Gasnące Słońca – sesja V

23.10
Co za wstyd ! Księżna Leda pokonała mnie jednym pchnięciem i – do diabła ! – muszę przyznać, że był to piękny pokaz szermierczej sztuki. Nadziała mnie jak tłustego, nieruchawego prosiaka na rożen ! Koniec ze spacerkami po gzymsach i ślęczeniem w książkach ! Bierz się do roboty, Ricardo, bo następna księżna poszatkuje cię jak kapustę ! Co gorsza, po tej haniebnej klęsce niektóre damy wodziły za mną sarnimi oczyma, najwyraźniej mi współczując !!! Wszechstwórco, na co mi przyszło… żeby mój widok wzbudzał litość w sercach pięknych kobiet… Zgroza !

Całe szczęście nie musiałem długo zostawać we włościach księżnej i unikać roli skrzywdzonego chłopczyka, bo zaraz po pojedynku nastąpił pożegnalny bal, po którym rozstaliśmy się bez żalu. „Consuella” z rykiem silników zabrała nas z niezbyt gościnnych Delf i kierowana niezawodną ręką kuzynki Philipine pomknęła ku Gwyneth.

28.10
Nuda, nuda, nuda. Obiecałem sobie ćwiczyć szermierkę, aby następnym razem nie dać się zaskoczyć, ale ileż można… Zresztą to był błąd taktyczny, trzeba było nie oddawać inicjatywy tylko od początku natrzeć, wykorzystując przewagę zasięgu i siły… Poza tym pojedynek do pierwszej krwi to loteria, następnym razem będziemy walczyć aż jedna strona się podda, lub padnie, to bardziej sprawiedliwe ! A z bieżących rzeczy: nic się nie dzieje, dolatujemy do Wrót, widać już flotę Hawkwoodów, która ich pilnuje. Jutro pewnie kontrola, znowu „baronet Ricardo Hazat Almodavar, od księżnej Ledy z Delf do baroneta Alexa Montgomery Hawkwood na Gwyneth, sprawa osobista, tak, zapraszam na pokład baronie, pana i osobistą straż…” ble, ble, ble.

29.10
Zaraz po przejściu przez Wrota na Gwyneth uderzył nas brak wszechobecnej kontroli celnej, żadnego Hawkwoodzkiego statku w zasięgu wzroku i czujników pokładowych ! Coś się tu na pewno stało, bo raczej nie pochowali się ze strachu przed bohaterskim Ricardo Almodavarem, który dał się nadziać na rapier księżnej Ledy jak prosię na rożen !

Zbliżając się do planety, to znaczy do Gwyneth, bo w tym układzie jest jeszcze jedna planeta, zupełnie na zewnątrz, jeszcze za Wrotami, zobaczyliśmy na ekranach statku coś unoszącego się w przestrzeni kosmicznej. Philipine i Olaf, którzy najlepiej znają się na wszystkich tych światełkach i cyferkach orzekli, że to wraki statków kosmicznych i stacji orbitalnej, która krążyła po orbicie Gwyneth od czasów II Republiki. Nagle z jednego z tych poukrywanych wszędzie głośniczków rozległy się piski, a na kilku ekranach zaczęły się szybko pojawiać napisy. Philipine natychmiast założyła słuchawki i wyraźnie podekscytowana wlepiła oczy w napisy. Ktoś wzywał pomocy, z jednego z wraków płynęły sygnały SOS ! Po chwili usłyszeliśmy ich w głośniku: niszczyciel Al-Malików „Sunval”, flagowa jednostka floty która zwarła się tu trzy dni temu z Hawkwoodami. Wszystkie statki obu stron zostały zniszczone, ale na „Sunvalzie” pozostało trzech żywych ludzi, od trzech dni w skafandrach czekających na pomoc, lub na śmierć. Wyobrażam sobie śmierć w pustce, kiedy zaczyna brakować powietrza i nic nie można zrobić. Straszne.

Wysłaliśmy im komunikat, że lecimy na pomoc. Najpierw chcieliśmy zabrać ich na Gwyneth, gdzie staliby się jeńcami, ale kiedy okazało się, że na wraku ich statku ocalał klucz na Criticorum i że książe Al-Malik hojnie nas wynagrodzi za pomoc okazaną jego ludziom zmieniliśmy plany. W końcu spuścili lanie Hawkwoodom, do których nawet łagodny Ortolfus pałał już głęboką niechęcią po haniebnym uwięzieniu na Delfach i danie mi satysfakcji przez książnę nie mogło tego zmienić. Cholera, co sobie przypomnę, że dałem się nabić na sztych w pierwszym ataku, to krew mnie zalewa ! Dzielni Al-Malikowie, pomożemy towarzyszom broni i nie wydamy ich na Hawkwoodzką niewolę !

Ibn-Agar, Ortolfus i ja przebraliśmy się w skafandy kosmiczne, bo mieliśmy kontrolnie wejść na niszczyciel zanim wpuścimy rozbitków na nasz pokład. Philipine, Martin i Olaf też już ubrali skafandry, jakby wiedzeni jakimś instynktem. Tylko Don Benito pozostał w zbroi, odmówiwszy udziału w wycieczce na pokład „Sunvala”. Kuzynka Philipine wyhamowała łagodnie i obróciła „Consuellę” burtą do wraku niszczyciela. W jego burtach ziały głębokie dziury, pancerne płyty były powykręcane przez wybuchy, wielki kadłub, niemal czterokrotnie większy niż nasz statek, był ciemny i nieruchomy.

I wtedy nagle martwy wrak ożył. Z jego burt wystrzeliły ku „Consuelli” chwytaki ściągarek, kadłub rozjarzył się poświatą ochronnych ekranów, a z luku abordażowego zaczęły wysypywać się ubrane w skafandry postacie komandosów ! Zasadzka !!! Niegodni Al-Malikowie, oby Demony z Pustki pożarły światło ich dusz, wykorzystali naszą dobroć i współczucie by przejąć nasz statek !!! Niedoczekanie, prędzej zginę, niż noga zdrajcy postanie na pokładzie „Consuelli” !!!

Rzuciliśmy się z Ibn-Agarem ku artylerii na burcie, a Don Benito w pośpiechu zaczął szukać skafandra ! Philipine odpaliła rakietę, ale ta nie uchwyciła celu i pomknęła ponad „Sunvalem” w kosmos. Nieoczekiwanie z wieżyczki strzelił ku wysypującym się z luku postaciom promień lasera, to Martin pierwszy rozpoczął walkę. Dwaj komandosi odparowali w mgnieniu oka, ale natychmiast następni wysypali się z ciemnego kadłuba niszczyciela i na uczepiwszy się lin ściągarek ruszyli ku naszej burcie.

Dopadłem do lasera, gdy Ibn-Agar już zapinał pasy w kazamacie działa za śluzą. Martin przestał strzelać z wieżyczki, ustawiając celownik na strzelanie do ludzi. Diabli nadali, za mało się do tego przykładałem, żeby zrobić to samo, będę walił w okręt ! W słuchawce skrzekotki mieszały się nerwowe krzyki całej naszej załogi. Philipine spudłowała kolejną rakietą, Ortolfus dobiegł do śluzy i przygotowywał się do odparcia abordażu, jeśli żołnierze Al-Malików przebiją się do środka kadłuba, Don Benito mocował się ze skafandrem, Olaf pobiegł po karabiny do skrytki. Poczułem lekki wstrząs, kiedy wystrzeliło działo Ibn-Agara, ale osłony niszczyciela rozbłysły i pocisk stopił się w ułamku sekundy nie wyrządzając celowi żadnej krzywdy.

W błyszczącym lekką zieloną poświatą krzyżu celownika zobaczyłem kilkanaście postaci w skafandrach pełznących mozolnie, ale nieuchronnie w kierunku naszej burty. Niektórzy mieli na plecach jakieś małe silniczki i ci wysforowali się do przodu, lecąc w przestrzeni. Ściągarki niszczyciela cały czas zwijały liny i odległość między naszymi statkami malała z każdą chwilą. Przeklęci, podstępni zdrajcy !!! Czy nie ma już Honoru w żadnym z królewskich domów poza Hazatami ?!? Zawsze uczono mnie, że walcząc ze sobą przestrzegamy reguł. Tylko pustka nie przestrzega żadnych reguł. Kosmos pożera wszystkich równo i w walce z nim stajemy ramię w ramię. Podli Al-Malikowie wykorzystali nasz szacunek dla reguł by przejąć nasz statek. Złamali tabu. Zapłacą za to !!!

Krzyż celownika, zbiegające się w jednym miejscu zielonkawe kręgi. Zryta pociskami burta „Sunvala”. Osłonięta ekranem. Ciemny otwór luku. Promień lasera wystrzelił i trafił dokładnie tam gdzie chciałem. Błysk obudzonej osłony. Nic z tego, jego ekrany są za silne.

Martin strzelał teraz do komandosów, meldując cały czas przez skrzekotkę o ich pozycjach, Ibn-Agar jeszcze raz wystrzelił w burtę, ale znowu bez skutku. Phlipine poniechała rakiet, odległość stała się zbyt mała by głowice mogły się uzbroić, ale kuzynka postanowiła zetrzeć się ekranami z „Sunvalem” i zmiażdżyć w ten sposób komandosów, którzy byli już coraz bliżej „Consuelli”. Śmiały manewr, niemal samobójczy, ale co tam – skoro Philipine potrafiła wyprowadzić siostrzyczkę pionowo z hangaru na Kresti to dokona i tego. A jeśli nie, no cóż – Al-Malikowie nie dostaną „Consuelli”, pustka pożre ich i tak !

Znowu wygarnąłem z lasera ale znowu bez skutku. Ibn-Agar wypiął się z pasów i pobiegł do śluzy. Postanowił wyjść na zewnątrz i odciąć liny. Brawo żołnierzu, samobójcza odwaga, zważywszy, że za burtą było prawie dwudziestu Al-Malików, ale jeśli się uda ocalisz nas wszystkich ! Wypiąłem się z lasera i pobiegłem do opuszczonego działa, siła pocisku jest większa niż laserowej wiązki, może jednak uda się przebić przez ekrany. Ibn-Agar wyszedł przez śluzę i rozwalił jednego żołnierza Al-Malików, ale pięciu innych wzięło go w krzyżowy ogień i ranny Ukar wycofał się ku śluzie.

Teraz jednak Philipine właczyła silniki manewrowe i „Consuella” obróciła się dziobem ku burcie „Sunvala”, liny ściągarek wygięły się w próżni, ale już zahuczały główne silniki i nasz stateczek ruszył ku nieruchomej bryle krępującego nas lewiatana. Kilku komandosów zaskoczonych sytuacją odpadło od lin i wirując poszybowało w przestrzeń, reszta „piechoty” uczepiła się kurczowo lin, ale ci z silniczkami wykorzystali zmniejszenie dystansu by przywrzeć do naszej burty. Ale o to właśnie chodziło mojej dzielnej kuzynce !

Burta niszczyciela przybliżyła się w mgnieniu oka, zabłysnęły aktywujące się ekrany, „Consuella” wyrwała łukiem jak dziki koń złapany na lasso. Wokół nas pojawiło się nagle mnóstwo szczątków zmasakrowanych komandosów, zmiażdżonych między burtami i popalonych ogniem naszych silników. Jednym śmiałym manewrem Philipine wyeliminowała połowę atakujących nas żołnierzy ! Ale co najmniej kilku jeszcze zostało i oblegało nas już ze wszystkich stron, liny ściągarek znów się wyprężyły i dystans między nami a niszczycielem malał nieubłaganie.

Pamiętałem „Sunvala”. Wizytował nas kiedyś z okazji urodzin księcia Juana Eduardo, razem z kilkoma mniejszymi jednostkami. Brałem udział w kurtuazyjnej wizycie na jego pokładzie, pamiętam niezręczny incydent kiedy jeden z naszych żołnierzy, nadużywszy nieco wina, odpalił się w ich kapsule ratunkowej myśląc że zamyka się w toalecie… Kiedy teraz jego kadłub przemknął mi tuż przed nosem przypomniałem sobie gdzie to było, zobaczyłem wybrzuszenie mieszczące kapsułę, gdzie kadłub niemal dotykał zewnętrznego ekranu… Zaszumiały siłowniki, moje działo obróciło się, aż uchwyciłem w krzyż celownika to miejsce naszej niegdysiejszej dyplomatycznej klęski… A d i o s, a m i g o s ! Nacisnąłem spust – wstrząs – rozbłysk ekranów niszczyciela… ale zaraz potem drugi – w głębi podziurawionego kadłuba !!!

Seria wybuchów wstrząsnęła kadłubem „Sunvala”, jedna ze ściągarek wyrzucona siłą eksplozji uderzyła w nasze ekrany, druga po kilku chwilach wypadła z rozlatującego się kadłuba. Byliśmy wolni !!! Pełna moc, Philipine, pełna moc na silniki !!!

„Consuella” jak bojowy destrier spięty ostrogą wyskoczyła do przodu zostawiając z tyłu spowity upiornym blaskiem kadłub niszczyciela. Ibn-Agar omal nie odpadł od kadłuba, ale udało mu się złapać uchwytu przy śluzie. Wtedy jednak Martin wciąż jeżdżący po kadłubie w wieżyczce zauważył, że trójka żołnierzy wycięła tymczasem burtę w okolicy ładowni i właśnie wchodzi do środka !

Ibn-Agar na zewnątrz, a Ortolfus i ja wewnątrz pobiegliśmy na dół do ładowni. Drzwi były zamknięte, ale Ortolfus wstukał kod i otworzyły się. Pęd powietrza zasysanego przez próżnię ze środkowego pokładu porwał mnie i jak pocisk wleciałem do ładowni strzelając równocześnie do Al-Malików. W ostatniej chwili rozłożyłem ręce i rąbnąłem w burtę, klinując się w wyciętym w niej otworze. Jakieś rzeczy porwane wraz ze mną zostały wyssane w pustkę kosmosu, a w sekundę później jeden z wrogich komandosów walnął ciężko we mnie omal nie wypychając mnie na zewnątrz. Ibn-Agar krzyknął mi w skrzekotkę, żebym go wypchnął, że jest sparaliżowany jego mocą ! Zdołałem przesunąć się po burcie, odsłaniając otwór i Al-Malik wyfrunął w kosmos.

Tymczasem drugi z żołnierzy parł mozolnie ku drzwiom śluzy w których przycupnął Ortolfus. Prostaczek boży sprytnie przywarł do ściany i uciekające powietrze nie porwało go ze sobą. Zaczął strzelać do zbliżającego się wroga, ale jego mały laser ledwo przebijał się przez skafander tamtego. Kiedy jednak żołnierz był już w drzwiach śluzy Ortolfus wstukał kod i zatrzaskujące się drzwi zmiażdżyły hełm komandosa. Próżnia momentalnie wyssała głowę nieszczęśnika i ciało bezwładnie upadło na podłogę.

Trzeci z atakujących został już wcześniej unieszkodliwiony przez Ukara, tak więc statek był nareszcie znowu czysty. Dla pewności przeszukaliśmy jeszcze pobieżnie wszystkie pomieszczenia, zaś Martin i Olaf zabrali się za łatanie dziury w burcie i już mieliśmy rozpocząć świętowanie zwycięstwa, kiedy Philipine po raz pierwszy powiedziała, że trzeba lecieć na planetę.

W zasadzie było to nad wyraz roztropne i wszyscy zgodziliśmy się z kuzynką. „Consuella” zwróciła się ku bliskiej już Gwyneth, kiedy nagle ktoś z naszych zauważył błyski światła dolatujące z jednego z wraków… czyżby znowu pułapka ? Rozgorzał między nami spór – lecimy na planetę, czy wracamy po rozbitków ? Po dłuższej chwili zorientowaliśmy się jednak, że w dyskusji oprócz nas uczestniczy ktoś jeszcze… a może coś ? W naszych głowach natrętnie pojawiała się sugestia – „trzeba lecieć na planetę !” Po kilku sekundach myśl ulatywała i zdawaliśmy sobie sprawę, że nie pochodziła od nas ! A więc komuś lub czemuś zależało by jak najszybciej dolecieć na Gwyneth !

Wyobraziłem sobie komandosa Al-Malików przycupniętego gdzieś w załomie kadłuba, powietrze mu się kończy… ale zaraz, przy wejściu w atmosferę spaliłby się na popiół ! Więc może jest w środku ? Ale systemy podtrzymania życia już działają, po co zatem pośpiech ? Może jest ranny ? Poza tym przeszukaliśmy statek. No i do tego ci rozbitkowie, kuzynka dostała od nich odpowiedź, Hawkwoodowie z fregaty „Folani”, trzech, musimy po nich lecieć !

Ale obca moc cały nie daje nam spokoju, myśli są coraz bardziej natarczywe. Kuzynka nagle ostrym zwrotem kieruje „Consuellę” znów ku planecie, musimy ją siłą odciągnąć od sterów, kiedy jej mija wracamy na kurs ku wrakom. Napięcie wzrasta, dzielimy się na grupy – Don Benito i ja idziemy do śluzy z liną, żeby przyciągnąć Hawkwoodów z wraku fregaty, Martin i Olaf kończą spawać burtę, reszta zostaje w sterówce, pilnując się nawzajem, bo to coś jest coraz bardziej agresywne.

Rozbitkowie posłusznie wychodzą z wraku, bez broni, rzeczywiście jest ich trzech, otwieramy śluzę, rzucamy linę, tamci łapią się jej i zaczynają mozolnie pełznąć ku nam. Ale wtedy nagle „Consuella” włącza silniki, zrywa się do przodu, jedna z postaci puszcza linę i koziołkując odlatuje w czerń kosmicznej pustki… „Co tam się dzieje !?!” Wrzeszcząc w skrzekotki wciągamy z Don Benito pozostałych dwóch Hawkwoodów na pokład, są oszołomieni i nieco zbici z tropu, ale mimo wszystko wdzięczni za ocalenie. Żadnego podstępu tym razem.

Dopytujemy się przez skrzekotki co się dzieje w sterówce. Krajobraz jak po bitwie – Olaf nieprzytomny, pobity przez Ibn-Agara któremu obca moc kazała rzucić się na inżyniera, rozhisteryzowana Philipine z ręką na guziku samozniszczenia statku, Ortolfus z karabinem laserowym każe wszystkim wyłazić ze sterówki. Zanim z oszołomionymi Hawkwoodami docieramy na miejsce omal się nie pozabijali, ale już jesteśmy razem, postanawiamy szukać tego czegoś lub kogoś i zabić to, zniszczyć ! Philipine owładnięta pragnieniem lotu na planetę znów rzuca się do sterówki, musimy ją obezwładnić, Don Benito niemal obrywa od kuzynki – „zabieraj łapy panie”, Ortolfus usiłuje zablokować drzwi do sterówki, powstrzymujemy go, ruszamy w głąb statku razem, obserwując się bacznie nawzajem.

Rzucam się na nich z lewakiem, coś każe mi zabić Don Benita, dobrze że się wcześniej rozbroiłem, rycerz obezwładnia mnie. Przechodzi. Nie ma Ortolfusa, ale żyje, przez skrzekotki słyszymy jego histeryczny śmiech, zaszył się gdzieś, pewnie w toalecie, boi się nas. Pojawia się Martin, usiłuje zrozumieć co się dzieje, Anderson, ocalony pilot z fregaty Hawkwoodów nareszcie uwierzył. Opowiada nam historię, usłyszaną w jakiś barze.

Kościół zakazał lotów na Manx II – małą, ciemną planetę najbardziej oddaloną od dwóch słońc Gwyneth, jeszcze za Wrotami. Ale dwa statki Pozyskiwaczy wyprawiły się tam mimo zakazów, jeden wylądował na planecie, ale niedługo zaczęły się tam dziać dziwne rzeczy, załoga zaczęła strzelać do siebie nawzajem, a pilot drugiego statku wiszącego na orbicie poczuł nagle nieodpartą chęć by wylądować na Manxie II. Dwaj Eskatonicy, którzy brali udział w wyprawie wyczuli złą, demoniczną moc, emanującą z ciemnej planety, nakazali zniszczyć statek który wylądował i odlatywać.

A teraz najwyraźniej demon z Manx II był tu, na „Consuelli”. Jeśli ulegniemy jego rosnącej wciąż mocy zawieziemy go na Gwyneth i zło zalęgnie się tam, a może rozprzestrzeni dalej i dalej i w końcu opanuje całe Znane Światy ! Lepiej więc żeby święty ogień Inkwizytorów strawił nasze ciała i nasz statek, lecimy ku Wrotom. Wciąż jednak szukamy. Ibn-Agar otwiera luk z jakimiś rurami i wszyscy nareszcie To widzimy ! Czarna galareta, obca, zła i niezniszczalna. Pali ręce Ukara, nie pozwala się tknąć, miecz Don Benita wchodzi bez oporów, ale wychodzi tylko uschnięty kikut. A złowroga bryła powiększa się, żywi się dostarczoną jej materią. I energią – laser Ortolfusa, który wypełzł tymczasem ze swej sekretnej kryjówki w toalecie dostarcza jej pożywienia. Chcemy ją wyciąć razem z kawałem ściany statku i tymi rurami na których się rozłożyła, ale galareta – jakby znała nasze zamiary – spełza na podłogę i pełznie ku przodowi statku, ku sterówce. Bo zna je, zna nasze myśli i potrafi zmieniać je wedle woli. Znów każe nam rzucać się jedni na drugich, dobrze że nie mamy broni, poza moim lewakiem i odłamkiem miecza Don Benita.

Ortolfus nieoczekiwanie wpada w kaznodziejskie uniesienie, galareta jakby się zmniejsza, kurczy, ale tylko trochę. Próbujemy mu pomagać, łapiemy się za ręce, jak w wizji z Kresti, gdzie jest Philipine ? Nie ma, wyszła do toalety. Co z Wami ?!? Walczymy z tym czymś, wszyscy do mnie !!! Brak odzewu, każdy z nas jest już po trosze szalony, wywlekam niemal nieprzytomną Philipine z kabiny, wzięła jakieś prochy, bluzgam wulgarnym słowem, mam dość ! Kula galarety znów większa toczy się raźno ku sterówce i sadowi w fotelu pilota. Ekrany maszyny myślącej wyświetlają wiadomość: „WYNOCHA Z MOJEGO STATKU !”

Każdy próbuje po swojemu. Otrzeźwiała już nieco Philipine grozi, że wysadzi statek, Ortolfus tłumaczy cierpliwie demonowi, że nic z tego, Ibn-Agar kusi go. Oddamy mu kapsułę ratunkową, poleci sobie na Gwyneth, albo dokąd zechce. Oburzam się, Don Benito także, ale zaraz doznaję olśnienia. Jasne, wyleć tylko na zewnątrz, a rozstrzelamy kapsułę na kawałki ! Tak, dobry demonek, wybaczamy ci że chciałeś nas pozabijać, wszystkim w ogóle wybaczamy, przepraszamy… Kula czarnej galarety zmniejsza się, nie lubi tego. Bardzo dobrze, przepraszam kuzynko za me niegodne szlachcica słowa, nieważne jakie, przepraszam Olafie że rozbiłem Ci głowę, przepraszam Ricardo, że dałem Ci w zęby kiedy rzuciłeś się na mnie z lewakiem, wybaczam księżnej Ledzie ten haniebny cios bez uprzedzenia, to była uczciwa walka, do diabła – precz z naszego statku !!!

Prawie się udało, ale on czuł, że wysysamy jego siły, zebrał je wszystkie i zaatakował ! Poczułem przemożną chęć zakończenia mej nędznej egzystencji tu i teraz ! Wyrwałem lewak i wbiłem we własny brzuch. Skafander zatrzymał cios, znowu zamach i jeszcze raz i znowu…

Oprzytomniałem, klęczałem z lewakiem w zakrwawionej rękawicy, pocięty skafander zaklęsł się na moim zakrwawionym brzuchu, obok inni podnosili się z podłogi. Czarnej masy nigdzie nie było widać. Odpełzła… schowała się gdzieś… a może…. Kochany Ur-Ukar !!! Błogosławione niech będą jego moce, zaiste darowane przez Wszechstwórcę, niech mnie piorun spopieli, jeśli jeszcze kiedyś nazwę je demonicznymi !!! Złamał moc tego Czegoś, kazał mu wyjść, wysłał je w pustkę, gdzie jego miejsce !!! Ibn-Agarze, wątpiłem w Ciebie niejeden raz, ale oto ocaliłeś nas wszystkich, „Consuellę”, a może Gwyneth, albo i wszystkie Znane Światy. Jeśli kiedyś jakiś Inkwizytor zakwestionuje Twe boskie posłannictwo, będzie miał ze mną do czynienia !!!

Pozbieraliśmy się, opatrzyliśmy, pojednaliśmy. Uspokojony nieco Ortlofus wrócił z toalety… to znaczy z kapsuły ratunkowej w której się był zamknął… zawsze mi się te dwie rzeczy myliły… Philipine usiadła za sterami i zamknęła klapkę nad złowieszczym, czerwonym guzikiem… Nie udało nam się już znaleźć Hawkwoodzkiego strzelca, który odpadł w pustkę, niech Płomień Wszechstwórcy prowadzi go ku wiecznej jasności, ale nareszcie mogliśmy z czystym sumieniem zgodzić się, że czas najwyższy lecieć już na planetę !

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.