Gasnące Słońca – sesja IX/początek X

14.11
Przez pierwszy dzień po starcie zwykle nie mogę znaleźć sobie miejsca i wędruję po statku, ale dziś było całkiem odwrotnie. Sporo się wydarzyło i wszystkie nasze plany uległy zmianie, choć w tej zmienionej sytuacji powinno nam chyba pójść łatwiej na planetach Al-Malików, skoro jesteśmy teraz sojusznikami. Ilekroć jednak o tym pomyślę, czuję niesmak, gdzieś w trzewiach narasta gniew i budzi się bunt. Nasz Dom przystąpił do wojny między rodami po stronie Al-Malików i Decadosów, przeciw Hawkwoodom i wspierającym ich siłom cesarstwa.

Zaczęło się od incydentu na Tetydzie – markiz Pedro Alcala Justus dokonał tam śmiałego rajdu na kolonię niewolników pod górą Mu-Ton i odbił swoją więzioną tam żonę. To był czyn chwalebny i śmiały, sam byłbym zaszczycony mogąc brać udział w takiej wyprawie, co mnie jednak ominęło za sprawą misji która teraz pochłania mnie już bez reszty. Atak markiza wywołał pewne polityczne napięcia, ale w żadnym razie nie był w stanie wywołać wojny, tym bardziej, że administrującemu Tetydą Cesarstwu bynajmniej nie zależało na zrobieniu sobie wroga z potężnego Domu Hazat. Jednak kiedy na Aragonii wybuchła zakazana bomba jądrowa okrzyknięto ten zdradziecki atak działaniem odwetowym i moja rodzina wypowiedziała wojnę Hawkwoodom i siłom cesarskim.

Stare, pochodzące jeszcze ze Świętej Terry przysłowie mówi, że drzewo poznaje się po owocach. Zgniły owoc atomowego ataku na serce naszych włości nie mógł spaść w drzewa Hawkwoodów, choćby z powodu o którym powyżej. Poza tym zdradziecki atak nie jest w ich stylu. Za to doskonale pasuje do splątanego, ociekającego jadem, pokrzywionego krzaka rodu Decados. Od rozpoczęcia tej wojny dom ten robi wszystko by skłócić i poróżnić ze sobą pozostałe królewskie rody. Porwanie lady Penelopy było jedną z prób wciągnięcia do wojny naszego rodu przeciw Hawkwoodom, a nie wierzę że była to próba jedyna. Stawiam połowę moich włości, że za ludobójczym atakiem na Aragonię stoją właśnie oni. Niestety, okazało się że przynajmniej połowa krążących po Znanych Światach żartów na temat inteligencji Hazatów jest prawdą…

Jeszcze dwa miesiące temu przywitałbym wybuch wojny z radością, pałając żądzą zemsty na znienawidzonych Hawkwoodach za uprowadzenie Consuelli przez tego pajaca Cosmasa. Ale zmieniłem się. Po pierwsze poznałem nieco lepiej Hawkwoodów i co prawda z niechęcią, ale muszę przyznać, że myliłem się mierząc ich wszystkich miarą tego szczura. Po drugie i pewnie ważniejsze, uwierzyłem w Misję. Przyjąłem za pewnik wizję przekazaną nam przez Gargulca na lodowej Kresti, wizję rozpadu cesarstwa, pochłonięcia go przez szarość i przekonałem się, że Wszechstwórca istotnie wybrał naszą szóstkę, abyśmy temu przeszkodzili. Wojna między rodami jawi mi się teraz jako kłótnia między małżonkami, gdzie każdy w złości niszczy ulubione sprzęty tego drugiego, zanim oboje spostrzegą, że tracą na tym po równo i nikt nie pozostaje zwycięzcą. Dlatego teraz już nie Hawkwoodowie, ale Decadosi stają się moimi wrogami i przysięgam, że odnajdę prawdziwych sprawców ataku na Aragonię i pomszczę moich ziomków, którzy zginęli w tym ataku po trzykroć !!!

O przystąpieniu Hazatów do wojny po stronie Al-Malików i Decadosów dowiedzieliśmy się trzeciej nocy po powrocie z klasztoru. Alex Montgomery Hawkwood zaiste zachował się nadzwyczaj honorowo i wierząc w nasze zasługi dla Gwyneth nie tylko umożliwił nam bezpieczne opuszczenie planety naszym własnym statkiem, ale sprezentował nam bardzo kosztowny, a przy tym przydatny prezent w uznaniu naszych dokonań. Kiedy bowiem w pośpiechu pakowaliśmy się do odjazdu przed dom Elizy podjechał z cichym szumem planetarny śmigacz, dopasowany do rozmiarów ładowni na „Consuelli” ! Sam Alex zaś na pożegnanie wręczył nam Gwiezdny Klucz na Criticorum !

Dzięki wpływom Alexa nie mieliśmy problemów z odlotem z Gwyneth, choć zapewne w normalnych okolicznościach zostalibyśmy internowani wraz z naszym statkiem. Zastanawiam się teraz, czy uratowanie przez nas Gwyneth przed zagładą szykowaną jej przez leśnego dzikusa była zamiarem Wszechstwórcy, podobnie jak napotkanie prawego i honorowego Hawkwooda, jakim okazał się Alex Montgomery. Chyba tak jest w istocie, w końcu w wizji na Kresti widziałem siebie rzucającego dwa cienie, choć może była to po prostu zapowiedź przyszłości, ale w takim razie czy przyszłość może być sama z siebie ustalona bez udziału Wszechstwórcy ? Żadną miarą, mało nie dopuściłem się herezji, oczywiście że to On sam przygotował dla nas te wyzwania, mało tego – poprowadził nas byśmy im podołali ! Czyż Ortolfus nie otrzymał wskazówek od przypadkiem napotkanych ludzi co do ułożenia owali nad Wrotami, tak by zamknąć dopływ energii kosmicznej mogącej rozsadzić Gwyneth ? A zatem jesteśmy Wybrańcami, którym sam Wszechstwórca wyznaczył drogę przez Znane Światy, aby je ocalić od zagłady ! Jesteśmy niczym Apostołowie Proroka Zebulona, w naszych rękach los całej ludzkości ! Hmm… chyba zmęczenie bierze górę, zaraz zacznę pisać hymn dla samego siebie, lepiej jak pójdę spać, to był w końcu długi dzień.

15.11
Zaprawdę powiadam Wam, Eliza Hawkwood to diablica jakich mało ! Ma dość nudów, też chce przeżywać przygody jak my, zamiast dowodzić w jakichś wojskami, albo co gorsza niańczyć wdowy i sieroty ! Nie minęła doba, odkąd opuściliśmy Gwyneth, a tu otwiera się właz szalupy i wychodzi z niej nie kto inny jak właśnie ona ! Szalona kobieta, ale czyż nie wspaniała ! Moje rozważania o Wszechstwórcy sprawiły, że zabolały mnie plecy od leżenia na łóżku, ale teraz to się zmieni – z Elizą nie można się nudzić ! Ha, ciekawe co kryje się w pozostałych szalupach, może warto by zajrzeć, a nuż znajdziemy tam na przykład brata Ryszarda ?! Jutro opuszczamy przestrzeń Hawkwoodów i przechodzimy przez Wrota, muszę porozmawiać z Elizą jak zamierza funkcjonować na terytorium wroga.

16.11
Złe wieści. Atak jądrowy na Aragonii był wymierzony dokładnie w zamek mego stryja, hrabiego Jose Raul Eduardo de Aragon Hazat. Wszystko w promieniu stu kilometrów zostało obrócone w popiół. Nie spytałem zdradzieckiego Decadosa o kuzynkę Francescę, mógłbym nie wytrzymać i przekląć całe jego wężowe plemię. Zresztą znam odpowiedź, sama Francesca mi jej kiedyś udzieliła. Przysięgam na me nazwisko, że zostanie pomszczona. I stryj Jose także. Dopełnię misji, którą wyznaczył mi Wszechstwórca, a potem dopilnuję, żeby pokój nie został już więcej zagrożony. To zdradzieckie nasienie musi zostać wyplenione ze wszystkich Znanych Światów. I zostanie !

17.11
Spróbuję to wszystko opisać, chociaż mam wrażenie jakbym przebył jakąś strasznie długą drogę od rana, przeszedł przez ogień i po dnie oceanu, przemierzył stulecia by w końcu znaleźć się na tym zapomnianym statku – widmie.

Pamiętam, że Philipine poprosiła mnie do sterówki – ktoś przysłał mi wiadomość. Poprosiłem by obie z Elizą wyszły, wciąż byłem zgaszony po wczorajszej wiadomości o Aragonii, obawiałem się kolejnej złej wieści, nie chciałem żeby mnie obserwowały. Ekran maszyny świecił się, chyba był tam napis o tej informacji dla mnie. Włączyłem odsłuch i z głośnika popłynął głos, który odtąd będę pamiętał właśnie w tej, zniekształconej przez maszynę postaci: „Witam! Tu Cosmas Westerted Hawkwood! Wiem, że byłeś na mej planecie, jednak tchórzu ciągle się przede mną chowałeś. Byłem w stolicy, jednak Cię nie zastałem. Najpierw chowałeś się po krzakach, potem przepadłeś w jakimś miejscu księży. Miałem nadzieję, że przybędziesz jak mężczyzna do mych włości, aby w pojedynku rozstrzygnąć naszą Waśń. Jednak nie… znów uciekłeś! Consuella jest moja, tchórzu! Mi przyrzekła! Nie mogę ścierpieć tej kolejnej Twej zniewagi. Zapłacisz za to! Twoich przyjaciół też nie żałuję. W końcu każdy kto się z Tobą przyjaźni jest takim samym ścierwem jak i Ty. Pozdrowienia od Cosmasa! Przy okazji od Decadosów – nalegali abym to dopowiedział…” tu rozległ się obmierzły rechot i dalej: „Pomyślę czasem o Tobie jak ją będę miał w łożu. Ciesz się ostatnimi oddechami. Żegnaj!” Pełen tryumfu i satysfakcji śmiech tego gada zlał się w jedno z wybuchem, gdzieś z tyłu…

Zabiję go! Wypruję flaki i uduszę go nimi, będę patrzył jak te jego bladoniebieskie oczy wylezą z orbit i upodobni się nareszcie do żaby, oślizłego gada, którym jest w istocie ! Będę go rwał końmi, piekł na rożnie, powieszę go w klatce na murach pośrodku spopielonej siedziby stryja i będę siedział i patrzył jak gnije ! Nie, skądże znowu ! Niech sobie żyje, niech żyje długo i umrze jako starzec w lochu pod moją rezydencją, bez oczu, uszu, dłoni… albo nie, zostawię mu oczy, ale zamknę w ciemności, zostawię uszy, ale niech słyszy dźwięk kapiącej wody, zostawię mu dłonie, niech walczy ze szczurami o pożywienie… tak ! wykopie głęboki loch, może być na Pandemonium, tam nie ma za dużo wody, niech słucha dźwięku kropel i oblizuje spieczone wargi… Czemu tu tak ciemno… chyba siadło zasilanie… I Decadosi ! Wężowe plemię, śmierć Louisa to też na pewno ich robota… zapłacą za to…. zniszczę wszystkie ich planety, nie zostanie kamień na kamieniu… co to – ja latam… bezwładność… nie mamy ciągu ! Philipine, co się dzieje ze statkiem ?!

Wybuch rozerwał jeden silnik i ładownię, drugi silnik uszkodzony. Inżynier Olaf wyssany w przestrzeń przeleciał obok okien sterówki, już martwy. Philipine odłączyła wszystkie zbędne systemy, żeby utrzymać moc ocalałego silnika na jak najwyższym poziomie. Poza Olafem nikt nie zginął, byłem ostatni, który ubrał skafander. Martin i Philipine ocenili stan „Consuelli”. Nie dolecimy na Criticorum, ani nawet do znacznie bliższej bazy Przewoźników. Jak to ? Mielibyśmy zginąć przez tego gada ?! To niemożliwe, Wszechstwórca wybrał nas przecież, wyznaczył misję… Jedna bomba nie wybuchła, była połączona kablem z tą pierwszą, ale kabel pękł w środku – rzecz niespotykana. Widzicie ! On nie pozwoli nam zginąć, wybrał nas i wszystko co nas spotyka ma swój ukryty cel ! Skoro w naszym zasięgu jest tylko ta skalista planeta bez atmosfery to widać wolą Wszechstwórcy jest byśmy tam polecieli. Philipine – kurs na Bhutę !

Lądowanie było twarde, ale Philipine udało się ocalić statek przed rozpadnięciem się na kawałki. Wygramoliliśmy się na zewnątrz i naszym oczom ukazał się pejzaż skalistej pustyni, ciągnącej się aż po horyzont. Brak atmosfery, kosmiczne zimno, grawitacja mała, tak że ważyliśmy ledwo czwartą część tego co zwykle. Philipine czujnikami statku omiotła otoczenie ale nie znalazła nic, żadnej bazy, żadnego ruchu, żadnej żywej istoty. Ale jednak coś tu musiało być – co dziesięć minut w naszych słuchawkach rozlegał się trzask zakłóceń, jakby coś przerywało, albo zwierało, chyba. Martin, usiadłszy na skale, zanurzył się w medytacji, a my kręciliśmy się bez celu wokół poharatanego statku, nie wiedząc co robić. Po dłuższej chwili nasz inżynier wstał i grobowym głosem oświadczył, że na całej planecie nie ma żadnego technicznego urządzenia, żadnej szansy by zdobyć części potrzebne do jako-takiego połatania statku, byśmy mogli dolecieć do bazy Przewoźników na Ellyon. Ale udało mu się namierzyć skąd dobiegają zakłócenia, które co dziesięć minut słyszeliśmy w słuchawkach. Nie mając tedy żadnego wyboru ruszyliśmy ku temu miejscu, skacząc jak versyńskie kangury przy każdym kroku.

Namiary Martina doprowadziły nas po trzech i pół godzinach marszu do głębokiego kanionu, na dnie którego znaleźliśmy nareszcie źródło zakłóceń. Zaryty w skale planety jakby po awaryjnym lądowaniu tkwił tu wielki regularny czworościan, zrobiony z półprzezroczystego, czarnego kryształu. Wokół na skale leżało wiele mniejszych i większych podobnych czworościanów, ale kiedy Ortolfus próbował wziąć jeden do ręki, kryształek przywarł do rękawicy skafandra niczym pijawka i dopiero nożem udało się go oddzielić. Kiedy tak przyglądaliśmy się owemu dziwnemu tworowi, zastanawiając się głośno, czy to aby nie dziwaczna, obca forma życia, w słuchawkach rozległ się głośny szum znajomego zakłócenia, który przywiódł nas do tego miejsca. Równocześnie wnętrze wielkiego czworościanu rozjarzyło się dziwnym blaskiem, który wypłynął przez dziury w kryształowej powierzchni i na moment nas oślepił. Kiedy na powrót odzyskaliśmy wzrok, zauważyliśmy że w środku czworościanu stoi uwięziony statek kosmiczny !

Podziurawione i pogięte tu i ówdzie burty wskazywały, że statek uległ katastrofie, być może podobnie jak „Consuella” był zmuszony lądować na tej niegościnnej planecie. Ale wszystkie dziury w kadłubie zostały szczelnie zaklejone czarnym kryształem, w podobny sposób zamknięta była także śluza. Weszliśmy do czworościanu przez dziury i próbowaliśmy wydłubać kryształ zasklepiający otwory w kadłubie nieznanego statku, ale na próżno – nieznany, być może żywy minerał opierał się wszelkim naszym wysiłkom.

Tymczasem Philipine, obejrzawszy nieznany statek, orzekła że najprawdopodobniej pochodzi on z czasów Diaspory, jeszcze sprzed II Republiki ! A zatem mieliśmy przed sobą prastary wytwór zapomnianej już myśli technicznej, nie tak doskonały jak nasza „Consuella”, ale przecie do niej pod wieloma względami zbliżony. Philipine uznała, że na jego pokładzie znajdziemy prawdopodobnie części których potrzebujemy, by połatać nasz statek i dolecieć nim do zbawczego Ellyon. Pozostało tylko dostać się do środka, ale czarny kryształ szczelnie zamykał wszystkie możliwe wejścia.

Gdy tak rozmyślaliśmy w jaki sposób dostać się do wnętrza statku, czworościan rozbłysnął znów jasnym blaskiem i statek zniknął ! Odczekaliśmy dziesięć minut i po kolejnym błysku znów się pojawił ! Ortolfus wpadł na jakiś pomysł i położył monetę we wnętrzu czworościanu. Błysk, statek zniknął, moneta pozostała. Przyszło nam do głowy, że może gdyby położyć monetę w takim miejscu, które po pojawieniu się statku znajdzie się w jego wnętrzu, udałoby się jej przeniknąć do środka ? A gdyby się tak stało, być może my także moglibyśmy skorzystać z tej drogi ?! Philipine określiła miejsce, gdzie będzie ładownia statku po jego pojawieniu się, ułożyliśmy tam stosik z kamieni i na jego szczycie położyliśmy cesarskiego feniksa. Błysk, statek powrócił ze swej podróży. Stosik rozsypał się, ale monety w nim nie znaleźliśmy. A zatem pora na nas !

Każdy z nas zbudował sobie w pośpiechu stosik kamieni i na tych stosikach przycupnęliśmy, niczym mewy na nadbrzeżnych skałach, czekające na przypływ. W mojej głowie kłębiły się obawy, więc dodawałem sobie otuchy przypominając sobie wszystkie dotychczasowe cudowne ocalenia – na Kresti, na Gwyneth, w końcu niedawne w przestrzeni kosmicznej, gdy druga bomba nie wybuchła z powodu pękniętego przewodu, co zdarza się w jednym przypadku na milion. Wszechstwórca wybrał nas do wielkiego dzieła, to tylko kolejna próba, z której z pewnością wyjdziemy zwycięsko !

Ledwo to pomyślałem rozległ się błysk, trzaski w słuchawkach na moment mnie ogłuszyły, a gdy odzyskałem zdolność widzenia i słyszenia siedziałem wraz z resztą przyjaciół w ładowni statku sprzed kilku tysięcy lat. Pod moimi stopami błyszczał cesarski feniks, nasz pilot-oblatywacz.

Nieśmiało ruszyliśmy na obchód prehistorycznego statku. Najpierw skierowaliśmy się do maszynowni, by poszukać cewki jakiegoś Dubasa, oraz łącza mocy, czymkolwiek by nie było. Martin i Phlipine zaczęli szperać po pokrytych kurzem i czarnym kryształem skrzynkach, rurach i całym tym bałaganie, który wypełnia zwykle rufową część statku kosmicznego. W tym czasie reszta przyglądała się otoczeniu. Czarny kryształ pokrywał fragmenty ścian i podłóg, widać było niewielkie zniszczenia, jakieś fragmenty części walały się tu i ówdzie. W jednej z dużych kajut znaleźliśmy czterdzieści szklanych jakby
trumien, a w nich trzydzieści dwa ciała, podczas gdy trzy inne walały się w korytarzu nieopodal. Philipine powiedziała, że te trumny to hibernatory, w których niegdyś pokonywano długie podróże międzygwiezdne, zanim odkryto Gwiezdne Wrota. Ciała zamrażane w nich i odmrażane po przylocie na miejsce, pozostawały ciągle żywe i nie starzały się, mimo upływu długich lat. Co prawda trzydzieści dwa truchła z pewnością już nie żyły, ale osiem owych hibernatorów było pustych. Zakładając, że trzy ciała które znaleźliśmy niedaleko spoczywały niegdyś w trzech z nich, pozostawało jeszcze pięciu antycznych kosmonautów, których śladów nie znaleźliśmy. Zapewne po prostu ich ciała spoczywały w dziobowej części statku, której jak dotąd nie zwiedziliśmy.

Tymczasem statek w jasnym rozbłysku odleciał z Bhuty i teraz unosiliśmy się w przestrzeni kosmicznej, wśród nieznanych gwiazd. Zauważyliśmy, że część kryształu znikła z pancerza naszego więzienia i że śluzę można otworzyć i wyjść na zewnątrz. Kryształ, który na planecie zalepiał kadłub także i w tym miejscu, najwidoczniej pozostał na Bhucie. Zanim jednak skończyliśmy poszukiwania cewki Dubasa i łącza mocy, minęło dziesięć minut i znów znaleźliśmy się we wnętrzu kryształowego czworościanu.

W końcu szukający w maszynowni znaleźli obydwie części, potrzebne do naprawy „Consuelli” ! A więc mieliśmy szansę odlotu, pozostało jedynie wydostać się z tego muzeum i pokonać odległość dwudziestu kilometrów dzielących nas od naszego statku. Czasu mieliśmy mało, bo powietrza w skafandrach nieustannie ubywało i jeśli zwlekalibyśmy zbyt długo mogło go nie wystarczyć na drogę powrotną. Eliza zaczęła z lekka panikować, a Don Benito uspokoił oddech, oszczędzając cenne powietrze.

Mając na uwadze skąpość powietrza postanowiliśmy nie zwiedzać statku, ale czym prędzej znaleźć drogę na zewnątrz. Statek znowu wyruszył w swą międzygwiezdną podróż, ale według Philipine była to zupełnie inna, a przy tym znów zupełnie nam nieznana, część kosmosu. Przyszły nam do głowy dwa wyjścia z sytuacji. Ibn Agar proponował wyjść na zewnątrz póki znajdowaliśmy się w przestrzeni kosmicznej i przycupnąwszy na pancerzu czekać aż statek powróci na Bhutę. Martin jednak sprzeciwił się stanowczo, twierdząc że zostalibyśmy zmiażdżeni i jedynym wyjściem jest przebicie się przez którąś zasklepioną kryształem dziurę w kadłubie. Zaczął przy tym wywodzić uczenie o możliwych strukturach krystalicznych, wyliczając cechy tych struktur i wyglądało, że zanim skończy po powietrzu w naszych skafandrach zostanie ledwo wspomnienie.

Postanowiłem sprawdzić obydwie możliwości. Wyszedłem na pancerz statku przez śluzę z liną, którą przewiązałem cały statek niby pasem, po czym wróciłem do wnętrza zanim upłynęło dziesięć minut, po których mieliśmy powrócić znów na planetę. Zauważyłem, że Martin może mieć niestety rację, bo pancerz był z zewnątrz gładki niczym szkło, rzecz niespotykana i dająca wiele do myślenia. Tymczasem pozostali zebrali się w jednym z przejść na rufie i zaczęli próby rozbicia kryształu, blokującego jedną z dziur na zewnątrz. Don Benito pożyczonym od Ortolfusa nożem z ceramstali próbował dokonać wyłomu w twardej krystalicznej plombie, a pozostali przytrzymywali go, rozpychając się między ścianami, gdyż brak ciążenia uniemożliwiał rycerzowi zaparcie się o cokolwiek.

Don Benito uderzył właśnie po raz kolejny i słaby wstrząs przebiegł przez pancerz statku, ale kiedy zanikł, inny, równie słaby odpowiedział mu z niezbadanej dotąd, dziobowej części statku. Trzymałem się uchwytów w suficie i ścianach, zmierzając ku grupie przyjaciół, kiedy znów pojedynczy wstrząs, ale już chyba nieco silniejszy przebiegł mi pod palcami. Wyglądało to jakby ktoś lub coś uderzało w pancerz statku, zbliżając się do nas.

W tym momencie skończyło się dziesięć minut podróży międzygwiezdnej i powróciło ciążenie. Spadłem na podłogę i w chwilę później poczułem, jak ta drży pod ciężarem kroków. Nasze ciała ważyły na Bhucie jakąś czwartą część tego co zwykle i nie było mowy by stalowa podłoga miała uginać się pod naszym ciężarem. To coś, co szło ku nam od strony sterówki, musiało być dużo, dużo cięższe. Obróciłem się w kierunku, z którego miało nadejść nieznane niebezpieczeństwo i wycelowałem obydwa wzmocnione przez Martina pistolety laserowe w ciemny korytarz. Kroki zbliżały się, teraz drżenie podłogi przenosiło się już na całe moje ciało, tak że musiałem rozluźnić chwyt na kolbach, by lufy pistoletów pozostały nieruchome.

W końcu potwór ukazał się ! Ludzki szkielet zamknięty w półprzezroczystym ciele z czarnego kryształu kroczył ku nam po jęczącej pod jego ciężarem podłodze. Wystrzeliłem z obu pistoletów, obydwa promienie weszły w kryształowe cielsko i rozpłynęły się po drugiej stronie, słabe niczym światło latarki we mgle. W odpowiedzi na mój atak przez ciało potwora przeszły iskry wyładowania i z jego niby-ręki wystrzeliła ku mnie błyskawica. Uskoczyłem, ale promień dosięgnął mnie i przepalił. Zabolało straszliwie, Martin z włączoną tarczą energetyczną wyszedł przede mnie, aby mnie zasłonić, Ortolfus i Philipine próbowali zaś pod ścianami obiec monstrum. Kuzynce się udało, ale prostaczek boży został schwytany przez pokrywający ścianę kryształ, nagle ożywiony wolą potwora. Don Benito włączył się do walki, strzelając z pistoletu, ale pocisk odłupał ledwo małą drzazgę z ramienia stwora.

Pomyślałem, że nie pokonamy go w normalnej walce i szukając rozwiązania wzrok mój padł na stalowy łańcuch, wystający zza rogu korytarza. Wybiegłem zza Martina i rzuciłem się po tenże łańcuch, mając nadzieję za jego pomocą wraz z przyjaciółmi wyciągnąć kryształowe monstrum do śluzy i wyrzucić w przestrzeń, gdy statek znów wystartuje w kosmos. Jednak potknąłem się, chyba o ten cholerny żywy kryształ i runąłem u stóp bestii. Don Benito i Eliza wciąż strzelali i wciąż z mizernym skutkiem, Phuilipine zaś widząc co się dzieje pobiegła korytarzem ku dziobowi, poszukać skafandra dla walczącego z obłażącymi go kryształami Ortolfusa.

Widząc że leżę, Eliza porzuciła strzelbę i skoczyła ku potworowi z obnażoną kataną. Stalowe ostrze błysnęło i – o dziwo – wyrwało kawał kryształu z ramienia stwora. A więc jednak coś się go ima ! Porzuciłem koncepcję walki łańcuchem, za dziesięć minut mogło nas już tu nie być, błyskawice wciąż padały, a ponadto potwór ciężkim kryształowym ramieniem mógł gruchotać nasze kości jak zapałki. Do tego Martina zaczęła dosłownie obrastać podłoga, kryształy wpełzły już niemal do wysokości jego kolan ! Chwyciłem za rapier i zobaczyłem jak Don Benito dobywa swego ciężkiego dwuręczniaka.

Dopadliśmy do potwora, ale rycerz potknął się i upadł dokładnie w tym miejscu w którym ja leżałem jeszcze przed chwilą, mnie zaś potężna kryształowa łapa zmusiła do gwałtownego nurkowania. Ciąłem jednak w nogę potwora i wyrąbałem potężny kawał kryształu, po chwili Don Benito, wciąż leżąc, uderzył w tę samą nogę i odrąbał ją od reszty. Ciężkie monstrum gruchnęło o podłogę, wstrząs rozszedł się po całym statku aż do sterówki, gdzie tymczasem Philipine znalazła nieuszkodzone skafandry i całkiem sprawną butlę z tlenem. Eliza uniosła swoją błyszczącą katanę i cięła potężnie, rozwalając kryształowego potwora na tysiące kawałków !

Czaszka szkieletu wytoczyła się spośród szczątków i rozwarła szczęki, jakby usiłując coś powiedzieć, po czym znieruchomiała. Wszystkie kryształy, tak te więżące Martina i Ortolfusa, jak i pokrywające ściany i podłogi zmatowiały i pojawiły się na nich drobne rysy. Don Benito, nie tracąc czasu chwycił znów Ortolfusowy nóż z ceramstali i uderzywszy raz w zasklepiający wyjście kryształ wybił w nim dziurę, przez którą pośpiesznie opuściliśmy kosmicznego „Latającego Holendra”.

Jeszcze trochę emocji mieliśmy z pozbyciem się porastających Martina i Ortolfusa kryształków, jeszcze musieliśmy przebyć dwadzieścia kilometrów dzielące nas od „Consuelli”, śledząc wciąż malejące wskaźniki tlenu w naszych skafandrach, jeszcze Martin i Philipine mozolili się z zamontowaniem cewki Dubasa i łącza mocy, ale w końcu rozsiedliśmy się w kapsułach ratunkowych, by wykorzystać zgromadzony w nich tlen, a nasz statek oderwał się od skalistej powierzchni Bhuty i pomknął w otchłań kosmosu, ku zbawiennego Ellyon.

Siedzimy w naszej kapsule z Elizą i Martinem, rozmawiając z resztą przez komunikatory o dalszych planach. Teraz, kiedy niebezpieczeństwo minęło nieco mi żal, że nie wzięliśmy z tajemniczego statku dziennika podróży i nie dowiedzieliśmy się skąd był i dokąd leciał, jakie wyroki losu rzuciły go na niegościnną planetę, w pułapkę z czarnego kryształu. Ale może kiedyś, już w pełni sprawnym statkiem powrócimy na Bhutę i wyjaśnimy tą zagadkę. Póki co, wyroki Wszechstwórcy prowadzą nas na Elloyn, a stamtąd na Criticorum, pierwszą z planet Al-Malików.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.