Gasnące Słońca – sesja II

Najdroższa siostro !

Z lekkim zaiste sercem kreślę te słowa, gdyż jak Odyseuszowi po latach tułaczki dane było wrócić na rodzinną Itakę, tak mnie udało się jednak powrócić do świata i Ciebie z tej odległej i zapomnianej przez Wszechstwórcę planety, na którą mnie los rzucił. Pozwól jednak, że zacznę od początku.

Pisałem Ci już ostatnio, jak to utraciwszy statek markiza Pedro Justusa zostaliśmy odcięci od świata w nowoodkrytym świecie nazwanym Kresti. Wraz z niedobitkami załóg statków Przewoźników i Rycerza Poszukującego, podobnie jak my zestrzelonych przez podstępnych Decadosów, schroniliśmy się na noc w jaskini godzinę drogi od starożytnego Gargulca, pozostałości po zaginionej cywilizacji Annunaki.

Kiedy przygotowując się do spędzenia nocy budowaliśmy mur ze śniegu napadł na mnie jakiś latający stwór i omal nie porwał w noc, aby pożreć me ciało gdzieś na lodowej pustyni. Jednak towarzysze mnie nie zawiedli i ciało niedoszłego porywacza skończyło w kociołku jako całkiem smakowity rosół.

Ledwo zapadła ciemność z zewnątrz doszedł nas głos silników statku Decadosów, krążącego niedaleko. Ibn-Agar zaoferował się przeprowadzić zwiad, którego wynik okazał się być całkiem owocnym. Otóż Decadosi pokrążywszy nieco wokół Gargulca odlecieli ku leżącemu bliżej morza pogórzu i tam, jakieś 20 kilometrów od nas, wylądowali. Potem co prawda odlecieli, ale postanowiliśmy następnej nocy spróbować przechwycić statek, kiedy – jak mieliśmy nadzieję – znów wyląduje. W drodze powrotnej Ibn-Agar zauważył też dwanaście sylwetek podobnych do ludzi, choć jak się później okazało, ludźmi bynajmniej nie będącymi.

W nocy usłyszałem strzały z broni maszynowej. Wyszedłem na zewnątrz, ale było piekielnie zimno, lornetka przymarzała mi do twarzy i niewiele mogłem zobaczyć. Strzały dochodziły od strony Gargulca, dało się rozróżnić kilka karabinów, które jednak po kilku chwilach umilkły. Wróciłem do środka i zakopawszy się w zmarzniętych kocach i futrach zasnąłem.

Następnego dnia rano naukowiec Przewoźników, Otto Gutenberg nie był w stanie podnieść się z łoża, jeśli mogę tak nazwać zamarznięte na kość koce i namiot. Nasz inżynier Martin także nie czuł się chyba najlepiej, choć póki co nie było po nim widać śladów choroby. Nie rozmawialiśmy o tym, ale dla mnie stało się jasne, że jeśli nie przechwycimy statku Decadosów umrzemy wszyscy od zimna i głodu zanim tydzień minie. Ktoś bardziej religijny szukałby może nadziei w słowach ojca Alberto, ale ja jakość nie mogłem wzbudzić w sobie wiary… Tym mniej po tym jak Illuminator obnażył przed nami swe podłe i wyrachowane oblicze. Otóż po śniadaniu wziął nas – wybranych – na stronę i poprosił o przekazanie ważnej wiadomości markizowi Pedro Justusowi w razie gdyby nie wrócił z Kresti, co właśnie przeczuwał. Wiadomością tą była informacja, że ukochana żona markiza nie zginęła podczas wojny, ale żyje jako niewolnica na Tetydzie, pod górą Mu-ton. Obrzydły klecha przebywając w domu markiza co dzień patrzył mu w oczy, jadał z nim śniadania, spał w jego łożu, ale nie puścił pary z gęby, jedynie „dał mu nadzieję” na ponowne spotkanie z żoną ! Pamiętam Pedro Alcalla Justus Hazata jako śmiałego dowódcę oddziałów specjalnych, niemal legendarnego żołnierza, który załamał się i zamknął w sobie po wieści o śmierci żony. Z pewnością ojciec Alberto też o tym słyszał i dlatego właśnie, wszedłszy w posiadanie tak cennej dla markiza informacji postanowił nią kupczyć, aby zyskać jego przychylność dla swojej, czy też Wszechstwórcy misji. Nie mnie oceniać postępki księdza, ale mało brakowało, a rozstrzelałbym go na miejscu ! Na swoje szczęście ksiądz przekazał przed odlotem na Kresti tą arcyważną wiadomość biskupowi w Węźle, dając tym dowód przynajmniej zapobiegliwości, więc mój gniew nieco zelżał.

W końcu uspokoiłem się na tyle, by odzyskać jasność myślenia i przejść od rozważania rzeczy do działania. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy wyprawić się z powrotem do Gargulca, aby spróbować odszukać nasze zagrzebane pod lawiną rzeczy. Pożywiwszy się więc nieco rozdzieliliśmy się na dwie drużyny: Philipine, Ortolfus, ojciec Kiapulos i obaj Przewoźnicy zostali w jaskini wraz z poduszkowcem, podczas gdy Don Benito, Martin, Ibn-Agar, ojciec Alberto, ja i inżynier ze świty zmarłego Filipo Li Halana, Olaf Ratmusen wyruszyliśmy pieszo w dolinę ku leżącym w dole ruinom.

Byliśmy mniej więcej w połowie drogi, kiedy idący przodem Ibn-Agar natknął się na obserwujących nas zza śnieżnych zasp dziwnych niby-ludzi. Byli krępi, nie wyrastali ponad 160 cm, ich mocnej budowy ciała porastało białe, gęste i skłębione futro. Mieli chwytne, płaskie dłonie z pazurami i błoną między palcami, taką jaką mają żaby i podobne stopy. Ich przypominające nieco niedźwiedzie pyski były prawie pozbawione uszu. Wydawali dźwięki nie otwierając ust, zdaje się że dzięki jakby błonom na szyi pod szczęką. Porozumiewali się między sobą za pomocą systemu klaśnięć, uderzeń, klekotów i gwizdów.

Obcy byli przyjaźnie nastawienia i po krótkiej wymianie przyjacielskich gestów z Ur-ukarem nawiązali coś na kształt rozmowy. Jeden z tubylców, stary z wyglądu, znał nieco nasz język, ponieważ jak sam potem wyznał jego przodkowie nauczyli się go od ludzi, którzy niegdyś zamieszkiwali tą planetę. Obcy, którzy nazywali siebie Mohtan, mieszkali wtedy w morzu, ale kiedy słońce Kresti przygasło ich dom zamarzł i musieli się przenieść na ląd, ludzie zaś odlecieli.

Z tej prowadzonej w połowie gestami rozmowy dowiedzieliśmy się dwóch arcyciekawych rzeczy. Po pierwsze inni-my, czyli jak się można było domyślać Decadosi, przybywali z pogórza na którym zeszłej nocy wylądował ich statek i cały czas obserwowali okolice Gargulca, polując na Mohtan kiedy tylko mieli okazję. Po drugie i jak się okazało stokroć ważniejsze, na planecie był jeszcze jeden statek ! W podziemnej grocie, strzeżony przez Wielkiego Zzzurga, który budził w sercach Mohtan niepomierną grozę, stał statek pozostawiony jeszcze przez pierwotnych mieszkańców planety. A więc szczęście uśmiechnęło się wreszcie do nas !

Po krótkiej naradzie zarzuciliśmy pomysł szukania naszych zakopanych pod lawiną rzeczy i postanowiliśmy bez najmniejszej zwłoki ruszyć wraz z naszymi nowymi sprzymierzeńcami do owej tajemniczej jaskini, by zmierzyć się z Zzzurgiem i wydrzeć mu upragniony statek. Za pomocą skrzekotki wezwaliśmy z „bazy” resztę naszych – zostało ich o jednego mniej niż ich zostawiliśmy rano, bowiem Otto Gutenberg zmarł w międzyczasie. Mieli załadować na poduszkowiec wszystkie co cenniejsze rzeczy i ruszyć nam na spotkanie.

My także ruszyliśmy obierając kierunek Północny Wschód, ku niedalekim górom. Pokonaliśmy prawie połowę drogi i widzieliśmy już zbliżający się nasz poduszkowiec, kiedy od strony Gargulca dostrzegliśmy na śnieżnej równinie maleńkie punkciki – Decadosi ! Było ich siedmiu, biegli na nartach ciągnąc trzy pary sań, ale mimo twego poruszali się szybciej niż my. W mojej głowie w jednej chwili zrodził się plan pułapki, ale jak się rychło okazało plan zupełnie zbyteczny.

Ibn-Agar rzucił bowiem jakieś czary na decadoskich żołnierzy i nagle na naszych oczach otwarli oni ogień do siebie nawzajem. Do tego nas łagodny dotąd inżynier Martin wystrzelił z gołych rąk błyskawice które poraziły ostatnich dwóch stojących jeszcze na nogach żołnierzy. Walka była skończona bez jednego wystrzału z naszej strony, ale pokaz demonicznych mocy nie mógł przejść bez echa. Ojciec Kiapulos surowo zbeształ obydwu czarowników, chociaż Martin twierdził, że to jakiś techniczny jego własny wynalazek. Cóż, w oczach Kościoła technika jest równie godna potępienia jak czary i nisko urodzonych nie powinna ona kusić. Ale do o wiele poważniejszego spięcia doszło między księdzem i Ur-ukarem. Chyba wierzy on w jakieś swoje ur-ukarskie gusła i hardo odmówił uczynienia pokuty za wykroczenie przeciw prawom Kościoła, na co ojciec Kiapulos uniósł się świętym gniewem i zapowiedział doniesienie o wszystkim Inwizycji…

Pamiętasz droga siostro jak rozmawialiśmy kiedyś o Obcych, historii wojen z nimi i ich naturze ? Ibn-agar mistrzowsko opanował sztukę życia w społeczeństwie ludzi, nauczył się płaszczyć i udawać przyjaźń, ale w głębi swojej ur-ukarskiej duszy, czy też czegoś co oni mają zamiast duszy pozostał dumny i – mam nadzieję, że się mylę – żądny zemsty. Nie wiem czy to sam Wszechstwórca, czy też ojciec Alberto wybrał go aby nam towarzyszył i jaki miał w tym cel, nie mogę też zaprzeczyć że jest bardzo użyteczny i jak dotąd całkiem lojalny, ale jego demoniczne, skrytobójcze moce napawają lękiem i odrazą. Jeśliby więc doszła do Ciebie wiadomość o mojej śmierci, zwłaszcza z rąk przyjaciela, lub z moich własnych, będzie to znak że Ibn-agar zdradził. Przekaż wtedy moją wolę moim braciom – niech dokonają zemsty, odnajdą i zabiją Ur-ukara, aby płomień moje duszy nie musiał tułać się w gniewie po tym padole.

Tak, czy inaczej moce Ibn-agara działały póki co na naszą korzyść i to działały niezwykle wprost skutecznie. Stygnące zwłoki siedmiu decadoskich żołnierzy, siedem karabinów szturmowych, latarki, lornetki, skrzekotki, komunikator do rozmawiania ze statkiem, sanie i trochę innych drobiazgów, wszystko to leżało spokojnie na śniegu, wystarczyło pozbierać. Obładowawszy się łupem, bez dalszych przeszkód dotarliśmy do wylotu jaskini, która według słów, a bardziej może gestów Mohtan prowadziła do groty w której spoczywał Wielki Zzzurg i upragniony statek, który mógłby nas zabrać z tego lodowego piekła. Ponad godzinę szliśmy wąskimi przejściami, aż w końcu prowadzący nas Mohtanin dał znak, że jesteśmy blisko.

Według tego co udało nam się zrozumieć z mowy i gestykulacji naszych tubylczych sprzymierzeńców Wielki Zzzurg miał mieć jakieś pięć, sześć metrów długości, twardą skórę i wydzielać jakieś trujące opary, albo może kwas, przed którym zasłanianie nosa i ust niewiele zdaje się pomagało. Rozdzieliliśmy broń i zadania, uradziwszy wziąć Zzzurga w półkole, żeby trujące wyziewy nie wyeliminowały nas wszystkich naraz, ale także żeby nie postrzelać się wzajemnie. Ojciec Alberto udzielił nam błogosławieństwa Wszechstrórcy, co ciekawe nie rozróżniając między nami, a bałwochwalczym Ibn-agarem, uznając widać, że skoro sam Jedyny uznał go za godnego wypełnienia misji, to i nie poskąpi mu swego wsparcia w godzinie próby. Do bezpośredniej walki z potworem wystąpiła cała nasza szóstka, pilot Przewoźników Bob Robinson, inżynier ze świty śp. Filipo Li Halana – Olaf Ratmusen i czterech najodważniejszych Mohtan. Cicho, by nie zaalarmować przed czasem wyposażonego w czuły słuch Zzzurga wślizgnęliśmy się kolejno do wielkiej podziemnej groty.

W słabym świetle przymocowanych do luf karabinów latarek ściany wielkiej sali ledwo były widoczne w oddali. Wydawała się zrobiona ludzką ręką, podłoga była równa, a kształt regularny. W przeciwległym kącie majaczyła ciemna plama wejścia, obok którego leżały dwa wielkie jaja, trzy inne ciemne otwory widać było dookoła. Posuwaliśmy się pod ścianami groty z obu stron, zachowując odległość kilka metrów od siebie. Nagle z ciemnego wylotu najbliżej mnie rozległ się pomruk i tupot ciężkich łap. Zawróciłem pokazując idącemu za mną Martinowi, żeby zrobił to samo, aby wybiegający ze swej nory Zzzurg trafił w środek półkola, ale zdążyliśmy zrobić ledwo parę kroków, kiedy z ciemnego otworu dosłownie wyprysnął wielki gad. Zamarliśmy, a jeden z Mohtan padł jak rażony gromem i tak już został. Jedynie z przeciwnego końca półkola odezwał się pistolet Don Benita. Potwór wybiegł na środek i na moment przystanął, ale wtedy z bojowym skrzekiem wyskoczył na niego jeden Mohtanin. Bohaterski futrzasty wojownik nie zdążył jednak nawet pchnąć swą prymitywną kościaną dzidą, kiedy z małego jakby-ucha Zzzurga wyprysnął strumień pary i Mohtanin padł na ziemię jak rażony gromem. Potwór nadepnął na niego rozgniatając ciało na miazgę i zaczął spokojnie pożerać, nie zważając na otaczające go półkole przeciwników.

Otrząsnęliśmy się z początkowego szoku i zaczęła się walka. Następny Mohtanin doskoczył do Wielkiego Zzzurga i ugodził go dzidą w bok, ale zginął uderzony wielkim ogonem, Martin przypalił potwora swoją tajemniczą bronią, czy też czarami, sam nie wiem, ale i on uderzony pazurzastą łapą Zzzurga wpadł w jeden z bocznych korytarzy. Zzzurg wystrzelił we mnie swoją trującą chmurę, ale odskoczyłem i w rewanżu wpakowałem mu długą serię w sam pysk, wściekły zaatakował mnie jeszcze raz, ale znowu udało mi się odskoczyć i trafić. W tym czasie nasi z drugiej strony półkola walili mu w zad ile się dało, tak że w końcu wściekły potwór poniechał mnie i zwrócił się ku nim. Powalił i rozdeptał Boba, pilota Przewoźników, po czym natarł na Don Benita, który zaprzestawszy strzelania z pistoletu zerwał z pleców swój wielki dwuręczny miecz i starł się z Wielkim Zzzurgiem w walce wręcz. Pokiereszowany już poważnie potwór trafił go dwa razy łapą, ale szlachcic parując twardo ustał na nogach i ciął straszliwie w gadzi łeb. Z gardzieli Wielkiego Zzzurga dobył się agonalny jęk i wielkie cielsko zwaliło się na ziemię u stóp Don Benita !

Radość z powalenia potwora była wielka, ale jak się okazało była niczym w porównaniu z radością, która napełniła nasze serca po przejściu do następnej podziemnej hali. Była jeszcze większa niż poprzednia, a w jednym z jej kątów tak jak mówili Mohtanie stał statek kosmiczny ! Był nieco większy od „Niedźwiedziego Pazura”, mniej więcej taki jak statek zdradzieckich Decadosów, granatowo-szary ze srebrnymi ozdobnikami, z wymalowaną na burcie srebrną rybą i nazwą: „Soten”. Wszyscy rzuciliśmy się żeby go oglądać ! Był uzbrojony w lekkie działko laserowe w obrotowej wieżyczce, oraz w lekki laser, działko konwencjonalne i wyrzutnię ciężkich rakiet na każdej burcie ! Miał też sciągarkę, użyteczną przy abordażach. Kajuty mogły pomieścić 10 osób, ale bieżące zapasy powietrza wystarczały na 7 dni dla 10 osób, lub 10 dni dla 7 osób… a więc aby dolecieć do Pandemonium musiałoby nas być tylko siódemka.

W międzyczasie myszkujący po przybudówkach hangaru Ortolfus włączył światła, a potem niespodzianie uruchomił otwieranie pokrywy. W suficie powstała powiększająca się wolno szczelina, przez którą do środka zaczął wsypywać się śnieg i kawały lodu, które na szczęście roztrzaskiwały się na podłodze na środku hangaru, bez szkody dla naszego statku ! Kiedy szczelina miała około dwudziestu metrów szerokości coś jednak zgrzytnęło i wrota zatrzymały się. Nastąpiła konsternacja. Co prawda rozentuzjazmowana Philipine paliła się do startu, twierdząc że potrafi postawić statek pionowo i wylecieć z hangaru, ale cała reszta nie za bardzo miała ochotę ryzykować. Zaczęła się burzliwa narada co teraz robić. Większość chciała przechwycić także statek Decadosów, a Ibn-agar miał nawet gotowy plan, który miał szansę zadziałać, ale istniało przecież niebezpieczeństwo że tamci przez dziurę w dachu mogą zniszczyć nasz statek uwięziony w hangarze. Wszystko przerwał ojciec Alberto. Oto Wszechstwórca zesłał mu objawienie (przydatna rzecz :)), że statek Decadosów właśnie opuścił planetę kierując się ku Wrotom !

Kilka rzeczy stało się oczywiste. Musimy wylecieć z hangaru, musimy wylecieć szybko, jeśli chcemy dogonić Decadosów i może nas odlecieć tylko siedmiu… Reszta musi pozostać na Kresti przynajmniej jeszcze dwadzieścia dni… czyli w praktyce była skazana na śmierć z zimna i głodu. Nie było ochotników do pozostania, a ojciec Kiapulos wykrzyknął wprost że chce lecieć. I wtedy ojciec Alberto zrobił coś, co było dowodem mądrości i heroizmu, chyba że… W każdym razie zanim ktokolwiek zdał sobie sprawę co się dzieje Illuminator wykrzyknął „To było od początku wiadome !”, po czym wyszarpnął rewolwer i wypalił prosto w głowę roztrzęsionego ojca Kiapulosa ! Później popatrzył na naszą szóstkę i inżyniera Olafa i ze słowami „Będziecie potrzebowali inżyniera” strzelił sobie w skroń !

Muszę przyznać droga siostro, że zawstydziłem się swojej uprzedniej małostkowej niechęci do ojca Alberto po tym jak w ten prosty, żołnierski i jakże bohaterski sposób zakończył wszystkie nasze spory i rozstrzygnął wątpliwości. I kiedy później, podczas podróży na statku przyszła mi do głowy obrzydliwa myśl, że może to zadziałały piekielne moce Ur-ukara, przegnałem ją. Niech pamięć o czynie Eskatonika pozostanie czysta i piękna, jak jego ostatni czyn.

W pośpiechu, żegnając gestami i prostymi słowami pozostających na swojej zimnej planecie Mohtan, obiecując im przywrócenie ciepła ich wygasłego słońca załadowaliśmy się na statek, który Philipine przygotowała tymczasem do startu. Przypięliśmy się pasami do sparciałych przez wieki foteli, zahuczały uruchamiane silniki i „Soten” poderwał się z podłogi hangaru do pierwszej po nie wiadomo ilu stuleciach letargu podróży. Nasza kuzynka popisała się mistrzowskim kunsztem, wyprowadzając wspięty dęba statek przez ciasną szczelinę i w parę chwil byliśmy wolni !

Musieliśmy jeszcze wylądować przy wejściu do jaskini, gdzie zostawiliśmy nasze skromna zapasy żywności, parę użytecznych drobiazgów jak na przykład karabiny szturmowe i ciało rycerza Filipo Li Halana, które Don Benito zobowiązał się przekazać rodzinie i po które z pewnością zechciałby wracać, gdyby przewidujący Philipine i Ortolfus nie zabrali go ze sobą. A na powrót do jaskini nie mieliśmy czasu. Zdradzieccy Decadosi uciekali z Kresti, mając prawdopodobnie jedyny poza naszym Klucz. Jeśli udałoby się ich przechwycić dom Hazat byłby jedynym, mającym dostęp do nowego świata, a poprzez niego być może także do innych. Jeśliby zaś Decadosi uciekli należało się spodziewać w przyszłości krwawych walk o Kresti, lub co gorsza – zawiłych intryg i knowań.

Philipine wyciągnęła z „Sotena” wszystko co najlepsze i w końcu na ekranach czujników zobaczyliśmy statek Decadosów. Skróciliśmy dystans i rozpoczęła się walka ! Jakby za sprawą klątwy od razu pierwszym strzałem wróg uzyskał bardzo dobre trafienie i srodze nas poszczerbił, ale nie przerwaliśmy pościgu i w końcu los się odwrócić. Muszę ze wstydem przyznać, że zająwszy wieżyczkę laserową ani razu nie trafiłem przeciwnika, ale za to Ibn-agar popisał się doskonałym strzelaniem. Co prawda początkowo zepsuł jedno działko na lewej burcie, ale potem poważnie uszkodził nieprzyjaciela ocalałym laserem, w końcu zaś kiedy Philipine odwróciła „Sotena” na drugą burtę pięknym strzałem trafił zdaje się w silniki statku Decadosów, który natychmiast eksplodował, zanim jeszcze wystrzelone w międzyczasie przez Don Benita rakiety doszły celu.

Głodując, jako że mieliśmy jedzenia tylko na dwa dni i pijąc wodę z roztopionego lodu z Kresti dotarliśmy w końcu do Wrót. Olaf, który w międzyczasie zżył się już z naszą szóstką zwrócił nam jednak uwagę na istotny szczegół, którego wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Otóż Wrót na Pandemonium strzegły fregaty Kościoła i Inkwizycji, Inkwizytorzy mogli nabrać podejrzeń i wejść na nasz statek, a wtedy najpewniej stracilibyśmy i statek i Klucz do Kresti. Za jego radą przedstawiłem się więc Ortodoksom jako poseł od księcia Don Manuello Justus Hazat na Iver do markiza Pedro Alcala Justus Hazat, co dzięki Wszechstwórcy wystarczyło do uśpienia ich czujności i tak nie niepokojeni więcej dotarliśmy do Pandemonium.

W rozmowie z markizem ustaliliśmy, że wylądujemy na planecie poza Węzłem, żeby nikt nie dowiedział się czym przylecieliśmy i nie zaczął się interesować skąd. Wszystko zostało zorganizowane doskonale, przybyli żołnierze wzięli się od razu do przemalowywania „Sotena” na kolory domu Hazat, a markiz nie zwlekając zaprosił w gościnę. Przekazaliśmy mu Klucz do Kresti, oraz kryształy wyciągnięte z tamtejszych maszyn myślących, do badania których markiz zgodnie z obietnicą dopuścił Martina.

Po tym jak już doszliśmy nieco do siebie markiz przekazał nam wieści o wydarzeniach, które nastąpiły w międzyczasie. Wrota na Byzantium Secundus przestały działać, nikt nie wie dlaczego ! Cesarstwo szybko stacza się w otchłań anarchii, Rycerze Poszukujący poszli w rozsypkę i niechybnie czeka nas wojna ! No cóż, musiało do tego dojść prędzej czy później, Hawkwoodowie na tronie Imperium byli solą w niejednym oku, ja sam nie darzyłem panującego do niedawna cesarza sympatią, ale utrata Byzantium Secundus zdezorganizowała cały ruch między światami i grozi rozpadem nie tylko nieszczęsnego Imperium, ale całego znanego świata !

Tymczasem, jakby dla odmiany, markiz po usłyszeniu wiadomości o tym, że jego żona żyje i że jest niewolnicą na Tetydzie zmienił się nie do poznania. Oczy mu błyszczały, ciało ledwo mieściło rozpierającą go energię i zaiste wyglądał na dowódcę za którym ludzie gotowi są pójść na śmierć. Z nową werwą rozpoczął przygotowania do wyprawy na Tetydę i patrząc na to sam z chęcią poleciałbym tam z nim, choć serce ciągnie mnie ku Tobie, na Aragonię. Zaproponowałem mu zresztą pomoc, ale odmówił, nie chcąc widać krzyżować nam naszych planów. Oczekuj mnie więc droga siostro rychło w domu naszego ojca. Mam nadzieję że znajdę jego i nade wszystko Ciebie w dobrym zdrowiu i z radością oczekuję nie odległej już chwili, w której się znowu spotkamy.

Twój zawsze kochający brat

Ricardo

—————————————————–

Do JE hrabiego Jose Raoul Eduardo de Aragon na Aragonii, od baroneta Ricardo Hazat Almodavar

Drogi stryju,

List ten zawiera informacje niezwykłej wagi. Postanowiłem napisać go, aby zwiększyć szansę że informacje te dotrą do Ciebie, w razie gdybym ja zawiódł.

Dnia 1 września b.r. spędzałem czas w mojej nowej rezydencji na Pandemonium, kiedy doniesiono mi, że pewien człowiek, zdaje się ranny pragnie usilnie widzieć się ze mną. Wezwałem medyka i zszedłem do hallu. Człowiek, który prosił o widzenie był mi nieznany, trzymał się za brzuch, na którym widniała plama krwi. Przedstawił się zaraz jako Eryk Mancuzo, powołując się na swoją służbę dla mojego serdecznego druha z młodych lat, a Twego wychowanka, Louisa Frende Almodavara. Twierdził , że trucizna krążąca w jego żyłach pozostawiła mu zaledwie kilka minut życia i musi przekazać mi bardzo ważne informacje zgodnie z wolą Louisa.

Jak wiesz Louis porzucił służbę dla domu Hazat i oddał swe usługi cesarzowi Alexiusowi, by badać nowe światy jako Rycerz Poszukujący. Miesiąc temu jego statek „Hernandez” opuszczał Byzantium Secundus i udawał się na Criticorum. W około sześć godzin po Skoku skontaktowali się z nimi Przewoźnicy, pytając o uszkodzenie Wrót, które jakoby „Hernandez” mógł spowodować. Prosili o pozwolenie wejścia na statek i przesłuchanie załogi, ale Louis nie wyraził zgody i zbagatelizował całą sprawę. Później jednak jego inżynier, ów Eryk Manuso właśnie, tknięty przeczuciem sprawdzał zapisy z przejścia i oto co znalazł. Tuż przed wykonaniem Skoku przez „Hernandeza” inny statek nawiązał komunikację z Wrotami, wysyłając skomplikowany przekaz, wyglądający jak kod pieczętowania Wrót… Eryk zidentyfikował ów statek jako „Ostrze” baroneta Williama Redorana Hawkwooda, cesarskiego Rycerza Poszukującego !

Kiedy dwa dni później „Hernadez” wszedł w zasięg komunikatorów z Criticorum najpierw książę, a potem arcybiskup i szef lokalnego oddziału Gildii Przewoźników poprosili o spotkanie. Louis znając już wagę posiadanej informacji i przeczuwając niebezpieczeństwo wysłał kapsułą ratunkową Eryka Mancuzo i drugiego załoganta, niejakiego Freddie Mauera aby wylądowali w niezamieszkanej części planety. Gdyby tego nie uczynił nie pozostałby nikt, kto mógłby mi przekazać tę informację, bowiem przy podchodzeniu do lądowania „Hernandez” nie wiadomo dlaczego eksplodował. Wiem, że śmierć Louisa jest dla Ciebie bolesna, podobnie jak dla mnie, mimo gniewu jaki niegdyś wzbudziła we mnie jego decyzja o przejściu na stronę cesarza. Przysiągłem na jego pamięć, że dowiem się kto stoi za jego śmiercią i dlaczego zapieczętowano Wrota na Byzantium Secundus.

Nadmienię jeszcze, że ów drugi załogant, Freddie Mauer został zabity na Bastionie, zaś Eryk zmarł w chwilę po przekazaniu mi tego co wyżej spisałem. Zabiła go trucizna którą pokryte było ostrze którym ugodzono go na bazarze w Pandemonium. Przybył do mnie, ponieważ byłem jedną z dwóch osób, którym Louis ufał. Drugą jesteś Ty, stryju. Wierzę, że podejmiesz najwłaściwsze w tej sytuacji kroki. Chciałbym też móc liczyć na Twoją mądrość i wpływy, by dopełnić zemsty i dotrzymać przysięgi.

Przesyłam Ci pozdrowienia i ufam, że niedługo spotkamy się na Aragonii

Twój siostrzeniec

Ricardo

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.