Gasnące Słońca – sesja XV

15.02
Opuściliśmy Graala pełni dobrej nadziei i determinacji. Mamy w ręku broń, która pozwoli nam przedrzeć się przez osłony Symbionta, ukrytego pod postacią księcia Hakima ! W podzięce za pokonanie Quizera i ocalenie matki Oste Etyri podarowali nam tłumik energetyczny – jeden z zaledwie kilku, które przetrwały na całych Znanych Światach. To niezwykłe urządzenie ma moc wyłączania tarcz energetycznych w promieniu czterdziestu metrów, co pozwoli nam odsłonić Hakima w upatrzonym momencie i zranić go tak, by spanikował i ukazał wszystkim zgromadzonym na urodzinowym przyjęciu gościom swoje prawdziwe oblicze – oblicze Symbionta !

Niepokoi mnie jednak jedna rzecz. Kiedy wylatywaliśmy z Istakhr na Graala, próbowały nas ścigać trzy statki. Wtedy Philipine zgubiła je z łatwością, jeśli jednak nie był to przypadek to teraz będziemy musieli przedrzeć się przez blokadę i wylądować na planecie, na której najpewniej jesteśmy oczekiwani i poszukiwani przez wszystkie tajne służby Al-Malików. Chodzi mi po głowie pomysł, by upozorować katastrofę „Consuelli”, a jeśli się nie da, nawet rzeczywiście rozbić statek, wystrzeliwszy się uprzednio w kapsułach, by w ten sposób uśpić czujność wroga. To by się nawet zgadzało z przepowiednią wieszczki Este z Aylonu: „w trzeciej [bitwie] przegracie i przestaniecie istnieć”, czy podobnie. Trzeba to jednak przedyskutować z innymi, zwłaszcza z Philipine i ustalić szczegóły.

20.02
Czuję się rozbity i skołowany tym co przeżyłem, choć z drugiej strony napełniony dziwną nadzieją i nieludzką pewnością siebie. Zacznijmy jednak od początku. Owszem, zdarzało mi się podczas tej Misji spotykać rzeczy niezwykłe i straszne, doświadczać mistycznych przeżyć i zdobywać wiedzę nieprzeznaczoną dla zwykłych śmiertelników. W ciągu ostatniej doby zetknąłem się jednak z wiedzą tak obcą temu co dotychczas znałem, że moja kondycja psychiczna musiała zostać osłabiona. Ba – nie wiem nawet czy to była doba, bo skoro czas może płynąć we wszystkich kierunkach, niezależnie od materii to jak znaleźć się w tej przestrzeni ?

Zaczęło się od ataku statków Pośredników w pasie asteroidów, czwartego dnia od wylotu z Graala. Philipine wymknęła się im z łatwością i byliśmy już niemal bezpieczni, kiedy niespodzianie „Consuella” uderzyła w niewidzialną barierę – usiana asteroidami pustka kosmosu rozdarła się przed nami niczym zasłona i znaleźliśmy się jakby w wielkiej bańce, skrywającej ogromną i tajemniczą konstrukcję. Przed nami obracały się wolno gigantyczne pierścienie, niczym orbity narysowane na gwiezdnych mapach, które zdarzyło mi się oglądać, a w środku, niczym słońce tego sztucznego układu, jaśniała kula plazmy. „Consuella” ucierpiała srodze od uderzenia w niewidzialną barierę, wiele układów wysiadło i Martin pobiegł łatać co się da, Philipine zaś usiłowała zapanować nad bezwładnym ciałem statku, dryfującym ku obracającym się pierścieniom i plazmowemu słońcu. W końcu naszemu inżynierowi udało się uruchomić silniki manewrowe, ale wciąż spadaliśmy ku środkowi tajemniczej konstrukcji. Mijając pierścienie zauważyliśmy, że na jednym z nich, niczym huba na drzewie, przyklejona jest kanciasta konstrukcja przypominająca ludzkie bazy – czyżby zapomniana pozostałość po II Republice ? Nie było jednak czasu by się przyjrzeć, bo plazmowa kula ściągała nas nieuchronnie ku sobie…

I wtedy zaczęła się ta mistyczna podróż, która pozostawiła w mej głowie rozgardiasz i niepewność. Nagle znikąd pojawiły się srebrzyste pasma i wniknęły w ściany „Consuelli”. I oto cały nasz statek rozsrebrzył się na chwilę i poczułem ekstazę, która musiała być tym samym, co odczuwali pionierzy podróży między Wrotami, zanim wprowadzono tłumiki. Chwilę później byliśmy już zupełnie gdzie indziej. Na Stygmacie.

Zobaczyliśmy Wrota, a wokół nich zgromadzone siły floty mającej ich strzec o napaści Symbiontów. Uderzyło mnie, że flota ta jest tak nieliczna – zaledwie około stu statków, w większości Imperialnych i Wojennego Bractwa, pilnowało bramy do wszystkich światów ludzi przed inwazją ! I oto na naszych oczach Wrota otwarły się i pojawiło się w nich mrowie zielonkawych statków – Symbionci ! Chmara może z pięciuset jednostek wysypała się z Wrót i zaatakowała siły ludzkości. Wynik był jednak z góry przesądzony.

Może za sprawą tajemniczych srebrzystych nici, a może W wyniku wysiłków Martina i Philipine „Consuella” odzyskała nagle pełną sprawność i kuzynka wzięła kurs na najbliższy statek Symbiontów. Ine natychmiast pospieszyły mu z pomocą i oto szliśmy do ataku na pięć zwierających szyk zielonkawych statków. Obsadziliśmy działa i wyrzutnie i rozpoczęła się bitwa. Walczyliśmy dzielnie, trzy symbionckie statki eksplodowały zanim rój zielonych bomb i pocisków zmienił nasz stateczek w kosmiczny wrak, dryfujący bezsilnie wśród innych wraków i walczących jeszcze statków. Flota ludzi przegrywała, ale nie poddawała się – usłyszeliśmy w słuchawkach nadany otwartym tekstem z pancernika „Władymir” rozkaz baronowej Lucyndy Dylcynei Hazat by walczyć do końca i pożegnanie – pani admirał zamierzała staranować swoim flagowym okrętem Wrota, w nadziei ich uszkodzenia. Potem na naszych oczach postrzelany i spowity żarem pancernik resztką mocy, która pozostała mu jeszcze w silnikach rozpędził się i uderzywszy we Wrota zamienił się w ognisty grot !

Ludzka flota dogorywała, hordy Symbiontów obległy ze wszystkich stron nieliczne sprawne jeszcze okręty i było jasne, że za parę chwil po obrońcach Wrót pozostaną tylko dryfujące w kosmosie resztki. „Consuella” też już wydała ostatnie tchnienie i rozkazałem opuszczenie okrętu, ale zanim zdążyliśmy dobiec do kapsuł srebrzyste nici wpłynęły znów w nasze ciała i w następnej chwili nie byliśmy już w strzaskanym wraku naszego statku, ale w jakimś lesie. Rozejrzałem się i w oddali zobaczyłem znajomą sylwetkę zamku Alcoy, siedziby mojego możnego wuja, Jose Raoula Eduardo de Aragon Hazat ! A więc las w którym stałem wraz z moimi towarzyszami musiał być lasem Lograno na Aragonii ! Ale przecież ten las i ten zamek zostały obrócone w pył podczas zdradzieckiego ataku jądrowego, czyżbym więc miał halucynację ? A może to moje życie przesuwa mi się przed oczyma jak film – uczucie, którego podobno doświadczają wszyscy stający w obliczu śmierci ? Ale w takim razie dlaczego ten film zaciął się w tym akurat miejscu ?!

Nagle moje narastające zmieszanie ustąpiło jak nożem uciął. W oddali nad zamkiem pojawił się jaskrawy blask i zobaczyłem jak sam zamek znika zmieciony potężną siłą ! W następnym momencie ruszyła w naszą stronę fala uderzeniowa ! Moje ciało zareagowało odruchowo – skoczyłem w kierunku niedalekiego wykrotu, aby osłonić się od niszczącej siły, krzycząc równocześnie w skrzekotkę do innych. Ale kiedy leciałem w powietrzu zdałem sobie sprawę, że z moich własnych ust dobywa się obcy głos – głos Ibn Agara ! Zrozumiałem, że moje ciało to jego ciało, ciemna ukarska skóra pokryta tatuażami. O Wszechstwórco, dlaczego mi to zrobiłeś ! Ja – Ricardo Hazat Almodavar – miałem spędzić resztę życia w ciele Kajdaniarza, nie-człowieka ?! Oby to życie nie trwało długo ! Fala uderzeniowa przeszła nade mną, wyrywając drzewa i przykrywając mnie warstwą ziemi, trawy i wszystkiego co zgarnęła, grzebiąc niby w grobie. Ale oto nagle znów pojawiły się srebrzyste nici, poczułem jak oplatają mnie i wyciągają w całkiem inne miejsce.

Staliśmy wśród drzew, ale nie były to już proste, strzeliste sosny i jodły z lasu Lograno. Otaczała nas dżungla, splątane lianami drzewa zakrywały słońce, a pstrokate ptaki wrzeszczały nieznośnie. Niedaleko nas my sami, ale inni, walczyliśmy z zielonymi pajęczakami. A z przeciwnej strony pędził na nas wielki, kulisty, zielony potwór, wprawiając ziemię w drżenie tupotem swoich dwunastu klocowatych nóg. To był Torgon, a my byliśmy znów w puszczy Ganoob, zdążając do Ukrytej Doliny, gdzie wieszczka Este przepowie nam co nas czeka, a Misiojeże omal nie zawrócą nas z naszej drogi. Ale to nie my, to tamci, walczący teraz z pajęczakami, jak one się zwały ? Nieważne, my jesteśmy tymi cieniami, które wtedy widzieliśmy, sami dla siebie staliśmy się tajemnicą, czas zawrócił i zaplątał się w węzeł i to że teraz jestem w ciele poczciwego Don Benita niewiele już znaczy.

Zdjąłem z pleców wielki dwuręczny miecz i przyjąłem postawę. Ktoś z pozostałych, teraz w moim, to znaczy Ricarda ciele, wyjął z futerału moją plazmową strzelbę, którą udało mi się uratować z „Consuelli”. Torgon dobiegł i wyciągnął ku nam swoje długie macki, ale zawinąłem mieczem i trzy z nich uderzyły w ścianę z żelaza, a spoza moich pleców padły celne strzały. Potwór zachwiał się, zaatakował jeszcze raz, raniąc mnie, czy może należałoby powiedzieć Don Benita, w pierś, ale pchnąłem, a może to Don Benito pchnął mieczem potężnie i wielki Torgon, zakwiczawszy żałośnie, wziął wszystkie swoje dwanaście nóg za pas. My zaś znów oplatani zostaliśmy przez znajome srebrzyste nici i znaleźliśmy się…

Do diabła, mam piersi ! Byliśmy na Gwyneth, z nieba spadał na nas deszcz Symbiontów-zarodników, a ja byłem w ciele Philipine ! Wieśniacy na polach zostali oplątani zielonymi stworami, które złożyły w nich swe zarodniki, rośliny na polach marniały, lub wystrzeliwały w górę zielone macki, korony drzew ponad nami usychały w zetknięciu z chmurą gazu, wyrzuconego z latających nad nami statków Symbiontów. Uciekaliśmy, a ja potknąłem/potknęłam się i musiałem/musiałam wezwać Ricarda (czyżby to była Philipine ?!) by wziął mnie na ręce… Głupio się czułam, niesiona w swoich własnych ramionach, czując własne bijące mocno w cudzej piersi serce… Ale moja kobieca natura… tfu, sam już nie wiem, dobrze że to się w końcu skończyło i powróciłem do…

…Ciała Martina. Uff, przynajmniej mam to co trzeba… Ale czuję się słabo, siły ze mnie wyciekają, skądś wiem, że to planeta na której jestem – Pantateuch – wysysa moją psychiczną energię. Do tego nadciąga burza Sirocco – elektryczne wyładowania roziskrzają powietrze, miniaturowe trąby powietrzne przesuwają się dookoła. Naprzeciw nas, na jakimś pustynnym wierzchowcu, siedzi opatulona postać – to ojciec Alberto Montis. A więc to jest ta wizja, która kazała mu lecieć na Pandemonium, to wtedy/teraz zobaczył nas i dlatego poznał nas później/wcześniej. To jest początek Misji, drogi która zaprowadziła nas… a może dopiero zaprowadzi… no właśnie – dokąd ?

Jakby na zawołanie srebrzyste nici wnikają w nas i przenoszą w nieznany nam świat, na próg skromnej chaty. W półotwartych drzwiach mały chłopczyk, okrągłe ze strachu oczy wpatrują się w nas przez długi moment, potem dziecko ucieka w głąb domu. Jestem teraz Ortolfusem, zauważam obrazek, który wypadł z małej rączki, podnoszę go i czytam: „Święty baron Ortolfus Godesmannus, biskup na Pandemonium, apostoł, wsławił się zatrzymaniem Wielkiej Inwazji Symbionckiej, ponownym otwarciem Wrót na Byzantium Secundus i odkryciem kilku Zaginionych Światów, w tym Yatrib, gdzie Prorok ujrzał Święty Płomień. Modlitw do Św. Ortolfusa szukaj w Ewangelii Nowych Świętych, od str. 257”. Odwracam obrazek na drugą stronę – ktoś jakby Ortolfus, nawet podobny, ale wzrok zwyczajem świętych wbity w dal, u boku monstrualny pistolet laserowy zdolny chyba zestrzelić krążownik, biskupi pastorał w dłoni. Ha ! A więc jest i koniec – zerknęliśmy na ostatnią stronę opowieści i wiemy jak to się wszystko skończy, teraz do przodu i śmierć Symbiontom !

Znów srebrzyste nici wypłynęły z nas i wpłynęły z powrotem i po długiej podróży w czasie i przestrzeni, skołowani pobytem w obcych ciałach, znaleźliśmy się z powrotem wśród wirujących wolno pierścieni, skąpani w blasku plazmowego sztucznego słońca. Kiedy opuszczaliśmy to miejsce byliśmy na pokładzie statku kosmicznego, teraz jednak unosiliśmy się w przestrzeni jedynie w skafandrach, trzymając to co udało nam się pochwycić w ostatniej chwili z „Consuelli”. Ale przynajmniej znów byliśmy w swoich własnych ciałach i na szczęście okazało się że tak już miało pozostać. Tymczasem zobaczyliśmy jak do opuszczonej ludzkiej bazy na pierwszym pierścieniu podchodzi eskortowiec Pośredników, jeden ze ścigających nas statków. Reszty nie było widać.

Włączyliśmy nasze silniczki i ruszyliśmy w kierunku bazy i statku, który właśnie uderzył ciężko w płytę lądowiska – widać został poważnie uszkodzony podczas przejścia przez barierę maskującą cały ten tajemniczy obiekt. Kiedy zbliżaliśmy się zaczęli strzelać do nas z laserów, ale na szczęście chybili i zdołaliśmy się ukryć za budynkami bazy. Potem spróbowaliśmy abordażu, docierając do śluzy, ale Pośrednicy zaspawali ją od środka i musieliśmy się wycofać. Nie pozostało nam nic innego, jak przeszukać opuszczoną bazę. Nie była duża i okazała się być niemal zupełnie pusta. Jedynie w jednym kopulastym pomieszczeniu napotkaliśmy jakiś niby basen, w którym poruszała się wolno jakaś galaretowata masa, która wypełzała powoli w naszym kierunku, a kiedy podszedłem zbyt blisko poraziła mnie prądem. W innym pomieszczeniu znaleźliśmy jakby mur z zestalonych piorunów, ale nie próbowaliśmy go dotykać. Nic, co dałoby się wykorzystać, by dostać się do statku, lub w inny sposób wydostać się z tej pułapki. Powietrza w skafandrach powoli, ale nieubłaganie ubywało, Ortolfus zaczął zdradzać już pierwsze oznaki szaleństwa, dając nam do ucałowania biskupią dłoń i błogosławiąc w imieniu Kościoła, kiedy dowódca statku Pośredników, który dotychczas uprzykrzał nam czas swoim ponurym krakaniem na naszej częstotliwości, zmienił podejście.

Przyznał się, że podczas uderzenia w barierę upiekło im inżyniera i nie są w stanie naprawić uszkodzeń statku samodzielnie. Zaproponował więc układ – niech nasz inżynier usunie uszkodzenie, a oni zabiorą troje z nas na pokład. Nie zgodzilibyśmy się na to oczywiście, ale Ibn Agar postanowił podać się za inżyniera i swoją mocą obezwładnić Pośredników i zmusić ich do posłuszeństwa. Jednak tamci byli świadomi zagrożenia i zapowiedzieli, że inżynier dostanie dawkę środka który zablokuje ich moce. Nie wiem, na ile coś takiego jest skuteczne, ale Ukar po tym ostrzeżeniu zrezygnował ze swojego pomysłu.

Nastąpił impas, ale kapitan wpadł na kolejny pomysł. My i oni wystawimy po jednym wojowniku, którzy stoczą walkę i strona która wygra, odleci na naprawionym statku. Po krótkiej naradzie przystaliśmy na to. Naszych psioników zaszczepiono przeciw używaniu mocy, po czym Martin jako inżynier i Don Benito jako nasz champion weszli na pokład statku, podczas gdy cała załoga Pośredników, prócz kapitana Robinsona i ich championa zeszła do bazy i zajęła sąsiedni do naszego hangar. Każda z grup „kibiców” na magicznej lampie mogła obserwować przebieg pojedynku, Martin zaś nie zwlekając zajął się naprawą statku, a jak się później okazało – także deaktywacją jego układów samozniszczenia.

Przeciwnikiem Don Benita był Obcy z rzadkiej rasy Hironemów. Ludzie nazywają ich zwykle „smokami”, bo przypominają dwumetrowe, dwunożne jaszczury. Ich skóra jest pokryta drobną łuską, co czyni ją twardszą niż ludzka, mają chwytne górne kończyny, zdolne do używania narzędzi, w tym ludzkiej broni. Ibu Takezu – champion Pośredników – miał ciemnozieloną skórę, złote oczy, nosił lekki pancerz i był uzbrojony w zwykły miecz. Taki sam oręż dostał Don Benito, który ubrał plastikowy kirys, co wyrównywało dysproporcję między jego skórą, a łuską Hironema.

Zaczęła się walka. Śledziliśmy ją na naszym ekranie, podobnie zapewne czynili Pośrednicy w sąsiednim hangarze. Od jej wyniku zależały nasze losy, choć byłem zdecydowany walczyć do końca, gdyby Don Benito przegrał i sądzę, że podobnie myśleli Kajdaniarze. Początkowo obaj szermierze parowali ciosy przeciwnika, potem jednak Smokowi udało się trafić naszego rycerza i poważnie go zranić. Jednak w tej samej chwili Don Benito wytrącił miecz z ręki przeciwnika. Niestety – zamachnąwszy się, nie trafił Hironema, który zwinął się pod ostrzem niczym jaszczurka i zanurkował po upuszczony miecz. Znów zaczęła się wymiana ciosów, ale z boku Don Benita płynęła krew.

Obserwowałem kilkukrotnie naszego rycerza podczas walki i zawsze zachowywał niezmącony spokój, walczył jak maszyna, bez wahania, ale i bez pasji. Teraz zaś, gdy patrzyłem w migoczący ekran zdało mi się, że na jego twarzy ujrzałem wyraz zawziętości i gniewu. Po raz pierwszy dozwolił, by zawładnęły nim emocje. I te emocje pozwoliły mu zwyciężyć ! Nagle, przyjąwszy kolejny cios Hironema, uderzył znienacka w miecz tamtego, który po raz drugi poszybował w powietrzu i odbił się od ściany kabiny. Smok zanurkował jak poprzednio pod ramieniem rycerza, ale tym razem Don Benito był na to przygotowany ! Obrócił miecz w dłoni i pchnął z góry w plecy przykucniętego przeciwnika, przebijając go na wylot. Obcy zacharczał i zwalił się martwy na podłogę kabiny ! Nasz champion zwyciężył, statek był nasz !

Opanowaliśmy „Mauritiusa”, bo tak zwała się krypa Pośredników, choć Ibn Agara musiano wnieść na pokład, bo zamierzając pozabijać Kajdaniarzy omal nie zginął. Po chaotycznej wymianie zdań pozwoliliśmy kapitanowi i trzem ocalałym z rzezi Pośrednikom odlecieć z nami i obiecaliśmy wysadzić ich w pasie asteroidów, skąd mieli szanse zostać zabrani przez jeden z pozostałych statków. Poniewczasie zrozumiałem, że to był błąd, bo w ten sposób wieść że ocaleliśmy, dotarłaby do niepowołanych uszu, ale na szczęście Wszechstwórca czuwał nad nami i natchnął Don Benita mądrością, którą co prawda wtedy uznaliśmy za okrucieństwo, ale teraz doceniamy w pełni. Kiedy bowiem srebrzyste nici wysunęły się z ciała Ibn Agara i weszły w jednego z Kajdaniarzy, rycerz zarąbał go jednym cięciem i czynił tak, mimo prób przeszkodzenia mu, dopóty wszyscy więźniowie nie byli martwi, a srebrzyste nici nie powróciły do ciała naszego Ukara.

W ten sposób, nie pozostawiwszy za sobą żadnego świadka naszego cudownego ocalenia powróciliśmy z bitwy , w której „ponieśliśmy klęskę i przestaliśmy istnieć”, dokładnie tak jak nam przepowiedziała wieszczka Este z Aylonu. Niestety, wraz z naszym statkiem straciliśmy większość wyposażenia, w tym bezcenny tłumik energetyczny, prezent od Etyri, który miał nam umożliwić niespodziewany atak na księcia Hakima ! Ale nie straciliśmy nadziei, więcej nawet – zyskaliśmy głębszą jeszcze świadomość naszego mistycznego posłannictwa i pewność zwycięstwa, niezależnie jak mało prawdopodobne mogłoby się wydawać !

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.