Gasnące Słońca – sesja III

Zrezygnowałem z pisania listów do siostry, kiedy odkryłem, że zamiast z niecierpliwością na nie oczekiwać pojechała z tym obmierzłym Hawkwoodem na Gwyneth !!! Więc teraz szybko, zwięźle i po żołniersku !

8.09
Wyruszamy z markizem Pedro Alcala Justusem na Aragonię ! Za jego radą zażądałem, by wszyscy pozostali „misjonarze” złożyli przysięgę na wierność mnie, lub domowi Hazat, lub przynajmniej przysięgę milczenia o sprawach naszej rodziny. Przysięgli i teraz nie będą mogli rozpowiadać jak piękne są nasze kobiety, jak szybkie konie i jak warowne zamki, bo nie sądzę, żeby dowiedzieli się więcej :)

18.09
Niech to wszyscy diabli !!! Ten szczur odpowie mi za to !!! Jak śmiał przylecieć na Aragonię i prosić mojego ojca o rękę Consuelli !!! A mój dostojny rodzic !?! Jak mógł zgodzić się, by ona wyruszyła z tym tchórzem na Gwyneth !!! I to teraz, gdy ma wybuchnąć wojna z Hawkwoodami ! Chyba rozum postradał ! Nie jadę do rodzinnej posiadłości, ani chybi zostałbym ojcobójcą !
Ale po kolei: lądowanie, powitanie, prezentacja i takie tam, wszystko jak zwykle dobrze. Markiz Pedro wyruszył do swojej posiadłości, a ja z „moją kohortą” do posiadłości hrabiego Jose Raul Eduardo de Aragon Hazat, mego stryja. Stryj Jose trzyma się nadzwyczaj dobrze, przyjął mnie z radością, ale niestety zepsułem nastrój, kiedy dowiedziałem się o Consuelii i tym tchórzliwym, podstępnym bawidamku !!! Ominęła mnie prawie cała uroczystość powitalna, mało konia nie zajeździłem goniąc po polach i dopiero po południu, kiedy ma rozognione głowa nieco wystygła, zjechałem na zamek.

Stryj jest ostrożny i przezorny jak zwykle, niestety ! Woli czekać na rozwój wypadków niż uderzać na Hawkwoodów, chociaż flota jest już prawie gotowa i wielu dowódców rwie się do walki ! Li-Halanowie też szykują się do ataku na Hawkwoodów, należy się z nimi sprzymierzyć ! Co prawda hrabina Lucynda Dulcymea Hazat ze Stygmatu nawołuje do pokoju, ale chyba to pozycja głównodowodzącego cesarskiej floty oddaliła ją od rodziny. Zresztą większość Hazatów nie słucha jej głosu.

Stryj przedstawił nam swoją bratanicę Francescę. Piękna i ognista młoda dama, od razu widać że to krew Hazatów ! Przebywa tu na wakacjach, jest bardzo ciekawa świata i żądna przygód. Przysiągłem, że będę się nią opiekował, żeby nie wpadła w jakieś tarapaty, albo nie zrobiła głupstwa. Na przykład wychodząc za mąż za Hawkwooda !

Nasze wieści o zapieczętowaniu Wrót na Byzantium Secundus rzeczywiście są bardzo ważne i muszą pozostać tajemnicą dla całej reszty Znanych Światów, póki nie nadejdzie sposobna chwila by je wykorzystać. Stryj Jose z właściwym sobie entuzjazmem badacza obiecał wszelką pomoc w zbadaniu korzeni Wiliama Redorana Hawkwooda, dowódcy „Ostrza”, statku który wedle słów śp. Eryka Mancuso wysłał kod pieczętowania Wrót na Byzantium Secundus, stolicy cesarstwa.

Kuzyneczka Francesca potrafi wyglądać naprawdę słodko ! Mam chyba do niej jakąś słabość, choć znamy się dopiero dwie godziny, bo mimo obietnicy czuwania nad jej bezpieczeństwem, którą dałem stryjowi obiecałem jej wspólne nocne polowanie w lesie, takie z dreszczykiem… Ale weźmiemy też jej ochroniarza, dla bezpieczeństwa i żeby nie było szpetnych posądzeń, gdyby sprawa się wydała…

Ha ! Nasz ambasador na Gwyneth padł z ręki niejakiej Elizy Hawkwood ! Znam tą uroczą damę, swego czasu dała mi się we znaki prowokując mnie na przyjęciu u jakiejś wyuzdanej decadoskiej baronowej na Pandemonium. Potem się pojedynkowaliśmy, w dość osobliwy sposób, bez tarcz, zbroi i…. ubrań. Niestety oddałem pole, nic dziwnego zresztą, wszystkie finty, parady i zasłony uleciały z mej głowy jak spłoszone gęsi wobec gracji, z jaką poruszało się jej gibkie, nagie ciało ! Ale Eliza w nader przyjemny sposób osłodziła mi gorycz porażki, w końcu stawałem godnie :) Urocza kobieta, aż żal że z Hawkwoodów… Cóż, widać ambasador nie był równie rycerski jak ja, jakoś nie spieszno mi go mścić.

Polowanie wyszło nader udanie, upolowaliśmy wielkiego, groźnego, krwiożerczego kozła :) Francesca była w siódmym niebie ! Ale myślę, że nie złamałem przysięgi, wcześniej zbadałem dość dokładnie teren na którym mieliśmy polować i wybrałem miejsce całkowicie bezpieczne, żeby nie narażać małej kuzyneczki na zbyteczne jej płci blizny i szramy. A odmówić jej nie miałem serca, jestem taki wrażliwy… te czarne, lśniące włosy i te oczy, głębokie jak jeziora na Vera Cruz ! I te małe, krągłe… eee, ten tego… w każdym razie kuzynka poprosiła żeby przyszedł w nocy do jej pokoju po gzymsie… nie mogłem odmówić, jakby to wyglądało – szlachcic kapitulujący przed gzymsem… to nie uchodzi !

19.09
O jakże miło śpi się we własnym łóżku, w pięknym domu stryja, na rodzinnej Aragonii ! Już nie pamiętam kiedy wstałem z łoża tak późno, to znaczy z własnego łoża… Wcześniej, ciut przed świtem wypełzłem z innego łoża i przelazłszy przez parapet mozolnie doczołgałem się na czworakach po gzymsie do własnego okna… Plątałem się w zwisającej smętnie czarnej pelerynie i mało nie zgubiłem mojej szkarłatnej apaszki, którą wetknąłem w tylną kieszeń spodni… Dzięki Wszechstwórcy, że obdarzył dowódca straży stryja, starego Józefa tak dobrym wzrokiem… gdyby mnie nie poznał, co zważywszy mój stan było całkiem możliwe, mógł mnie wziąć za złodzieja i postrzelić… Och, co za kobieta… i to zaledwie siedemnastoletnia… Muszę zebrać siły przed nocą, nawet spodobało mi się to bieganie po gzymsie w pelerynie i apaszce…

Wiliam Redoran Hawkwood, cesarski Rycerz Poszukujący który zapieczętował Wrota na Byzantium Secundus to młodszy syn księżnej Ledy z Delf. W ciągu pięcioletniej służby dla cesarza zdobył jego uznanie i zaufanie. Jednak nie porzucił związków ze swoją rodziną. Stryj Jose zasugerował byśmy spróbowali dowiedzieć się czegoś o nim od jego matki. Sam jutro wybiera się do stolicy w swoich sprawach i przy okazji myśli załatwić naprawę naszej „Consuelli”… zastanawiam się, czy nie zmienić nazwy statku na „Francesca”, na cześć pięknej bratanicy mojego wspaniałomyślnego stryja ! Wspaniałomyślnego podwójnie, bowiem obiecał także załatwić z Przewoźnikami klucze do Delf ! Tak, zdecydowanie nasz statek powinien nazywać się Francesca !!!

22.09
Kuzynka wyznała mi, że kilka już razy nawiedzał ją koszmar, w którym dowiadywała się że nie dożyje swoich osiemnastych urodzin. Tym tłumaczy swoją niepohamowaną chęć do zakosztowania życia w każdym jego przejawie. Jakie to romantyczne, doskonałe doprawdy ! Jak na tak młodą osóbkę Francesca ma nad wyraz wysmakowane gusta… miłość i śmierć, odwieczna para, czerwień i czerń, moje ulubione kolory…

23.09
Stryj przekazał nam warunek Przewoźników: dostaniemy klucze jeśli rozwiążemy zagadkę morderstw w pobliskich kopalniach srebra, którymi zarządza Gildia. Mamy się udać na ziemie stryjecznego sąsiada, barona Pedro Rolas Hazata, do wsi Ciche Wody, gdzie będą czekać na nas przedstawiciele Przewoźników, którzy wprowadzą nas w szczegóły. Sprawę badał już wezwany Sędzia, ale i on zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, teraz zaś zajmują się nią z ramienia Kościoła Avestianie. Wyruszamy zatem w góry.

Popasając w podróży urządziliśmy sobie z Don Benito i Ibn-Agarem ćwiczebne pojedynki. Oczywiście obydwa wygrałem, ale kiedy właśnie kończyłem sprawę z Don Benitem, spomiędzy drzew otaczających polankę na której walczyliśmy wyprysnęły strzały wszystkie wycelowane w mego przeciwnika ! Na szczęście Don Benito miał swą tarczę energetyczną i pociski nie uczyniły mu żadnej krzywdy. Rzuciliśmy się w pościg za niedoszłymi zabójcami, ale gdyby nie demoniczne moce Ibn-Agara wszyscy najpewniej uszliby naszej pogoni. Ur-ukar zmusił jednego z nich by zawrócił i zsiadł z konia, ale wtedy Don Benito uniesiony gniewem uderzył swym wielkim dwuręcznym mieczem, powalając bezbronnego na ziemię, po czym dobił, mimo naszych wezwań by go oszczędził. Najwidoczniej nasz waleczny szlachcic skrywa jakąś tajemnicę, którą nasłany zabójca mógł odkryć, albo niech nazywam się Hawkwood !

Wieczorem dotarliśmy do Cichych Wód, gdzie spotkaliśmy się z Przewoźnikami, jak było umówione. Było ich dwoje: Bruno Brendauer i Mariko Kitune, opowiedzieli nam o problemach jakie mają w związku z tajemniczymi morderstwami w okolicy trzech kopalń, które tu posiadali. W ciągu dwóch ostatnich tygodni zginęło blisko trzydziestu ludzi, w większości chłopów, górali i niewolników, ale był między nimi także Sędzia wezwany przez barona Raoula Rolas Hazata. A właśnie – stary baron Pedro Rolas zmarł miesiąc temu, schedę objął jego syn i dziedzic, wspomniany Raoul. Po śmierci Szarej Twarzy młody baron zwrócił się o pomoc do Kościoła, a ten przysłał Avestian. Inkwizytorzy najpierw swoim zwyczajem spalili kilku nie dość gorliwie składających zeznania kmiotków, a potem doszli do wniosku, że to czary żyjących na pustyni koczowników zabijają bezbronnych włościan i nawołują właśnie do krucjaty przeciw pustynnym wojownikom. Zażądali od barona pięciuset żołnierzy, co ma się rozumieć niezbyt mu się spodobało, ale jeśli sytuacja się nie wyjaśni chyba będzie musiał spełnić żądania Avestian. Oczywiście wystraszeni ludzie zamykają się w domach i nie pracują w kopalniach, co przynosi zarządzającej nimi Gildii Przewoźników wymierne straty. Jedynie jedna kopalnia, obsadzona niewolnikami nie wstrzymała wydobycia, ale wydajność spadła.

Najdziwniejsze w całej sprawie są sposoby zadawania śmierci przez tajemniczego zabójcę, lub zabójców. Czasami nie widać żadnych śladów na ciałach ofiar, jakby umarły zupełnie naturalnie, a czasem pocięte są wściekle jakby ostrzami. Ibn-Agar podsunął nam myśl, że to ktoś władający mocami podobnymi do jego własnych, tylko nieco innego rodzaju. To sugeruje, że zabójcą jest człowiek, no może Ur-ukar lub inny Obcy, ale w skrócie – istota rozumna, której celem jest zastraszenie ludności, wstrzymanie wydobycia w kopalniach, lub przyczynienie strat baronowi. Mnie się jednak widzi, że skoro wydobycie wstrzymano, śmierci powinny były ustać, a skoro się tak nie stało, zabójcą jest bestia bezrozumna, której całym sensem bytu jest zabijanie prostych wieśniaków i kogo tam wypadnie. Jutro przeniesiemy się do karczmy najbliżej kopalni, zbadamy jakieś świeże zwłoki, porozmawiamy z ludźmi, być może wpadniemy na jakiś pomysł co dalej czynić.

24.09
Jadąc wyżej w góry w kierunku kopalń natknęliśmy się na wóz chłopski z dwoma trupami. Jeden z wieśniaków zsunął się z kozła na tył wozu i tak został, na ciele nie widać było żadnych oznak śmierci, choć prawdę rzekłszy żaden z nas się na tym dobrze nie zna, trzeba by posłać po medyka. Towarzyszący nam Przewoźnicy twierdzą jednak, że to na nic, bo medyk był wzywany do poprzednich zgonów i niczego mądrego nie mógł o nich powiedzieć. Drugi z wieśniaków widać zeskoczył z wozu i z nożem w dłoni bronił się. Ten był pocięty jakby mieczem, widać że ciosy zadano z dużą siłą i wprawą. Rozeszliśmy się po okolicznych krzakach szukając jakichś śladów, ale nic podejrzanego nie udało nam się znaleźć. Albo mordercy przyjechali i odjechali traktem, albo sfrunęli na skrzydłach z góry.

W karczmie nowy trup – karczmarz zmarł w nocy kiedy porządkował spiżarnię. Ani wdowa, ani córka-sierota niczego nie widziały, ani nie słyszały, drzwi były zamknięte od środka… Pomyślałem o duchu, nieuspokojonym należycie i szukającym pomsty, ale Ortolfus twierdzi, że duchy istnieją tylko w wieśniaczych bajaniach i legendach, Kościół zaś ich istnieniu zaprzecza z całą stanowczością.

Przyszła mi też do głowy myśl o młodym baronie Raoulu Rolas Hazacie, który wrócił do domu dwa miesiące wcześniej, miesiąc temu pochował rodzica, a dwa tygodnie temu zaczęły się te dziwne zgony. Czy to aby na pewno wszystko zbieg okoliczności ? Zapytani Przewoźnicy powiedzieli, że śmierć starego barona była naturalna, choć niespodziewana, Pedro Rolas dobiegał wszak dopiero pięćdziesiątki i cieszył się dobry zdrowiem. Pamiętam go mgliście z jakiegoś polowania – trzymał się zawsze z tyłu, w drugiej linii, najchętniej strzelał z ambony i nie podchodził do zwierza na odległość włóczni, jak to czyniliśmy Louis i ja na przykład. Nie mówi się źle o zmarłych, rzeknę więc tylko że baron należał do ludzi ostrożnych, takich co to długo żyją. Rad bym się wybrać do zamku porozmawiać z jego synem i może coś się dowiedzieć o okolicznościach śmierci ojca.

Ale kiedyśmy tak sobie gwarzyli o trupach i tajemniczych mordercach, Przewoźnicy jakoś mimochodem wspomnieli o jakichś pobliskich starych ruinach. Wszystkich nas w jednym momencie tknęło przeczucie – te ruiny z pewnością mają coś wspólnego z naszą sprawą ! Bruno i Mariko wspomnieli, że jest to jakaś pozostałość po dawnej siedzibie panów tych ziem i że każdy Rolas przynajmniej raz w życiu odwiedza je i coś tam odnawia, ale poza tym ruiny są całkowicie opuszczone i zapomniane. A jeśli młody Raoul nie dopełnił tego tradycyjnego odnowienia ruin, może jakiś mściwy duch morduje – znowu mnie to naszło, mimo pełnych politowania spojrzeń Ortolfusa – bo nie spełniono należnej mu ofiary ?! Teraz to już na pewno musimy się wybrać do zamku Frascoa i zapytać barona wprost o te ruiny i jakiegoż to odnawiania każdy kolejny z jego rodu tam dokonuje.

No tak, ale baron może nie zechcieć nas widzieć w swym zamku, może nie mieć czasu, lub wyjechać akurat w interesach, a jeśli przypadkiem ma coś wspólnego z tą sprawą to może po prostu kłamać. Na szczęście jednak przypomniało mi się, że stryj Jose bardzo się interesuje historią, próbował mnie nawet zarazić tą pasją, co mu się zresztą częściowo udało i z pewnością będzie znał historię tajemniczych ruin leżących niespełna dwa dni drogi od jego włości. Postanowiliśmy więc jechać do najbliższej kopalni – jedynej wciąż działającej, bo obsadzonej niewolnikami – i za pomocą tamtejszego komunikatora porozmawiać z zamkiem.

Frederick – zarządca stryja – odszukał w zamkowych archiwach historię o którą nam chodziło. Ruiny to niegdysiejszy zamek Zaragoza, zniszczony podczas Mrocznych Wieków w jakiejś pomniejszej wojnie domowej. Ostatnim panem na zamku był baron Antonio Zaragoza, zwany „Mieczem Hazat” dla niezwykłej biegłości w walce, wielkiej odwagi i dzielności w boju. Baron zginął podczas oblężenia, ale ród Rolas, który później zajął te ziemie postanowił uczcić jego pamięć i stąd odnawianie ruin. Ostatnie miało miejsce około piętnastu lat temu. Wygląda więc na to, że ruiny niewiele wniosą do naszej sprawy, ale nie zawadzi ich odwiedzić, jutro wyruszamy. A dzisiejszej nocy wystawiamy warty.

25.09
Rankiem doszły nas przez komunikator niespodzianie nowe informacje o baronie Zaragoza. Zapobiegliwy Frederick otrzymał je od stryja, którego powiadomił po naszym wczorajszym przekazie. Hrabia jak się okazało wie więcej niż zawierają zamkowe archiwa, co nie dziwi jeśli się zrozumie, że jego wersja jest niezupełnie zgodna z oficjalną. Otóż według słów stryja Antonio Zaragoza wykazywał się, i owszem, wielkim męstwem podczas wojen, ale po zawieszeniu broni nie mógł spokojnie usiedzieć w swoim zamku. Zaczął najeżdżać sąsiadów, mordować chłopów i napotkanych szlachciców zarówno, aż w końcu sąsiedni baronowie zawiązali przeciw niemu sojusz i obległszy go w zamku zabili, a sam zamek zniszczyli. Potem jednak zjednoczony na nowo dom Hazat uznał Antonio za jednego ze swych bohaterów wojennych i postanowiono przypomnieć pamięć o nim, z pominięciem ostatnich, niechlubnych lat. Tak też powstała oficjalna wersja historii o „Mieczu Hazat”, a Rolasowie zaczęli dbać by miejsce jego śmierci nie popadło w całkowitą ruinę.

Przy okazji stryj wspomniał też, że Zaragoza był fanatycznym przeciwnikiem technologii, którą uważał, zgodnie z poglądami najbardziej skrajnych teologów, a przyczynę upadku ludzkości i zwalczał każdy jej przejaw.

Uzbrojeni w nową wiedzę wyruszyliśmy zatem do ruin. Nie odjechaliśmy jednak zbyt daleko, gdy doniesiono nam, że baron Raoul wraz ze swym przybocznym podąża na obchód strażnic. Popędziliśmy konie i niezadługo dojechaliśmy go na trakcie. Miałem zamiar podpytać go niby to przypadkiem o jego ojca i ruiny podczas dwornej konwersacji, ale zamysł mój pokrzyżował Ibn-agar. Nie mogę być tego całkowicie pewien, ale z napiętych żył na jego ur-ukarskiej twarzy wnioskuję, że próbował zmusić barona do mówienia siłą ! Niebezpieczne, zważywszy bliskość Inkwizycji, nie tylko dla niego, ale i dla nas wszystkich ! Rozmówię się z nim, kiedy tylko będziemy sami ! Co gorsza, baron jego próbom najwyraźniej się oparł i nabrał podejrzeń, bo spojrzał na Ibn-agara groźnie i z miejsca wyraźnie nabrał dystansu do całej naszej grupy. Na szczęście od dyplomatycznej klęski na samym początku znajomości uratowała nas kuzynka Philipine, która najwyraźniej przypadła baronowi do gustu, nie przestawał bowiem zasypywać jej komplementami i kilkukrotnie zapraszał do swojego zamku, na co Philipine chętnie zresztą przystała.

Od uprzejmości przeszliśmy do polityki. Okazało się, że Raoul ma bardzo podobny pogląd na obecną sytuację co ja i w ogóle ma dość zbliżony do mnie charakter i temperament, zupełnie przeciwnie niż jego śp. ojciec, którego zapamiętałem, jak już wspomniałem, jako człowieka ostrożnego i nieskorego do działania. W końcu konwersacja nabrała na tyle przyjacielskiego charakteru, że zaczęliśmy wypytywać barona o ruiny i jego ojca. Wzmianki o naszych podejrzeniach co do ruin, że mogą one mieć związek z tajemniczymi zgonami, spotkały się z uprzejmymi, acz chyba pobłażliwymi uśmiechami, aż w końcu baron postanowił skończyć temat i zaprosił nas do złożenia wspólnej wizyty w tym, budzącym nasz nieuzasadniony jego zdaniem niepokój, miejscu. Śmierć swego ojca także uważał za zupełnie naturalną, ale zachowywał dalece idącą powściągliwość, jeśli chodzi o ocenę jego śp. osoby i nie protestował, gdy wychwalałem – świadomie kłamliwie – jego śmiałość, waleczność i odwagę. Kuzynka Philipine szepnęła mi zaś, że baron wręcz kłamał mówiąc pochlebnie o swym zmarłym rodzicu i że pod warstwą pochwalnych słów czaiła się wyraźna niechęć, wręcz pogarda dla króliczej odwagi starego barona. A więc być może młody Rolas przyczynił się do śmierci starego, jednak mogły to być równie dobrze szkaradne posądzenia, w końcu ja sam także nie jestem nadmiernie wysokiego mniemania o niektórych cechach mojego rodzica, ale nie hańbił bym przecież jego dobrego imienia w obecności dopiero co poznanych ludzi i dokładnie tak samo jak Raoul zachowałbym swe żale dla siebie !

W takich rozterkach dojechaliśmy w pobliże ruin zamku Zaragoza. Kiedy byliśmy już blisko nagle rozległy się dzikie okrzyki i z lasu przed nami wypadła cała zgraja pustynnych koczowników na swoich harrachach ! Świsnęły strzały, ale w większości poodbijały się od naszych zbroi i tarcz, albo przeleciały obok. Pozeskakiwaliśmy z koni, z wyjątkiem barona Rolasa i jego przybocznego, którzy natarli na szarżujących koczowników konno. Rozpoczęła się walka, odniosłem powierzchowną ranę, ale skosiłem serią z karabinu czterech pustynnych wojowników naraz, inni też dzielnie stawali, nawet Przewoźnicy. W kilka chwil walka była wygrana, jedynego uciekającego koczownika zdjęła z grzbietu harracha jakaś zabłąkana kula i został jeden tylko ranny o dwa kroki przede mną. Chciałem wziąć go żywcem, podejrzewając, że obecność koczowników wśród ruin zamku Zaragoza nie jest przypadkowa, ale noga zahaczyła mi się o korzeń i rąbnąłem na ziemię jak długi, zyskując pogardliwe spojrzenie barona Rolasa, który ściął niedoszłego języka z grzbietu swojego wierzchowca.

Bocząc się nieco na popędliwość i głupotę barona, a może nawet podejrzewając umyślną chęć zamknięcia ust koczownikom, wyjechaliśmy na szczyt wzgórza na którym niegdyś stał zamek Zaragoza. Obecnie tylko niepozorne resztki znaczyły miejsce niegdysiejszej rezydencji, ale wejście do podziemi było zaopatrzone w ciężkie, stalowe drzwi, teraz jednak wpółotwarte. Niedaleko widniały ślady po obozujących tu do niedawna koczownikach – wygasłe ognisko, szmaciane dery i sporo odchodów harrachów. Żadnych innych śladów nie znalazłem, choć po prawdzie nie miałem czasu na długie szukanie, jako że baron Raoul ulegając prośbie Ibn-agara poprowadził nas do zamkowych podziemi, aby sprawdzić czy pustynni wojownicy nie sprofanowali grobu Antonio Zaragozy.

Weszliśmy do podziemi gęsiego, przodem baron i jego przyboczny, potem Ortolfus, Don Benito, reszta naszych i Przewoźnicy, a ja na końcu. Don Raoul i jego sługa nieśli pochodnie, a cała reszta latarki, ja swoją przywiązałem sprawdzonym już sposobem do lufy karabinu. Ponieważ mieliśmy dziwne przeczucie co do barona umówiliśmy się, że Ortolfus idący za baronem będzie miał oko tylko na niego i jeśli zauważy coś podejrzanego ostrzeże nas słowami „Na Proroka !”, na którą to komendę rzucimy się na Rolasa i jego sługę.

Światło rozświetlały korytarze, wyłuskując z ciemności sześćsetletnie mury z grubych kamieni, ale kiedy dochodziliśmy do pierwszej większej podziemnej izby nagle w jednym momencie nasze latarki zgasły, a z tyłu rozległ się huk zatrzaskujących się stalowych drzwi ! Jakby czekając na ten znak baron i jego przyboczny cisnęli swe pochodnie pod ściany i w niemal zupełnych ciemnościach biegiem rzucili się do ucieczki w głąb piwnic ! Ortolfus krzyknął „Na Proroka !” padając plackiem na ziemię, ale zanim idący za nim Don Benito zamachnął się mieczem plecy zbiegów znikły już w zapadłych ciemnościach. Ja stojąc na końcu zorientowałem się w sytuacji dopiero, kiedy usłyszałem gniewno-niepewne okrzyki miotających się w ciemnościach Don Benita i Ortolfusa. Nie straciłem jednak zimnej krwi i przecisnąwszy się między zbaraniałą resztą podniosłem porzuconą przez Rolasa pochodnię i nakazałem pogoń ! Ibn-Agar zawtórował mi pierwszy i jako najlepiej z nas czujący się w ciemnościach ruszył przodem. Pobiegłem za nim, a ze mną Don-Benito i Martin. Uznałem, że inni też ruszyli za nami, ale jak się potem okazało pomyliłem się.

Bruno Brendauer, jeden z Przewoźników rzucił się w tył do zatrzaśniętych stalowych drzwi i wkrótce nawet do nas, biegnących w dół korytarzy, dobiegł jego histeryczny okrzyk, że drzwi nie dają się otworzyć ! To było do przewidzenia, baron wciągnął nas w jakąś pułapkę i byłem pewien, że była to pułapka sił nieczystych ! W tym czasie Mariko Kitune, także z Gildii, poczuła dziwną słabość, jakby życie z niej wyciekało. Usiadła pod ścianą, Ortolfus i Philipine usiłowali ją ratować, ale ich wysiłki nie zdały się na nic – w kilka chwil Mariko była martwa ! Wtedy jednak podobne uczucie słabości zaczęła odczuwać kuzynka Philipine – Ortolfus i Bruno, który tymczasem powrócił od zatrzaśniętych wrót, usiłowali jej pomóc wstrzykując uzdrawiający eliksir, ale kuzyneczka była z każdą chwilą słabsza i widać było że niedługo podzieli los Mariko.

Wtedy Ortolfus wpadł na genialny pomysł ! Najpierw jednak chyba uwierzył w duchy, mimo całej nauki Kościoła, której był wcześniej głosicielem. Przypomniał sobie o fanatycznej nienawiści zmarłego sześćset lat temu barona Zaragozy do techniki, skojarzył zgaśnięcie latarek, pochodnie w rękach barona Rolasa, sprawdził że jego karabin nie działa i wysnuł wnioski. Najpierw zaczął wyzywać ducha Zaragozy, głosić wielkość techniki, ale kiedy nie dawało to rezultatu wyjął ze słabnącej dłoni Philipine pistolet i zastąpił go swym nożem. Uczucie wysysania życia ustało ! Nasza pilotka, choć słaba, żyła ! Zachęcony powodzeniem Ortolfus uzbroił się jedyną broń białą jaka mu pozostała – saperkę – i nakazał to samo ogłupiałemu i nieprzyzwoicie spanikowanemu Brunonowi, po czym wszyscy troje ruszyli naszym śladem w głąb lochów.

Tymczasem Ibn-agar, kierując się swymi ur-ukarskimi zmysłami prowadził naszą czwórkę niezawodnie tropem uciekających Rolasa i jego sługi. My z kolei zaraz po tym jak pogasły latarki sprawdziliśmy że broń nie działa i teraz wszyscy byliśmy uzbrojeni co najmniej w noże, ja w rapier, a Don Benito w swój monstrualny miecz. Słabość, która zabiła Mariko i omal nie pozbawiła życia Philipine nie miała więc do nas przystępu, z czego nie zdawaliśmy sobie zresztą sprawy, ale kiedy zbiegaliśmy w dół krętymi schodami nagle za biegnącym jako ostatni Martinem pojawiła się widmowa postać ! Półprzezroczyste blachy ciężkiej zbroi zakrywały ciało rycerza, dzierżącego miecz w jednej i sztylet w drugiej dłoni, zza wizury hełmu pałały okrutnym blaskiem widmowe oczy ! Upiór płynął wolno w stronę Martina, który cofnął się w dół, w stronę Don Benita. Ten próbował pchnąć swym wielkim mieczem nad ramieniem inżyniera, ja zaś widząc to usiłowałem przepchnąć się między nim a murem i pociągnąć za ramię Martina – powinniśmy biec za żywym baronem, martwym będziemy się martwić później ! Niestety – drugi już dziś raz pośliznąłem się paskudnie i wylądowałem na schodach. Widmo przepłynęło przez Martina i Don Benita, zmrażając ich grobowym dechem, przemknęło nade mną i rozpłynęło się poniżej w ciemności, w której uprzednio zniknął już biegnący przodem Ibn-Agar.

Don Benito i Martin ruszyli za nim, ja zaś pozbierawszy się z podłogi miałem uczynić to samo, kiedy gdzieś z góry usłyszałem nawoływania Ortolfusa, prowadzącego Philipine i Brunona. Odkrzykiwałem im tak długo, aż zobaczyłem ich w blasku pochodni trzymanej przez naszego „prostaczka bożego”, po czym ruszyłem w dół gdzie, jak się miało niebawem okazać byłem bardzo potrzebny.

Kiedy my bowiem przepychaliśmy się na schodach usiłując ujść widma, Ur-ukar rzucając wyzwanie baronowi Rolasowi wpadł do najniższego lochu. Tu Don Raoul Rolas Hazat podjął rękawicę. Wynurzył się z ciemności i uderzył na Ibn-Agara, choć trzeba mu oddać honor, że uczynił to uczciwie, bez swego sługi. Kiedy więc Don Benito i Martin wpadli do komnaty trwał tam pojedynek – Ur-ukar został już jednak srodze poszczerbiony, drasnąwszy zaledwie swego przeciwnika. Obaj nasi chcieli uderzyć na Rolasa, ale wtedy na Martina wyskoczył z ciemności przyboczny barona, zaś przed Don-Benitem zmaterializował się poznany już na schodach Antonio Zaragoza. Tym razem jednak nie był widmem, ale przybrał postać całkiem cielesną i namacalną, zakutą w ciężką płytową zbroję, z mieczem w jednej i sztyletem w drugiej dłoni.

Zwarli się trzej nasi bohaterowie z trzema czarnymi charakterami, ale nie dokazali wiele w tych pierwszych chwilach boju. Ibn-agar ledwo dyszał pod ciosami barona Roula, Martin tylko dzięki jakimś cudem działającej tarczy energetycznej zdołał uniknąć poważniejszych zranień, a Don-Benito zasypany gradem ciosów miecza i sztyletu zaczął się cofać, kiedy wpadłem wreszcie do lochu, a chwilę za mną Ortolfus, Philipine i Bruno. Widząc że Don-Benito oddaje ciosy uderzyłem na barona Rolasa, ale niefortunnie rapier wypadł mi z dłoni i potoczył się po podłodze lochu. Doskoczyłem jednak do niego i podniósłszy pchnąłem w plecy Rolasa. Może niezbyt to honorowe, ale walka z duchem i czarownikiem honorową być wcale nie musi, zmagania z siłą nieczystą implikują nieczyste metody. W każdym razie po moim pierwszym ciosie baron zachwiał się i wtedy wiatr się zmienił.

Wraz z Ibn-agarem natarliśmy na ranionego wroga, który jednak tymczasem odzyskał już rezon i odcinał nam się dzielnie. W pewnym momencie zakrzyknął też do ducha Zaragozy: ” Przyprowadziłem ci silne ofiary, nasyć się nimi i daj mi siłę !”, czym pokazał już w pełnym świetle swe niegodne oblicze. Jakby w odpowiedzi na te bluźniercze słowa w następnym ataku ręka Wszechstwórcy poprowadziła me ostrze i rapier ominąwszy zasłonę Rolasa wszedł w jego brzuch, wychodząc z pleców. Krwawe bańki pojawiły się na moment na twarzy barona, a potem bezwładne ciało zsunęło się z ostrza i upadło na ziemię.

Chciałem wraz z Ibn-agarem natrzeć teraz na opierającego się atakom Martina sługę barona, ale oto nagle Zaragoza, niemal już powaliwszy Don-Benita, przerwał walkę i pojawił się przede mną ! Uderzył z furią mieczem i zaraz potem sztyletem, ale i mnie gniew ogarnął i odpowiedziałem równie zacięcie ! Starliśmy się i zaraz w pierwszym uderzeniu wbiłem rapier między stalowe blachy zbroi Zaragozy wywołując wrzask bólu z jego skrytych pod hełmem upiornych ust. Jego ręka ze sztyletem trafiła na pochodnię którą się zasłoniłem i ostrze wypadło na ziemię, pozostał mu już tylko miecz. Uderzył nim jednak potężnie i na moment tchu mi zabrakło, kiedy ostrze przedarło się przez plastik mego kirysu, znacząc krwawą bruzdę na moich żebrach.

Gdy ja walczyłem z Zaragozą przyboczny barona Rolasa przedarł się przez biorących go w kleszcze Martina i Ibn-Agara i począł uciekać w ciemność. Jednak ur-ukar był szybszy – dopadł do zdradzieckiego czarownika i wbił mu swoje noże w plecy. Sługa jęknął, padł i znieruchomiał. Ortolfus tymczasem spróbował uzdrawiających eliksirów na Don-Benicie, którego Zaragoza niemal zabił i okazało się że mikstura działa ! „Prostaczek boży” przyskoczył więc i do mnie i ożywcza energia wlała się w moje poranione ciało.

Teraz na placu boju został tylko upiór i my. Don Benito ze swym wielkim mieczem natarł na Zaragozę z jednej, a ja z drugiej strony. Upiorny rycerz przeszedł do defensywy, już nie stał pewny w miejscu rozdzielając ciosy, teraz uskakiwał przed naszymi ostrzami, bał się. Cały czas jednak był groźny – kolejny cios omal nie odrąbał mojego ramienia z pochodnią, którym zasłaniałem się przed ciosem i znów Ortolfus na czas wstrzyknął mi ożywczy eliksir. Ale i my nie próżnowaliśmy i choć ciężka płytowa zbroja raz po raz odbijała nasze ostrza, jednak co któreś uderzenie dochodziło celu, wywołując spod ciężkiego hełmu najpierw gniewne okrzyki, a w końcu jęki bólu. Poraniony upiór uderzył raz jeszcze, ale zachwiał się i musiał przyklęknąć by nie upaść. Na to Don Benito wzniósł swój wielki dwuręczny miecz w górę i z całą siłą rąbnął w zgięte plecy upiora.

Przysiągłbym, że snop iskier wytrysnął z rozciętych blach i demoniczny ryk wstrząsnął całymi lochami, choć inni różnie mówili. W każdym razie nagle zapaliły się nasze latarki i w ich świetle, które zdało nam się teraz jakże jaskrawym, zobaczyliśmy że po Antonio Zaragozie zostały na piwnicznej podłodze tylko resztki pordzewiałej blachy. Taki był koniec „Miecza Hazat”, koniec drugi i miejmy nadzieję że już ostatni. Z pewnością teraz tajemnicze morderstwa się skończą, ludzie z czasem przestaną się bać i wrócą do kopalń, Przewoźnicy odzyskają swoje wpływy, a my dostaniemy klucze potrzebne do podróży na Delfy. Ale najpierw musimy jeszcze wytłumaczyć jakoś zabicie lokalnego władcy i jego przybocznego, oraz desekrację grobowca bohatera wojennego naszego rodu. Jestem jednak pewien, że coś wymyślimy !

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.