Gasnące Słońca – sesja I

Najdroższa Consuello !

Od ostatniego listu, który do Ciebie napisałem minęło już tak wiele czasu, że czuję się doprawdy winny, iż pozostawiłem Cię w niepewności co do mych losów, na pastwę żalu i tęsknoty przez czas tak długi. Wierz mi droga Consuello, że serce me wypełniały żal i tęsknota równie wielkie, ale wyroki Wszechstwórcy rzuciły mnie w świat tak daleki i nieznany, iż żadną miarą listu Ci żadnego stamtąd przesłać nie mogłem. Pokornie tedy proszę o wybaczenie i mam szczerą nadzieję uzyskać je od Ciebie, gdy przedstawię przyczyny tak długiego mego milczenia. Jak wiesz, spędziwszy cztery miesiące na Pandemonium na doglądaniu mej nowej rezydencji i spotkaniach z tutejszą arystokracją, znudziłem się nieco monotonią takiej egzystencji i zapragnąłem jakiegoś nowego wyzwania. Z radością tedy przyjąłem zwiastun niezwykłej przygody w postaci Illuminatora z Zakonu Eskatonicznego, niejakiego ojca Alberto Montisa. Człek ten, o przenikliwym spojrzeniu i milczącego usposobienia, przywędrował na Pandemonium posłuszny Wszechstwórcy, który wedle słów samego Illuminatora zesłał mu był wizję. Wizja owa przedstawiała między innymi mnie, wyruszającego na Hazackim rydwanie w świętą i niezwykle wedle słów samego Eskatonika ważną misję do krainy lodu. Szczegółów owej misji jednakowóż święty mąż, mimo całej swej przenikliwości, nie był jeszcze poznał. Nie przekonałby mnie tedy do wyjazdu mimo doskwierającej mi już nudy, gdyby wraz z mistycznymi opowieściami nie przyniósł zaproszenie do pałacu markiza Pedro Alvarro Justus Hazata, najznakomitszego przedstawiciela naszego domu na Pandemonium, którego wojenna sława dotarła zapewne nawet i do Twoich niewinnych niewieścich uszu. Przyjęcie miało kameralny charakter, markiz zaprosił na nie jedynie Illuminatora Montisa i postacie z jego wizji. Oprócz mnie byli to więc: mój stary znajomy Ortolfus Goddesmannus, Filipine de Severski, nasza daleka kuzynka, członek Gildii Przewoźników i pilot, don Benito da Silva, dawny cesarski Rycerz Poszukujący, który porzucił jednak cesarską służbę i oddał swe usługi domowi Hazat, członek Zakonu Inżynierów imieniem Martin, dość pyszałkowaty z pozoru, ale w gruncie rzeczy uczynny i wielce przydatny, oraz Ur-ukar Ibn Ur-Aghar, który pewnego dnia jak sądzę spłonie na stosie za czary. Po wzajemnym zapoznaniu markiz przeszedł do rzeczy, czyli zaproponował każdemu z nas udział w wyprawie, którą osobiście sfinansuje, a która będzie realizacją wizji ojca Alberto. Wszyscy skwapliwie przyjęli propozycję, ale na tym się ta pierwsza narada skończyła, gdyż wizja Eskatonika, jak już Ci moja najdroższa wspominałem, nie była zbyt konkretną. Mieliśmy zatem pozostać gośćmi markiza i czekać, aż objawienie ojca Alberto stanie się ciałem, aby gdy to tylko nastąpi, bez zwłoki wyruszyć na pokładzie statku markiza „Niedźwiedzi Pazur” tam, gdzie nas wola Wszechstwórcy zawiedzie. Czekaliśmy trzy dni, a po którym to czasie wydarzyło się pierwsze warte wzmianki wydarzenie. Otóż podczas przechadzki przez miasto jakiś ptakopodobny obcy – nazywają ich Etyri – z lękiem w swych ptasich oczach nazwał nas zabójcami swego gatunku. Być może tak jak ojciec Montis miał wizję, a może jedynie odurzył się i bełkotał bez związku, czas pokaże. Nie mieliśmy okazji wypytać nieszczęsnego ptakostwora dokładnie, gdyż w tym momencie przybiegł posłaniec od markiza, oznajmiając że oto Wszechstwórca dosłał ojcu Alberto konkrety. Nasz dom niespodzianie wszedł w posiadanie sekretnego klucza do zaginionego świata Kristi, do którego Wrota zostały dawno temu zapieczętowane. Zapytawszy markiza o szczegóły dowiedziałem się, że klucz odkrył jeden z cesarskich Rycerzy Poszukujących, niejaki Filipo Li Halan, którego statek przeszedł przez Wrota, ale ze względu na awarię silników musiał zawrócić. Drugi pilot okazał się być zdrajcą i sprzedał kopię klucza jednemu z naszych agentów, dzięki czemu mieliśmy niepowtarzalną okazję by znaleźć się pierwsi w nowym, nieznanym świecie. Teraz nareszcie szczegóły wizji ojca Alberto stały się jasne ! Nie chcę trudzić Twej ślicznej główki sprawami polityki, najdroższa Consuello, więc jedynie w skrócie nadmienię, że prawo do osiedlenia się w nowym świecie należy zwykle do tego kto tam dotrze i umocni się jako pierwszy. Kristi była wyjątkowa jeszcze i w tym względzie, że podobno Li Halan widział na niej ruiny starożytnego miasta Annunaki, pradawnej rasy istot zwanej także Urami. Przyznać muszę iż w tamtej chwili nie myślałem wiele o boskich zamysłach, a rzecz całą postrzegałem jako rajd na nowy świat, uwieńczony być może zdobyciem przyczółka. Później ujrzałem wszystko w nieco innym świetle, ale o tym dalej. Póki co jednak nie było czasu do stracenia, albowiem statek Rycerza Poszukującego po dokonaniu napraw wyruszył już był z powrotem na Kristi. Na szczęście opowieści ojca Alberto o „lodowej krainie” wywarły odpowiednie wrażenie na markizie i zapas ciepłych ubrań, o które przecież na Pandemonium trudno, mieliśmy gotowy. Wyruszyliśmy ! W drodze ku Iver, skąd mieliśmy wykonać skok na Kristi, Martin – ów inżynier o którym wspominałem, stworzył cztery techniczne ogrzewacze, dzięki którym czterech z nas nie musiało nosić ciężkich futer, oraz porażacz do swojego sztyletu podobny do tego jaki mam w moim nowym rapierze. Postanowiłem, że zaproponuję mu służbę u mnie, kiedy zakończymy naszą misję. Z pewnością będzie w stanie wykonać dwukrotnie lepszą widmową suknię niż ta, którą chełpiła się ta Decadoska księżna, która tak Cię zirytowała, gdym bawił ostatnio na Aragonii. Wprost umieram z niecierpliwości aby ujrzeć Cię spowitą w te różnokolorowe, półprzejrzyste aury, niczym ulotną zjawę, którą chciałoby się zatrzymać w najcudniejszej godzinie snu… Przejście przez Wrota było krótkie jak mgnienie oka i jak zwykle nie pozostawiło żadnych wrażeń, ale kiedy pod nami ukazała się biała, pokryta śniegiem powierzchnia Kristi poczułem narastające podniecenie. Minęliśmy latający dookoła planety wrak jakiejś starej stacji kosmicznej i weszliśmy w atmosferę. Cała powierzchnia Kristi była pokryta śniegiem, w oddali widniało zamarznięte morze i jedynie na środku leżącej pod nami kotliny wyrastał w niebo wielki posąg Gargulca, jakby strzegący pozostałości po mieście Annunaki. Wiedząc o Li Halanie kuzynka Filipine przeszukała czujnikami statku przestrzeń wokół nas ale niczego nie wykryła i wydawało się, że byliśmy sami. Natomiast na śniegu widniały dwa wielkie kratery, przywodzące na myśl miejsca katastrofy statków zbliżonych wielkością do naszego, z których jeden zdał mi się całkiem świeży, jeszcze nie przysypany śniegiem. Zachowując więc ostrożność zeszliśmy w pobliże Gargulca, stojącego na – jak mogliśmy to z bliska zobaczyć – placyku, otoczonym na wpół przysypanymi śniegiem budynkami. Sam placyk jednak i sterczący na jego środku posąg nie były przysypane, jakby śnieg parował z nich w jednym momencie, choć termometry wskazywały -40 stopni. Nagle Ur-ukar zauważył za jednym z budynków usiłującą się ukryć postać w grubym futrze, z karabinem w dłoniach. Nie wiem co się stało, Ibn-Aghar powiedział potem, że nakazał mu wyjść „swoją mocą”, faktem jest jednak, że ni stąd ni zowąd postać opuściła karabin i wyszła na otwartą przestrzeń. Nie tracąc czasu zjechałem pierwszy na opuszczonej ze statku linie, za mną jeden po drugim zeszli pozostali, a na końcu opuszczono nam bagaże. Wtedy nagle Ibn-Aghar znów popisał się spostrzegawczością i zauważył na niebie ponad naszym „Niedźwiedzim Pazurem” rosnący w oczach punkt – obcy statek ! Muszę przyznać ze wstydem, że na moment straciłem rezon, ale na szczęście Ortolfus miał szybszy refleks – za jego radą wystrzeliłem racę w kierunku nadlatującego wroga. Niestety – załoga statku markiza okazała się być złożoną z oferm najwyższej próby. Gdyby wszystkie nasze załogi były choć w połowie tak ślamazarne i tępe dawno już po naszym rodzie słuch by zaginął ! Zanim do ich zakutych łbów dotarło, że dzieje się coś nieoczekiwanego obcy statek – jak się później okazało – należący do Decadosów zaczął pruć do „Niedźwiedziego Pazura” ze wszystkich luf, niczym do siedzącej na zamarzniętym stawie kaczki. Zanim pilot poderwał maszynę do walki, zanim załoga obsadziła działa statek markiza już dymił i widać było, że walka jest przegrana. Część z nas pobiegła w kierunku niedalekich Uryjskich ruin, ale po śniegu posuwali się w iście żółwim tempie, ja zaś i Ortolfus postanowiliśmy zagrzebać się w śniegu i w ten sposób ratować życie. Po kilku chwilach przez pozostawiony w śnieżnej pokrywie otwór zobaczyłem jak „Niedźwiedzi Pazur” wali się w śnieg spowity płomieniami i eksploduje. Statek Decadosów zawrócił i począł ostrzeliwywać teren na którym wylądowaliśmy, wybuchy wyrzucały w powietrze fontanny śniegu i nasza sytuacja była krytyczna. Jakby tego było mało drgania i hałas wywołał w otaczających kotlinę górach lawinę i masy śniegu runęły w dół grzebiąc nas w głębokich zaspach. Okazało się to jednak dla nas zbawienne. Widać na statku uznano nas już za martwych, bo kiedy pomagając sobie laserami wykopaliśmy się z Ortolfusem spod pięciometrowej warstwy śniegu i wyjrzeliśmy na powierzchnię, po zdradzieckich Decadosach nie było śladu. Niedaleko nas wygramolił się spod śniegu ojciec Alberto Montis natchnionym głosem prorokujący o czekających nas próbach, ale pozostałych nie widzieliśmy. Wtedy od strony ruin miasta doszedł nas odgłos serii z karabinu – to tajemniczy człowiek w futrze zgotował naszym towarzyszom gorące przyjęcie ! Rozdzieliwszy się, skuleni pobiegliśmy w tamtą stronę. Muszę tu jednak zaznaczyć, że ojciec Alberto zdążył nas jeszcze wcześniej pobłogosławić, a jakie to miało skutki za chwilę napiszę. Kiedy kryjąc się za budynkami dobiegłem na miejsce walka trwała już na dobre. Don Benito i Martin strzelali od południowej-zachodniej strony placyku, Ortolfus dołączył do nich, zaś od budynków dokładnie na południe ode mnie słyszałem odgłos dwóch karabinów szturmowych. Postanowiłem więc podejść od północnego wschodu i wziąć przeciwnika w dwa ognie. Gdy przekradałem się ku górującemu nad ruinami Gargulcowi zobaczyłem Ibn-Aghara, wyskakującego ze swoimi nożami na jednego z wrogich żołnierzy, a potem Martina-inżyniera, jak nie kryjąc się wyszedł na otwartą przestrzeń strzelając z lasera. Kule z karabinów krzesały iskry na otaczającym go polu siłowym, widać skubaniec zmontował sobie jakąś sprytną tarczę, działającą mimo grubego ubrania ! Zdecydowanie muszę zatrudnić tego człowieka, pytanie tylko czy będzie mnie na to stać. Tymczasem wyszedłem na pozycję strzelecką, wycelowałem i… pssykk – mój pistolet laserowy się zepsuł. Nie wiem czemu, ale od razu pomyślałem o błogosławieństwie ojca Alberto… Wiem, że to co teraz napiszę napełni być może Twe słodkie serce głęboką troską o stan mojego umysłu, ale przysięgam Ci na uczucia, które do Ciebie żywię, że to prawda i że na rozumie nie słabuję. Kiedy bowiem z mych ust miało wyjść przekleństwo, którego przez wzgląd na Twą niewieścią delikatność nie powtórzę, nagle wszystko wokół mnie znikło i otoczyła mnie wizja. Szedłem oto po morzu, a nieopodal przechodził Prorok i jego ośmiu Apostołów, machając do mnie przyjacielsko… mgnienie oka później widziałem cesarza Aleksiusa siedzącego także na falach, wpatrującego się z zadumą w gwiaździste niebo… potem znów dla odmiany stałem w lesie, a moje ciało rzucało dwa różnobarwne cienie… obrazy zmieniały się przed mymi oczyma niczym w kalejdoskopie, aż w końcu byłem w komnacie audiencyjnej cesarza na Byzantium Secundus. W powietrzu wirował szary tuman, a gdziekolwiek się przesunął ludzie zamieniali się w kruszejące i rozsypujące się posągi. Dostrzegłem moich pięciu nowych znajomych – chwyciliśmy się za ręce i postąpiliśmy ku wirowi, a on usunął się przed nami. Ale wtedy zobaczyłem Ciebie, wleczoną przez pachołków tego pyszałka Aleksiusa Hawkwooda, ujrzałem cierpienie na Twej twarzy i strach w Twoich oczach ! Najsłodsza moja – możesz sobie wyobrazić co wtedy poczułem ! Wyrwałem rapier i runąłem na nich jak jastrząb na stado kur ! Ale niestety – szary tuman ogarnął mnie i w jednej chwili zamienił w kruszejący kamień ! Równie nagle jak się zaczęła wizja znikła. Stałem pod starożytnym Gargulcem, a dwadzieścia metrów ode mnie człowiek z karabinem celował do jednego z moich towarzyszy. Mój pistolet zawiódł, pozostał mi tylko rapier i… granat. Pobiegłem łukiem przez plac, by znaleźć się za plecami strzelającego, ale on mnie zauważył i seria z karabinu ugrzęzła w rękawie mojego futra, drasnąwszy mnie przy tym nieznacznie. Ale także i mój przeciwnik oberwał od któregoś z naszych i skrył się w budynku. Dopadłem do ściany, wyszarpnąłem zawleczkę z granatu i cisnąłem w ślad za wrogiem. Rozległ się huk, a potem zapadła cisza. Nadeszli Don Benito, Ortolfus i Martin, zza ściany ukazał się Ibn-Agharz nożem we krwi drugiego z nieprzyjaciół, a na końcu dołączyła do nas kuzynka Filipine. Na nasze wezwanie z wnętrza budowli wyszło z rękami na głowie dwóch cywili – przedstawili się jako pilot Bob Robinson i naukowiec Otto Gutenberg, obaj z Gildii Przewoźników. Ich statek także został zestrzelony przez Decadowsów w taki sam sposób jak nasz, ale udało im się ocalić ślizgacz i sporo zapasów, które oczywiście natychmiast zarekwirowaliśmy. Jeńcy zaoferowali się zaprowadzić nas do wnętrza kompleksu, który już byli przebadali i do odkrytego przez nich skarbca. Poszliśmy za nimi do środka. Mijaliśmy sporo ciemnych korytarzy i pustych pomieszczeń, aż w końcu doszliśmy do metalowych drzwi, niemal całkowicie rozprutych jakimś tnącym narzędziem. Ortolfus przystawił do nich jakiś techniczny przyrząd i drzwi z jękiem otwarły się ukazując wnętrze skarbca. W środku pełno było obcych mi maszyn, lub czegoś bardzo do nich podobnego, Filipine, Ortolfus i Martin rzucili się ku nim chciwie, Ibn-Agar myszkował po kątach i tylko Don Benito i ja staliśmy bezczynnie przy drzwiach, starając się niczego nie popsuć. Technicy wyciągnęli tymczasem z dość dużej maszyny połyskujący kryształ i jakaś metalową rurę, poczym zaczęli się chyba kłócić czy rozbierać resztę, gdy sprzed drzwi do skarbca doszło nas wołanie. Człowiek którego zobaczyliśmy u wejścia przedstawił się jako Olaf Ratmusen, cesarski inżynier, członek kohorty Rycerza Poszukującego, owego Filipo Li Halana, który jako pierwszy odnalazł klucz do Kristi. Także ich statek padł ofiarą ataku zdradzieckich Decadosów, a sam rycerz został śmiertelnie ranny. Inżynier prosił byśmy udali się z nim do niedalekiej jaskini, w której dogorywa. Zgodziliśmy się i załadowawszy się na zarekwirowany Przewoźnikom ślizgacz ruszyliśmy prowadzeni przez Ratmusena ku pobliskim górom. Filipo Li Halan istotnie był już u kresu swej ziemskiej drogi. Zaklinał nas byśmy odsłonili tajemnice Kristi dla cesarza, gdyż w przeciwnym razie nie zazna spokoju. Udało mi się uśmierzyć jego ból zapewnieniem, że dotrzymam danych obietnic, choć oczywiście chodziło mi o obietnice dane markizowi, co już jednak umknęło nadwyrężonemu ranami umysłowi Li Halana. Ale co tam, przynajmniej odszedł w spokoju i poczuciu spełnionego obowiązku. Niech Wszechstwórca oświetli jego drogę. Dobrze też że go ojciec Alberto uprzednio nie pobłogosławił, bo miałby biedak z pewnością jeszcze kilka prób do przejścia. Don Benito obiecał mu przed śmiercią zawieźć jego ciało na rodzinną planetę… chyba mu pomogę. Zbliżał się wieczór, zamknęliśmy więc wejście do jaskini śnieżnym murem, żeby odciąć się od nocnego mrozu i ataków jakichś futrzastych dzikich bestii, o których napomknął inżynier Ratmusen. Potem rozmowa zeszła na temat wizji, którą Ci droga moja Consuello już opisałem, a która jak się okazało stała się udziałem każdego z naszej szóstki. Poskładaliśmy w całość rozsypane obrazy, próbując dojść ich znaczenia i rozpoznać miejsce, które przestawiały. Moja wizja dwóch cieni sugerowała świat o dwóch słońcach, a taki jest tylko jeden – Gwyneth, należąca do Hawkwoodów, Filipine widziała wielką bitwę kosmiczną, a Don Benito siebie na Ishtar, planecie Al-Malików i na Graalu, co przypomniało nam wszystkim przerażonego Etyri w klatce na targu na Pandemonium. Przypomnieliśmy też sobie, że każdy z nas w krytycznym momencie gdy zwyciężaliśmy szarość podążył za własną największą namiętnością, tak jak ja za Tobą. Wizja sugerowała, że jeśli je odrzucimy i połączymy siły zwyciężymy szary tuman, pytanie tylko czy warto, bo – jak możesz być pewną – nie ma dla mnie rzeczy ważniejszej i cenniejszej niż Ty. Nurtuje mnie jednak pytanie czymże była ta szarość… czy to symbol czasu, który obraca w nicość ludzkie losy i tylko ci, którzy dokonają wielkich czynów znajdują miejsce w ludzkiej pamięci, czy może to jakieś bliższe niebezpieczeństwo, które grozi cesarstwu ? Ale w takim razie czy może mnie obchodzić los tego pyszałka i jego marzeń o wielkości ? Być może przyszłość wyjaśni to czego dziś wyjaśnić nie sposób ? Na razie kończę, obiecuję jednakże napisać kiedy tylko znajdę znów wolną chwilę. Mam też niesłabnącą nadzieję, że kiedyś uda mi się wyrwać z tej pokrytej śniegiem, zapomnianej przez ludzi planety i wysłać Ci ten i następne listy, abyś wiedziała iż w każdej chwili jesteś obecna w mych myślach i moim sercu, Nie mogąc doczekać chwili, gdy Cię znów ujrzę

Twój oddany i zawsze kochający brat Ricardo

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Gasnące Słońca, GS Odyseja ,

Comments are closed.