Czarny szaman i biały murzyn

Styczeń, 1606

Nazywam się Angelo Capelli i pochodzę z republiki Weneckiej, gdzie urodziłem się jako syn kupca, a z czasem stałem się podróżnikiem głodnym nowych wrażeń i przygód. Od miesiąca jakaś wewnętrzna siła niewiarygodnie wręcz pcha mnie ku Nowemu Światu. Nie mogę przestać o tym myśleć. Po nocach śnię o cudownych nowych lądach, odkryciach, walkach, kobietach i bogactwach. Europa, którą znam, coraz bardziej zdaje mi się nudna, a przed oczami staje mi stara czarownica z wyspy Murano i jej dawne proroctwo, że „podróżując po całym świecie, uda mi się wyszarpać z rąk Zła miłość mego życia”. W końcu więc to uczyniłem – zaokrętowałem się na karawelę Barilla Alegra. 5 tygodni rejsu przez ocean do podbitej przez Hiszpanów wyspy – Hispanioli.

9 luty 1606

Rejs upływa monotonnie – żadnych przygód i żadnej kobiety na pokładzie. Nigdy wcześniej nie płynąłem tak długo statkiem bez przybijania do brzegu. Na szczęście poznałem 3 ciekawych towarzyszy, których podobnie jak mnie ciągnie ku Nowemu Światu. Są to: Portugalczyk Bartholomeu da Serra – młody, ale już doświadczony pilot z Lizbony, który żeglował nawet do Japonii oraz Chin, poza tym straszna gaduła; Drugi Portugalczyk Juan Hose Montoya – oficjalnie żeglarz i rybak, lecz gdy widziałem jego aparycję, garłacz i rapier, zgoła jakimś doświadczonym piratem mi się zdawał; oraz młody, porywczy Hiszpan z dobrego domu Luis Enrique Murietta– szermierz i zdobywca hiszpańskich zamtuzów, a szczególnie jednego, w Bilbao, o którym ciągle mówił. Poza tym na statku, oprócz stałej załogi, jest jeszcze bardzo młody hiszpański szlachcic Augusto de Rojas – podróżuje do swego stryja, plantatora na Hispanioli. Z czasem cała nasza czwórka zaczęła traktować go trochę jak młodszego brata, o którego trzeba dbać.

22 luty 1606, południe, Santo Domingo

Przybyliśmy! Karaiby! Hispaniola! Santo Domingo! Byliśmy spragnieni wrażeń, innego niż na statku jedzenia, kobiet i wszystkiego tego co nam może zaoferować stały ląd. Pierwsze wrażenie: Santo Domingo to małe i raczej ubogie miasteczko, z dużą ilością czarnych ludzi, którzy tutaj są niewolnikami, a zostali przywiezieni z Czarnego Lądu. Poza tym dużo goręcej, niż o tej porze gdziekolwiek w europie, a bywałem w różnych krajach.

Augusto już przy przybijaniu do brzegu poprosił nas o odprowadzenie do kwatery miejscowych żołnierzy – gdzie miał mieć wieści od stryja. Nie sposób było młodzieńcowi odmówić, a to miasto najwyraźniej trochę go przerażało.

Po drodze przy jednej z tawern spotykaliśmy pierwszą naprawdę ciekawą z wyglądu osobę – wysoki, dobrze zbudowany, starszy mężczyzna z wielkim mieczem, chrześcijańskim krzyżem na piersi i pilnie strzeżonym pakunkiem. Wśród tych wszystkich murzynów zdumiał i zaciekawił mnie ten widok, rodem z jakiś dawnych wypraw krzyżowych, więc przystanąłem na krótką rozmowę i poznaliśmy mrukliwego Manuela de Salvatierra. Wkrótce potem dołączył do niego dominikanin Ojciec Rodrigo, sługa legata Agostina de Villaruel, najważniejszego przedstawiciela kościoła na wyspie. Razem udali się do tawerny na jakieś tajne rozmowy.

Tajemnice, dziwne pakunki, krzyżowcy, ważni dostojnicy kościelni i na dodatek wszystko w takim miejscu – to było aż nadto, aby rozpalić naszą awanturniczą ciekawość i oczywiście udaliśmy się za nimi. W tawernie niewiele dało się jednak podsłuchać, za to zjedliśmy świetny posiłek, co też było godne uwagi po tygodniach na morzu. Koniec z końców dzięki Bartholomeu udało się dowiedzieć, że tajemniczy pakunek zawiera wielką, starą i cenną inkwizytorską księgę – „Młot na czarownice”, co całej sprawie dodało smaczku.

Słudzy kościoła rozeszli się ku swoim sprawom, a my dotarliśmy w końcu do kapitana straży w Santo Domingo – Hernana de Nawarro. Powiedział nam, że Hippolit de Rojas, stryj Augusto, nie mógł przybyć osobiście – zatrzymały go w hacjendzie jakieś nagłe sprawy, związane z tajemniczym zniknięciem jednego z niewolników i prosi bratanka o przyjazd. Ponadto trzeba uważać na bunty niewolników, które akurat wstrząsają wyspą. Murzyni mogą samowolnie biegać po wyspie i być niebezpieczni. Dowiedzieliśmy się także o niedawnym pojmaniu w mieście kapitana pirackiej, angielskiej karaweli „Ultra Vires”, która nęka Hiszpanów w okolicy i o wiedźmie, parającej się czarami z tego statku. Czyżby po to sługom kościoła taka księga? I co w mieście robił sam ów pojmany pirat – Demarcy? Coraz więcej ciekawostek pojawiało się w Santo Domingo. Na razie jednak czuliśmy się w obowiązku bezpiecznie odprowadzić Augusto na plantację stryja.

22 luty 1606, popołudnie.

Kapitan pożyczył nam konie i kiedy już mieliśmy wyruszyć, stała się rzecz zgoła niewiarygodna. Otóż przypadkiem przekonaliśmy się, że rozumiemy co między sobą mówią czarni niewolnicy w swej dziwnej mowie. Znam co prawda kilka języków, w tym hiszpański, ale nigdy nie podejrzewałem, że mogę zrozumieć nieznany i dziwny język przy pierwszym usłyszeniu go. Wkrótce jedna miało się to wyjaśnić.

Chcieliśmy zdążyć na hacjendę przed nocą, więc ostro popędzaliśmy konie i pewnie dlatego wpadliśmy w kiepsko zorganizowaną zasadzkę jakiś miejscowych bandytów. Doszło do szybkiej walki i okazało się, co znaczy nasze awanturnicze doświadczenie. Kilku bandytów zostało rannych, jeden z nich zginął z moich rąk i w końcu się poddali. Byliśmy w środku dżungli i nie bardzo mieliśmy co z nimi zrobić, a bezbronnych nie godziło się zabijać. Zabraliśmy więc im broń i wypuściliśmy.

22 luty 1606, północ, plantacja Hippolita de Rojas

Plantator Hippolit de Rojas przywitał nas bardzo życzliwie smacznym miejscowym rumem i dziękował za bratanka. Utrzymywał się z hodowli trzciny cukrowej i produkcji cukru dla Europy. W rozmowie wspomniał o zgoła niewiarygodnej sprawie – jeden z jego młodych czarnych niewolników zniknął podczas snu, a na jego miejscu pojawił się dziwny, chudy, pomarszczony starzec, którego nikt nie zna i z którym nie sposób się porozumieć. A wszystko zdarzyło się przy śpiącej żonie i dzieciach niewolnika, w zamkniętej chacie. Starzec nigdy nie śpi, nie je i jakby na coś czekał… W istocie tajemnicza zagadka, którą postanowiliśmy natychmiast zgłębić, pomimo później pory i naszego zmęczenia.

Ku naszemu wielkiemu zdumieniu szybko okazało się, że ów starzec N’Longa czekał właśnie na nas! Potrafiliśmy się z nim porozumieć, co jak wyjaśnił, było wynikiem jego czarów rzuconych na nas. Twierdził, że ma kilkaset las, jest potężnym szamanem, mieszka na Czarnym Lądzie, a tutaj przebywa, bo czarami zamienił się ciałem ze swym prawnukiem, no i że ma dla nas ważną misję. Wybrał właśnie nas, przyszłych bohaterów i sprowadził tutaj (znaczy na Hispaniolę), abyśmy walczyli z Wielkim Złem, które pcha się, aby zawładnąć całym Światem. Wspominał o jakiejś przerażającej istocie, mieście miejscowych indian na Hispanioli, którego mamy szukać, dziwnych płaskorzeźbach i różnych innych rzeczach, od których w głowie może się zamieszać. Wszystko to wydało nam się zgoła nieprawdopodobne i niemożliwe. Przekonał nas dopiero, gdy okazało się, że zna fakty z naszego życia, o których nawet sobie nawzajem nie mówiliśmy… no i wyjaśnił, że nasza mocna chęć podróży do Nowego Świata nie była jakąś zachcianką, tylko pojawiła się za sprawą jego czarów.

Na koniec powiedział, że już wkrótce musimy poszukać złej osoby, która próbuje zawezwać większe Zło i wtedy końcowo się przekonamy o prawdziwości jego słów. Obiecał, że będzie w tym miejscu czekał na dalszy rozwój wydarzeń. Z głowami pełnymi niewiarygodnych nowin udaliśmy na hacjendę, aby porządnie się wyspać.

23 luty 1606, wieczór, Santo Domingo

Powróciliśmy w czwórkę do Santo Domingo i zakwaterowaliśmy się w portowej winiarni. Zgoła od razu usłyszałem z sali jadalnej rodziny język włoski i to z ust kobiety! Co prawda słowa których używała mało pasowały damie, ale kobiety z naszych regionów w gniewie często podobnych słów używają, a temperament to raczej cnota niż wada u kobiet. Maria Isabetta Trevisana pochodziła z Neapolu, a była mniej więcej w moim wieku, czyli koło 30 lat. Irytowała się na swojego towarzysza, kompletnie pijanego, z którym tu przybyła. Wywaliłem głupca do pobliskiej zagrody dla świń, uszczuplając go przy okazji o 2 reale. Za głupotę trzeba płacić.

W rozmowie okazało się, że potrzebuje pomocy i w końcu postanowiła nam zaufać. Chciała ratować angielskiego kapitana pirackiej karaweli „Ultra Vires”, więzionego obecnie w mieście – Demarcy’ego, którego była towarzyszką. Już sami domyśliliśmy się, że oto mamy przed sobą „Wiccę”, czyli wiedźmę z tego statku, również poszukiwaną przez miejscowe prawo.

Ja Angelo, postanowiłem z różnych powodów jej pomóc – po trochu dlatego, że była kobietą w potrzebie, była prawie moją krajanką, ów pirat byli wrogiem Hiszpanów (a co osłabia Hiszpanów może wzmacniać np. nas Wenecjan), a najważniejsze, że miałem ochotę na prawdziwą przygodę! Moi towarzysze (nawet Hiszpan Luis!) też jakoś dali się przekonać (być może za sprawą pieniędzy, które otrzymaliśmy od Marii) i tak oto zaplątaliśmy się w coś, co mogło bardzo szybko zaprowadzić nas na hiszpańską szubienicę.

23 luty 1606, noc, Santo Domingo

Pod osłoną ciemności udaliśmy się w piątkę pod miejskie więzienie. Maria twierdziła, że sama sobie ze wszystkim poradzi. Już jednak na początku natknęliśmy się na strażników miejskich pilnujących wiezienia. Niejaki Gunter z pochodzenia Niemiec, dowódca warty, zmusił nas do oddania wszelkiej broni, ale po krótkich i brzęczących pertraktacjach, pozwolił damie na zobaczenie więźnia-pirata. My oczywiście zostaliśmy na zewnątrz, mocno zaniepokojeni co będzie dalej. Po kilku minutach Maria wyszła i wynegocjowała, abyśmy my także mogli więźnia ujrzeć przez chwilkę. I tutaj zaczęły się niewiarygodne czary. Maria chyba zamieniła się ciałem z owym brodatym i ryżym piratem – no i teraz widzieliśmy pirata z wielką stalową kulą i łańcuchem u nogi, a słyszeliśmy Marię. Pomiędzy nami stała zaś kobieta, ale w środku niej najwyraźniej jakoś siedział pirat, sądząc choćby po głosie i sposobie wyrażania się. Wszystko było tak dziwne, że przestałem się nad tym zastanawiać, a zająłem się sprawą po którą Maria nas tutaj wezwała w potrzebie, czyli problemem stalowej kuli u nogi, która to niweczyła plan ucieczki (jakikolwiek on by nie był). Używszy swoich niezawodnych weneckich wytrychów udało mi się otworzyć zamek i zostawiwszy w więzieniu postać pirata z wnętrzem Marii wyszliśmy na zewnątrz. Maria obiecała wcześniej, że sobie poradzi i abyśmy się nie martwili.

Na szczęście strażnicy nic nie podejrzewali – bo przecież pirata z nami nie było. Oddali więc nam broń i spokojnie oddaliliśmy się z niebezpiecznej okolicy.

Kiedy już myśleliśmy, że gładko poszło, nagle wśród nocnej ciszy usłyszeliśmy krzyki: „Stać, zatrzymać wiedźmę!”. Ku nam biegła grupa żołnierzy, a wśród nich naszych dwóch znajomych: kapitan straży Hernan de Nabarro oraz krzyżowiec Manuel de Salvatierra! Krzyczał i wygrażał ten ostatni. Nie chcąc, aby nasze głowy na trwałe zostały oddzielone od swych umiłowanych ciał, udaliśmy, że o niczym nie wiemy, że odprowadzamy tylko damę po nocy, której czci bronimy. I wtedy de Salvatierra popełnił błąd, okrutnie przeklinając i wyzywając Marię od najgorszych. Na taką zniewagę niewiasty nie mogłem pozwolić i natychmiast wyzwałem go na honorowy pojedynek, który przyjął. Niestety w całość wtrącił się mój towarzysz –Luis Enrique Murietta. On również chciał pojedynku w obronie kobiety i twierdził, że jako Hiszpan na ziemiach hiszpańskich, ma do tego większe prawo niż ja. Trochę bałem się, że młody Luis może zginąć, bo przeciwnik wyglądał groźnie. Ja jako zaprawiony w bojach Wenecjanin walczący naraz rapierem i sztyletem czułem się pewnie w szermierce. Jednak przyjaciół trzeba wspierać i szanować, wybrałem więc rozwiązanie honorowe. Zdaliśmy się na los rzuconej monety, kto pierwszy pojedynkować się będzie, a kto drugi. Niestety, przegrałem. Najzabawniejsza wydała mi myśl, że oto bronimy przed inkwizycją czci angielskiego pirata, mogąc przez to zginąć, a piratowi pozostaje udawać cnotliwego.

Pojedynek hiszpańskiego rodowego rapiera i kościelnego miecza był długi i wyczerpujący, ale w końcu Luis pokazał wspaniałą szermierczą klasę, znalazł lukę w grubym kaftanie przeciwnika i wsadził mu rapier w pachwinę – co zakończyło walkę, a De Salvatierra padł ciężko ranny. Ponieważ kapitan de Nabarro osobiście nie miał żadnych dowodów i powodów, aby zatrzymywać naszą damę, co więcej, nie przepadał chyba za rannym krzyżowcem, rozstaliśmy się z żołnierzami w przyjacielskiej atmosferze. Dowiedzieliśmy się też przy okazji, że zbuntowani niewolnicy napadli na jedną odległa plantację, a żołnierze wysłali tam ekspedycje do stłumienia buntu.

Za miastem, wśród nadbrzeżnych skał pirat odnalazł ukrytą łódkę, którą zamierzał dostać się na swój statek. Na odchodne powiedział nam, że czuł, że musi przybyć do miasta, pomimo niebezpieczeństwa, jakby coś go wzywało (skąd my to znaliśmy…). Wiedzieliśmy więc, że gdyby nie ślepy los, razem spotkalibyśmy się u szamana N’Longa i razem stawili czoła złu, pewnie stając się przyjaciółmi. Serce rosło, że udało się uratować kogoś takiego. Bardzo nam wdzięczny pirat podarował nam pierścień, swój znak rozpoznawczy i nasze drogi się rozeszły. Miałem przeczucie, że jeszcze go kiedyś spotkamy.

24 luty, 1606

Spokojnie wróciliśmy do portowej winiarni. Rankiem również nic nie było słychać o ucieczce pirata (widocznie Maria jeszcze nie uciekła), za to miasto huczało od plotek o napadzie na hacjendę Alpacca, buncie niewolników i o jakimś ich przywódcy – białym murzynie. Niestety karna wyprawa żołnierska zniknęła w dżungli i ślad po niej zaginął.

Postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce, przeczuwając trochę, iż Biały Murzyn może być Złą osobą, której kazał nam szukać N’Longa. Przedpołudniem wyruszyliśmy konno w kierunku napadniętej hacjendy.

Wieczorem, kiedy zdawało nam się, że powinniśmy już dojeżdżać, zauważyliśmy 3 ciała murzynów powieszone niedaleko drogi. Wielki ślad, prawdopodobnie żołnierzy, odchodził w dżunglę. Ruszyliśmy za nim, by po jakiejś pół godzinie dotrzeć do polany, gdzie doszło do jakiejś bitwy. Pełno czarnych i białych leżących nieraz jeden na drugim. Liczne ślady odchodziły w puszczę i ciężko było powiedzieć gdzie mamy dalej iść. Uśmiechnęło się jednak do nas szczęście, bo odnaleźliśmy oszołomionego i lekko rannego żołnierza – Oliviera Masolta, przywalonego kilkoma ciałami. Od niego dowiedzieliśmy się o zasadzce olbrzymich sił niewolników na żołnierzy, ale także o czekającym niedaleko drugim, małym oddziale 6 Hiszpanów, który nie brał udziału w bitwie.

Zabraliśmy zabitym Hiszpanom muszkiety, a po godzinie, po zapadnięciu zmroku, udało nam się odnaleźć żołnierski mały obóz, pełen strachu i zwątpienia. Na szczęście nasze przybycie wszystko zmieniło. Wdrapałem się na jedno z drzew, aby przejrzeć okolicę. Kilka mil od nas wyraźnie widać było jakieś zielone, wijące się w powietrzu jakby błyskawice czy promienie, pomiędzy ziemią, a niebem. Mieliśmy już pewność, że gdzieś tam Biały murzyn to nasz przepowiedziany Zły przeciwnik, który właśnie coś paskudnego przygotowuje. Postanowiliśmy natychmiast uderzyć z zaskoczenia, do czego w końcu namówiliśmy też żołnierzy. Z pewnością podniosły ich na duchu dodatkowe muszkiety, które im daliśmy – siła hiszpańskiego ognia bardzo wzrosła.

Gdy dotarliśmy przez puszczę do terenu zabudowań hacjendy, zauważyliśmy kilku dziwnych murzynów – wartowników o pokrytych bielmem niesamowitych oczach. Błyskawice dobiegały z terenu głównego budynku. Postanowiliśmy wykorzystać żołnierzy, aby samemu dostać się szybko do Białego dowódcy. Żołnierze (każdy z kilkoma muszkietami) zajęli się więc wartownikami, których bardzo szybko zrobiło się kilkudziesięciu, gdy wypadali zza zabudowań. My bokiem szybko znaleźliśmy blisko celu, a kiedy zostało nam jeszcze kilkanaście metrów i na nas wypadło 5 murzynów z zza rogu z bielmem na oczach i maczetami w rękach.

Przy pierwszym szczęku broni strasznie cięty został młody Luis, który stał po mej prawicy. Ja dość szybko rozprawiłem się z moim przeciwnikiem, a potem zabiłem też murzyna, który chciał dobić słaniającego się na nogach Luisa. W międzyczasie dwaj pozostali moi towarzysze, Portugalczycy, zabili każdy po jednym. Ostatni przeciwnik był dla mnie formalnością. Pognaliśmy dalej, w kierunku głównego celu.

Kiedy minęliśmy róg budynku, naszym oczom ukazał się w odległości może 10 metrów, odwrócony tyłem wielki biały murzyn, trzymający w ręku uciętą głowę jakiegoś nieszczęśnika i odprawiający mroczny rytuał. Błyskawice tańczyły wszędzie wkoło. Nie namyślając sie wiele, starannie przymierzyliśmy z naszych łącznie 4 pistoletów i garłacza (ja posługuję się obiema rękami równie dobrze, więc wystrzeliłem z obu pistoletów) i na sygnał wypaliliśmy. Kule powinny go rozszarpać, ale jakimś magicznym sposobem został tylko ranny. Wtedy błyskawicznie odwrócił się do nas i przemówiła do nas przerażająca, odcięta głowa, którą uniósł w górę! Strach i jakieś czary strasznie nas ścisnęły i obaj Portugalczycy uciekli w las. My z rannym Luisem oparliśmy się jednak i dopadliśmy czarownika z rapierami w garści. Odrzucił on martwą głowę i sięgnął po wielką maczetę. Po kilku chwilach zażartej walki leżał już martwy u naszych stóp, a błyskawice zniknęły. Pierwsze zadanie szamana z Czarnego Lądu udało się nam zakończyć. Jakie jeszcze przygody czekają przed nami?

Szczęśliwie udało nam się odnaleźć 6 rannych, ale żywych hiszpańskich żołnierzy, którzy dzielnie obronili się w jednym z domostw. Zbuntowani niewolnicy rozpierzchli się i gdzieś przepadli, najwyraźniej z braku przywódcy. W dobrych humorach wszyscy wróciliśmy do Santo Domingo, gdzie dowiedzieliśmy się, że pirat niedawno uciekł z więzienia…

Tomek Funky Kowalski

About Tomasz Wachla

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
Solomon Kane ,

Comments are closed.