Gasnące Słońca – sesja XII

Tym razem nieco z innej perspektywy:

„Jestem mieszkanką Doliny od… właściwie nieważne od kiedy… mam wrażenie jakby to było od zawsze. Nawet nie chcę wracać myślą do czasów sprzed Doliny, pełnych przemocy, strachu, cierpienia i niepewności. Tu nie ma czego się bać, przed czym uciekać… chyba tylko tego, że pewnego dnia Dolina przestanie być taka jak teraz…

Kiedyś nie bałam się nawet tego, wierzyłam że Dolina jest taka piękna i dobra, że nie ma w Znanych Światach istoty, która nie chciałaby tu pozostać i żyć z nami. I która chciałaby zagłady Doliny. Nie mieściło mi się to w głowie. Ale teraz wiem, że są ludzie zdolni zniszczyć to piękno i dobro, więcej nawet – którzy pragną jego zagłady.

Przybyli do nas jak inni. Przyszli z dżungli, pełnej niebezpieczeństw i weszli w Dolinę – oazę spokoju i bezpieczeństwa. Najpierw wydawało się nam, że pozostaną z nami na zawsze, jak wszyscy przed nimi, pozostawią za sobą całe zło i ból, rozpoczną nowe, lepsze życie. I niektórzy z nich chyba rzeczywiście mieli taki zamiar.

Złożyli wizytę w klasztorze, pytając o pradawną legendę, wedle której Hombor Żebrak miał pozostawić tu Monetę Ofiarowania. Przybyli w pogoni za nią aż tutaj, ale Dolina urzekła ich, uczyniła ich dotychczasowe pragnienia i cele nieważnymi, napełniła spokojem i łagodnością. Tylko jeden z nich, wysoki szlachcic o ciemnej cerze i dumnym spojrzeniu odrzucił spokój i ukojenie. Zakłócił harmonię, którą tymczasem osiągnęli pozostali, zmusił ich do podjęcia próby wyjścia z doliny, choć widać było, że chcieli pozostać.

Trudzili się jednak nadaremno. Kto raz wszedł do Doliny pozostawał w niej na zawsze, jego własne nogi niosły go na powrót ku niej. Wrócili. Ale nie usłuchali wewnętrznego głosu, nie zrozumieli siebie, wciąż szukali powrotu do dawnego życia. Ani ojciec Andree, ani siostra Monika od Amalteanek, ani wieszczka Esta, która dała im przepowiednię, nie mogli im pomóc.

Miotając się między pragnieniem pozostania, a jakimś niezrozumiałym pędem ku wyjściu trafili do miejsca, które powinno zostać ukryte. Do miejsca, w którym pradawne maszyny mruczały cicho, szepcząc zaklęcia, dzięki którym w Dolinie nie było wojny i strachu. Drogi strzegły szkielety martwych złodziei, pułapki i jadowite osy, ale obcy nie ulękli się i nie wycofali. Na nic zdały się napomnienia siostry Moniki, w swym szaleństwie wyłączyli maszyny, wierząc że w ten sposób będą mogli opuścić Dolinę.

Szukali wolności, ale znaleźli tylko cierpienie i strach. Kiedy maszyny zamilkły wszyscy w Dolinie poczuli ból, przed którym tyle lat byli ukryci. Złe stwory z dżungli odnalazły drogę do Doliny i po raz pierwszy od kiedy tu przyszłam wrócił strach. Widząc spustoszenie, które uczynili, obcy z powrotem włączyli maszyny, ale krzywda którą wyrządzili oburzyła ludzi. Zebraliśmy się wszyscy i ruszyliśmy do miejsca ukrycia maszyn, prowadzeni przez ojca Andree.

Spotkaliśmy ich nad rzeką. Skoro wyłączenie maszyn nic nie dało, zamierzali teraz uczynić jeszcze większe i trudniejsze do naprawienia zło. Chcieli skrzywdzić misiojeże, bezbronne, przemiłe stworzenia, uosobienie spokoju i dobra Doliny. Twierdzili, że to one zniewalają umysły wszystkich ludzi nie pozwalając im odejść, że zamieniają ludzi w bezwolne rośliny, porastające bezcelowo Dolinę. To było tak absurdalne, że nikt nie potrafił temu zaprzeczyć. Misiojeże były w Dolinie zawsze, żyły z ludźmi w wielkiej przyjaźni, jadły z nami i cieszyły nas swym towarzystwem, jak można było przypisać im jakieś złe, niegodziwe zamiary !?

Ale obcy byli nieugięci, nienawiść i szaleństwo, nieznane dotąd w Dolinie zaślepiało ich. W zwykłym świecie zabito by ich, ale ludzie w Dolinie są łagodni i wybaczają, tylko temu obcy zawdzięczają że przeżyli. Jeden z nich, ponury Ur-Ukar o twarzy poznaczonej tatuażami i ukrytej pod czarnym kapturem, twierdził, że potrafi rozmawiać z umysłami misiojeży i żądał takiej rozmowy. Ludzie z Doliny są łagodni, nie chcieliśmy czynić krzywdy, tedy pozwoliliśmy im na to.

I obcy odeszli. Nie wiem, czy Ukar naprawdę porozmawiał z misiojeżami, czy tylko udawał. Słyszałam straszne plotki, że zagroził im śmiercią wszystkich ludzi i że misiojeże wyrzuciły obcych z doliny, by ocalić nas, swoich przyjaciół. Czy tak było naprawdę – nie wiem. Ale spokój i równowaga wróciły do Doliny, kiedy tylko obcy ją opuścili – błogosławiony niech będzie Wszechstwórca za to że pozwolił im w końcu odejść. Teraz znowu wszyscy żyjemy w harmonii, zapominając z wolna o cierpieniu, które tamci ze sobą przynieśli. Ale gdzieś tam, na dnie umysłu pozostał lęk, że któregoś dnia ci sami, lub inni obcy mogą znów nadejść i że następnym razem Dolina może nie zdołać się przed nimi obronić.”

Z ważniejszych faktów:

– Moneta została podarowana jakieś 1200 lt klasztorowi w latającym mieście Sekander na Istakhr. 500 lt miasto spadło na wielką pustynię Es-Saharę i tam leży do dziś.

– Przepowiednia wieszczki Esty mówiła o czterech bitwach: jednej którą należało przeżyć, drugą po której mieliśmy zebrać plony, trzecią w której mieliśmy ponieść sromotną klęskę i przestać istnieć i czwartą, która miała objawić tajemnicę. Wszystkie bitwy nakładały się na siebie i przeplatały. Ponadto nasza ścieżka miała wieść przez przywołanie ducha zabitego wojownika, co potrafią tylko ptaki, a one zażądają ceny i zmierzymy się z dzieckiem Boga Podziemi. Wszystko zaś rozstrzygnie się na Istakhr, prawda zaś jest największą bronią.

– Dolina była chroniona tarczą wytwarzaną przez urządzenia pozostawione po placówce naukowej II republiki, badającej z kolei jakieś ruiny Urów. Dzięki niej nie była widoczna z orbity, ludzie byli chronieni od chorób i dłużej żyli, myśleli też jaśniej i mieli bardziej wyostrzone zmysły. Ale wpływ tarczy na umysły spowodował korzystne mutacje w stworzeniach, nazywanych misojeżami, które osiągnęły masowo zdolności psioniczne. Misojeże zaś wykorzystywały swe zdolności by „pozytywnie usposobić” ku sobie ludzi, którzy dostarczali im pożywienia i których te sympatyczne w istocie stworzenia naprawdę na swój nieludzki sposób lubiły. Dlatego wszyscy ludzie byli po przybyciu do Doliny urabiani i już nigdy nie pragnęli jej opuszczać. Ricardo oparł się częściowo temu wpływowi dzięki płaszczowi psi, a rozwiązanie polegało na zagrożeniu misiojeżom mordem na ludziach z doliny. Ten szantaż przyniósł pożądany rezultat – stworzenia przestały nas lubić i dostrzegły zagrożenie, postanowiły więc się nas pozbyć. I o to chodziło.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.