwood znów poprawił kolbą i kowboj osunął się po ścianie na podłogę. Twierdza została zdobyta.

Ale to jeszcze nie było to. W spustoszonym pokoju nie było nic ciekawego, oprócz drzwi do sąsiedniego pomieszczenia. Ten przyległy pokoik miał na zewnątrz tylko małe, zakratowane okienka i stąd nawet nie próbowaliśmy go szturmować. Teraz jednak strzał z nieocenionej dwururki rozwalił zamek i sekretny pokój Fitza stanął przed nami otworem. Wpadliśmy do środka i od razu rzuciła nam się w oczy ciężka kotara na przeciwległej ścianie. Rozsunęliśmy ją jednym szarpnięciem. Za nią, na ścianie, wisiało wielkie lustro. A właściwie nie lustro, bo zamiast odbijać nasze postacie, pokazywało obraz zasuniętej kotary. A więc znaleźliśmy ów „Szklany Tunel” z wizji Widzącego w Kościach.

Podszedłem do lustra. Jego powierzchnia była poznaczona jakby żyłkami, dzielącymi powierzchnię na tysiące malutkich kawałków. Ale oto żyłki zaczynały zanikać, obraz kotary po przeciwnej stronie zaczął się zacierać, pojawiły się nasze odbicia, tunel stawał się na powrót lustrem. A to oznaczało, że przed chwilą był aktywny. A skoro był aktywny to znaczy, że ktoś nim przeszedł. Kto? Chyba tylko Fitz, „wielki, zły, biały szaman”.

Dotknąłem powierzchni i wyczułem siedzącego w zwierciadle manitou. Musiałem się z nim zmierzyć i wygrać, żeby otworzył ten tunel. Wziąłem się z nim za bary i poczułem, że ulega, wciąga mnie w taflę lustra. Ale zaraz poczułem lodowaty chłód i otchłań, czającą się tuż pod spodem. Demon zachichotał, a ja rzuciłem się panicznie do tyłu. Walnąłem plecami w ścianę, aż zadrżała. Z dołu doleciały mnie krzyki kowbojów, biegnących z powrotem do „Palace”. Mieliśmy mało czasu.

Teraz do lustra podszedł Danny. Nie wiem jak to zrobił, ale tafla ustąpiła i zobaczyłem jak dłoń „anatoma” odsłania kotarę po drugiej stronie. Chwyciliśmy się z Elwoodem ramienia naszego czarnucha i oto byliśmy wszyscy razem po drugiej stronie, w malutkim pokoiku. Były tu tylko wąskie drzwi i kolejna kotara, zasłaniająca takie same lustro. Zza drzwi doleciały nas głosy jakichś zaniepokojonych nagłym hałasem facetów. Pewnie byliśmy teraz na ranczu Fitza. Dokąd prowadził drugi tunel? Odsłoniliśmy kotarę. Znowu pożyłkowana powierzchnia i kotara po drugiej stronie. A więc Fitz uciekł tędy. Zaraz mieliśmy się dowiedzieć dokąd.

Tym razem udało mi się złapać manitou za jaja i przepchnąć moje pokaźne ciało przez magiczny tunel. Za mną przeszli Danny i Elwood. Odsłoniliśmy kotarę i naszym oczom ukazało się tajemne sanktuarium czarownika. Niewielka jaskinia z podłużnym, czarnym ołtarzem pośrodku, na którym przypięta leżała naga Lucy Redrose, a za ołtarzem stał, z nieco zaskoczoną miną, niski człowieczek koło czterdziestki. Z tyłu majaczyła wypolerowana skała w kształcie bramy, z której pewnie Fitz wyciągnął „Kamienie Władzy”, o których wspominała wizja szamana Muhwe. A w kierunku wejścia do jaskini, skąd dobiegało blade światło, wisiały u sufitu zmumifikowane ciała dwóch Indian, o których wspominał Szara Skała.

To wszystko to był jeden rzut oka. Na drugi nie starczyło już czasu. Mały człowieczek zanurkował za kamienny ołtarz i zaraz dobiegły stamtąd złowrogie mruczenia. Czarował. Elwood skoczył z Winchesterem ku jednej ścianie, by obejść Fitza z boku, Danny powoli przesuwał się ku drugiej, ściskając dubeltówkę. Ja najpierw przegryzłem talizman Szarej Skały, żeby wezwać Indian, choć zaraz do mnie dotarło, że zanim się tu zjawią będzie już po wszystkim. A potem sięgnąłem po mistyczne karty, żeby sobie sprawić jako taką ochronę. I wtedy zza czarnej bryły ołtarza wynurzył się Fitz, ale jakże odmieniony! Miał z siedem stóp wzrostu, sześć szeroko rozstawionych, pazurzastych łap, niekształtną głowę z trzema rogami, płonące czerwono oczy i zaślinioną paszczę pełną krzywych, żółtych zębów. A więc on nie przyzywał bestii. To on był bestią we własnej osobie.

Elwood wygarnął z Winchestera raz po razie, jakby siekał z rewolweru, ryjąc na pokrytym czarnymi kłakami łbie potwora głębokie bruzdy, a Danny wypalił z dwururki, zatrzymując go w miejscu. Ale Fitz nie wyglądał na bardzo osłabionego, za to wkurzył się nie na żarty. Długim skokiem przesadził ołtarz i runął na Murzyna, wymachując na oślep łapami i kłapiąc krzywymi zębiskami. Danny rzucił pustą dwururkę i sięgnął po Derringera. Strzeliłem raz i drugi, ale bez wyraźnego skutku, za to Elwood pruł z drugiej strony ze swojego Winchestera i po którymś strzale potwór zachwiał się wyraźnie i przystanął, jakby zmęczony. Danny ze stoickim spokojem przeładował swojego Derringera i z bliska wywalił w brzuch bestii. Jeszcze raz huknął karabin Elwooda i maszkara opadła na ciężki kuper, zamruczała smętnie i pacnęła na ziemię. Na naszych oczach zaczęła się zmniejszać jak przekłuty balon, aż po chwili na skalnej podłodze jaskini leżał goły Fitz, podziurawiony kulami, martwy.

Lustro za naszymi plecami zmatowiało i zaszkliło się. Manitou uciekł. Nagle brzuch Fitza zaczął pulsować zielonym światłem, zaśmierdziało i oto z wypalonej od wewnątrz dziury wytoczył się z fitzowych bebechów świecący na zielono i czarno kamień, wielkości dwóch pięści. A więc to był ten „Kamień Władzy”, jeden z kilku, które Fitz wyjął z „Bramy”, jeśli wierzyć wizji indiańskiego szamana. Gdzie zatem jest reszta? Burmistrz, szeryf, ksiądz, panna Tiffany i agent Anderson, pewnie każdy z nich nosi coś takiego w brzuchu. A więc to dlatego znaleziono poprzedniego zastępcę szeryfa z wielką dziurą w brzuchu. Pewnie on też miał kamień i po śmierci ten kamień trafił do brzucha Andersona, stąd ta nagła przemiana.

Rozważania przerwał nam ludzki głos dochodzący z zewnątrz jaskini. To kowboj Fitza pytał nieśmiało o zdrowie szefa. Poczekaliśmy aż wiedziony ciekawością wsadzi łeb do jaskini, a następnie Elwood mu ten łeb odstrzelił. Cóż, niedarmo mówi się, że ciekawość pierwszym stopniem do piekła. Odciąłem głowę martwego Fitza i wyrzuciłem przed jaskinię, żeby uniknąć dalszych pytań i po niedługiej chwili doszedł stamtąd tętent kopyt. Zostaliśmy sami, nie licząc uratowanej Lucy.

Lustro nie nadawało się do podróży powrotnej, byliśmy w nieznanych górach, bez koni, jedzenia i wody. Nie wyglądało to różowo i choć pewnie jakoś byśmy sobie poradzili, ucieszyliśmy się, kiedy w oddali zobaczyliśmy konie naszych indiańskich znajomych. A więc ta królicza, czy wiewiórcza łapka jednak działała! Wódz Szara Skała pogratulował nam pokonania złego, białego szamana i fachowo rozwalił zielony „Kamień Władzy” swoim kamiennym tomahawkiem. Rozległ się potępieńczy jęk, ale poza tym kamień nie zrobił żadnej paskudnej sztuczki, jak się spodziewałem. Indianie wzięli nas na siodła i wysadzili niedaleko farmy przyjaciela Freda, na której wracał do zdrowia nasz kumpel Oleg.

W Milford nastąpiły tymczasem raptowne zmiany. Pięcioro znamienitych obywateli, a mianowicie burmistrz Oldmann, szeryf Bullock, madame Tiffany, wielebny O’Hara i agent Anderson, rozstało się nagle z życiem. W ich brzuchach widniały jakby wypalone dziury, a obok małe, popękane, szare kamienie. Miastowy medyk tłumaczył coś o kamieniach nerkowych, ale załóżyłbym się o mojego Hoyle’, że mu się coś pomyliło. Kowboje burmistrza i Fitza zwinęli się z miasteczka i pewnie staną się utrapieniem gdzieś indziej, a mieszkańcy Milford nareszcie mają spokój i wodę, po rozebraniu tamy, ustawionej na rzeczce przez eks-burmistrza. „Denver Pacific” może już brać się za przerwaną robotę i wysadzać górę, przed którą utknęli. Mam nadzieję, że wysadzą przy okazji Bramę do Krainy Duchów, która, jak się okazało, leży dokładnie na planowanej trasie kolei. To pewnie dlatego też Fitzowi tak bardzo zależało na wstrzymaniu prac. Nam przyszło jeszcze poczekać, aż do miasteczka zjedzie nowy agent kolejowy, który miał nam wypłacić obiecaną nagrodę, a potem zebraliśmy się w dalszą drogę, ku nowym przygodom.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.