Gasnące Słońca – sesja XI

6.12
Robię notatki siedząc w śmigaczu, nocne powietrze przyjemnie chłodzi, przyjaciele drzemią, przykryci kocami, z wyjątkiem Philipine oczywiście. Poeta napisałby że czerń nocy skrywa wszystko aksamitną zasłoną, więc muszę świecić latarką, żeby widzieć co piszę. Obok mnie w fotelu spoczywa martwe ciało Elizy, strzaskane żelaznymi belkami podczas ataku na Wieżę Znikniętych. Idealnie byłoby pochować ją na rodzinnej Gwyneth, ale to niewykonalne, mam więc nadzieję, że znajdziemy jutro dla niej jakieś godne miejsce wiecznego spoczynku.

Lecimy jakieś sto metrów nad pustynią ku odległemu o cztery tysiące kilometrów od Acheonu miastu Tabrast, gdzie według informacji Ortolfusa w szpitalu Amalteanek przebywa ojciec Serner. Ten stary Hezychat zna bardzo dobrze dzieje Hombora Żebraka i mamy nadzieję, że będzie wiedział coś więcej o Monecie. Sądziłem, że informacje Webera bardziej nam się przydają, ale to tylko kolejna tajemnica i powód do frustracji. Żeby pomścić Luisa będę musiał zabić samego księcia Hakima Al-Malik, głowę rodu. Tylko on mógł zawrzeć tajny układ ze starszyzną Ukarów, obiecując oddanie im czterech planet w zamian za usługi. Choć może bardziej właściwe byłoby dokonanie pomsty na księciu Yusifie abn Rahim Al-Malik, gubernatorze na Criticorum ? To najpewniej na jego rozkaz młody Ukar służący baronowi el Jom wysadził w powietrze statek swego pana wraz z kilkoma sąsiednimi. Na Pustkę ! Kazał zabić swego bratanka, wraz z jego świeżo poślubioną żoną, nie mówiąc o trzystu zabitych „przy okazji” przypadkowych ludziach, a wszystko żeby zachować w tajemnicy, że Wrota na Byzantium Secundus zapieczętowano ze statku Williama Hawkwooda ! Nawet gdybym nie przysiągł pomścić Luisa, stryja Jose, Franceski i Elizy, zabiłbym obu i tak, choćby mi to miało zająć resztę życia !

Sam atak na Wieżę Znikniętych byłby majstersztykiem, gdybym kupił kilka granatów, jak zamierzałem. Podeszliśmy do lądowania na dachu śmigaczem pooklejanym kalkomaniami zdobytymi przez Ortolfusa, krótko po północy. Ibn Agar użył swej mocy, by przejąć kontrolę nad dowódcą warty i kazał mu bez zastrzeżeń zaakceptować fałszywy rozkaz, który przygotował dla mnie Ortolfus. Ubrany w strój szlachcica z domu Al-Malik, wraz z moją kohortą wszedłem bez przeszkód na dwudziesty poziom, gdzie nasz Ukar znów popisał się wspaniale rozbrajając bez walki wszystkich trzymających wartę żołnierzy. Podczas gdy wiązalismy ich do kaloryferów Ortolfus i Philipine skasowali wszystkie obrazki, które zapamiętały kamery. W ukrytym sejfie, którego lokalizację kontrolowany przez Ibn Agara dowódca warty z radością wyjawił, znaleźliśmy kartę do otwierania drzwi z super-tajnym kodem poziomu 0. Dzięki niej bez przeszkód zjechaliśmy na osiemnasty poziom, gdzie trzymano Kirsta Webera.

Tu drogę zagrodziły nam drzwi z jakimś zamkiem otwieranym głosem i jeszcze jakimś drugim, nie pamiętam szczegółów. Ortolfus w mig otworzył oba, nie trwało to nawet minuty ! Pierwszego z Synów Ponurego Żniwiarza załatwił znowu Ibn Agar. Używszy po raz ostatni swej mocy kazał mu odłożyć ciężki karabin maszynowy, granat plazmowy i miecz pod ścianę, po czym wbił mu nóż w gardło. Latająca kulka, którą Martin kupił w Gildii wysłana na przeszpiegi ukazała nam następnego z mutantów, przyczajonego za rogiem. Wywabiliśmy go z kryjówki granatem zabranym jego zmarłemu koledze, a kiedy natarł na nas, zastrzeliliśmy z laserów. Potem kulka Martina zdradziła nam, że na końcu korytarza czekają na nas dwaj następni Synowie. Nie mając więcej granatów, postanowiliśmy zaatakować wszyscy na raz.

Niestety ten atak kosztował życie Elizę. Już rano po powrocie z samodzielnej wyprawy była jakaś nieswoja. Dowiedziała się, że Al-Malikowie zamierzali zniszczyć nas podczas dolotu na Criticorum w odwiecie jeszcze za Pandemonium i zdradziecki zamach Cosmasa okazał się w końcowym rozrachunku zbawienny. Nasz pokiereszowany statek z ledwością doleciał na Ellyon i w ten sposób sprzymierzeni z nimi Pośrednicy, zaczajeni w pasie asteroidów, zmarnowali tylko czas. Eliza zabiła Al-Malika i przy okazji obmierzłego ambasadora Decadosów, czym ściągnęła na swoją głowę pościg, ale wobec faktu, że Mutasih szukali nas już po całym mieście nie miało to praktycznie żadnego znaczenia. Przed atakiem na Wieżę Znikniętych Eliza zwierzyła mi się jednak, że ma jakieś złe przeczucia i jeśli zginie, mam przeczytać list, który napisała.

W liście, skierowanym zresztą do nas wszystkich, pisze że wraz z Alexem Hawkwoodem, kuzynem Williama Redorana i Robertem Lee, agentem Cesarskiego Oka, domyślili się całkiem sporo o prawdziwym celu naszej misji. Lee, który swego czasu wyciągnął nas z niewoli księżnej Ledy na Delfach i wraz z którym uratowaliśmy wtedy lady Penelopę, udaremniając podły spisek Decadosów, ruszył na światy Al-Malików niezależnie od nas, by dowiedzieć się więcej o „Promyku Poranka”. Coś mi mówi, że jeszcze go spotkamy i że, jak napisała Eliza, pomożemy sobie nawzajem w słusznej sprawie. Zachowam jej list na pamiątkę, razem z resztą rzeczy. To już druga bliska mi kobieta, która zginęła z powodu tej tajemnicy. Przysięgam, że pomszczę jej śmierć na tym, kto za tym wszystkim stoi ! A więc najpewniej na księciu Hakimie i pewnie też księciu Yusifie, oby ich Płomienie zaginęły w Wiecznej Ciemności !

Zabiliśmy ostatnich dwóch Synów Ponurego Żniwiarza, ale jeden z nich wystrzelił rakietę, która wywaliła dziurę w suficie wprost nad głową Elizy. Kawały betonu i stalowe belki wzmacniające spadły na nią, grzebiąc pod gruzowiskiem. Kiedy ją odkopaliśmy, jeszcze żyła, ale kiedy dźwigaliśmy z Don Benito belkę, która niemal przecięła ją na pół, jej Płomień uleciał. Zabrałem ją do śmigacza, a reszta zabrała Kirsta Webera i trochę sprzętu zabranego zabitym mutantom. Tak przy okazji – celi Webera nie udało się Ortolfusowi otworzyć, ale na szczęście Martin miał jakieś cudowne urządzenie, którym zamienił w pył kawał ściany odgradzającej celę od sąsiedniej i tak nasz agent odzyskał wolność.

Strażników na lądowisku zabiliśmy z zaskoczenia, cały czas brali nas za ważnego Al-Malika z obstawą. I kiedy z parkingu pod Wieżą startowały latające pojazdy, żeby zobaczyć co się stało, my roztopiliśmy się już w ciemnościach i gęstym smogu Dolnego Miasta.

8.12
Podobno według jakiejś pradawnej mitologii, rodem jeszcze ze Świętej Terry, Sodoma i Gomora były bliźniaczymi miastami zniszczonymi przez jakieś bóstwo za grzechy, których się tam dopuszczano. Jeśli w tym micie jest jakieś ziarnko prawdy, to dziś właśnie Sodoma i Gomora zostały zniszczone po raz wtóry i znów stało się to z woli Bożej. A narzędziem owej woli stał się nie kto inny jak moja kochana kohorta !

Przybywszy do Tabrastu, odnaleźliśmy szpital Amaltean „Eztor”, w którym stary ojciec Serner dożywał swych ostatnich dni. Wcześniej omal nie zostaliśmy zlinczowani za nieodpowiedni ubiór, bowiem okazało się, że Tabrast podzielony jest na frakcje odróżniające się kolorami i prawo stanowi w jaki deseń należy się ubierać. Ale koniec końców dotarliśmy szczęśliwie na neutralny grunt i powierzywszy matce przełożonej ciało Elizy, udaliśmy się na spotkanie ze starym Hezychatem.

Serner pamiętał Williama Hawkwooda i powiedział nam to samo co jemu. Moneta mogła znajdować się w tajemniczym klasztorze Hezychatów na Aylonie, ukrytym głęboko w dżungli Ganoob. Podobno nikt, kto doń wszedł, nie miał już ochoty wychodzić, dlatego nic pewnego na temat samego klasztoru nie było wiadomo. Pewnym było jedynie to, że Moneta została ofiarowana klasztorowi przez samego Hombora jakieś dwa tysiące lat temu… Niewielka nadzieja, zważywszy jak wiele mogło się zdarzyć przez te dwa tysiące lat, ale nie mając innej drogi wypytaliśmy staruszka o szczegóły. Sama dżungla jest ponoć nieprzebyta i bardzo niebezpieczna, ale do klasztoru można dostać się z pobliskiego lenna Bractwa Wojennego, które ma swoją siedzibę na Aylonie. Problemem pozostało tylko samo dostanie się na Aylon.

Ale tu z pomocą przyszła nam matka Kuan zawiadująca szpitalem. Obiecała dać nam klucze na Aylon i Kordeth, przez które musimy lecieć. Ale nie za darmo. Na dnie oceanu Illahańskiego, niedaleko wyspy Ittel, znajduje się stare podwodne miasto, administrowane przez Ligę, z którą Al-Malikowie utrzymują nader przyjacielskie stosunki. Miasto to jest siedliskiem zepsucia wszelakiego rodzaju, ale według Kościoła najgorsza jest podwodna farma klonów inżyniera Grimaldiego. Bractwo wojenne już wielokrotnie rozważało możliwość wycięcia tego ukrytego przed ludzkim wzrokiem cuchnącego wrzodu, ale Amalteanki obawiały się, że mogliby zginąć niewinni ludzie. Na Wszechstwórcę ! Gdyby tylko mogły zobaczyć to co my, nie wahałyby się ani chwili ! Zaiste, tylko zakazowi wstępu dla osób związanych z Kościołem może Liga zawdzięczać, że to ognisko zarazy nie zostało zniszczone wcześniej ! I – na demony – nieszczęsny Grimaldi miał się do reszty mieszkańców tego miejsca jak dziewica do zawszonego zamtuza pełnego ladacznic najgorszego sortu !

No ale nie uprzedzajmy faktów. Zgodziliśmy się na od dawna przygotowany plan matki Kuan. Wzięliśmy dwie fioletowe buteleczki z jakimś płynem, który miał wyparować i zatruć wszystkie klony inżyniera Grimaldiego, a dla niego samego strzykawkę z nieuleczalnym choróbskiem, przygotowanym przez pobożne mniszki, które tylko moc Amalteanek mogła wygnać z ciała. W ten prosty, choć perfidny sposób inżynier z zatwardziałego grzesznika miał się przedzierzgnąć w cnotliwego świętoszka, używającego swych wielkich talentów na chwałę Wszechstwórcy. Po raz kolejny uderzyła mnie obłuda sług Kościoła, ale nie dałem po sobie nic poznać, w końcu nie byłem nigdy pilnym studentem kazań Proroka i tezy o wolnej woli mogły być owocem podsłuchania gdzieś jakiejś herezji. Dla nas i dla Wszechstwórcy ważne były Klucze, a nie jakiś Grimaldi z maszyną w głowie !

Na wyspę Ittel dotarliśmy jako jedni z licznych amatorów zakazanych rozrywek. Zakazanych w zdrowym społeczeństwie, bo tu wszystko to było dozwolone, choć przezornie ukryte przed wzrokiem ogółu. W drodze słyszeliśmy wyłącznie rozmowy o hodowli planktonu wokół Ittel, tak jakby wszyscy ci szlachcice, kupcy, sędziowie, inżynierowie i inni pasjonowali się tylko tymi małymi żyjątkami, a nie seksem z maszynami, zabijaniem za pieniądze, zatruwaniem się chemikaliami i innymi „rozrywkami” jakie oferowało podwodne miasto ! No, ale nie tylko Kościół bywa obłudny. Jednak po zejściu długim tunelem do podwodnego miasta wszystkie pozory prysły – nomen omen – jak bańka mydlana.

Miasto składało się z dziesięciu połączonych krótkimi korytarzykami szklanych kopuł, rozłożonych na morskim dnie. Część z nich była przezroczysta, inne nie przepuszczały światła, jedne były mniejsze, a inne większe. Do kilku z nich wstęp był zabroniony, wydobywano tam jakiś minerał do produkcji ceramstali i prowadzono jakieś wojskowe badania na morskich stworzeniach. Także dostęp do szpitala i znajdującej się za nim farmy inżyniera Grimaldiego był możliwy tylko dla umówionych gości. Jako że nie byliśmy umówieni Martin bardzo przekonująco udawał zainteresowanie wszczepieniem sobie jakiejś sztucznej części, co przekonało sługusów inżyniera, że należy nas z nim jak najszybciej umówić. Zostaliśmy zaproszeni na rozmowę na farmie na wieczór.

Zanim jednak dotarliśmy do szpitala musieliśmy przejść przez główną atrakcję miasta – dwie kopuły rozrywki. Jak nam powiedział obleśny przewodnik pierwsza z nich, nazywana „Sodomą” zawierała „łagodniejsze” rozrywki, takie jak ladacznice, baseny, hazard, walki niewolników i pokazy seksu maszyn. Ów seks maszyn nawet mnie zaciekawił i postanowiłem skorzystać z okazji, żeby porównać sobie jak to robią ludzi i maszyny. Spodziewałem się zobaczyć coś całkiem innego, w końcu maszyny mogą i powinny różnić się od ludzi, więc także ich seks – myślałem naiwnie – będzie czymś nowym i ciekawym, jakkolwiek niezbyt pobożnym. Ale rozczarowałem się straszliwie ! Za pięć feniksów pooglądałem sobie człekopodobne maszyny, wykonujące ruchy naśladujące dość wiernie kopulację, ale jakże mierną była ta imitacja ! Żadnych emocji, żadnej pasji, żadnych uczuć, nic ! No i to naśladownictwo, nieudolne, ale mające sprawiać wrażenie czegoś ludzkiego – czy maszyny nie mogą się odróżniać ?! Nuda ! Ale kiedy wzburzony zamierzałem się wynieść z pokazu, wpadł mi do głowy pewien pomysł… Wyobraziłem sobie Cosmasa Hawkwooda w objęciach jednej z tych nie znających emocji, ale także i zmęczenia maszyn… najlepiej żeby to była maszyna naśladująca mężczyznę, o ten wielki niby-murzyn byłby idealny… Mój drogi Cosmasie, nie zabraknie ci miłości do końca życia, spodziewam się że może nawet zdechniesz od jej nadmiaru…. Od razu humor mi się poprawił i już nie żałowałem tych pięciu feniksów – zawsze jest okazja by się czegoś nauczyć !

Za to druga kopuła, nazwana „Gomora”, oferowała już rozrywki zdecydowanie „hard-core’owe”. Seks z dziećmi, narkotyki, zabijanie niewolników za pieniądze, nawet jakieś „wszczepy ekstazy”, jedno ohydniejsze od drugiego. Kiedy z obrzydzeniem i pospiesznie przemykaliśmy przez to gniazdo zła pomyślałem sobie, że gdybym był Wszechstwórcą, rozszczepiłbym szkło nad tym podłym miejscem i zalał to wszystko falami morza. I rychło okazało się, że Wszechstwórca wpadł na podobny pomysł !

Uradziliśmy że Ibn Agar spróbuje swoją mocą przekonać Grimaldiego, aby sam, fachowo i już po naszym wyjściu zatruł swoje klony, po czym zaraził się choróbskiem, a potem stawił się w szpitalu Amalteanek. Ale okazało się, że nie jest to takie proste. Kiedy bowiem po krótkiej rozmowie nasz Ukar przeszedł do rzeczy, przeciwnik zaskoczył nas całkowicie.

Grimaldi żył i pracował na swojej farmie klonów sam, do pomocy mając jedynie dwa androidy. Jeden z nich miał postać kobiety i z grubsza przypominał te, które widziałem na pokazie seksu maszyn. Drugi android był nieco większy od człowieka, zbudowany z ciemnego metalu, którego nie próbowano wcale zamaskować, a zamiast ręki miał zestaw przeróżnych narzędzi. I kiedy inżynier posłusznie wziął od Ibn Agara fiolkę z trucizną i strzykawkę robot przypominający kobietę wydeklamował, że nastąpiła próba zniszczenia farmy i zostaje uruchomiony program jakiś tam… tak mi się przynajmniej wydaje. Zaraz potem wraz z tym drugim ruszyły na nas.

Nie mieliśmy ciężkiej broni, gdyż była zabroniona w podwodnym mieście z obawy przed możliwością uszkodzenia kopuł. Dozwolone były jedynie broń biała i pistolety laserowe. Żeński robot atakował wyłącznie „rękami” i „nogami”, wykonując akrobatyczne popisy w powietrzu, zaś „męski” zaczął do nas strzelać z lasera umieszczonego w ręce. Rozpoczęła się walka. Promienie laserów błyskały bezgłośnie, stal szczękała o ciało robota, lub o podłogę, gdy ten zdołał uskoczyć. W chaosie bitwy Ibn-Agar przytomnie kazał inżynierowi wyłączyć roboty i po kilku rundach rozpaczliwego wiszenia na plecach większego androida Grimaldi coś tam urwał i robot stanął bez ruchu. ”Kobiety” nie potrafił unieszkodliwić w ten sam sposób, ale Don Benito popisał się wspaniałym pchnięciem i drugi android padł na podłogę sypiąc iskrami.

Jednak w tej chwili najpierw usłyszałem, a zaraz potem zauważyłem jak na kopule nad nami robi się coraz dłuższa rysa… Laser robota musiał okazać się jednak za mocny i teraz prastara kopuła na naszych oczach pokrywała się siateczką pęknięć. A nad nią były całe tony wody… Grimaldi widząc to popędził w drugi koniec farmy krzycząc coś o łodzi podwodnej do Ibn Agara, którego cały czas traktował jak przyjaciela, za sprawą działającej wciąż mocy. Nie mogąc otworzyć drzwi pobiegliśmy za nim.

Łódź była dwuosobowa i wydawało się niemożliwe, byśmy pomieścili się w niej wszyscy. W zamieszaniu i panice Don Benito podciął gardło Grimaldiemu – jednego pasażera mniej. Gdybyśmy tak wszyscy byli Robertami Lee – zmieścilibyśmy się bez trudu ! Zaczęliśmy upychać się w łodzi, czując niemal ciężar szykującej się do ataku na kopuły wody. I czy to łódź była na dwie wyjątkowo otyłe osoby, czy Wszechstwórca nie chcąc poświęcać żadnego ze swych wybrańców pomniejszył nas miłosiernie do rozmiarów Roberta-ruropełzacza, dość że cała nasza szóstka, ściśnięta jak śledzie w beczce wypłynęła malutką podwodną łodzią ze śluzy farmy na chwilę przed tym, jak kopuła poddała się ostatecznie i do miasta rozpusty wtargnęło morze !

Siła prądu porwała nas i rzuciła o dno. Silnik zgasł. Martin szukał zasilania, a Philipine w panice torturowała nas zmniejszającym się szybko poziomem tlenu. Ortolfus się modlił, ja też spróbowałem: „Wszechstwórco, gdybyś to Ty był stłoczony jak śledź w takiej małej łodzi podwodnej, a ja mógłbym Cię uratować, to zrobiłbym to, jakem Ricardo Almodavar ! Dlatego wierzę, że i Ty nie okażesz się gorszy i wyciągniesz nas z tego !” Ledwo skończyłem modlitwę Martin wychrypiał radośnie, że znalazł coś czego szukał – już nie pamiętam co to było. Silnik warknął nerwowo, a potem zaskoczył. Łódeczka poderwała się z dna i prowadzona wprawną ręką Philipine pomknęła ku zbawczej powierzchni. Mając już czarne i czerwone plamy przed oczyma otworzyliśmy właz i zachłysnęliśmy się świeżym powietrzem. Byliśmy uratowani !

Wezwaliśmy wypożyczoną przez Amalteanki na tę okazję specjalną skrzekotką mechanicznego ptaka Wojennego Bractwa i cali i zdrowi wróciliśmy do szpitala. Później dowiedzieliśmy się, że oprócz farmy klonów i szpitala zniszczone zostały także tajne laboratoria, a co najważniejsze – „Sodoma” i „Gomora”. Raz jeszcze staliśmy się narzędziem Wszechstwórcy i uwolniliśmy Znane Światy od niewielkiej część pustoszącego je plugastwa. No a w zamian dostaliśmy Klucze. Lecimy więc na Aylon, poszukać Monety Ofiarowania darowanej tajemniczemu klasztorowi przez samego Hombora Żebraka dwa tysiące lat temu !

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.