Gasnące Słońca – sesja X

20.11
Jakoś nie mogę dziś zasnąć, to pewnie dlatego, że już jutro będziemy na Criticorum. Czeka tam na mnie agent mego stryja, niejaki Kirst Weber, który ma informacje o zamachu na Louisa, przeprowadzonego przez Ukarów. Oczywiście żeby zachować pozory najpierw odwiedzę oficjalnie miejsce katastrofy, choć nie spodziewam się, żebym od Al-Malików dowiedział się czegoś nowego, skoro śledztwo już się zakończyło.

Dziś, dzięki łaskawości Wszechstwórcy i umiejętnościom kochanej Philipine szczęśliwie dotarliśmy do stacji orbitalnej Przewoźników krążącej wokół Sodes – jedynego księżyca Ellyon. Sam Ellyon to gazowy olbrzym, w którego atmosferze unoszą się monstrualne, podobne wielkim balonom myrble. Zbliżając się do stacji widzieliśmy, jak jeden z takich myrbli został zaatakowany przez jakieś równie wielkie ptakopodobne stworzenie, które rozerwało go szponami na strzępy ! Sama baza pozwala poczuć już atmosferę bliskiego Criticorum – kwitnie tu handel ludźmi, prostytucja, widać rozpasanie i brak praktycznie wpływów Kościoła. Nie przeszkadza mi to aż tak bardzo, ale jeśli ten obleśny kapitan Worbicki jeszcze raz rzuci okiem na Philipine, lub Elizę, jak na konia prowadzonego na targ wytatuuję mu ostrzem rapiera wszystkie cnoty apostolskie na kudłatych plecach !

Po wylądowaniu zakwaterowaliśmy się w jedynym hotelu, a Ortolfus i Martin poszli do kapitanatu ustalić warunki naprawy „Consuelli”. Wrócili zadowoleni, choć Ortolfus był wzburzony, podobno kapitan chciał nakłonić go do grzechu hazardu i prawie mu się udało. Miał ponoć takie dziwne, holograficzne karty, chyba ktoś już mi o nich kiedyś opowiadał, ale nie gustuję w hazardzie, więc nie wnikałem. Naprawa naszego statku miała potrwać dwa tygodnie i kosztować piętnaście tysięcy feniksów. Byłem już pewien, że przyjdzie nam sprzedać sprezentowany nam przez Alexa Hawkwooda śmigacz, ale moi towarzysze zaskoczyli mnie, szczególnie kuzynka Philipine. Kiedy bowiem wszystkim nam wraz z Elizą udało nam się zebrać siedem tysięcy, Philipine jak gdyby nigdy nic oświadczyła: „To ja dorzucam te brakujące osiem” !

Byłem zszokowany, nie tyle nawet majętnością kuzynki, ile łatwością z jaką się tego majątku pozbywała ! Wzruszenie odebrało mi głos, a chcąc jakoś okazać wdzięczność przytuliłem drobne ciało Philipine i delikatnie pocałowałem jej policzki i czoło. Doprawdy, nie czułem takiej nieśmiałości w stosunku do kobiety odkąd ciocia Lucilla uczyła mnie całować z języczkiem, a wieku lat trzynastu ! Długo jeszcze nie mogłem dojść do siebie i przysięgam, że jeśli kiedykolwiek kuzynka znajdzie się w potrzebie, oddam ostania kroplę krwi i ostatniego feniksa, by jej pomóc !

21.11
W cenę naprawy „Consuelli” był wliczony prom na Criticorum i z powrotem dla naszej siódemki, choć za śmigacz musieliśmy zapłacić z własnej kieszeni całe pięćset feniksów. Rano po nocy, którą niespokojnie przedrzemałem, wsiedliśmy na ów prom i ruszyliśmy ku nowej przygodzie.

Na czas naszego pobytu na planetach Al-Malików Eliza przybrała imię i postać Elizy Gedoba – skromnej szlachcianki z pomniejszego rodu służącego Li-Halanom. W dzieciństwie Eliza przyjaźniła się ze Zdenką Gedobą, stąd znała jej rodzinę, ich historię i posiadłości, oraz parę rodzinnych plotek z dawnych czasów. Zdenka później zmarła, ale dla postronnego obserwatora Eliza mogła ponoć uchodzić za jej siostrę. Rzeczywiści, trudno było poznać w niej Elizę Hawkwood – włosy zaplecione w sterczące we wszystkie strony warkoczyki, drapieżny makijaż w krzyczących kolorach – wyglądała upiornie ! Jeśli Zdenka wyglądała podobnie, Wszechstwórca okazał miłosierdzie zabierając ją przedwcześnie z tego świata !

Prom wylądował od razu w celu naszej podróży – stolicy Criticorum, Acheonie. Miasto, dziwniejsze niż wszystkie, które widziałem dotychczas, wyglądało jak olbrzymi jeżowiec wylegujący się na spieczonym promieniami słońca stepie. W dole kłębiły się opary ciężkiej, ciemnej mgły – smogu – który, jak się dowiedziałem, wydzielały z siebie zgromadzone tu licznie maszyny. Z tej mgły, nieprzeniknionej z daleka, wystrzelały w górę oszałamiająco wysokie iglice niezliczonych wież, błyszczących w promieniach słońca jak ostrza mieczy. Najwyższa z nich, mająca niemal tysiąc dwieście metrów Wieża Zebulona, należała kiedyś do Kościoła, ale mająca na planetach Al-Malików silną pozycję Liga wykupiła ją i zamieniła w siedzibę Gildii. Pomiędzy wieżami rozpięta była, niczym gigantyczna pajęczyna, sieć mostów, a pomiędzy wielkimi okami tej pajęczyny przelatywały całe roje niewielkich owadów – śmigaczy, skoczków, mechanicznych ptaków i innych, czasem tak dziwnych maszyn latających, że nie chciało się wierzyć, że mogą takie istnieć.

Eliza opowiadała nam podczas podróży nieco o planetach Al-Malików w ogóle i Criticorum w szczególności. Panowały tu bezbożność i zepsucie, Kościół miał niewielkie wpływy, zaś Gildie, z którymi Al-Malikowie żyli w dobrej komitywie – bardzo silne. Handel ludźmi, krwawe igrzyska w czasie których ludzie zabijali się i byli zabijani dla uciechy motłochu (tak – motłochu!), rozpasana prostytucja, wszystko to było tu na porządku dziennym. Wszędzie zwracano uwagę przede wszystkim na pozory – to jak człowiek był ubrany i jakim pojazdem się poruszał było ważniejsze niż to jakimi cnotami się odznaczał i jakich dzielnych czynów w życiu dokonał. Wybór miejsca, hotelu, w jakim się zatrzymywał przyjezdny od razu pozwalał go zaklasyfikować do zwolenników tej, a przeciwników tamtej partii.

W porcie kosmicznym odwiedziłem zgodnie z planami kapitanat i przedstawiwszy się, kazałem się zawieźć na miejsce śmierci Louisa, wypytując po drodze o szczegóły wypadku. Zgodnie z przewidywaniami niczego nowego się nie dowiedziałem, choć uświadomiono mi, że statek, który wybuchając stał się przyczyną zniszczenia „Hernandeza” należał do samego barona Mahmuda el Jom, kuzyna księcia Yusifa abn Rahim Al-Malik, gubernatora na Criticorum. Tak więc wyglądało na to, że moje podejrzenia o zorganizowanie zamachu przez Decadosów są w pełni uzasadnione – nie mieściło mi się w głowie, by poświęcono kuzyna gubernatora świadomie. Ale teraz nie mam już tej pewności…

Mając na uwadze znaczenie pozorów w mentalności Acheończyków, zatrzymaliśmy się w dzielnicy Stary Kodeks, która ma opinię zdominowanej przez Ligę i elementy pragnące powrotu republiki. Na pierwszy rzut oka wydaje się to pozbawione sensu, ale mając do wyboru dzielnicę sympatyków cesarstwa, Al-Malików z Criticorum, Al-Malików z Ishtakr i podobne, nie wiedząc komu możemy, a komu w żadnym razie nie powinniśmy się narazić, zdecydowaliśmy się właśnie na Stary Kodeks. Tak prywatnie myślę jednak, że każdy tubylec uzna nas po prostu za niezorientowanych w sytuacji barbarzyńców, nie mających pojęcia o subtelnościach Acheońskiej polityki.

Po drodze jakiś młody chłopak wręczył nam czerwone książeczki, które okazały się być przewodnikiem po acheońskich burdelach, nazywanych eufemistycznie „Gospodami pod czerwoną lampką”. Spis cudzołożnic zszokował mnie – powaby każdej damy były opisane kwiecistymi słowami, wymieniono rodzaje usług jakie taka to i taka świadczy i podano ceny. Dalibóg – żadnego wstydu, żadnej tajemnicy, jak karta dań w szykownym zajeździe ! Hmmm… będę musiał to sprawdzić, w końcu to taka miejscowa osobliwość, godzi się przywieźć jakieś wspomnienia z tego miasta rozpusty, a opisy niektórych usług są wręcz niewiarygodne.

Po rozlokowaniu się w hotelu zamierzałem opuścić towarzystwo i samotnie odwiedzić Kirsta Webera, agenta mojego świętej pamięci stryja Jose. Wszechstwórca czuwał jednak nade mną i pod postacią Elizy ostrzegł, że w Acheonie samotne podróżowanie po mieście to proszenie się o kłopoty. Wziąwszy sobie do serca tę bardzo dobrą – jak się niedługo okazało – radę, polecieliśmy wszyscy do hotelu „Imperior”, gdzie w pokoju na trzecim piętrze czekał na mnie mniemany Kirst Weber.

Człowiek, który otworzył nam drzwi wykazał się przepisową przezornością, wymieniliśmy tajne hasła i przyznam, że uśpił moją czujność. Zdecydowanie powinienem był jednak nabrać podejrzeń, kiedy ów mniemany szpieg nie dodał żadnych nowych informacji do tych, które już otrzymałem w wiadomości głosowej od stryja, sprecyzował jedynie, że Ukarzy zamieszani w śmierć Louisa to w rzeczywistości jeden Ukar – technik i sługa barona Mahmuda el Jom, który ponadto zginął wraz ze swoim panem i całą załogą.
Co więcej – ów tajny agent wypytywał mnie o moją tożsamość i moje informacje, mające mu rzekomo pomóc w znalezieniu nowych tropów i posunięciu śledztwa naprzód. Powinienem był wzmóc czujność i nie mówić nic, byłem jednak tak zawiedziony i tak spragniony wyników, że zanim się spostrzegłem, już podzieliłem się z nim cząstką naszych arcy-tajnych informacji…

Wtedy, jakby na umówiony znak na korytarzu wszczął się tumult. Uchyliwszy drzwi Philipine zobaczyła kłębiącą się grupę ludzi, najwyraźniej walczących, choć rozróżnić kto z kim nie było można. Na to Ortolfus nie bacząc na wszystkie tajemnice wpadł do wewnętrznego pokoju, w którym siedziałem z rzekomym Weberem i zakrzyknął: „Pułapka” ! W tej samej chwili przez szparę w uchylonych drzwiach na korytarz wpadła do zewnętrznego pokoju mała kulka, z której dobiegł mechaniczny, alarmujący głos: „To pułapka! To tajna policja Mutasih! Skoro już wiedzą kim jesteście nie dajcie im uciec ani użyć skrzekotek! To pułapka…”.

Mechanizm powtarzał swe ostrzeżenie w kółko, ale już na dźwięk pierwszych słów siedzący naprzeciw mnie domniemany Kirst Weber poderwał się z miejsca i rzucił do okna. Tym razem byłem przygotowany i skoczyłem na niego, by nie pozwolić mu uciec, ale ten diabeł jakąś akrobatyczną sztuczką wyśliznął się z moich rąk i skoczywszy wprost w okno wypadł na zewnątrz ! Nie wahałem się ani przez moment – włączyłem tarczę i skoczyłem za nim z trzeciego piętra hotelu !

Jak wspomniałem cały Acheon jest jakby dwupoziomowy, podzielony na Górne i Dolne Miasto pokrywą gęstych dymów, noszących tu nazwę smogu. Ludzie z Dolnego Miasta – tego zatopionego w chmurach smogu – muszą nosić maski, nazywane tu OT, jak Ozdoba Twarzy, by się nie potruć. Bogaci z Górnego Miasta mają w swoich wieżach zainstalowane wentylatory, spychające wszystkie wyziewy do najniższych kondygnacji, na poziomie Dolnego Miasta, dzięki czemu wystrzeliwujące z morza oparów w niebo iglice są czyste i błyszczące. Pokój Webera znajdował się na trzecim piętrze, ale licząc od poziomu zerowego Górnego Miasta, skąd do ziemi było jeszcze około czterdziestu metrów ! Wyskakując z okna spodziewałem się, że wyląduję na parkingu przed hotelem, jakieś dwanaście metrów poniżej… Tymczasem pod sobą zamiast solidnej betonowej płyty zobaczyłem jedynie skłębiony, czarny w wieczornym zmierzchu smog ! Lecący przede mną Mutasih udający Webera znikał właśnie w gęstych oparach. Przyciągnąłem do ciała ręce i nogi, naiwnie starając się go dogonić na tych pięćdziesięciu metrach lotu i wpadłem w chmurę ! Otoczyła mnie ciemność i przez te kilka sekund jakie pozostały mi do ziemi nie wiedziałem, czy jeszcze żyję, czy już podróżuję przez gwiezdną ciemność, szukając Wiecznego Płomienia. Mistyczne przeżycie przerwało jednak gwałtowne i chyba dość widowiskowe lądowanie – szkoda że Eliza tego nie widziała, spodobało by jej się ! Z potwornym hukiem wbiłem się w chodnik przed hotelem, płyty asfaltu i grudy ziemi wyfrunęły w górę, tarcza rozpłomieniła się wokół mnie i zgasła.

Z głową wciąż wypełnioną łoskotem pękającego asfaltu, chwiejąc się na nogach wygramoliłem się z prawie dwumetrowego krateru jaki powstał w miejscu mojego lądowania i zmętniałym wzrokiem rozejrzałem się wokół. Nieopodal majaczył w gęstych oparach bliźniaczy krater, z którego akurat gramolił się agent tajnej policji Mutasih. Wyszarpnąłem rapier i wybełkotałem chyba „poddaj się”, w każdym razie starałem się to właśnie powiedzieć. Tajniak otrzeźwiał jednak momentalnie i sięgnął po pistolet ! Pchnąłem rapierem i człowiek zawisł mi na ostrzu. Okazało się jednak że żyje, jest tylko nieprzytomny. Całkiem nieźle – brawurowy desant Ricardo Almodavara uwieńczony został pełnym sukcesem – gratulacje i ordery później !

Kupiwszy od jakiegoś dobrego człowieka OT z wyobrażeniem głowy kozła, wlokąc na ramieniu niby-pijanego niby-Webera wtoczyłem się do recepcji dolnej części hotelu i kazałem wezwać z góry moich przyjaciół. Nie wiem, czy to rzeczywiście portier ich wezwał, czy szukając mnie sami trafili, bo po awaryjnym lądowaniu czułem się nieco śpiący, dość że przylecieli po mnie i zapakowawszy bezceremonialnie pseudo-Webera do bagażnika wzlecieliśmy ponad dymy i opary Dolnego Miasta.

Okazało się, że pułapkę Mutasih – tajnej policji Al-Malików udaremniło trzech agentów Cesarskiego Oka. Wszyscy co prawda zginęli w walce, a jednego nawet zastrzeliła Philipine, nie wiedząc kto swój, a kto wróg, ale zaalarmowali nas i udaremnili plan wzięcia nas w niewolę. Dzięki szybkiej akcji moich przyjaciół udało się także uniemożliwić agentom Al-Malików użycie skrzekotek, dzięki czemu nasze personalia pozostały, przynajmniej na razie, nieznane. Jeden z agentów Cesarskiego Oka – Samuel Kerstburn- przeżył jednak wystarczająco długo, by przekazać nam garść informacji, zanim zabiła go trucizna, którą było pokryte ostrze szabli dowódcy Mutasih.

Cesarskie Oko i Rycerze Poszukujący prowadzili dochodzenie na temat okoliczności katastrofy, w której został zniszczony „Hernandez” z Louisem Frende Almodavarem na pokładzie. „Hernandez” był jednym ze statków, które jako „ostatnie” przeszły przez Wrota z Byzantium Secundus zanim przestały one działać i większość z tych statków uległa w takich czy innych okolicznościach przeróżnym katastrofom. Najwidoczniej komuś bardzo zależy, by wiedza o tym co się stało z Wrotami nie dotarła do nikogo. Ale na Criticorum ślady znalezione przez Cesarskie Oko wskazywały, że istotnie chodzi o nieszczęśliwy wypadek – statek barona el Jom eksplodował podczas przygotowań do startu, niszcząc wszystko dookoła, między innymi podchodzącego właśnie do lądowania „Hernandeza”.

Jednak równolegle podobne śledztwo prowadziły tajne służby domu Hazat. Nasi wiedzieli, a przynajmniej wiedział stryj Jose, który zarządził śledztwo, że nie może być mowy o nieszczęśliwym wypadku ! „Hernandez” był tym jedynym, prawdziwie ostatnim statkiem, który opuścił Byzantium Secundus, zanim tamtejsze Wrota zostały zapieczętowane przez sygnał wysłany z „Ostrza” Wiliamia Redorana Hawkwooda. Dwaj załoganci, których Louis przewidująco wysłał w kapsule ratunkowej przed podejściem do lądowania na Criticorum, byli ścigani przez zawodowych zabójców i zginęli, zdoławszy jednak w ostatniej chwili przekazać te arcy-ważne informacje mnie.

Czy więc ta wypływająca z wiedzy determinacja, czy zwykłe szczęście sprawiły, że Hazatom udało się dowiedzieć czegoś więcej niż służbom cesarskim, dość że tajna policja Mutasih wprost oszalała na ich punkcie. W przeciągu dziesięciu dni wszyscy nasi agenci zostali schwytani. Niespełna dwa tygodnie później wybuchła bomba atomowa na Aragonii, zabijając wraz z tysiącami niewinnych cywili stryja Jose. Oko miało za mało sił, by odbić któregoś z naszych schwytanych agentów, poprzestali więc na obserwacji i dzięki temu odkryli pułapkę szykowaną przez Mutasih w hotelu „Imperior”. Wiedzą też, że prawdziwy Kirst Weber jeszcze żyje i jest przetrzymywany w Wieży Znikniętych – więzieniu tajnej policji. Co prawda nazwa mówi sama za siebie – kto tam wszedł, już nie wychodzi, ale podobno Mutasih nie spodziewają się ataku, są zbyt pewni siebie, od lat nikt nie próbował ataku na Wieżę. A więc taki atak ma szanse powodzenia !

Wypytaliśmy o Wieżę Znikniętych, a także o Wieżę Mutasih, kwaterę główną tajnej policji dwóch schwytanych agentów. Okazało się bowiem, że Don Benito odstąpił tymczasowo od swego zwyczaju rozrąbywania mieczem wrogów na kawałki i wziął jeńca ! Niestety obaj nie wiedzieli wiele i dość szybko skoczyli ze śmigacza do Dolnego Miasta, bez tarcz tym razem. No cóż, to jest wojna szpiegów, niemożliwym jest branie jeńców, a na pozostawienie ich przy życiu nie możemy sobie pozwolić – stawka jest zbyt duża.

Wymeldowaliśmy się z hotelu „Fatima”, przemalowaliśmy w ukrytym w smogu warsztacie nasz śmigacz na idiotycznie różowy kolor rodziny Gedoba i późną nocą wprowadziliśmy się do hotelu „Śniący Żebrak”, leżącego na granicy między Starym Suq, dzielnicą przyjaciół Al-Malików, a Zielonym Feniksem, dzielnicą przyjaciół cesarstwa, obecnie niemal wyludnioną. Przy okazji – „Śniący Żebrak” – Hombor Żebrak, interesujący zbieg okoliczności, a może symbol przeznaczenia ?

Jutro Ibn-Agar zaprowadzi nas do Miasta Tada – dzielnicy Ur-Ukarów, ukrytej w smogu Dolnego Miasta. Może nie powinniśmy ufać Ukarom, w końcu stryj wspomniał, że stoją za śmiercią Louisa, ale potrzebujemy wiedzy o Wieży Znikniętych, a Ibn Agar twierdzi, że za odpowiednią cenę jego ziomkowie zdobędą dowolną informację. Odbijemy Kirsta Webera, wydrzemy tajemnicę podłym Al-Malikom, dowiemy się prawdy o Louisie, Aragonii, Promyku Poranka i Monecie Ofiarowania i wykonamy naszą misję, zleconą przez Wszechstwórcę. Martin marudzi, że atak na więzienie tajnej policji to szaleństwo, ale nie ma racji. Nawet, jeśli dzięki łutowi szczęścia udałoby nam się zdobyć te informacje, za które Mutasih zorganizowali polowanie na naszych ludzi, mój obowiązek jako suwerena nie pozwala mi pozostawić naszego człowieka, żołnierza walczącego za Nasz Dom, na pastwę oprawców Al-Malików. Przysięgam, że jeśli jest jakaś szansa, odbijemy go !

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.