Fajka (nie)pokoju

Opowieść czwarta wg Tima

Minęło trochę ponad tydzień, jak pochowaliśmy Olega w Sunny Water, razem z ponad setką mieszkańców miasteczka i przyjezdnych, kiedy spotkaliśmy go znowu. Jasne, że teraz na Zachodzie dzieją się różne rzeczy i byle truposz łażący po ulicy nie robi już na mnie wrażenia, ale co innego jak spotykasz swojego kumpla, którego nie tak dawno własnoręcznie zakopałeś parę stóp pod ziemią. Byliśmy akurat z Elwoodem w mieście okręgowym Cedar City, raz żeby opowiedzieć sędziemu co się zdarzyło w Overton i Sunny Water, a dwa żeby nareszcie skasować od linii Denver Pacific zaległe pieniądze jeszcze za Milford. Był z nami też stary znajomy, Czarnuch Danny i całkiem nowy znajomy, Żółtek Chan, czy jakoś podobnie. No i była nasza opiekunka, zastępca szeryfa okręgowego, Miss Vanessa Lester (baba szeryfem!), co to pilnowała, żebyśmy się gdzie nie zapodziali i opowiedzieli sędziemu cośmy widzieli i przeszli. Oleg wszedł jak gdyby nigdy nic do saloonu, gdzie się zatrzymaliśmy, przez co Danny zrobił się biały, ja – czerwony, a Elwoodowe gacie zrobiły się żótłe, chyba nie trzeba gadać czemu. Ale okazało się, że wygrzebanie się Olega to jeszcze małe piwo.

Kiedyśmy mozolnie brnęli przez durnowate przesłuchania, przyzwyczajając się powoli do smrodu wygrzebanego Olega, w Cedar City zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Najpierw zginął maszynista pociągu i palacz, zabici jakby silnym ciosem pałki w głowę i rozebrani z ubrań. Mały, miejscowy obszarpaniec widział jak facet, który ich zabił, wlazł potem do kotła lokomotywy, a jak wylazł, cały się dymiący no i rzecz jasna goły, to właśnie zabrał ciuchy maszynisty i zwiał w kierunku miasta. Wszyscy co to słyszeli, wyśmiali małego, ale my, przyzwyczajeni do takich i gorszych jeszcze historii, wiedzieliśmy że coś się szykuje. Ale, że niewiele się dało znaleźć, bo tłumy gapiów zadeptały wszystkie ślady, poszliśmy napić się do saloonu po ciężkim dniu. No, a tu trafiliśmy na kolejnego trupa. Jakaś niewiasta wątpliwej proweniencji dostała czymś ciężkim w twarz, kiedy siedziała w latrynie. Tym razem nikt niczego nie widział, choć pewnie żaden goły facet z tejże latryny nie wylazł, bo ciuchy kobiety zostały na miejscu.

Tu trzeba by wtrącić słówko o Indiańcach, co siedzieli akurat w miejskim areszcie, czekając na niedzielę, kiedy to mieli zawisnąć na szubienicy. Otóż kawaleria przywiozła poprzedniego dnia do miasta trzech Czerwonych, którzy napadli ponoć na dwa wozy osadników i zmasakrowali ich tak, że tylko dwójka dzieci wyszła z tego cało. Indian było siedmiu, sześciu wojowników i szaman, ale czterech z nich padło i w areszcie siedziała poraniona reszta – stary szaman i dwóch wojowników. A dwaj bohaterscy kawalerzyści, zostawieni w mieście dla dopilnowania sprawy, wałęsali się po saloonach i pili.

Jeden z tych podpitych bohaterów siedział akurat w tym samym saloonie co my i widać było, że coś go gryzło i to wcale nie wszy. Pociągnęliśmy go trochę za język i chłopak poskarżył się, że jego sierżant coś dziwnie się zachowywał, a potem znikł. To dziwne zachowanie to było picie wody wiadrami, a potem żarcie ziemi. No a potem zniknięcie bez śladu. A wszystko po tym, jak sierżant przetrząsał rzeczy zabrane Indianom, co to napadli na wozy osadników. Przy okazji żołnierzyna wypaplał też, że ten atak to też coś dziwnego, bo Czerwoni mieli łuki, a osadnicy zginęli najwyraźniej od kul…

Danny przekonał chłopaka, że pewnie sierżant się zaraził od Indiańców jakąś końską chorobą, bo konie też wodę wiadrami piją i może nie ziemię, ale trawę na pewno żrą. Niby taki żart, ale niewiele się z prawdą rozminął. Przyszło nam do glowy, że trzeba by pogadać z Indianami o napadzie no i co tam takiego dziwnego mieli w jukach, co sierżantowi kazało pić wodę i żreć ziemię. Wybraliśmy się tedy do biura szeryfa.

Tam najpierw nie chcieli z nami gadać, szeryf mało nas nie przepędził, ale jak wrzuciliśmy pięć dolców na „utrzymanie prawa” w mieście do puszki to łaskawie pozwolił nam pogadać z szamanem. Ten nie mówił co prawda po naszemu, ale z pomocą wrednych manitou udało mi się zrozumieć po ichniemu i dowiedziałem się co następuje.

Indianie byli z plemienia Apaczów Hualpaj, szaman nazywał się „Patrzący na śmierć” i w eskorcie sześciu wojowników wybrał się w te okolice znaleźć jakiś magiczny przedmiot, który mu się wiele razy przyśnił i którego przodkowie przykazali mu szukać. Znaleźli szkatułkę, w której zamknięte było to coś, ale jej nie otwierali, bo szaman czuł się za słaby na terytorium bladych twarzy i wolał zająć się tym we własnym wigwamie. W drodze powrotnej napatoczyli się jednak na rabujących wozy osadników białych bandziorów, pozabijali ich i chcieli odstawić ocalałą kobietę i dwójkę dzieci do miasta, ale mieli pecha wpaść na oddział kawalerii, który ich z kolei rozbił, zabijając przy tym ocaloną z wcześniejszego pogromu kobietę. Dzieciaki przeżyły jako jedyne z osadników. Szaman i dwaj ciężko ranni wojownicy trafili do aresztu, ale niedługo mieli z niego wyjść prosto na szubienicę.

Danny postawił na nogi dwóch ciężko rannych towarzyszy „Patrzącego na śmierć”, czym udowodniliśmy że jesteśmy przyjaciółmi czerwonych braci i zasłużyliśmy na dalszy ciąg historii. To magiczne coś ze skrzynki znalezionej przez Indian zamieniało dotykających go ludzi w potwory. Przemiana nie była jednak natychmiastowa, delikwent musiał złączyć się po kolei z pięcioma żywiołami: wodą, ziemią, ogniem, powietrzem i duchem, a każdy z tych etapów trochę trwał. Złączenie z Duchem to było zabicie kobiety z saloonu, maszynista i palacz pewnie zginęli przypadkowo, bo akurat stali blisko kotła z ogniem. Jeśli dobrze wykombinowaliśmy, a „Patrzący na śmierć” nic nie pokręcił, to w Cider City był już jeden potwór, prawdopodobnie sierżant żołnierzyka z saloonu.

Chętnie byśmy jeszcze pogawędzili z szamanem, który zdaje się nas polubił, ale manitou skończyły tłumaczyć, a szeryf się zniecierpliwił i wygonił nas z aresztu, że niby już noc i zamykają. Poszliśmy więc, po drodze zastanawiając się co dalej. Wyszło nam, że bandziory co napadły na wozy osadników to byli ludzie niejakiego Whitakera, właściciela kilku saloonów i sporego kawała ziemi wokół miasta. Pomyśleliśmy tak dlatego, że kilku ludzi Whitakera zginęło w rzekomym napadzie Indian, no i że jeden z nich ciągle siedział w biurze szeryfa, mając cały czas oko na wieźniów. No, ale to mogło poczekać, najważniejsze było znaleźć potwora i ten tajemniczy indiański fant ze skrzyneczki. A wszystkie fanty przechowywał w swoim domu zastępca szeryfa, niejaki Terry Lemon. Postanowiliśmy wpaść do niego z wizytą.

Ale nie tak szybko. Przechodziliśmy właśnie niedaleko jakiejś budy z żarciem, nazwanej chyba Stoliczek, ale mogło też być Miseczka czy Kubeczek, kiedy dobiegły nas stamtąd okropne wrzaski, strzały i zaraz ze środka wysypali się wrzeszczący biesiadnicy, z obłędem w oczach. Kilku odważnych, w tym zastępca szeryfa wpadło do środka przed nami, ale równie szybko wypadło z powrotem. No i trudno się im dziwić. W środku szalał potwór z opowieści szamana, czyli pewnie niedawny sierżant kawalerii. Goły, żylasty, z długimi zębami i pazurami, upaprany krwią, pośród rozwleczonych po całej knajpie resztek pomordowanych ludzi, wyglądał na tyle upiornie, że co słabszym z nas popuszczały nerwy i zwieracze, ale generalnie trzymaliśmy się dzielnie, jak porównać do spieprzających co sił w nogach stróży prawa i lokalnych osiłków.

Z miejsca daliśmy ognia, a nasz nowy żółty znajomy wyskoczył na bestię ze swoimi dwoma chińskimi szablami, ale potwór był piekielnie szybki i odporny. Oberwał kilka razy solidnie, ale jakoś nie bardzo go to osłabiło, za to każdy z nas zaliczył przynajmniej zadrapanie krzywym pazurem, albo i ugryzienie zaślinionymi kłami. Kiedy jednak już straciliśmy nadzieję, że kulami i stalą coś tu zyskamy, bestia przeskoczyła nad zagradzającym jej drogę Chińczykiem i zanurkowała w dziurze w podłodze, zabierając ze sobą nogę jakiegoś rozerwanego na sztuki nieszczęśnika. Zajrzeliśmy w tunel, ale żadnemu z nas nie uśmiechało się ścigać potwora w podziemnych korytarzach, tym bardziej że najwyraźniej żadna nasza broń na niego nie działała. Trzeba było się namyślić jak toto zabić i miał nam w tym pomóc siedzący w areszcie szaman.

Wyszliśmy z solidnie pokiereszowanej jadłodajni, gdzie mięso niedawnych gości walało się w obfitości po podłogach i stołach i z miejsca natknęliśmy się na obesranych i poszczanych ze strachu, ale mimo to bezczelnych i przemądrzałych zastępców szeryfa. Nie pamiętam już jak to się dokładnie stało, ale skończyło się na tym, że za ubliżanie stróżom prawa i w końcu danie im po ryju wylądowaliśmy z Elwoodem w pace. Zresztą tu też się stawialiśmy i dopiero wycisk, który nam dał wielki misiol trochę nas ostudził.
Chciałem sobie pogadać z szamanem o tym co akurat przeszliśmy, ale ten buc szeryf sprał go na kwaśne jabłko niby w rewanżu za zdemolowanie przez potwory „Stoliczka” i stary Indianiec stracił przytomność. Nie mając zatem nic lepszego do roboty skracaliśmy sobie z Elwoodem czas pogadując z miejscowymi pijaczkami siedzącymi w sąsiedniej celi i panienką imieniem Susy z drugiej celi, która okazała się być oskarżona o chyba sześć czy osiem zabójstw. W końcu jednak opadliśmy z sił i poszliśmy spać.

Tymczasem pozostający na wolności Danny, Oleg i Chińczyk poszli rankiem zobaczyć co z rzeczami Indian do domu jednego z zastępców, wspomnianego już Terry Lemona. Wcześniej od miastowego lekarza dowiedzieli się, że Terry źle się poczuł i wziął wolne. Dlatego nie zdziwili się bardzo, jak zastali dom zastępcy pusty, sień pełną wiader z resztkami wody i rozkopaną ziemię za domem. Rzeczy Indian były tu, ale rozgrzebane i żadnej szkatułki między nimi nie było. Wyglądało, że Lemon też przemienił się w potwora i zakopał się w ziemi razem z magicznym fantem. Pewnie siedzący w szkatułce manitou pokapował się, że zechcemy dać mu wycisk i postanowił się ukryć. Tak czy owak, w mieście były już chyba dwa potwory – sierżant i Lemon – i z tego co widzieliśmy nie dało się ich niczym zabić.

Ale miało być jeszcze gorzej – zniknął pomocnik kowala, a kuźnia wyglądała jakby w jej środku wyjecachał spod ziemi pociąg. Ani chybi któryś z tych dwóch porwał chłopaka, może żeby go po prostu zeżreć, ale może żeby przerobić na jednego ze swoich. Tak, okazało się że rana zadana przez potwora może spowodować klątwę, tak jak sam przedmiot ze szkatułki. Powiedział nam to szaman, który się w końcu ocknął po laniu jakie mu dał szeryf. A przecież każdy z nas oberwał w nocnej jatce w „Stoliczku”, więc każdy z nas mógł się zarazić. Mnie jeszcze nic nie brało, ale Elwood wykazywał wielkie pragnienie i wyglądało na to, że może skończyć jak sierżant i Terry Lemon.

Szaman chyba poznał się na tym i wiedział że mamy kłopoty. Ale nie tylko my, także całe miasteczko, które wkrótce mogło zapełnić się potworami. „Patrzący na śmierć” skłonny był nam pomóc, ale uparł się że blade twarze muszą go wypuścić na wolność, przeprosić i jeszcze zadośćuczynić za zabitych wojowników, czyli dać konie i jakieś skóry bizonów. Normalnie wyśmialibyśmy starucha za jego bezdenną głupotę i naiwność, ale sytuacja nie była normalna. Trzeba było coś wymyślić i to szybko, zanim zaczniemy żreć ziemię i rozglądać się za jakimś przytulnym paleniskiem. Oczywistym rozwiązaniem wydawało się porwanie Indian z pierdla, na przekór wrednym zastępcom szeryfa i bandziorom Whitakera, z których zawsze jeden siedział w kącie, jakby nie dowierzając miejskim głupolom. Ale póki co sami siedzieliśmy z Elwoodem w pace, czekając aż nasi przyjaciele wymyślą jak nas stamtąd wyciągnąć.

No i wymyślili. Nasza opiekunka, Miss Vanessa, postanowiła co prawda pogadać z szeryfem i przekonać go po dobroci, żeby nas wypuścił, ale na szczęście nasi towarzysze mieli bardziej radykalny plan. Mieli swoje powody. W międzyczasie poszli do tego lekarza, do którego wcześniej zgłosił się chory Lemon i okazało się, że ten też jest już zarażony. W domu miał pełno wiader z wodą, czyli pierwszy etap. Chłopaki przycisnęli go i wygadał, że zastępca pokazywał mu dziwną fajkę, wyjętą z takiego rzeźbionego pudełka… A więc fajka. Na domiar złego Danny i Oleg też już mieli pierwsze objawy, zaczęło ich suszyć jak Elwooda i dla nich też stało się oczywiste, że trzeba działać szybko. No i stąd plan, prosty i jak się potem okazało skuteczny, choć brzemienny w skutki.

Weszli do aresztu razem z panną Vanessą, ale kiedy tylko burakowaty szeryf zaczął się dąsać wyciągnęli spluwy. Na szczęście stróże prawa nie okazali się badziej bohaterscy niż minionej nocy, nie obesrali się co prawda, ale potulnie i bez żadnej szamotaniny dali się wpakować do celi, w miejsce Elwooda i mnie. Do celi Indian trafił powiązany i bełkoczący coś o ziemi nieszczęsny lekarz. Panna Vanessa była zszokowana i mimo tłumaczeń nie mogła zrozumieć, że musieliśmy jej zrobić ten zawód, żeby uratować to cholerne, niewdzięczne miasto i pewnie także jej tyłek, całkiem zresztą zgrabny. Ale nie było czasu na dłuższe gawędy, Elwood wypił całą wodę z aresztu i miał się niedługo zacząć posilać ziemią. Staliśmy się przestępcami, ale tak widać musiało być.

Wyciągnąłem jakiegoś manitou za uszy z Zadymionego Saloonu i kazałem mu wywołać mgłę. Jakby wyczuł, że tym razem nie ma żartów, mgła się zrobiła jak mleko, mogłeś wdepnąć w krowie łajno i poczuć dopiero po zapachu. Zwialiśmy z miasteczka i zatrzymaliśmy się dopiero w lesie parę mil dalej, żeby obgadać z szamanem dalszy plan, poskubać trochę ziemi i napić się do woli wody, bo już wszyscy mieliśmy takie czy inne objawy.

„Patrzący w śmierć” najpierw się trochę dąsał, że nie został należycie przeproszony i że nie dostał zadośćuczynienia w koniach, ale w końcu chyba nawet do jego wypalonej niezliczonymi fajkami pokoju mózgownicy dotarło, że uratowaliśmy jego suchy, czerwony tyłek od rozdziobania przez wrony na szubienicy i coś nam się od niego należy. Powiedział że może zdjąć klątwę, ale musiałby dostać z powrotem swoją szkatułkę, czy raczej fajkę, która była w śrdoku. A potwory zabrały szkatułkę i ukryły w bezpiecznym miejscu, to pewne. Do tego nie mieliśmy pojęcia gdzie jest to miejsce. Jednak tu szaman nam pomógł. Zapalił jakieś swoje zielsko, pośpiewał coś po swojemu, pokiwał się jak dzięcioł i wykoncypował, że fajka leży w miejscu, gdzie spotykają się wszystkie żywioły. Wyszło nam że to stara cegielnia. Pozostał tylko problem jak pozbyć się pilnujących jej stworów.

I tu znowu szaman okazał sie pomocny. Powiedział, że potwory można zabić tylko bronią zrobioną z pięciu żywiołów, czyli czterech normalnych i ducha, na przykład krwi. Wypytaliśmy go dokładniej i okazało się, że dodanie krwi do nabojów ujdzie, tak samo jako cięcie rozpalonym i umazanym krwią ostrzem. Uzbroiliśmy się zatem w improwizowany pięciożywiołowy oręż, obwiązując noże i szable Chińczyka naoliwionymi szmatami, popaćkanymi krwią i nacinając naboje w krzyż, żeby też dało się je upaprać je krwią, która zostanie nawet po wystrzale. Przygotowani, pożegnaliśmy się z szamanem i dwoma milczącymi wojownikami, obiecując im (i przede wszystkim sobie) wrócić rychło z fajką.

Pojadłszy po drodze ziemi i popiwszy solidnie wody dotarliśmy do podejrzanej cegielni. Było cicho, ale z komina opuszczonej przecież ponoć budowli snuł się delikatny dym. Znak, że palił się tam ogień. Mógł to być jakiś włóczęga, ale my wiedzieliśmy że to potwory. I nie pomyliliśmy się. Kiedy tylko weszliśmy do środka wyszły nam naprzeciw. Dwa.

Rozpoczęła się jatka. Tym razem stwory broniły swojej ukochanej fajeczki i nie chciały nas tylko podrapać, chciały nasz zabić. Ale my też mieliśmy jak je dziabnąć i walczyliśmy jak głodne kojoty o ostatki mięsa. Żółtek Chan i ja poszliśmy do przodu, Chińczyk bo walczył swoimi dwoma dziwnymi szablami jak diabeł z piekła rodem, a ja bo mój wielki bebech skutecznie bronił potworom dostępu do naszych cennych strzelców. No i miałem do pomocy manitou, który zebrał parę pierwszych ciosów na swój śmierdzący zadek. Huk palby, ogniste błyskawice szabel Chińczyka i potępieńcze wrzaski potworów, szkoda że nikt poza nami tego nie widzał! Oberwałem solidnie, inni też trochę pokrwawili, ale w końcu położyliśmy obydwie bestie trupem i znaleźliśmy upragnioną szkatułkę, a w środku indiańską fajkę, na oko całkiem zwyczajną.

Potem było już łatwo. Dojechaliśmy z powrotem do znajomego szamana, wypaliliśmy z nim jakieś zielsko z fajeczki znalezionej w cegielni, przechodząc tym samym te wszystkie pięć żywiołów i jakoś tak odechciało nam się pić wody, jeść ziemi i takie tam. Potem się okazało, że w Cider City też wszystko wróciło do normy, to znaczy chorzy na zarazę albo wykitowali, albo wyzdrowieli, w każdym razie nie było więcej potworów, wiader wody i zoranych trawników, a stróże prawa mogli znowu pilnować porządku nie brudząc sobie spodni. Indiańce pozbierali się i odjechali do swojej wioski, zabierając feralną fajkę i tylko my wyszliśmy na tym fatalnie – federalni wysłali za nami listy gończe, przypisując nam na spółkę z Czerwonymi zabicie kilku obywateli, a do tego całe Sunny Water i bodaj nawet Overton. Dobrze chociaż, że nie dostało nam się za rozpętanie wojny secesyjnej i Pomstę. Ale tak czy siak musieliśmy wiać z Północy i wracać na Południe, gdzie na szczęście nadal byliśmy wzorowymi obywatelami.

Ale na sam koniec nie odmówiłem sobie małej prywatnej zemsty. Pamiętacie tego Whitakera, którego ludzie zostali ponoć wymordowani przez Indian razem z biednymi osadnikami? A tak naprawdę to właśnie Indianie ocalili dwójkę dzieci przed zamordowaniem przez bandziorów Whitekera. Ten facet nie odegrał w tej historii bezpośrednio wielkiej roli, ale uznałem że skoro według prawa jesteśmy już mordercami, to niech chociaż prawdziwy morderca dostanie za swoje. Zamieniłem się w węża, wpełzłem w nocy do domu Whitakera i pokąsałem go śmiertelnie. Drań skonał we własnym łóżku, może ciutkę za szybko, ale dobre i to.

Marek Meres

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Deadlands, DL po raz szósty ,

Comments are closed.