Gasnące Słońca – sesja VII

05.11
Ogarnęła mnie jakaś melancholia… Cała ta walka z Ukarem, w której mało go nie zabiłem, zaraz po tym jak stanąłem w jego obronie wobec Avestian, przysięga złożona Amalteankom, wyczuwalna już niemal misja od samego Wszechstwórcy, do tego coraz bardziej komplikująca się sprawa śmierci Louisa i jeszcze ten wszawy Cosmas, prawie na wyciągnięcie ręki, której jednakże jakoś odechciało mi się wyciągać… Czuję jakbym składał się cały z niedotrzymanych przysiąg i niespełnionych obietnic, które zdają mi się jednak mało ważne wobec mistycznego poszukiwania śladów wizji z Kresti… Pomyśleć, że jeszcze niedawno miałem śp. ojca Montisa za nieco pomylonego…

Nasza sława pogromców „Sunwala” i rekomendacje księżnej Ledy dotarły tymczasem na Gwyneth i miejscowi notable spojrzeli na nas łaskawszym okiem. Pewnie też słodka Eliza przysłużyła się naszej sprawie, bo Alex Montgomery Hawkwood zgodził się nas przyjąć, mało tego – wręczył nam ordery „Honorowego Mieszkańca Gwyneth” ! Odebrałem z mieszanymi uczuciami, bo Hawkwoodów nienawidzę, z wyjątkiem jednej Elizy… No może niechęć to lepsze słowo, z wyjątkiem Cosmasa – tchórzliwy bawidamek o niebieskich oczach !

Alex zdradził nam, że jego kuzyn William Redoran „Promyk poranka” Hawkwood poszukując drogi na Yathrib dokopał się do jakiejś starej legendy. Według niej ten kto wrzuci Monetę Ofiarowania, należącą niegdyś do jednego z Apostołów, Hombora Żebraka, do sadzawki na Wzgórzu Proroka na Aylonie otrzyma pozwolenie dotarcia na Yathrib. Moneta podobno zaginęła na jednym ze światów należących do Al-Malików i tam też przebywał William zanim nie poleciał na Byzantium Secundus. Żeby jednak dowiedzieć się wszystkich tych rzeczy musieliśmy przysiąc, że jeśli dzięki tym wskazówkom odnajdziemy drogę na Yathrib, w pierwszym rzędzie powiadomimy Rycerzy Poszukujących. Cóż było robić, jedna przysięga więcej nie zrobi mi już chyba różnicy, a jeśli utknąłbym tutaj nigdy nie odnalazłbym zabójcy Louisa, ani nie wypełniłbym jego ostatniej woli. Złożyłem więc tą kolejną przysięgę.

Wracając jeszcze do Rycerzy Poszukujących, dwóch z nich było obecnych podczas naszej rozmowy z Alexem. Prowadzą śledztwo w sprawie zamknięcia Wrót na Byzantium Secundus, podzielili się wiadomością, że część statków, które jako ostatnie opuściły ten układ zaginęło, dwa zostały zniszczone przez piratów, a reszta która doleciała w całości do portów przeznaczenia nie miała dla Rycerzy żadnych ciekawych informacji. Ode mnie dowiedzieli się, że człowiek Louisa który przekazał mi jego ostatnią wolę został otruty przez nieznanych sprawców na Pandemonium, co uznali za ciekawą informację. Gdyby wiedzieli, że Wrota na Byzantium Secundus zostały zapieczętowane i to właśnie przez „Promyk Poranka”, jednego z najbardziej zaufanych ludzi Cesarza !!!

Zaczyna mi się coś układać… William poszukiwał Monety Ofiarowania na planetach Al-Malików, chcąc dostać się na Yathrib. Ale może na jednej z tych planet odnalazł coś, albo raczej dowiedział się czegoś co wystraszyło go tak bardzo, że postanowił ochronić przed tym czymś Cesarza… Nawet za cenę utraty reszty Znanych Światów… Statek Louisa został zniszczony przez wybuch zacumowanego obok statku Al-Malików, oni też najszybciej wykorzystali chaos w Imperium, żeby zaatakować Hawkwoodów… Leśni ludzie bali się Demonów z Pustki, które miały nadejść przez Dziurę w Niebie, a którą nieszczęsny Gurda próbował zapieczętować… Dziura to przecież Wrota, Ortolfus i Philipine dotarli do nich idąc słupem Mocy płynącym ku Gwyneth, a William nie zrobił nic innego tylko to, co w swej naiwności chciał uczynić Gurda… Zamknął Wrota, żeby ochronić Cesarza przed inwazją demonów… A więc wiedza o tych demonach czeka na nas na jednej z planet Al-Malików…

Ale, ale. Zapędziłem się nieco. Po wszystkich uprzejmościach, których nie szczędził nam w imieniu nieobecnego władcy Gwyneth Alex Montgomery, odnalazł nas goniec od ambasadora Domu Hazat na Gwyneth. Właściwie nie ambasadora – barona Tarragona Justus Hazat, bo ten został przecież zabity przez słodką Elizę, ale jego zastępcy Pierre Dominika Meklara. „Stała się bowiem rzecz straszna, wyobraźcie sobie państwo, ukradziono miecz pana barona, tu ewakuacja trwa, właściwie powinniśmy już odlecieć, ale przecież rozumie się samo przez się, nie możemy odlecieć bez tego miecza, ciało pana barona zostało już zabrane na Aragonię, ale o mieczu zapomniano, to znaczy nie zmieścił się, taki tu panuje chaos, wojna już się zaczęła cała ambasada się ewakuuje, nie możemy zwlekać w nieskończoność…” I tak dalej. Trudno się było nie uśmiechnąć, ambasador przypominał mi małą gumową kaczuszkę, którą bawiła się Consuella, kiedy była mała…. wpychała ją pod wodę, a kaczuszka wyskakiwała i kiwając się na wodzie kwakała jak całe stado kaczek… dobrze, że chociaż ambasador nie był żółty :)

Oczywiście zgodziliśmy się odszukać miecz, a właściwie odbić go z rąk Pozyskiwaczy, którzy odkupili go od złodziei i polecieli do odległych o dzień lotu mechanicznym ptakiem tajemniczych ruin Annunaki. Eliza doniosła nam, że Avestianie mają nasze rysopisy, więc wyprawa do lasu była nam nawet na rękę. Spakowaliśmy się więc pospiesznie i użyczonym nam mechanicznym ptakiem ambasadora polecieliśmy do wskazanych ruin.

Pojazd Pozyskiwaczy znaleźliśmy rozbity, na miejscu katastrofy rozegrała się potem jednak jakaś zażarta walka. Pancerne burty statku były tu i ówdzie powgniatane potężnymi ciosami, wokół leżała cała masa łusek, a w las prowadziła wydeptana szeroka ścieżka, którędy zwycięscy najwyraźniej napastnicy odeszli unosząc ciała pokonanych, a może prowadząc jeńców. Idąc ścieżką natknęliśmy się w pewnym momencie na zaczajonego tubylca, którego Ibn Agar swoim demonicznym sposobem wziął w niewolę. Tak wiem, że obiecałem już nie nazywać mocy Ukara demonicznymi, ale po opętaniu jakiego byłem świadkiem, po rozmowach z Martinem o efektem używania tych mocy i po przemyśleniu przypadku Elizy, a także mojego własnego o którym za chwilę, nie mogę mówić o nich inaczej. No więc obłaskawiony demoniczną mocą Ibn Agara tubylec opowiedział nam co się wydarzyło.

Ludzie z jego plemienia nazywali siebie Natel. Składali hołd bałwanowi, którego nazywali Hertonem, a przewodził im niejaki Gurda, który rzekomo przez tegoż Hertona został oświecony. Ta wizja, która mogła jednakże być prawdziwą i zesłaną przez samego Wszechstwórcę, przeraziła Gurdę, zapowiadała bowiem że przez Dziurę w Niebie wypełzną Demony z Pustki, które doprowadzą do zagłady Świata Lasu. Gurda postanowił zatem działać i za pomocą artefaktu Przedwiecznych, czyli Annunaki, ochronić planetę. Kupił więc od jakichś ludzi stworzenie podobne do dużego jaszczura, które ma mu pomóc w czarach nad artefaktem, a kiedy przylecieli Pozyskiwacze – zapewne by mu sprzedać zrabowany ambasadorowi miecz – kazał Kamiennym Trollom na nich napaść. Teraz Źli Ludzie, czyli Pozyskiwacze mieli zostać złożeni w ofierze Kamiennym Trollom, strażnikom świętego miejsca Przedwiecznych, a Gurda wzmocniony dobrą wróżbą jaką było zdobycie miecza zamierza odprawić swoje gusła i zatkać Dziurę w Niebie.

Pomyśleliśmy, że Gurda chce zapieczętować Wrota i po namyśle sądzę, że rzeczywiście chciał to zrobić, choć wyszło mu zupełnie inaczej. Jednak Urtel, ów demonicznie zaprzyjaźniony z Ukarem mieszkaniec lasu, wspomniał że stary szaman, Kelchen ma inne zdanie na temat przeznaczenia świętego miejsca Przedwiecznych i że Gurda się myli. Kazaliśmy się więc prowadzić do Kelchena.

Dziadyga okazał się jednak wielkim rozczarowaniem. Rozmawiał z muszkami, grzebał we własnych nieczystościach i bełkotał wciąż o mocy Hertona, a kiedy próbowałem nawrócić go na właściwą ścieżkę wiary we Wszechstwórcę rzucił na mnie paskudne czary i kiedy oprzytomniałem składałem na kolanach hołdy jego bałwanowi ! Gdyby nie był taki żałosny niechybnie bym go za to uśmiercił. Albo może to ta dziwna melancholia która sprawia, że patrzę na siebie samego jakby z jakiejś odległości … Jednak koniec końców dowiedzieliśmy się, że Kelchen sądzi iż artefakt Annunaki służy do zamiany planety w las, czyli – jak powiedział Martin – do „terraformowania”. Wtedy jednak Gurda rozpoczął swe czary.

Nad lasem pojawiła się jakby tarcza energetyczna, która niszczyła wszystko z czym się zetknęła – na naszych oczach statek Hawkwoodów po prostu zniknął – i zaczęła się rozszerzać. Potem z nieba uderzył w nią słup energii i przeniknąwszy do środka uderzył w szczyt wzgórza pod którym znajdowały się ruiny Annunaki. Biegiem podążyliśmy za Urtelem, który opętany przez Ukara gorliwie prowadził nas do „Świętego Miejsca Przedwiecznych”, choć w końcu najwyraźniej czary przestały działać i kuzynka Philipine ogłuszyła nieszczęśnika, żeby nam z kolei nie przeszkadzał. Wejścia do jaskini pilnowało ze dwie dziesiątki dzikusów z łukami, ale władcza mowa Ibn Agara, który wczuł się w rolę „Wysłannika Hertona”, sprawiła że rozsunęli się ze czcią na boki. Kiedy wbiegliśmy do wnętrza góry ziemia drżała wyczuwalnie pod naszymi stopami – znak że czary Gurdy przybierają na sile.

Pokonaliśmy spiralny korytarz i naszym oczom ukazał się obraz wielkiej podziemnej groty. Przez jej środek z góry na dół bił ogromny słup energii, średnicy jakichś stu metrów, a otaczało go kilkanaście mniejszych słupów. W blasku bijącym od energetycznych kolumn dostrzegliśmy szamana stojącego nad prymitywnym ołtarzem zbitym z desek, na którym leżała jakaś gadopodobna istota, o której mówił Urtel. W ręku Gurdy błyszczał zdobiony miecz barona Terragona, po który tu przybyliśmy. Szamana otaczały zewsząd postacie półnagich leśnych wojowników z łukami.

Walka, która jak się domyślam rozegrała się między czarownikami, trwała może kilka uderzeń serca. Nagle Gurda odwrócił się do swych wyczekująco ściskających łuki dzikusów i przemówił: „to jest wysłannik Hertona !”, wskazując na Ibn Agara. Zaraz potem opuścił z rozmachem trzymany w ręku miecz na wyciągnięte na ołtarzu ciało jaszczurowatego obcego, rozcinając je na połowy. Przypadliśmy do prymitywnego ołtarza, Ukar kazał spotulniałemu Gurdzie zatrzymać rozpoczęte czary. Ale szaman odpowiedział, że nie da się już ich zatrzymać, że tylko istota którą właśnie zabił potrafiła rozmawiać z artefaktem Annunaki !

Widziałem, jak Ibn Agar zmartwiał na moment. Domyślam się, że to on kazał szamanowi zabić obcego i właśnie dotarło do niego, że w ten sposób skazał być może planetę na zagładę ! W tym momencie Don Benito ni z tego ni z owego rąbnął swym wielkim mieczem wyczekującego dalszych komend Gurdę ! Przez moment straciłem orientację, myślałem że jakiś jeszcze inny czarownik, który kazał rycerzowi zaatakować bezbronnego więźnia, ale Gurda uwolniony chyba atakiem z więzów nałożonych przez Ukara, wbił wzrok w Don Benito szykując się do czarów. Odruchowo pchnąłem rapierem i szaman osunął się na podłogę. Widząc to, leśni wojownicy z krzykiem przerażenia uciekli z groty.

Zostaliśmy sami z ciałami Gurdy i obcego na drewnianym stole. Ktoś przypomniał sobie, że to przedstawiciel rasy Oro’ym, która włada starożytnym językiem Annunaki, bo kiedyś żyła wraz z nimi. Gurda potrzebował go żeby przekazać artefaktowi swój rozkaz, ale skąd ten rozkaz, do tego w mowie Annunaki, pojawił się w jego głowie… Czyżby ktoś chciał zniszczyć planetę rękami tego prymitywa ? Tylko kto !? Kto może znać starożytne zaklęcia Annunaki – chyba tylko Demon z Pustki ! Z drugiej strony William Redoran Hawkwood też znał tajemny przekaz pieczętujący Wrota, może poznał go jako zaufany Cesarza, a może… może poznał go na którejś z planet Al-Malików !

Ale w tamtej chwili nie było czasu nawet na chwilę namysłu. Skała drżała pod naszymi stopami, kolumny upiornego blasku trzeszczały, a my nie mieliśmy żadnego sposobu by to wszystko zatrzymać ! Ale okazało się że jest sposób. Zauważyliśmy ciemne otwory prowadzące w głąb góry, jeszcze niżej. Pobiegliśmy ku jednemu z nich i zeszliśmy ni do następnej wielkiej komnaty, leżącej dokładnie pod tą w której pozostały ciała Gurdy i obcego.

Cały blask spływający z góry rozszczepiał się tu i spływał w głąb ziemi przez zajmujące centrum groty wielkie iglice. Było ich wiele, wystających z ziemi na dobre dziesięć metrów pod różnymi kątami, nad nimi zaś zawieszona wśród błyskawic tkwiła ciemna kula, przypominająca planetę w rozjarzonym piorunami kosmosie. Dookoła iglic tkwiły kolumny, tym razem chyba ze zwykłej skały, z których zwisały resztki złożonych przez Gurdę w ofierze Kamiennym Trollom Pozyskiwaczy. Po szerokim na jakieś pięćdziesiąt metrów pasie dookoła kolumn otaczających iglice snuły się wielkie, kanciaste postacie. Najwyraźniej jacyś zapoźnieni biesiadnicy oskubywali jeszcze jakieś resztki pozostałe po zwisającej z kolumn uczcie !

Czy to jednak ofiara nie była zbyt obfita, czy też bestie nader sumiennie wywiązywały się ze swych obowiązków strażników „Świętego Miejsca Przedwiecznych”, dość że kiedy wbiegliśmy do komnaty cztery Kamienne Trolle z miejsca ruszyły w naszą stronę. Pierwszy padł zanim dotarł do naszej linii, ale kolejne zwarły się z nami i rozpoczęła się walka. Tym razem tarcza energetyczna uzupełniona syntjedwabiem spełniła swoją rolę znakomicie ! Kilka razy potężne uderzenia trollowej łapy wywoływały jasne rozbłyski, raz nawet poczułem siłę uderzenia, które przeszło przez osłonę i tylko syntjedwab wybrany na szybko w ambasadzie wytłumił jego impet. Natomiast skóra trolli, choć gruba, nie była w stanie wytrzymać naszych kul i ciosów i bestie jedna po drugiej waliły się na ziemię.

Ale kiedy Don Benito, Ibn Agar, Martin i ja walczyliśmy z potworami, Ortolfus i Philipine dokonali rzeczy daleko ważniejszej i dla całej sprawy kluczowej. Po wąskiej jakby kładce, która znikała za nimi, dotarli do kuli zawieszonej wśród błyskających piorunami iglic i wniknęli w nią, znikając nam z oczu. Z chaotycznej opowieści którą usłyszeliśmy już po wszystkim wynika, że podróżowali w kosmosie po drodze z energii płynącej ku Gwyneth z odległych Gwiezdnych Wrót i spoza nich. Wokół Wrót widzieli jakieś kolorowe owale i nie wiedzieli który wybrać, aby ocalić planetę o rozsadzenia płynącą z kosmosu mocą. Ale jak się okazało Wszechstwórca już od jakiegoś czasu przewidująco przesyłał Ortolfusowi ustami żebraków, a także siostry Vistro z zakonu Amalteanek wskazówki, które w tym właśnie momencie pozwoliły mu wybrać właściwą kombinację i odciąć dopływ mocy z kosmosu do Wrót i do Gwyneth. Za to kiedy ustał przepływ energii, skończyła się także droga po której mogliby wrócić na Gwyneth. Na szczęście Philipine znalazła i na to sposób i kiedy my kończyliśmy ostatniego trolla oboje z Ortolfusem wyszli z powrotem z kuli, która na chwilę wylądowała poza zasięgiem iglic. W tej jednak chwili cała masa bestii wypełzła z bocznych jaskiń i raźno ruszyła w naszym kierunku. Byłoby już po nas, gdyby nie siły Hawkwoodów, które przybyły tymczasem na miejsce i w krytycznym momencie rozniosły trolle ogniem ciężkiej broni.

Wróciliśmy do Llanfyrth, stolicy Hawkwoodów na Gwyneth w glorii i chwale. Myślę że z Avestianami mamy na razie spokój, ale czeka nas teraz droga na planety Al-Malików, gdzie być może czeka rozwiązanie zagadki „Promyka Poranka”. Pozostał tylko jeszcze jeden drobiazg: nie mamy Gwiezdnych Kluczy na żadną z planet, na które pragniemy lecieć…

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.