Gasnące Słońca – sesja IV

30.09
Drogi stryj Jose zajął się wszystkim, zawiadamiając kogo trzeba i udzielając nam azylu w swej posiadłości po tym jak zabiliśmy barona Rolasa i upiornego Antonio Zaragozę, uwalniając okolicę od jego złowrogiego cienia. Przybyli Inkwizytorzy znaleźli w zamku Frascoa – siedzibie rodu Rolas – szczątki przodków i inne ślady herezji Mandża, co ostatecznie wyjaśniło sytuację i oczyściło nas z wszelkich podejrzeń.

2.10
Wysłannicy z Criticorum wrócili z wieściami. Statek Louisa został zniszczony tuż po wykonaniu lądowania wskutek eksplozji na stojącym nieopodal statku Al-Malików. Wybuch zabił około stu osób, w tym oczywiście całą załogę statku Al-Malików, a dalszych trzysta zostało ranne. Poprzysiągłem pomścić Louisa, kiedy tylko dowiem się kto jest winny jego śmierci. A dowiem się tego gdy poznam tajemnicę spowijającą zapieczętowanie Wrót na Byzantium Secundus. Zaś droga do poznania tej tajemnicy prowadzi przez Delfy, gdzie mieszka książna Leda, matka Wiliama Redorana Hawkwooda, Promienia Poranka, jednego z najbardziej zaufanych ludzi cesarza. To z jego statku wysłano kod pieczętowania Wrót.

5.10
Jutro wyruszamy w drogę na Delfy ! Stryj odbył z nami długą rozmowę na temat bieżącej sytuacji, księżnej Ledy i naszej misji. Na Madoc dotarł monstrualny statek Vau i od tygodnia komunikuje się z Wrotami, być może próbując dowiedzieć się co się stało z Wrotami na Byzantium Secundus, a może nawet ponownie je otworzyć ? Królewskie rody są bliskie skoczenia sobie do gardeł, wszystkie siły postawiono w stan gotowości. Wojna wisi na włosku, ale stryj sądzi że jej wybuch byłby nie na rękę naszemu domowi, uwikłanemu w wojnę z Kalifatem Kurga, a może nawet groziłby zagładą całych Znanych Światów. Okazało się też że stryj zna raport markiza Pedro Alcala Justusa na temat naszej podróży na Kresti. Zadumał się nad znaczeniem naszej wizji, której tam doznaliśmy. Wspomniał coś o innym Proroku, żyjącym przed Zebulonem i chodzącym po morzu… czyżby miał na myśli mitycznego Chrystusa ? Na pożegnanie sowicie nas obdarował i wręczył Gwiezdne Klucze do wszystkich Wrót przez które będziemy musieli przelecieć w drodze na Delfy. Obiecałem unikać konfliktów z Hawkwoodami, póki będziemy na ich ziemiach, co zresztą nie przyszło mi trudno, przysięgałem przecież dowiedzieć się co kierowało Wiliamem, a jego matka jest jedynym tropem którym mogę pójść. Stryj nie musi się więc obawiać, nie wywołam wojny, choć przyznam, że przywitałbym jej wybuch z dziką radością, niezależnie od wszystkich kłopotów które w opinii stryja by spowodowała.

18.10
Po dwóch dniach oczekiwania na orbicie Delf otrzymaliśmy nareszcie zezwolenie na lądowanie. Bojaźliwi Hawkwoodowie oczywiście nie zezwolili na dolot bezpośrednio do ziem księżnej Ledy, tylko kazali nam lecieć do portu kosmicznego na kontynencie Większe Virigo, w okręgu Kago. Po urokach Aragonii to miejsce wydaje mi się odpychające – zimna, niegościnna planeta muskana zaledwie chorowitymi promykami pomarańczowego, skurczonego słońca, w połowie pokryta lodem, jedynie w równikowej części zazieleniona lasami. Okręg Kago to jakby gigantyczne, brudne miasto pocięte siecią betonowych szos, największą w Znanych Światach, zasłonięte niemal dymami z kominów i zamieszkałe przez rzesze robotników, gnieżdżących się w domach wybudowanych na wbitych w stoki stromych gór metalowych kratownicach. Po wylądowaniu będziemy musieli zostawić tu „Consuellę” i wynająć jakiegoś mechanicznego ptaka, który zawiezie nas na Fryzję, kontynent którym włada księżna Leda.

19.10
Fryzja przypomina mi Kresti, ale pałac księżnej obsypany śniegiem i skuty wiecznym lodem ma w sobie coś bajkowego, choć cały ten zbytek i przepych musi być na dłuższą metę męczący. Sama księżna jest dokładnie taka, jaką ją nam opisał stryj Jose: niewysoka, pełna werwy i życia kobieta, która lubuje się w męskich rozrywkach. Na jutro zaproszeni zostaliśmy na polowanie na Czerwia Lodowego, tutejszą rozrywkę możnych, plebejom bowiem nie wolno na niego polować. Dla nas będzie to także okazja do zyskania uznania i sympatii księżnej, która wyraźnie dała nam do zrozumienia, że niechętnie mówi o swym synu z obcymi.

Myślę też, że każdy mężczyzna da z siebie wszystko, by zyskać przychylność innej damy, która będzie obecna na jutrzejszym polowaniu – lady Penelopy. Jej złote loki spływające na plecy miękką kaskadą, ciemnobłękitne oczy, w których niebo widać nawet wśród ciemnej nocy i figura, na widok której dzieła mistrzów dłuta kruszą się same ze wstydu działają na mnie i jak sądzę na innych również niczym zapach jelenia na myśliwskie ogary. Don Benito padłszy przed nią na kolano zostałby tak zapewne do jutra, gdybyśmy nie powlekli go pod ramiona do stołu. Ja zaś zrobiłem z siebie durnia podczas kolacji, zyskując sobie z całą pewnością miano pustego pyszałka i przynosząc wstyd całej mojej rodzinie, który będę musiał jutro zmazać, choćby za cenę krwi.

20.10
To był długi dzień. Siedzimy w celach, aresztowani niczym pospolici bandyci, doprowadzeni do więzienia pod lufami czołgów i chyba ze setki żołnierzy. Wściekłość i żądza krwi uszły już ze mnie i zastąpiła je melancholia. Jak niewiele trzeba by zamienić honorowego, dumnego szlachcica w pospolitego przestępcę, porywacza i mordercę. Polowanie było udane, powaliliśmy wielkiego Czerwia, zyskując uznanie księżnej i zachowując życie, ale w czasie gdy my polowaliśmy, jakiś łotr porwał mechanicznego ptaka z lady Penelopą. Podobno żołnierze księżnej znaleźli zastrzelonego żołnierza Hazatów, ślizgacze porzucone przez porywaczy też były nasze i to nasz ród został obarczony winą za to porwanie. Jej książęca mość od razu powzięła postanowienie, że to my jesteśmy winni porwania. Czy dlatego, że należymy do domu Hazat, którego tatuaż i wyposażenie miał znaleziony trup ? Cóż za głupota !!! Nawet jeśli to istotnie jakiś Hazat, który jakimś cudem przemycił akurat oznaczone ślizgacze i broń na Hawkwoodzką, dobrze przecież strzeżoną planetę, dając tym zresztą dowód bezdennej głupoty i całkowitego braku Honoru, czy moglibyśmy mieć z nim coś wspólnego ?

Gdybyż jeszcze księżna zażądała od nas złożenia broni i oddania się do jej dyspozycji w związku ze sprawą ! Przedstawiłem się przecież z imienia i nazwiska, jak można było potraktować mnie jak pospolitego rzezimieszka, którego trzeba zakuć w kajdany, żeby nie umknął przy pierwszej sposobności !!! Czy wśród Hawkwoodów nie słyszano o słowie honoru, o pójściu na parol ?!? Gdybyż to byli Decadosi, znani ze swej nikczemnej natury, ale Hawkwoodowie chełpią się przecież swymi obyczajami i darzyłem ich dotąd szacunkiem mimo całej niechęci, której przyczyną był, jak to teraz widzę, głównie wszawy Cosmas. Teraz jednak mam dla nich tylko pogardę. Napuszeni, kłamliwi durnie.

Jutro przyjadą Avestianie dochodzić prawdy, ale nie łudzę się, że znajdą prawdziwego porywacza. Raczej zmuszą do zeznań któregoś z moich mniej odpornych towarzyszy, może Ortolfusa, lub Martina. Potrzebują kozła ofiarnego, bo jak słyszałem ptak unoszący lady Penelopę rozbił się i utonął w lodowatym morzu. Jedynym pocieszeniem jest, że teraz zapewne nasz dom w ten czy inny sposób zostanie wciągnięty w wojnę, a mając wsparcie w Al-Malikach z pewnością rozniesie nędznych Hawkwoodów w perzynę. Zostaniemy pomszczeni, szkoda tylko że tego nie doczekam. Ale zabawna rzecz – medyk przybyły do Don Benita patrzył na nas z takim przerażeniem, jakbyśmy i jego mieli zaraz uprowadzić i utopić gdzieś w morzu…

21.10
Ha ! Fortuna kołem się toczy, wczorajsi przestępcy, dziś zbieramy laury należne bohaterom ! Wszystko to zasługa Roberta Lee, ochroniarza lady Penelopy. Kiedy wczoraj w nocy przyszedł pod drzwi naszych cel, pomyślałem najpierw, że to prowokacja. Oferował nam szansę wyrwania się z pułapki i zaproponował wspólne poszukiwania swej zaginionej podopiecznej. Zaginionej, bowiem nie wierzył by mechaniczny ptak istotnie runął do morza wraz ze swym cennym ładunkiem. Zdaniem Roberta porywacze wraz z lady wyskoczyli gdzieś po drodze na spadochronach i zaszyli się w jakiejś kryjówce, prawdopodobnie w którejś z opuszczonych baz z czasów Drugiej Republiki. Ochroniarz podjął ryzyko wyciągnięcia nas z więzienia, bo słusznie sądził że padliśmy ofiarą prowokacji mającej na celu skłócenie ze sobą Królewskich Rodów i wywołanie wojny między Hazatami i Hawkwoodami. A do tej wojny nie chciał dopuścić. Teraz kiedy wiem już kim jest naprawdę, rozumiem dlaczego.

Przed wyjściem napisałem krótki list z wyjaśnieniem do księżnej Ledy. Co prawda potraktowała mnie jak opryszka, więc mógłbym po prostu uciec jak opryszek, ale Honor nie pozwolił mi na to. Prowadzeni przez Roberta i ogłuszywszy po drodze stojących nam na drodze strażników porwaliśmy dwa śnieżne ślizgacze i pomknęliśmy w ciemną noc po śnieżnej pustyni. Ruszyła za nami pogoń, ale udało nam się ich zgubić, choć słyszałem że Ortolfus i Martin wypadli z prowadzonego przez kuzynkę Philipine ślizgacza i uratował ich tylko szybki refleks Ibn-agara. Pierwsza baza okazała się być opuszczona, ale kiedy podkradaliśmy się do następnej nasz inżynier Martin wykrył działającą kamerę. A więc Robert miał rację ! Byli tu !

Nie znam się na technice, dzięki czemu łatwiej mi opierać się grzesznemu uwielbieniu jakim darzą ją przeróżni inżynierowie, ale muszę przyznać że bywa użyteczna. Martin potrafił wykryć tą kamerę, chociaż nie dało się jej zobaczyć, nawet przez dziwną lornetkę do patrzenia w nocy, którą miał Robert. Ochroniarz lady Penelopy miał nas jednak zadziwić jeszcze wiele razy tej nocy.

Tymczasem jednak obeszliśmy od tylu przykryty kopułą bunkier w którym skryli się porywacze i opracowaliśmy plan ataku, choć właściwie tylko przystaliśmy na plan Roberta. Martin zaproponował, że uszkodzi kamerę, a potem wszyscy mieliśmy wejść do środka, jednak bez Roberta, który postanowił wślizgnąć się do środka przez kanał wentylacyjny. Kanał był na pierwszy rzut oka za mały dla człowieka, ale na naszych oczach komandos zaczął się zmniejszać, tak że w końcu był wielkości dziecka. Czary ! Kiedy już zniknął w ciemnym wylocie kanału przystąpiliśmy do dzieła. Martin wyłączył kamerę, ale zauważył że wejście chroni bomba podłączona do jakichś laserów. Postanowił ją rozbroić.

Siła wybuchu odrzuciła Martina daleko w śnieg, ale na szczęście jego tarcza energetyczna zadziałała i po chwili pozbierał się i wbiegł za nami do środka. Za osmalonym wejściem były ciężkie żelazne drzwi, ale Ortolfus poradził sobie z nimi w pół sekundy. Wbiegliśmy dalej i oczom naszym ukazała się scena chaotycznej walki. W oddalonym prawym rogu pomieszczenia stała wtulona w kąt lady Penelopa, a obok niej detonator i jakieś ciało. Zasłaniając damę, już normalnych rozmiarów Robert, walczył z dwoma uzbrojonymi w miecze postaciami w syntjedwabiach. Pod lewą ścianą zbierali się z posłań trzej porywacze, koło nich leżały miecze i karabiny laserowe. Ostatni wróg stał na środku izby z karabinem laserowym w ręce, ale na nasz widok jego twarz stężała w wyrazie skupienie woli. Taki wyraz widywałem już na ur-ukarskiej twarzy Ibn-Agara, kiedy czynił swoje czary !

Pierwsi do pomieszczenia wpadli Ortolfus i Ibn-Agar. Ortolfus wycelował karabin we wrogiego czarownika, ale nagle jak kurek na dachu gdy wiatr się zmieni, obrócił się na pięcie i wymierzył lufę w pierś Ur-ukara ! Jednak zamiast strzału rozległ się tylko jękliwy zgrzyt ! Broń się zepsuła ! Teraz Don Benito dobiegł do czarownika i zamierzył się mieczem na jego tarczę, ale zaplątany w futro źle wymierzył i wróg zdołał uskoczyć. Ja podbiegłem do lewej ściany i zaatakowałem świeżo obudzonych porywaczy, zaś za mną Martin i Philipine stojąc w drzwiach zaczęli strzelać.

Zobaczyłem jak człowiek na którego natarłem, a wraz z nim dwaj inni i wrogi czarownik zwijają się nagle z bólu i poznałem moc Ibn-Agara. Ale i ja poczułem jak jakaś siła próbuje wtargnąć do mej głowy i zrozumiałem, że wrogi czarownik wymierzył teraz we mnie, a jak się potem okazało też w Don Benita. Ale demoniczne moce zawiodły go i nasze miecze spadły tam gdzie miały spaść. Jego energetyczna tarcza eksplodowała fontanną iskier i zgasła, zaś mój przeciwnik zwalił się pod ścianę i niemal w tym samym momencie dosięgła go błyskawica Martina, podobnie jak dwóch innych. Robert, rozbiwszy tarczę energetyczną jednego z walczących z nim ludzi uderzył teraz pięścią w jego twarz z nieludzką siła, miażdżąc czaszkę jak papierowy lampion. Miecze Don Benita i Ibn-Agara spadły raz jeszcze powalając ostatecznie wrogiego czarownika, ale dalszą rzeź powstrzymało wezwanie Don Benita do poddania się. Wszyscy trzej ocalali porywacze rzucili broń i poprosili pardonu.

Powróciliśmy do pałacu księżnej z ocaloną lady Penelopą i skrępowanymi porywaczami w glorii i chwale. Natychmiast nas przeproszono, ale jak zapowiadałem wcześniej nie odpuszczę zniewagi i kiedy sprawa zostanie ostatecznie wyjaśniona przez Avestian, którzy już się zjawili, księżna da mi satysfakcję. Tymczasem zwrócono nam z honorami nasze rzeczy osobiste i zaproszono na ucztę.

22.10
Porywacze szybko wyznali swe winy Inkwizytorom. Byli Kajdaniarzami, wynajętymi przez Decadosów. Jeden z nich zapragnął lady Penelopy, uważając widać że skoro cesarz został odcięty na Byzantium Secundus, uprowadzenie jego narzeczonej ujdzie mu na sucho ! No tak, teraz stało się jasne, że Robert Lee to nie zwykły ochroniarz, ale jeden z owianych sławą komandosów cesarstwa, członek Cesarskiego Oka. Nasze przybycie stworzyło Decadosom okazję do upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu i wywołania wojny między Hazatami i Hawkwoodami, co omal im się nie udało. Ale kto sieje wiatr, zbiera burzę, mam nadzieję, że zdążę na końcówkę pogromu Decadosów, który z pewnością zgotują im pozostałe rody. Teraz jednak droga moja i moich przyjaciół wiedzie na Gwyneth, mam nadzieję wyruszyć niezwłocznie po jutrzejszym pojedynku z księżną.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.