Gasnące Słońca – sesja VIII/połowa IX

6.11
Muszę zdobyć Gwiezdny Klucz na Criticorum. Stryj Jose przysłał list w którym donosi, że jego wywiadowcy odkryli kto stał za zamachem na Louisa ! Dokonali tego Ukarowie ! Nie podzieliłem się tą informacją z resztą, zwłaszcza z Ibn-Agarem, najpierw dowiem się szczegółów od naszego człowieka na Criticorum. Niejaki Kirst Weber ma na mnie czekać w hotelu „Imperior” w Acheonie, stolicy. Stryj powiedział mi też (przekaz był głosowy, zamknięty w pudełku z czerwonym guziczkiem), że kuzynka Francesca nie może się doczekać mojego powrotu i ślubu… Zdaje się, że wpadłem we własne sidła, albo może to stryj celowo polecił mi opiekować się kuzyneczką, znał mnie przecież dobrze i wiedział co będzie… A niech to, trzeba się będzie ustatkować, czy mi się to podoba czy nie. Honor przede wszystkim ! Ale Francesca jest przecież słodziutka, dobrze się rozumiemy, sprawiła nawet, że prawie zapomniałem o Consuelli… Choć ona jest teraz tak blisko, wystarczyłby tydzień, a sprawiłbym Cosmasa jak należy i zakończył te głupoty !

Ale póki co, nie czas na to. Ledwie wczoraj niespłacone honorowe długi zdawały się mnie osaczać, a już dziś nadarzyła się okazja, by pozbyć się przynajmniej części tego balastu. Kiedy odsłuchałem list od stryja i wróciłem do reszty moich przyjaciół, nieopodal czekał już mechaniczny ptak z siostrą Octavią od Amalteanek na pokładzie. Misja przyrzeczona uroczyście za ocalenie Ibn-Agara została mi wyznaczona. Właściwie nam, bo cała moja kohorta dobrowolnie obiecała pomóc mi w jej wypełnieniu. Mamy wyruszyć do klasztoru Dales i rozwiązać zagadkę tajemniczych zniknięć mnichów.

Do miasteczka w pobliżu klasztoru dolecieliśmy ptakiem Amalteanek, po drodze zwierzając się siostrze Octavii w akcie spowiedzi z licznych grzechów, ja nie pominąłem nawet zabicia grupy Avestian, którzy na nas napadli. Siostra przyjęła moje wyznania nadzwyczaj spokojnie, widać Avestianie nie są specjalnie drodzy jej sercu. W miasteczku, pożegnawszy Amalteankę, dołączyliśmy do grupy mnichów i wraz z nimi, odziani w mnisie habity i sandały, podreptaliśmy do celu naszej podróży.

Klasztor Dales jest położony w odludnej okolicy, w otoczeniu lasów, z murów widać zgliszcza dwóch wiosek, które zostały zniszczone dawno temu przez heretyków kryjących się po lasach, albo kamienne trolle, już nie pamiętam. Otoczony dwoma murami, łączącymi strażnicze wieże, z górującą nad wszystkim wieżą obserwacyjną jest tyleż miejscem modlitwy co warowną twierdzą. Murów bronią zaufani mnisi, ale poza nimi nikt nie może posiadać broni, ani cudów techniki, zabronione jest też używanie mocy umysłu, nawet tych uznanych przez Kościół za dane przez Wszechstwórcę.

To ostatnie ograniczenie jest nadzwyczaj stosowne, bo w klasztorze, oprócz zwykłych mnichów szukających spokoju i kontaktu z Wszechstwórcą, jest bardzo wielu pokutników – obdarzonych mocą umysłu, ale obarczonych grzechami, szukających ratunku przed utonięciem w Ciemności. Jest też wielu pokutujących teurgów, których pycha oddaliła od Wszechstwórcy i którzy szukają ratunku w umartwianiu ciała i duszy. Obserwowałem pilnie Ibn-Agara i Martina, ale choć wydawali się czuć nieswojo w klasztornych murach, nie wykazali jakiejś szczególnej ochoty na posty i samobiczowania, których obficie zażywali inni „kuracjusze”.

Trzy tygodnie temu w klasztorze zginął poprzedni przeor Maksymilian, spadłszy ze schodów w wieży obserwacyjnej nad świątynią stojącą w centrum klasztoru. Tydzień później zniknął pierwszy mnich, niejaki brat Melchior, jeden z pokutników. Nie znaleziono ciała, ani żadnych śladów walki, mordu, w ogóle nic. Od tego czasu co dwa, trzy dni któryś z braci, albo sióstr, klasztor jest bowiem „koedukacyjny”, znikał w podobnie niewyjaśnionych okolicznościach. Pełniąca tymczasowo obowiązki przeoryszy matka Julia od Amalteanek nic jednak nie uczyniła, poprzestając na modłach do Wszechstwórcy i załamywaniu rąk w obawie przed niepokojami jakie wzbudzić musi wizyta w klasztorze Inwizytorów, jeśli sprawa tajemniczych zniknięć nie zostanie wyjaśniona. Aż do dzisiaj zaginęło osiem osób, w tym ojciec Kopelus, przybyły do klasztoru Dales w charakterze śledczego trzy dni temu, którego nie doliczono się po wczorajszej nocy.

Po kolacji, właściwie powinienem powiedzieć „wieczerzy”, jak przystało dla mnicha, którego muszę udawać, spotkaliśmy się z czterema wtajemniczonymi w naszą misję osobami w klasztorze. Są to matka Julia, mała i zasuszona siostra Amalteanka, matka Beatrice, z tego samego zakonu, ale dla odmiany silna, rumiana i uśmiechnięta, ojciec James, łysy i nieco otyły ksiądz Ortodoksji, oraz brat Rudolf, z tatuażem Avestian na piersi, który jest tu odźwiernym i który badał nas już na podobieństwo śledczego przy wejściu. Różnie się do nas odnoszą, ojciec James jawnie okazał swą dezaprobatę, nalegając na wezwanie Inzwizytorów i mrucząc, że poprzedni przeor nigdy nie pozwoliłby na podobne rzeczy, gdyby żył. Przez moment pomyślałem, że może w klasztorze rozegrała się jakaś walka o władzę, ale spojrzawszy na matkę Julię, załamującą ręce w bezsilności i zamartwiającą się o swoich „pacjentów” porzuciłem tą myśl. Niestety troska o spokój mnichów, zwłaszcza pokutników, przeważa w matce Julii nawet jej nieporadność, bo kiedy zaproponowałem wprowadzenie wart i zakazu poruszania się poza budynkami dla mnichów, ofuknęła mnie że klasztor to nie obóz wojskowy i żadnych rygorów wprowadzić nie wolno.

Ponieważ zaginieni mnisi przeważnie przepadali w nocy, postanowiliśmy skupić się razem i wystawić warty, aby nie dać się zaskoczyć. Zobaczymy co noc przyniesie, poza grzesznymi myślami oczywiście… To miejsce wyrzeczeń, pokuty, postów, wstrzemięźliwości i w ogóle nudy działa niepokojąco w połączeniu z obrazami Francesci, od których nie mogę się uwolnić od rana, od kiedy odsłuchałem wiadomość stryja. Och, dobrze by mi zrobił tydzień na rodzinnej Aragonii…

7.11
Po spokojnej o dziwo nocy i przedrzemaniu porannych modłów rzuciliśmy się na śniadanie. Don Benito objadł sąsiednich mnichów, dając tym dowód szczerej troski o ich dusze, które pozbawione nadmiernego balastu nazbyt obfitego posiłku z łatwością wzlecą do Wszechstwórcy, kiedy czas nadejdzie. Potem legł krzyżem przed świątynią i zapadł w drzemkę, zakłócając donośnym chrapaniem modlitwy innych pokutujących. Potem nareszcie zabraliśmy się za śledztwo – Ortolfus zapadł w bibliotece, śledząc historię klasztoru, Martin zaszył się w swojej celi medytując, a reszta włóczyła się po klasztorze zawierając znajomości z mnichami i mniszkami.

Na cmentarzu spotkałem siostrę Tatianę, od której uciekały wszystkie ptaki. Okazało się, że to kara za pychę, siostra jest bowiem jednym z teurgów szukających w klasztorze wybaczenia za ten prześladujący ich szczególnie grzech. Od niej dowiedziałem się, że w Dales znajduje się Misa Świętego Hombora Żebraka, z której wypicie daje rozgrzeszenie z pychy, ale trzeba wpierw stać się godnym tej łaski. Sprawa zainteresowała mnie, jako że William Redoran Hawkwood szukał z kolei Monety Hombora Żebraka, aby dostać się na Yathrib. Może Misa w jakiś sposób wiąże się z Monetą i Wszechstwórca celowo skierował nas do tego klasztoru byśmy ten związek odkryli ?

Brat, tfu, co ja plotę, Ibn Agar nawiązał z kolei znajomość z bratem Ryszardem, staczając z nim pojedynek. Pojedynek odbył się na gałązki, ale widać było, że ów braciszek, rzekomo od dziesięciu lat przebywający w różnych klasztorach, nie pozwala by jego sztuka szermiercza zardzewiała. Także kurtuazyjne ukłony i zalotne uśmiechy do kuzynki Philipine każą podejrzewać, że życie klasztorne to jedynie przykrywka. Pytanie tylko, co się pod nią kryje ? Uciekający przed możnymi wrogami szlachcic, szpieg pilnujący brata Wolfganga, a może ktoś zupełnie inny ?

No właśnie – w klasztorze od miesiąca przebywa specjalny gość, jeśli można tak powiedzieć. Z polecenia domu Hawkwood pielęgnowany jest tu niejaki Wolfgang, przywieziony ranny i chory na umyśle. Teraz jego rany fizyczne zostały już uleczone mocą Amalteanek, ale stan umysłu każe przypinać go pasami do łoża. Ze strzępków jego majaczeń domyśliliśmy się, że to prawdopodobnie śledczy Hawkwoodów, którego umysł, obdarzony jakimiś mocami nie wytrzymał jednak i zepchnął tego człowieka w otchłań szaleństwa. Moi przyjaciele lepiej znający moce umysłu sądzą jednak, że Wolfgang mógł ze swego umysłu zrodzić Cień, który jest odpowiedzialny za zniknięcia mnichów. Matka przeorysza odrzuca jednak te pomysły, twierdząc że brat Rudolf z pewnością wyczułby czyste Zło, jakim jest Cień.

Błąkając się po klasztornych ogrodach, zamiast pracować jak większość mnichów, natknąłem się na brata Garkemedosa. Ten obłąkany pokutnik wbrew zakazowi przeoryszy nie zaprzestał używania swych mocy, co mi sam ochoczo wyznał, kiedy wykazałem zrozumienie dla dręczących go lęków. Garkemedos wszędzie widzi czyhające na niego bestie, ale twierdzi że jest zawsze czujny i dzięki temu unika pochwycenia i porwania, co przydarzyło się ponoć innym mnichom. Trudno jednak traktować go poważnie, kiedy odskakuje nagle od byle krzaka, twierdząc że spod liści wynurza się bestia i ostatnie co bym zrobił to uwierzył w jego ostrzeżenia, gdyby nie jedna rzecz… Garkemedos przyznał się bowiem, że podczas snu podróżuje sobie w miejsca, w których bywał niegdyś jako Pozyskiwacz i że ostatniej nocy był na przykład na Byzantium Secundus. Opowiedział mi, że panuje tam głód od kiedy układ został odcięty, a następnie, zupełnie beztrosko wypaplał, że rycerz Wiliam Redoran Hawkwood, który zapieczętował Wrota, zginął na swoim statku, kiedy ten został zniszczony. Statek „Promyka poranka” został rozstrzelany przez inne, próbujące być może przeszkodzić w wysyłaniu sekwencji pieczętowania, ale skoro Louis zdołał skoczyć przez Wrota zanim zaczęto strzelać do Hawkwooda, to może tamte statki miały po prostu za zadanie zabicie go, zanim będzie go można przesłuchać !

Niezależnie jak było naprawdę, uderzyło mnie, że szalony Garkemedos naprawdę był na Byzantium Secundus, że zna tajemnicę, dla zachowania której zniszczono kilka statków kosmicznych ! W takim razie inne jego spostrzeżenia mogą być równie wartościowe. Obiecaliśmy mu trzymać wartę w jego celi, aby bronić go przed chcącymi go porwać bestiami, a także by skorzystać z jego wiedzy i umiejętności.

Tymczasem poznaliśmy jeszcze jedną pokutniczkę, siostrę Margarit, kobietę z rogami. Zwierzyła się, że używała swej mocy czytania w myślach, aby znaleźć winnego porwań mnichów. Ale że wszyscy badani byli niewinni, żałuje teraz swych czynów, sprzecznych z klasztornym kodeksem i napomnieniami matki Julii. Jednak kiedy bracia, cholera, co ja z tymi braćmi… kiedy Martin i Ibn Agar wychodzili z budynku pokutników z wieży obserwacyjnej spała ni stąd ni zowąd dachówka, która rozbiła głowę Martina ! Na szczęście rana okazała się niezbyt poważna i matka Beatrice szybko ją uleczyła. Powzięliśmy jednak podejrzenia, że Margarit, której okna wychodzą na plac świątynny posiada moc telekinezy i próbowała zabić Martina po tym jak ją wypytywał.

Z pomocą matki Julii sporządziliśmy listę braci i sióstr przybyłych do klasztoru w ciągu ostatnich trzech miesięcy, a dzięki wiedzy brata Garkemedosa uzupełniliśmy ją o moce, którymi władają znajdujący się wśród nich pokutnicy. Zastanawiając się bowiem nad sposobem, w jaki mnisi mogą zostać uprowadzeni z klasztoru, w sytuacji gdy na murach są straże, przestrzeń między murami oświetlona jest pochodniami, podobnie jak dziedziniec klasztorny i biorąc pod uwagę, że nie znaleziono żadnych śladów ani walki, ani morderstwa, ani wleczenia ciała, postawiliśmy dwie hipotezy. Albo jakiś pokutnik każe świadkom zapomnieć co widzieli, lub milczeć w tej sprawie, albo mocą telekinezy przerzuca ciała poza mur, być może prosto do lasu, gdzie mogą czaić się dowolne złe siły, na przykład składające ofiary z porwanych mnichów demonom.

Zakładając, że któraś z naszych koncepcji jest prawdziwa i że żaden z ostatnio przybyłych nie był w stanie ukryć swych mocy przed przenikliwym wzrokiem brata Rudolfa i wścibstwem Garkemedosa, a także że to nie któryś z od dawna przebywających w klasztorze braci oszalał lub zszedł na złą drogę, zostało nam pięciu podejrzanych. Margarit, ze swoją mocą psyche, szalony Wolfgang obdarzony niewiadomymi mocami oraz psyche, brat Datelos, Ur-Obun władający somą, telekinezą oraz jakąś inną, nieznaną Garkemedosowi mocą, brat Irvin z mocą telekinezy i brat Fiodor z mocą somy. Ibn Agar wybrawszy się z Martinem do Datelosa próbował go wysondować, ale Obun oparł się jego mocy i nasz Ukar wrócił z niczym.

Wieczorem, zaopatrzywszy się z bratem Benito w narzędzia ogrodnicze w zastępstwie broni przyszliśmy zgodnie z obietnicą do celi brata Garkemedosa, aby dotrzymać mu towarzystwa i mieć oko na dręczące go bestie. Nasi towarzysze skłonili jednak szalonego pokutnika, aby zajrzał swą mocą do zamkniętej części podziemi, do której matka Julia nie chciała ich wpuścić. I Garkemedos zajrzał. Zajrzał i uciekł, to znaczy jego umysł uciekł z tego okropnego miejsca. Były tam bowiem szkielety, kości ludzi zamurowanych żywcem w ścianach, którzy umarli w męczarniach, a ich szczątki miast zostać pochowane, nadal wystają ze ścian na podobieństwo upiornych rzeźb. I to wszystko w klasztorze, na poświęconej ziemi ! Nie czekając rana, Ibn Agar i Martin udali się do matki Julii.

Amalteanka ze smutkiem opowiedział im, że miejsce o które im chodzi przynosi wstyd klasztorowi, ale dotychczasowy przeor pozostawił je na pamiątkę niegdysiejszych walk z heretykami, którzy najeżdżali klasztor. Szczątki ludzi w ścianach należały bowiem do tychże heretyków, ujętych i wziętych na tortury, aby wyrzekli się swych błędów. Wszystko to działo się pięć stuleci temu, walk już od dawna nie było, ale Ortodoksja, do której należy formalnie klasztor postrzega niektóre sprawy inaczej niż Amalteanie, stąd upiorny pomnik przeszłości, zamknięty jednak wstydliwie przed poszukującymi spokoju i wytchnienia mnichami… Obrzydliwość. Matka Julia obiecała jednak wpuścić nas do kazamat rano, abyśmy przekonali się, że nie mają one związku z zaginionymi mnichami.

8.11
Dzisiejszej nocy zniknął kolejny mnich, niejaki brat Paulo, pokutnik obdarzony szóstym zmysłem. Tym razem wyglądało to jednak trochę inaczej. Cela zaginionego była spryskana krwią, ale nie wyglądało to jak ślady walki, a raczej rytuału. Zauważyliśmy jednak, jak jeden z braci, niejaki Fiodor którego już wcześniej zaliczyliśmy do podejrzanych, lizał ślady krwi na ścianach. Przyparty do muru przez Ibn Agara tłumaczył, że to pozostałość po niechlubnej przeszłości, której się wstydzi i o której pragnie zapomnieć. Należał bowiem niegdyś do heretyckiego kultu Dzieci Erwy, który składa krwawe ofiary i oddaje cześć duchom. Fiodor prosił o zachowanie w tajemnicy jego niegodnego zachowania, a żeby okazać dobrą wolę podzielił się z nami swym odkryciem, którego dokonał liżąc krew. Otóż według niego krew była zwierzęca, jednak zwierze nie zginęło w celi. Natychmiast przepytaliśmy kucharza o zabijane w klasztorze zwierzęta i dowiedzieliśmy się, że cała ich krew została zużyta do zrobienia kiszki. Tedy jeśli brat Fiodor nie skłamał, albo też nie był szalony jak wielu tutaj, krew zwierzęcia musiała być przyniesiona spoza klasztoru. Od razu nasunął mi się na myśl kult Dzieci Erwy, o którym wspomniał Fiodor. Po co jednak trudzili się przemycaniem krwi do klasztoru ? Czy miał to być jedynie fałszywy trop, czy może część jakiegoś bluźnierczego rytuału ?

Zwiedzanie zakazanych podziemi niczego nowego nie wniosło, poza obrzydzeniem i zgrozą. Matka Julia, także widać wzburzona, obiecała sobie i nam zająć się pochówkiem nieszczęsnych kościotrupów, zanim przybędzie kolejny, wyznaczony przez Ortodoksję, przeor.

Po śniadaniu klasztorem wstrząsnęła kolejna sensacyjna wiadomość. W ogrodzie znaleziono ślad łapy demona ! Wraz z resztą podekscytowanych mnichów pobiegliśmy tam, aby ujrzeć wielki ślad, istotnie przypominający trójpalczastą, szponiastą łapę. Brat Ryszard, ten – jak sądzimy – szlachcic zadurzony w kuzynce Philipine, zbadał go pobieżnie, ale zaraz stracił zainteresowanie i oddalił się za odchodzącą przeoryszą. Skorzystałem z okazji, by skłonić siostrę Margarit do wybadania jego umysłu i rogata mniszka uległa mym namowom. Ryszard już wiedział co zostawiło ten ślad i zamierzał powiedzieć o tym przeoryszy. Kuzynka Philipine wreszcie wykorzystała swój wdzięk by obłaskawić Ryszarda i dzięki temu dowiedzieliśmy się co odkrył, a także kim jest.

Tak jak podejrzewaliśmy, jest szlachcicem z rodu Justynian, podległego Hawkwoodom. Dziesięć lat temu zasłynął jako dzielny żołnierz w wojnie z Al-Malikami, znany zwłaszcza ze swej pewnej ręki i celnego oka. Jednak utraciwszy na tej wojnie rodzinę zgorzkniał i zaczął obwiniać siebie za ich śmierć. Czary goryczy dopełnił zwrot w polityce rodu, niedawni wrogowie stali się sojusznikami i Ryszard nie mogąc znieść upokorzenia zdezerterował z armii, chroniąc się w klasztorze i przekazując całe swe dobra Kościołowi. Teraz jednak jego winy zostały zapomniane i mógłby opuścić klasztorne mury, gdyby chciał. A jako że było widać, iż wdzięk kuzynki napełnił go nową ochotą do życia, gotów jestem założyć się o połowę mych włości, że niedługo już ponosi zakonny habit.

Ryszard w młodości sporo polował i nauczył się trudnej sztuki rozpoznawania śladów, dlatego od razu poznał, że domniemany ślad demona został zrobiony przez człowieka, do tego zrobiony nieudolnie. A więc jednak mistyfikacja ! Czemu miała służyć ? Może komuś zależy, by wobec stwierdzenia demonicznej obecności wezwać Inkwizycję ? A zatem podejrzany staje się ojciec James, który wszem i wobec otrąbił swój zamiar. Ale nie dane mu było go wykonać, kiedy bowiem klasztorne dowództwo udało się do pomieszczenia z komunikatorem okazało się, że ten przestał działać. Kuzynka Philipine w mig stwierdziła, że uszkodzono go celowo, w dosyć sprytny, choć prosty sposób. A więc jednak nie wezwanie Inwizycji było celem, tajemniczy ktoś chciał po prostu odsunąć podejrzenia od siebie. Czyli wiadomo już prawie na pewno, że sprawcą porwań jest człowiek !

Po obiedzie próbowałem wykrzesać nieco energii z mnichów, zebrać ich razem i zmusić do aktywniejszego działania, aby nie dawali się porywać niczym cielęta prowadzone na rzeź. Ale niewiele udało mi się osiągnąć, zwróciłem jedynie na siebie uwagę twierdzeniem, że to człowiek stoi za porwaniami. Wzburzenie, które wywołałem ucichło jednak szybko i mnisi chyłkiem rozeszli się do swoich zajęć. Jedynie Ryszard przełamał w końcu wyuczone w klasztorach nawyki i począł sobie przypominać kim jest naprawdę.

Resztę dnia poświęciliśmy na badanie śladów, które wydały nam się obiecujące. Don Benito i ja badaliśmy klasztorne wychodki, szukając potopionych w nich ciał, ale jedynie nawdychaliśmy się smrodu. Ortolfus śledził brata Irvina, który złożył śluby milczenia i wszędzie chodził z małym notesikiem. Nasz prostaczek boży zakradł się chyłkiem do jego celi i prześledził zapisy w poprzednich notesikach, ale niczego ciekawego nie znalazł. Za to Philipine spędziła chyba dość przyjemnie popołudnie, flirtując z bratem Ryszardem, który prawie że gotował się w swym habicie. Najbardziej owocne okazało się jednak medytowanie Martina. Chyba rozbudził on w sobie jakiś nowy talent, pozwalający mu wykrywać aktywnie używających mocy psioników. Skupiając się intensywnie wykrył, że mimo zakazu przeoryszy dwóch pokutników nie zaprzestało używania swego umysłu. Byli to brat Garkemedos, dobrze przez nas poznany szaleniec i brat Datelos, świątobliwy Ur-Obun, zawsze widywany z Ewangelią Omega pod pachą. O ile po Garkemedosie można się było spodziewać takiego zachowania, to używanie mocy przez Datelosa skierowało na niego wszystkie nasze podejrzenia. Postanowiliśmy przygotować się lepiej na nadchodzącą noc, tym bardziej że tak Ortolfus, jak i Don Benito zaczęli wykazywać jakiś irracjonalny niepokój wraz z zapadającym zmierzchem.

Dzięki umiejętnościom Ortolfusa mogliśmy zamienić z Don Benitem nasze szpadle i motyki na solidne siekiery, postanowiliśmy też nie spać w naszych celach, ale zebraliśmy się razem w świątyni, gdzie miejsca jest więcej i gdzie można się ukryć w niszach za wejściem. Ibn Agar na własną prośbę wspiął się na wieżę, skąd zamierza obserwować cały klasztor, ustaliliśmy poza tym, że gdyby zobaczył kogokolwiek zmierzającego w kierunku świątyni uderzy w dzwon. Jeśli ten ktoś zmieniłby kierunek, zaatakujemy. Martin cały czas nie przerywa koncentracji i śledzi aktywnych psioników. Przed chwilą Datelos przerwał używanie mocy – położył się spać, czy coś szykuje ? Co by się nie zdarzyło, jesteśmy gotowi do akcji.

9.11
Wczorajszy zapis skończyłem siedząc w stalli za wejściem, ściskając siekierę i planując ewentualną obronę. Ale ledwo skończyłem pisać i schowałem notes pod habit Martin ożywił się nagle i chrapliwym głosem ostrzegł nas, że jakiś psionik w obrębie klasztoru użył mocy, po chwili następnej i tak siedem razy. Ani chybi Datelos ! Zanim jednak zdecydowaliśmy co robić, Martin cały czas będąc w swoistym transie wychrypiał, że inny psionik zbliża się do klasztoru zza murów. Ponieważ w naszym małym oddziale zapanował chaos postanowiłem objąć chwilowo dowództwo i rozdzieliłem zadania – kuzynka Philipine na wieżę, do dzwonu, Ortolfus i Ibn-Agar do wież na murach, ostrzec straże, a Don Benito i ja, prawie niosąc pogrążonego w transie Martina do zbrojowni, której w nocy strzegło trzech uzbrojonych mnichów.

Trójka ta okazała się jednak oporna i mimo powtarzających się od dwóch tygodni tajemniczych porwań zdecydowana na trwanie przy swojej zbrojowni. Na szczęście Don Benito udało się przemówić do nich i niemal siłą porwać do walki, a czas był już najwyższy. Martin nienaturalnie nieobecnym głosem komunikował, że obaj psionicy spotkali się w klasztornym ogrodzie. Pobiegliśmy tam, kiedy wreszcie z wieży rozbrzmiał dzwon, obudzony przez Philipine.

Wbiegliśmy między krzewy zarastające ogród i niemal wpadliśmy na ledwo widoczne w cieniu drzew trzy postacie. W najbliższej z nich rozpoznałem brata Datelosa ! A więc to jednak on, farbowany świętoszek, zawsze z Ewangelią pod pachą, teraz w towarzystwie dwóch innych Obunów. Blask księżyca padający między liśćmi zalśnił na lufie lasera i plastikowym kirysie tego bliższego, dalszego skrywał cień drzewa. Nagle Martin wyleciał w powietrze, wyrzucony niewidzialną siłą i wiedzieliśmy już, że to nie przelewki. Nie tracąc czasu rzuciliśmy się z Don Benito na Datelosa i Obuna z karabinem.

Niespodzianie przeszyła mnie igła bólu, przeszedł znikąd, jakby z mojego własnego umysłu. Psionik ! Potknąłem się i kątem oka zobaczyłem jak Don Benito wznosi siekierę do ciosu. Ale ten cios był wymierzony w moje plecy ! Próbowałem odskoczyć, zwinąć się pod ostrzem, ale ból znów zabłysnął mi iskrą pod czaszką, znowu się potknąłem i ogarnęła mnie ciemność.

Kiedy się ocknąłem, Ortolfus klęczał nade mną z zakrwawionym bandażem w rękach, a obok matka Beatrice szeptała modlitwę. Spłynęła na mnie łagodna jasność i ciepło, ból zniknął i napełniła mnie energia, siła płynąca prosto z duszy. Wstałem niepewnie, ale nie czułem ran, choć rozerwany habit był mokry od krwi. Niedaleko Don Benito trzymał w żelaznym uścisku brata Datelosa, dookoła niego grupka mnichów z podnieceniem niepasującym do ich zwykłej cichości i pokory ściskała motyki i grabie, gotowa zarąbać Obuna, gdyby jakimś cudem wyrwał się z objęć rycerza. Drugi Obun leżał niedaleko mnie, ciemna plama krwi spłynęła z rozciętej szyi, karabinu nie było nigdzie widać. Kilka metrów od ciała kolejne zbiegowisko otaczało klapę nad ciemnym wejściem do podziemnego tunelu. Reszty naszych, oprócz Ortolfusa, nie widziałem.

Potem dowiedziałem się jaki przebieg miała walka, w której padłem od bratniej siekiery. Don Benito kierowany wolą tego trzeciego, skrytego w cieniu Obuna, po wyeliminowaniu mnie rzucił się na jednego z biegnących za nami strażników zbrojowni. Ale świadomość, że być może zabił swego suwerena, czyli mnie i oto stał się narzędziem w rękach wroga dodała jego umysłowi sił i rycerz zrzucił duchowe kajdany. Martin spuszczony z wysokości srodze ucierpiał, ale nie zginął i leżąc na ziemi wystrzelił w nieprzyjacielskiego psionika. W tym czasie Datelos, naładowany demoniczną energią zabił pchnięciem sztyletu drugiego z trzech strażników, ale za to ostatni cięciem w szyję powalił Obuna z karabinem. Widząc to Don Benito skołowany rzucił się na ziemię po karabin, pochwycił go i wygarnął z bliska w Datelosa. Promień lasera przebił się przez jakby skamieniałą skórę Obuna i uderzył z taką mocą, że dech uszedł z niego i nieprzytomny runął do tunelu, którym wdarli się jego kompani. Widząc że dwaj jego towarzysze zostali wyeliminowani ostatni Obun skoczył także do tunelu i zaczął uciekać. A właśnie nadbiegali zaalarmowani biciem dzwonu mnisi, między nimi brat Ryszard, a także Ibn Agar i Ortolfus.

Ryszard, Ukar i Martin wskoczyli do tunelu za uciekającym psionikiem, a Don Benito wyciągnął z niego nieprzytomnego Datelosa i Garkemedosa, którego jak się okazało złoczyńcy chcieli porwać. Ortolfus pozostał, by mnie opatrzyć, w czym wspomogła go matka Beatrice i tak powróciłem do akcji, jak to już wyżej opisałem.

Zdarłszy pospiesznie kirys z zabitego Obuna osłoniłem nim świeże rany i razem z Ortolfusem i sporą grupą mnichów pobiegliśmy podziemnym tunelem poza klasztor. Po drodze natknęliśmy się na ciało trzeciego Obuna, którego jak się później dowiedziałem, nasz Ukar dopadł i zabił, stoczywszy z nim wpierw psychiczną walkę. Tunel wychodził w lesie, dobre kilkaset metrów od klasztornych murów i tu natknęliśmy się na wszystkich mnichów i naszych przyjaciół, zebranych wokół brata Ryszarda.

Szlachcic wypatrzył między drzewami pojazd i ścieżkę. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy ruszyć nią i wyjaśnić ostatecznie sprawę porywaczy. Podobno trójka, którą pobiliśmy w walce w klasztorze wykrzykiwała coś o „wolnym Velsimil”, „planecie dla Obunów” i podobne hasła. Zrobiliśmy dobre dwadzieścia kilometrów leśną ścieżką, aż oczom naszym okazał się niewielki, skryty w lesie, budynek. Wejścia strzegła kamera, którą jednak Ortolfus rozwalił celnym strzałem i zaatakowaliśmy.

Słaby opór stawiło nam trzech Obunów, próbujących desperacko obrócić ku nam jakąś metalową tarczę, do której kablami przypięty był brat Paulo, który zaginął wczorajszej nocy. Błyskawicznie padli jednak pod ciosami mieczy, siekier i ogniem lasera, który Ortolfus zabrał jednemu z zabitych w klasztorze napastników. Rozejrzeliśmy się po budynku. W przeważającej części wypełniały go ciała zwierząt i mnichów, zaginionych z klasztoru. Na ich głowach widać było straszliwe rany, niektórym oczy wypłynęły z oczodołów, skóra innych była zżółkła i cienka jak papier, jeszcze innym czaszki powybrzuszały się i zdeformowały. Smród rozkładających się ciał był nieznośny. Prócz tego natrafiliśmy tylko na jakieś papiery i części do jakichś maszyn. Centrum wszystkiego zaś zdawała się być owa metalowa tarcza połączona z jakąś maszynerią i z drugiej strony kablami do ciała nieszczęśnika przypiętego pasami do ściany. Brat Paulo został już zdjęty i w później w klasztorze siostrom udało się zachować go przy życiu, ale jego umysł został straszliwie wyniszczony i pewnie nigdy już nie zostanie uleczony.

Gniew mnie porwał na tą diabelską machinę tortur i zakrzyknąłem na braci, aby ją spalić od razu, ale brat Rudolf, którego wcześniej jakoś nie zauważyłem, teraz nagle wypełzł z jakiegoś ciemnego kąta i zaprotestował. Zawyrokował że wszystko zostaje przejęte przez Kościół, który zbada korzenie herezji i pozna działanie maszyny, która tym heretykom służyła. Jeszcze raz próbowałem się sprzeciwić i porwać braci płomienną mową, ale język mi się zaplątał z ran i wyczerpania, a spotulniali już ponownie mnisi przyjęli wolę Avestianina w stosownej pokorze ! A niech ich !

11.11
Wróciliśmy do klasztoru, ale po uleczeniu ran i odebraniu podziękowań od Amalteanek, na wieść że przybywa Inwizytor, szybko go opuściliśmy. Jedynie Don Benito zdecydował się pozostać i dał się przesłuchać Inwizytorowi, dowiedziawszy się przy okazji co nieco o rozbitym przez nas heretyckim kulcie.

Obunowie należeli do jakiegoś Sabatu, skupiającego wyłącznie psioników, a nieobdarzonych żadnymi mocami mieli za stworzenia niższego rodzaju, podobne zwierzętom. Ich celem było zbudowanie maszyny zdolnej wzmacniać moc umysłu podłączonego do niej psionika, tak by możliwe było na przykład atakowanie mocami psi przez burty statków kosmicznych, z orbity na planetę i podobne rzeczy. Prototyp tego straszliwego urządzenia testowali najpierw na zwierzętach, a później na porywanych z klasztoru mnichach, z tym że znaczenie mieli tylko ci obdarzeni mocami, a więc pokutnicy. Pozostali byli porywani i ginęli tylko dla zmylenia śladów. Wszystko to miało służyć oswobodzeniu Velsimil i ustanowieniu tam władzy Obunów.

Żałuję, że mimo wszystko nie udało nam się zniszczyć ich piekielnej machiny, kuzynka Philipine podejrzewa bowiem, że Kościół może jej użyć do niszczenia psioników i mając w pamięci obłudę brat Rudolfa gotów jestem podzielić jej obawy. No, ale pozbyłem się w końcu choć jednej z ciążących na mnie przysiąg, a ponadto zyskałem nauczyciela strzelania, bowiem Ryszard McMaster Justynian poczuł zew walki i na wieść, że toczy się wojna z Al-Malikami zrzucił klasztorne łachy i przyjął tymczasem gościnę Elizy, póki nie oswoi się na nowo ze światem poza murami.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.