Gasnące Słońca – sesja XIII

2.01
Dziś wróciliśmy z wyprawy do tajemniczego klasztoru w głębi dżungli Ganob, gdzie mieliśmy wątłą nadzieję odnaleźć Monetę. Mało brakowało, a zostalibyśmy tam na zawsze, usidleni mocą Misiojeży – niewinnie wyglądających stworzeń, które uczyniły z zamieszkujących dolinę ludzi swych niewolników. Ale Wszechstwórca nie pozwolił nam porzucić Misji i pokonawszy wszystkie niebezpieczeństwa wróciliśmy do gościnnej misji Bractwa Wojennego, skąd mamy nadzieję wyruszyć w dalszą drogę na Istakhr. Moneta Hombora Żebraka została bowiem podarowana dziewięćset lat temu klasztorowi w latającym mieście Sekander, które jakieś pięćset lat temu spadło na wielką pustynię El-Sahara, gdzie leży do dziś. Pozostaje nam do rozwiązania tylko problem klucza na Istakhr.

4.01
Za klucz na Istakhr i ochronę podczas drogi przez dżunglę musieliśmy oddać Bractwu dwa nasze – dość hojne „co łaska”. Na pocieszenie nasi gospodarze dali nam list polecający do innych Braci, stwierdzający że jesteśmy ‘pielgrzymami szukającymi śladów Hombora Żebraka’. Mam wrażenie, że w kodzie tych bożych rycerzy oznacza to mniej więcej ‘jelenie’. No ale nie bądźmy małostkowi, co tam Gwiezdne Klucze – wedle słów wieszczki którą spotkaliśmy w zaklętej dolinie czekają nas cztery bitwy, po których przestaniemy istnieć. Gdybym nie wiedział o zgubnym wpływie Misiojeży na umysły zamieszkujących dolinę ludzi, mógłbym nabrać podejrzeń co do planów Wszechstwórcy względem nas. Tak, czy owak, jurto startujemy na Istakhr !

15.01
Prawie dwa tygodnie lotu minęły nam bez większych przygód. Wojna zdaje się układa się niepomyślnie dla Al-Malików i ich sojuszników (czyżby nasz Dom poniósł klęskę w bitwie ?!?) bo widzieliśmy Decadoskie statki ściągnięte z garnizonu na Stygmacie. Przy wrotach na Aylonie żadnych statków, za to od strony Istakhr kwiat floty Al-Malików. Czyżby szykowali się do obrony ostatniego bastionu ?

17.01
Jutro wyruszamy na wielką pustynię El-Sahara wraz z blisko stuosobową karawaną, wysłaną chyba głównie jako nasza ochrona. Tak się dziwnie złożyło, że zostaliśmy wynajęci przez Arifa Ablendona – podobno bardzo możnego kupca – do odszukania jego porwanego syna, lub przynajmniej uzyskania jakichś o nim wieści. Chłopak został porwany podczas napadu na karawanę przez Morif – mutantów z Sekander. To właśnie Sekander – miasto na pustyni, które niegdyś unosiło się w chmurach i spadło na piaski El-Sahary pięćset lat temu – jest celem naszej podróży. Dziewięćset lat temu to właśnie do tego miasta, wtedy jeszcze latającego w chmurach, przybyła Moneta Hombora Żebraka.

Przed wyruszeniem zrobiliśmy kosztowne zakupy. Za własne pieniądze kupiliśmy strzelbę plazmową dla mnie, zaś pieniądze na tarczę szturmową i miecz z raveńskiej stali dla Don Benita pożyczył nam Arif. Zostawiliśmy mu kwit na nasz śmigacz, w razie gdybyśmy nie oddali pożyczki. Martin i Philipine zostają na statku jako ekipa ratunkowa, w razie gdyby karawana wystawiła nas do pustynnego wiatru.

18.01
Żar pustyni wypala ze mnie resztki życia, nie chce mi się pisać, ale muszę uporządkować informacje o Sekander i naszej misji dla Arifa, która jest przecież idealnym kamuflażem dla prawdziwego celu, który nas tu przywiódł. Miasto mające w przybliżeniu dwadzieścia kilometrów średnicy i zagłębione w piaskach pustyni na dziesiątki metrów zamieszkuje kilka, lub nawet kilkanaście tysięcy Morif – mutantów z Sekander. W czasach II Republiki zamieszkiwała je elita Istakhr. W swej pysze i zepsuciu ludzie ci posunęli się nawet do prób modyfikowania swych ciał, stworzonych przecież przez Wszechstwórcę. Nazywali siebie ‘rzeźbiarzami ciał’. Kiedy miasto runęło z nieba na piaski pustyni upadli także rzeźbiarze – w ciągu stuleci przemienili się w zmutowane, człekopodobne zwierzęta – Morif.

Niewiele wiadomo o mutantach. Napadają na karawany, porywając ludzi, zwierzęta i towary, nie porozumiewają się z ludźmi, choć znają nasz język. Dzielą się na wiele klanów, prawdopodobnie walczących między sobą, przy czym im bliżej środka miasta mieszka dany klan, tym lepszą technologią dysponuje i jest silniejszy. Syn Arifa został prawdopodobnie porwany przez klan Hoki, zamieszkujący obrzeża miasta i często napadający na karawany. W jakim celu go porwano i dlaczego nie zginął od razu jak większość ludzi z karawany – nie wiadomo. Mutanci posiadają wiele specyficznych zdolności – niektórzy potrafią na przykład pluć kwasem, inni poruszać się pod piaskiem, jeszcze inni wydzielają trujące jady. Wszystkie te mutacje mają bojowe zastosowanie – widać słabsi mutanci zostali zabici przez silniejszych.

Wraz z nami Arif wysłał jeszcze trzech śmiałków. Igor i Joshua to byli żołnierze, chcący pomścić na mutantach swych pomordowanych bliskich, a brat Valentine to Amalteanin, który zamierza nawrócić mutantów z Sekander na wiarę we Wszechstwórcę. Taką wróżbę otrzymał w młodości i teraz zamierza ją wypełnić. Niech go Wszechstwórca prowadzi, bo jeśli to co mówią o mutantach jest choć po części prawdą, będzie potrzebował boskiej pomocy.

24.01
Te słowa piszę w ruinach Sekander, legendarnego upadłego miasta na największej pustyni Istakhr. Niewielu żyjących ludzi oglądało to miejsce. Na wyciągnięcie ręki leży ciało Roberta Lee, chluby Cesarskiego Oka, legendarnej elitarnej jednostki imperialnego wywiadu. Obok niego i w sąsiednim pomieszczeniu ciała al-malickich Derwiszy, legendarnej jednostki specjalnej. Jeżeli i my nie staniemy się legendarni to nie nazywam się Hazat.

Do miasta przybyliśmy wczoraj wieczorem, po całodniowej pieszej wędrówce przez pustynię. Nasze gedmale – pustynne wierzchowce – zostały wraz z karawaną, która ma czekać na nas pięć dni. Kiedy maszerowaliśmy w skwarze pustyni napadły na nas gigantyczne pustynne skorpiony, największy mierzył prawie sześć metrów. Zabiliśmy wszystkie, ale ja i Igor zostaliśmy ukąszeni, gdyby nie brat Valentine umarlibyśmy. Do teraz czuję lekki bezwład w lewej ręce, gdzie wbiło się żądło.

Sekander ukazało nam się jako wyludnione, ledwo wystające z piachu gigantyczne rumowisko. Otacza je prymitywny mur zbudowany przez mutantów z czego się da, wysoki na dziesięć metrów i mający chronić raczej przed frontalnym atakiem niż przed dyskretną infiltracją, gdyż między tworzącymi go kawałkami murów, plastikowymi pojemnikami i metalowymi rurami było dość miejsca nawet dla zakutego w kirys Don Benita. W środku nie zobaczyliśmy żywej duszy – zasypane piachem ulice skąpane w blasku księżyca były zupełnie puste.

Ale jednak nie byliśmy sami. Idąc w głąb zrujnowanego miasta co jakiś czas kątem oka dostrzegaliśmy bezkształtne postacie przemykające szybko w cieniu murów. Ibn Agarowi udało się schwytać jednego z nich swą mocą, ale niewolnik został momentalnie zastrzelony przez innych, ukrytych w cieniu. Wtedy myśleliśmy, że to walka klanów, ale jak się potem okazało mutanci zabili swego, by nie wpadł w nasze ręce !

Postanowiliśmy zejść niżej, ale kiedy przedzieraliśmy się przez piwnice pod idącym na przedzie Igorem zarwała się podłoga i żołnierz spadł w trzydziestometrową czeluść. Spuściliśmy do dziury linę i zaczęliśmy kolejno schodzić w dół, ale kiedy jako ostatni zanurzyłem się w ciemnym otworze ktoś uciął linę i spadłem w dół, tylko dzięki tarczy nie odnosząc żadnych obrażeń. Ciała Igora nie znaleźliśmy.

Wpadliśmy w pułapkę i pozostało nam jedynie podążać pozostawioną nam przez mutantów drogą. Gdyby chcieli wprowadzić nas w zasadzkę przyszłoby im to z łatwością, ale na szczęście mieli inne plany. Kiedy z powrotem wyszliśmy na powierzchnię byliśmy na wielkim placu, a naprzeciw nas pod absurdalnym kątem jakichś trzydziestu stopni wznosił się chwiejnie w górę oszałamiająco wysoki niegdyś budynek. Kiedyś wystrzeliwująca w niebo iglica teraz wyglądała jak rampa startowa dla pocisków rakietowych, albo masywna lufa gigantycznego działa. W otwartych drzwiach mdłym blaskiem świeciła lampka windy. Dojechawszy nią na najwyższe piętro znaleźliśmy się w dużym pomieszczeniu, w którym podłoga została wyrównana warstwami śmieci do poziomu. Na środku ustawiono stół i dwanaście plastikowych krzesełek, na których jednak nikt nie siedział. Z niewidocznego głośnika popłynął głos.

Staliśmy się mimowolnie na wpół gośćmi, a na wpół więźniami klanu Mata. Jak sami mówili jeszcze kilka dni temu napadliby na nas po prostu, ale zaszło coś co nauczyło ich ostrożności. Dwa dni temu do Sekander przyszło dziewięciu obcych. Klan Hoki napadł na nich w sile sześćdziesięciu mutantów, ale stracił piętnastu wojowników zabijając tylko trzech z obcych. To nauczyło Hoki szacunku do intruzów i doszło do porozumienia, przypieczętowanego – jeśli dobrze zrozumiałem – zjedzeniem nawzajem swych zmarłych. Jednak za tymi dziewięcioma obcymi przybyło czterdziestu Al-Malików, w tym dwudziestu Derwiszów, demonów walki, jak ich nazywali Mata. Rozegrała się bitwa między nimi, a szóstką przybyszów wspieranych przez klan Hoki. Al-Malikowie zwyciężyli wybijając wszystkich Hoki i chyba całą szóstkę obcych, ale ponosząc duże straty własne. A dziś w pobliżu Sekander wylądowały pustynne pancerne ptaki Al-Malików pełne żołnierzy. Klan Mata chce wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi i chce by „Zębatki” – jak nazywają Al-Malików – odeszły.

Doszliśmy do wniosku, że dziewięciu przybyłych najpierw to najpewniej agenci Cesarskiego Oka, poszukujący czegoś w związku z tym co zdarzyło się w Sekander pół roku temu. Co się zdarzyło nie dowiedzieliśmy się, ale dopytamy mutantów kiedy wrócimy. Najprawdopodobniej chodzi jednak o wizytę Wiliama Redorana Hawkwooda, poszukującego jak i my Monety Hombora Żebraka. Wiedzieliśmy, że Robert Lee podążył tym tropem i jak się okazało mieliśmy rację – to był on i ośmiu innych agentów. A Al-Malikowie przybyli by ich zabić.

Zawarliśmy z mutantami z klanu Mata układ: zaatakujemy pozostałych przy życiu Derwiszy, a ich wyposażeniem podzielimy się z nimi po połowie. Dostaniemy ciało syna Arifa, którego Hoki zabili i zasuszyli jako zapasy pożywienia. No i w końcu Mata wskażą nam drogę i udzielą wszelkich informacji na temat klasztoru, którego poszukujemy, a który znajduje się blisko środka miasta, na terytorium potężnego klanu Nori.

Plan ataku był jak zwykle prosty i śmiały. Ibn-Agar, Joshua i ja wchodzimy z jednej strony, a Ortolfus i Don Benito z drugiej. A jeszcze wcześniej wrzucimy martinowy granat. Ale Derwisze nie byli głupi i odpowiednio zabezpieczyli swoją kryjówkę. Wiedzieli, że się ku nim skradamy i przygotowali się do obrony, a kiedy Ibn-Agar otworzył ostatnie drzwi nad jego głową wybuchnął granat.

Przyznam, że chyba po raz pierwszy rozsądek wziął we mnie górę nad gorącą krwią, nie wiem czy to wskutek ukąszenia skorpiona, czy czegoś jeszcze innego. Kiedy stało się jasne, że zastaliśmy wroga dobrze przygotowanego rozkazałem reszcie wycofać się, mają na celu odczekanie, aż Derwiszom skończą się ich psioniczne moce i staną się słabsi. Z taktycznego punktu widzenia było to rozwiązanie lepsze niż natychmiastowy atak. Ale moi towarzysze zignorowali rozkaz i zaatakowali, nie bacząc na sypiące się na nich granaty i serie z pistoletów maszynowych. Ibn-Agar w swej pysze był pewien wygranej, mimo oczywistej taktycznej porażki i ufny w swe moce zaszarżował na zamknięte drzwi. Na nasze szczęście tym razem miał jednak rację.

Uniosłem się dumą i będąc pewien klęski zostałem na miejscu. Ale Ortolfus i Don Benito wsparli Ukara i próbowali sforsować swoje drzwi, które jednak zostały zabarykadowane od wewnątrz i naszemu rycerzowi udało się zrobić w nich tylko wąską szparę. Za to Ukar zdołał wrzucić martinowy granat do wnętrza i wybuch zniszczył drzwi otwierając nam drogę do wnętrza. Strzeliłem w widocznego w głębi pomieszczenia Derwisza, trafiając w twarz, ale drugi wychylił się zza framugi rozbitych drzwi i wygarnął serią w moją tarczę.

W tym momencie przełamałem się, gniew na głupotę i nieposłuszeństwo „mojej” kohorty minął i wciągnął mnie wir walki. Joshua także z ochotą natarł na Al-Malików, co w tamtym momencie umknęło mej uwadze, ale teraz nie przestaje mnie zadziwiać. Tymczasem Ibn Agar zdołał narzucić swą wolę dwójce Derwiszów, widać więc nie byli tacy niezniszczalni jak się spodziewałem. Plazmowa strzelba, zakupiona niejako „przy okazji” na wielkim targu Istakhr okazała się wspaniałą bronią – jej pociski przenikały częściowo przez tarcze energetyczne, a wielkość ładunku ułatwiały trafienie w cel. Don Benito zbierając na tarczę kolejne serie z pistoletu maszynowego przerąbał się w końcu przez drugie drzwi, a Ortolus tymczasem strzelał przez szparę do Al-Malika w głębi. W naszej części pomieszczenia skoncentrowaliśmy ataki na jednym z Deriszów i po kilku chwilach powaliliśmy go na ziemię.

Jednak fortuna znów się odwróciła – szturmowa tarcza Don Benita za którymś kolejnym razem nie wytrzymała i rycerz wycofał się za drzwi, unikając ostrzału. Joshua dostał serię z karabinka i także zaczął się wycofywać. Ja potknąłem się, skacząc przez leżącego Al-Malika i rąbnałem jak długi na ziemię, a celna seria innego Derisza zgasiła i moją tarczę. Potoczyłem się ku martwemu przeciwnikowi by zabrać z kolei jego tarczę, chowając się za osłoną Ibn Agara i przejętego przez niego Derwisza, który porzuciwszy PM z obnażonym jataganem natarł na swego niedawnego towarzysza.

Z siedmiu Derwiszów, dwóch walczyło teraz po naszej stronie za sprawą Ibn Agara, jeden leżał martwy, a drugiego, któremu zgasła tarcza dobijał właśnie Ortolfus. Zostało trzech. Zwijali się w szaleńczych piruetach, a ich jatagany błyskały w skąpym blasku księżyca wpadającym przez wywalone przez Don Benita drzwi. Ale nie byli wieczni. Co prawda Joshua padł rażony granatem, a Ibn Agar omal nie zginął pozbawiony tarczy i pocięty ostrzem swego przeciwnika, ale dwóch kolejnych Derwiszów padło i został tylko jeden. Wskoczył do sąsiedniego pomieszczenia i zatrzasnął za sobą drzwi. Don Benito wywalił je barkiem i zaatakował swym wielkim mieczem w chwili gdy Al-Malik kończył wstrzykiwać sobie leczniczy eliksir. Wpadłem za nim i wygarnąłem z plazmy w twarz tamtego. Tarcza błysnęła, ale kula plazmy ogarnęła głowę Derwisza i spopieliła skórę. Ostatni wróg padł.

W pokoju do którego uciekł, znaleźliśmy nieco wyposażenia i trzy ciała. Jedno – wysokiej rangi Derwisza, drugie – wielkiego mutanta i trzecie – Roberta Lee. Teraz, kiedy emocje walki już opadły przypomniało mi się co mówiła wieszczka w zaklętej dolinie misiojeży – nasza ścieżka wiedzie do przywołania ducha zabitego wojownika, a potrafią to tylko ptaki. Zażądają ceny i zmierzymy się z dzieckiem Boga Podziemi. Ptaki to Etyri, pamiętam jak jeszcze na Pandemonium jeden śmiertelnie się wystraszył, widząc w nas przyczynę zagłady swej rasy. Czyżby Al-Malikowie zamierzali zabić ich wszystkich, by uniemożliwić nam przesłuchanie ciała Roberta Lee ? I co jeszcze z tej przepowiedni ma się spełnić i w jaki sposób ? Którą z bitew stoczyliśmy, a które nam jeszcze zostały ? I jaka prawda leży o krok od nas, która stanie się największą bronią ?

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.