W cieniu Śpiącej Góry

Do Oświeconego brata Urano, świątynia Honto-ishi

Czcigodny Ojcze,

Tym razem pragnę donieść Ci, co spotkało mnie, oraz panów Ijiro i Funashi, na Wyspie Korzennej, na ziemiach Klanu Modliszki. Niewiele brakowało, a nie miałbym okazji opowiedzieć Ci o tym osobiście, gdyż podczas tej wyprawy omal wszyscy nie oddaliśmy życia za Cesarza. A było to tak.

Pan Ataka wysłał pana Ijiro, w towarzystwie pana Funashi i moim, aby zbadać osobiście dość podejrzane okoliczności śmierci brata Ijiro-san, pana Yamazuke. Ten młody i obiecujący samuraj został czas jakiś temu oficjalnie wysłany na ziemie Modliszki, aby poznawać tamtejsze sztuki walki, rok temu jednak doniesiono nam o jego śmierci. Oficjalna wiadomość przysłana przez Klan Modliszki mówiła o śmierci w pojedynku z miejscowym samurajem, panem Kamakiri Muroichi, który to pojedynek miał odbyć się w nielegalnym domu gry niejakiego Agayamy. Okoliczności te zostały potwierdzone przez kilkunastu świadków. Jednak tajny sługa domu Ikoma, heimin imieniem Iriyama, doniósł w poufnym piśmie, że w rzeczywistości taki pojedynek nie odbył się, a cała oficjalna wersja została zmyślona. W jakim celu – tego pan Ataka chciał się dowiedzieć, a ponieważ śmierć pana Yamazuke powinna zostać pomszczona przez jego najbliższego krewnego, pana Ijiro, wybór wysłanników był oczywisty.

Wyruszyliśmy statkiem w przebraniu roninów i pod przybranymi imionami, aby nie wzbudzać podejrzeń i móc działać swobodnie. Na statku poznaliśmy wielu prawdziwych roninów, tłumnie ciągnących na wyspy Klanu Modliszki, aby wziąć udział w wojnie, którą ten klan zamierzał ponoć wydać piratom. Wśród wielu ludzi fali wyróżniał się zwłaszcza jeden – dawny samuraj Klanu Feniksa, imieniem Hattori, który nie znalazł sobie równych w walce na bokeny, choć muszę zaznaczyć, że ani pan Ijiro, ani ja nie stawaliśmy do tych pojedynków, aby naszą techniką szermierczą nie zdradzać naszego pochodzenia. Prócz niego warty wspomnienia był jeszcze jeden – niewysoki grubas imieniem Miyoshi – którego pociąg do sake i hazardu okazał się później dość przydatny.

Wpływając do portu na Wyspie Korzennej, którą włada Rodzina Kamakiri, jedna z głównych rodzin Klanu Modliszki, zobaczyliśmy wyrastający prosto z morza wulkan Nemuiyama. Od bardziej obeznanych towarzyszy podróży dowiedzieliśmy się, że dawniej wulkan ten kilkukrotnie zagroził pobliskiemu portowi, ale obecnie na jego stoku znajduje się mała świątynia Osano-wo, gdzie shugenja przez cały czas dbają o spokojny sen ognistej góry, dzięki czemu pobliskie miasto i port są bezpieczne. Oprócz świątyni na Nemuiyama znajduje się także niewielki garnizon wojskowy osadzony w małym zamku, a wstęp na wyspę jest surowo wzbroniony. Poczułem nieokreślony niepokój, patrząc na majestatyczną górę, wyrastającą prosto z morza, jakbym wiedział już wtedy, że tam właśnie powiedzie nas nasza karma.

Na brzeg zeszliśmy w zatłoczonej, hałaśliwej i obrzydliwie cuchnącej dzielnicy portowej. Ogrodzona murem i strzeżona przez straże stanowi jedyne miejsce w Rokuganie, do którego wstęp mają długonosy barbarzyńcy – gaijini. I rzeczywiście, można było ich zobaczyć pomiędzy tłumem szukających rozrywki marynarzy, goniących za zyskiem kupców i poszukujących zatrudnienia roninów. Widok przepychających się bezczelnie heminów, którzy pozwalali sobie nawet na pokrzykiwanie na co bardziej potulnych roninów, wszechobecny harmider i mieszanina ostrych zapachów sprawiły, że zaczęło nam się kręcić w głowach i zapragnęliśmy jak najszybciej znaleźć się poza tym okropnym miejscem.

W dzielnicy handlowej było już o wiele bardziej cywilizowanie i zakwaterowaliśmy się tu w jakiejś przeciętnej gospodzie, aby nie zwracać na siebie uwagi. Potem udaliśmy się do innej gospody, „Pod rybą najeżką”, prowadzoną przez wspomnianego Iriyama, zaufanego sługę rodziny Ikoma. Zanim panom Funashi i Ijiro udało sie skontaktować z nim samym, spędziliśmy nieco czasu pijąc sake z kilkoma, poznanymi jeszcze na statku, roninami, wśród których byli wspomniani Hattori i Miyoshi. Podczas pierwszego spotkania heimin potwierdził znaną nam już wersję, że pojedynek między panem Yamazuke, a Kamakiri Muroichi nie odbył się, dodając że w domy gry był wtedy obecny jego znajomy, również heimin i do tego hazardzista i to na jego świadectwie opierał się cały zarzut. Muszę przyznać, że niezbyt chciało mi się wtedy wierzyć w wersję heimina Iriyama i podejrzewałem nawet, że ośmielił się nas użyć do wyrównania jakichś swoim heimińskich porachunków z owym Agayama, w którego domu gry miał się rzekomo odbyć, lub nie, ów fatalny dla pana Yamazuke pojedynek. Ale czas pokazał, że heimin miał rację, a ja się myliłem.

Iriyama powiedział nam ponadto, że pan Yamazuke, niedługo przed swoją śmiercią, był u niego z jakimś wędrownym mnichem, imieniem Kashima, lub Kashira i pytali o rybaka Sakuro. Iriyama nic nie wiedział o owym rybaku i pana Yamazuke wraz z mnichem poszli go szukać na własną rękę i już nie wrócili. Postanowiliśmy odwiedzić owego rybaka i wypytać o tamtą wizytę. Ponadto zamierzaliśmy poznać osobiście pana Kamakiri Muroichi, który bywał od czasu do czasu w gospodzie „Pod rybą najeżką” i wypytać go o pojedynek sprzed roku. Jeśliby zaś to wszystko nie dało rezultatów, pozostawała jeszcze wizyta w domu gry Agayama i wypytanie któregoś ze świadków pojedynku.

Tak więc następny dzień rozpoczęliśmy od poszukiwań rybaka. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy wioskę rybacką, w której zamieszkiwał Sakuro, ale jego samego nie zastaliśmy, gdyż, jak zeznała jego córka, przepijał właśnie swój poranny połów w jednej z wielu gospód. Kazaliśmy się zawiadomić kiedy wróci i chcąc nie chcąc poszliśmy ponownie „Pod rybę najeżkę”, by oczekiwać na pana Kamakiri Muroichi, rzekomego pogromcę pana Yamazuke. Mieliśmy szczęście, gdyż zastaliśmy go siedzącego przy jednym ze stołów w towarzystwie innego samuraja, także z klanu Modliszki. Prócz niego w gospodzie zastaliśmy także znanych nam już roninów, wśród których prym wodził ów żądny sake i hazardu Miyoshi. Postanowiliśmy wykorzystać go do spojenia sake pana Muroichi, mając nadzieję, że w stanie upojenia będzie na tyle nieostrożny, że zdołamy się dowiedzieć prawdy o jego rzekomym pojedynku z bratem pana Ijiro.

Choć oficjalnie byliśmy roninami i obracaliśmy się w towarzystwie prawdziwych roninów, klanowi samuraje Modliszki nie mieli nic przeciwko temu, byśmy się do nich dosiedli. Czarki zostały opróżnione wiele razy, wymieniliśmy nieco uprzejmości i zdążyliśmy się zorientować, że zgodnie z tym co mówił heimin Iriyama, a zupełnie przeciwnie do oficjalnego oświadczenia Klanu Modliszki, pojedynek między panami Ikoma Yamazuke i Kamakiri Muroichi nie miał miejsca! Samuraj Modliszki chwilami zdawał się zupełnie nie pamiętać, że kiedykolwiek stawał do prawdziwego pojedynku i dopiero jego towarzysz przypominał mu, że przecież pokonał w zeszłym roku samuraja Lwa. Ostatecznym dowodem stał się pojedynek na bokeny z panem Ijiro, w którym Lew powalił Modliszkę na ziemię błyskawicznym ciosem. Zdaniem samego pana Ijiro, taki młokos i nieudacznik nie mógłby sprostać sztuce jego szanownego brata.

Rozstaliśmy się z samurajami Modliszki, z których jeden zdecydowanie potrzebował odpoczynku, oraz z roninami, którzy zamierzali jeszcze nieco zabawić „Pod rybą najeżką” i udaliśmy do naszej gospody, gdzie czekała na nas niecierpliwie oczekiwana wiadomość od rybaka Sakuro. Niezwłocznie udaliśmy się do rybackiej wioski. Sakuro giął się w ukłonach i wydawał się szczerze zaskoczony, że trzej obcy samuraje czegoś od niego chcą, ale rychło okazało się, że ten marny heimin był chytry jak lis i najwyraźniej nie raz już świadczył swe usługi takim jak my. Najpierw udawał, że nie wie nic o samuraju Lwa i wędrownym mnichu, którzy odwiedzili go zeszłego lata, ale brzęk srebra, poparty solidnym kopniakiem w mig przywróciły mu pamięć. Rybak przewiózł pana Yamazuke i towarzyszącego mu mnicha na Nemuiyama, ową samotną wyspę-wulkan, którą widzieliśmy u wejścia do zatoki, w której zbudowano port i miasto. Niestety, zawiózł ich tylko w jedną stronę, ponieważ nie wrócili o umówionej porze i następnej nocy. Najwyraźniej schwytano ich na wyspie i zabito, była ona bowiem pilnie strzeżona i wstęp na nią był surowo zakazany. Pożegnaliśmy rybaka szorstko, obiecując wszak, że być może wynajmiemy go do przepłynięcia na ową zakazaną wyspę.

Po co pan Yamazuke i tajemniczy mnich tak bardzo chcieli dostać się na Nemuiyama i dlaczego wstęp na tę wyspę był tak surowo zabroniony? Czyżby chodziło tylko o uśpiony wulkan, który mógł zostać obudzony przypadkiem przez wałęsających się po wyspie postronnych, czy też kryła się w tym jakaś inna tajemnica? Dlaczego rodzinie Kamakiri tak bardzo zależało na utrzymaniu w tajemnicy prawdziwych okoliczności śmierci pana Ikoma Yamazuke, że zdecydowali się sfałszować zeznania kilkunastu świadków i wymyślić nieistniejące zajście? Najwyraźniej odsunięcie wszelkich podejrzeń od Nemuiyama było sprawą najwyższej wagi dla całej rodziny, a może i całego klanu Modliszki. Ale co mogło być tak istotne? A jeśli na wyspie miały miejsce jakieś zakazane praktyki, na przykład maho, albo może ćwiczenia z bronią gaijinów? W pobliskim porcie było ich wszak wielu, a Klan Modliszki jako jedyny utrzymywał z nimi kontakty handlowe. Jeśli tak, to może ów tajemniczy mnich Kashima był w rzeczywistości metsuke – cesarskim śledczym, a pan Yamazuke pomagał mu w tajnej misji wykrycia i udaremnienia spisku?

Udaliśmy się do gospody heimina Iriyama i poleciliśmy mu przesłać list do pana Ikoma Ataka, w którym opisaliśmy wszystko co udało nam się ustalić i wszystkie podejrzenia. Dodaliśmy także, że najprawdopodobniej będziemy musieli udać się na Nemuiyama i że jeśli nie wrócimy, będzie to znaczyło, że zginęliśmy podczas tej wyprawy. Potem postanowiliśmy jeszcze udać się do górującej nad miastem świątyni Osano-wo, w której mieliśmy nadzieję dowiedzieć się czegoś o tajemniczym mnichu Kashima. Okazało się jednak, że nic tam o takowym nie wiedzą, natomiast pan Funashi odnalazł pokrewną duszę w czuwającym w świątyni shugenja, także zafascynowanym ogniem. Obydwaj święci mężowie odbyli radosną dyskusję na temat potęgi duchów ognia uśpionych w wulkanie Nemuiyama, a przy okazji dowiedzieliśmy się, że kapłani Osano-wo organizują corocznie pielgrzymkę do znajdującej się na wyspie świątyni. Niestety pielgrzymka jest organizowana pierwszego dnia wiosny, więc aby legalnie dotrzeć na wyspę, musielibyśmy czekać niemal rok.

Panowie Funashi i Ijiro uznali za wskazane udanie się jeszcze do domu gry heimina Agayama, choć mnie wydawało się, że jest to już właściwie zbędne. Wykorzystując pociąg do hazardu ronina Miyoshi, który już wcześniej otworzył przed nim podwoje tego oficjalnie zakazanego przybytku, dostaliśmy się do środka i pan Ijiro przegrał do mnie kilka srebrnych bu. Poza tym żadnego pożytku, ani też szkody z tej wizyty nie odnieśliśmy i stało się oczywiste, że dalszy postęp możliwy jest jedynie dzięki wizycie na tajemniczej Nemuiyama. Pomysł napaści na pana Kamakiri Muroichi, by siłą wydobyć z niego, kto mu nakazał fałszywie zeznawać w sprawie pana Yamazuki, odrzuciliśmy. Zawiadomiliśmy rybaka Sakuro, że chcemy wypłynąć najbliższej nocy na zakazaną wyspę, a heimina Iriyama poprosiliśmy o załatwienie czarnych kimon, jakich ponoć używają skrytobójcy. Tak przygotowani wyruszyliśmy o zmierzchu poza miasto, na umówione spotkanie z Sakuro.

Choć żeglowaliśmy już wcześniej przez trzy doby ze stałego lądu na Wyspę Korzenną, była to wyprawa pełnomorskim statkiem, podczas której zresztą i tak pan Funashi nie czuł się zbyt dobrze. Tym razem płynęliśmy nocą, w małej łodce długości niespełna czterech ken, słysząc fale rozbijające się o skały w ciemności i jakieś syczenia i bulgoty, dobywające się nie wiadomo skąd. Zachowanie spokoju wymagało w tej sytuacji nie lada dyscypliny. W końcu wylądowaliśmy na małej piaszczystej łasze, w cieniu uśpionego wulkanu. Mój pomysł, by rybaka Sakuro związać i pozostawić w łodzi jako gwarancję bezpiecznego powrotu odrzucono, jak się okazało dość lekkomyślnie. Pozostawiliśmy go więc, zadowoliwszy się obietnicą, że będzie na nas czekał, a jeśli nie wrócimy tej nocy odpłynie z wyspy, by uniknąć wykrycia, ale wróci następnej nocy. Potem przywdzialiśmy czarne stroje, dostarczone przez Iriyama i jęliśmy wspinać się na stoki Nemuiyama, aby dostać się w pobliże znajdującego się po przeciwnej stronie wyspy zamku.

Szliśmy już około godziny, gdy w dole, w małej zatoczce, ujrzeliśmy jakiś statek, stojący na kotwicy ze zwiniątymi żaglami. Próbując dostać się w jego pobliże omal nie weszliśmy wprost na posterunek strażników, ale na szczęście udało nam się uniknąć wykrycia i odczekawszy chwilę, aż strażnicy się uspokoją i wrócą do przerwanej drzemki, ruszyliśmy dalej, porzucając pomysł zbliżenia się do statku.

Po kolejnej godzinie w ciemnościach zamajaczyła nam przycupnięta na zboczu sylwetka małego zamku. Od pewnego czasu słyszeliśmy w nocnych ciemnościach jakby grzmoty, które stawały się coraz głośniejsze, w miarę jak zbliżaliśmy się do zamku. Teraz poznaliśmy ich przyczynę. Ich źródłem były dymiące kije gaijinów, w które było uzbrojonych kilkunastu samurajów i jakiś gaijin, najwyraźniej pełniący rolę sensei. A więc to była ta pilnie strzeżona tajemnica Rodziny Kamakiri. U stóp zamku wybudowano jakby zagrodę, na którą wypuszczano z zamkowych piwnic jakichś ludzi, którzy wybiegali bezładnie na ów wybieg, po czym padali nagle, jak ścięci z nóg, po salwie z dymiących kijów. A więc Kamakiri szkolili tu tajną jednostkę uzbrojoną w zakazaną cesarskimi edyktami niehonorową broń gaijinów. Żadne międzyrodzinne, czy nawet międzyklanowe wojny nie mogły usprawiedliwić użycia tej zakazanej broni. A więc jeśli Kamakiri nie respektowali woli samego Cesarza, mogli mieć tylko jeden cel – obalenie Niebiańskiego Porządku, stawienie czoła innym Klanom i oderwanie Korzennej Wyspy od Szmaragdowego Cesarstwa!

Pan Funashi głośno wypowiedział to, co pomyśleliśmy wszyscy. Widzieliśmy już dosyć, należało teraz wycofać się z Nemuiyama i zdać relację naszemu panu. Spisek knuty na tej małej wulkanicznej wysepce należało stłumić w zarodku, ale decyzja należała oczywiście do godniejszych od nas. Ruszyliśmy zatem z powrotem. Niestety, droga była uciążliwa i zanim dotarliśmy w pobliże małej zatoczki, gdzie miał czekać na nas rybak Sakuro, zaczęło świtać. Nie pozostało nam już nic innego, jak przeczekać dzień i wrócić następnej nocy. O ile Sakuro dotrzyma obietnicy.

Znaleźliśmy płytką jaskinię na zboczu Nemuiyama, nieco powyżej zatoczki i położyliśmy się do snu, wystawiąjąc warty. Raz podczas całego dnia niedaleko od naszego schronienia przeszedł patrol z psami, ale nie zostaliśmy wykryci i kiedy zapadły ciemności, w dobrych nastrojach wyruszyliśmy na spotkanie z Sakuro.

Ostrożność kazała nam jednak nie kierować się bezpośrednio na piaszczystą łachę, na której wylądowaliśmy poprzedniej nocy, ale na skalistą ostrogę zawieszoną nad małą zatoczką, która kończyła się ową łachą. Z tej ostrogi mieliśmy dobry widok na zatoczkę i mogliśmy obserwować jak mała łódeczka zbliża się w nocnych ciemnościach. Wtem jednak od strony zbocza góry za nami usłyszeliśmy głośne szczekania i głosy ludzi. Odkryto nas! Pościg zbliżał się szybko i stało się jasne, że ścigający obserwowali nas już od jakiegoś czasu i dokładnie wiedzieli gdzie się kierujemy. Łódeczka, ledwo widoczna na falach, zbliżała się do piaszczystej łachy, ale drogę po skałach na dół mieliśmy odciętą. Pozostawał nam tylko skok w dół, bezpośredni do wody. Nie było czasu do stracenia. Skoczyłem pierwszy, za mną pan Ijiro, a na końcu pan Funashi, który w czasie krótkiego lotu zdołał wezwać na pomoc duchy wiatru i miast plusnąć w wodę obok nas, tuż nad falami poderwał w górę i pofrunął prosto w kierunku zbliżającej się łódeczki.

Nie znaliśmy jednak przebiegłości przeciwnika. Z małej łódeczki ku której płynęliśmy, poderwały się nagle trzy postacie i w jednej chwili gruchnęła donośnie znanym nam już grzmotem broń gaijinów. Poczułem ostry ból w ramieniu i mimowolnie zanurzyłem się w morskich falach. Jednak opanowałem ból i zmusiłem ciało do wysiłku, by mimo wszystko dostać się do łódki, gdyż mimo wszystko była to nasza jedyna nadzieja. Gdy wynurzyłem się ponownie, by śladem pana Ijiro płynąć dalej, zobaczyłem pana Funashi, który chcąc, nie chcąc, wylądował niesiony wiatrem na pokładzie łódeczki i toczył teraz nierówny bój z dwoma samurajami i owym gaijinem, pełniącym wcześniej rolę sensei w tajnym dojo. Znowu usłyszałem grzmot i pan Funashi osunął się na pokład. W tym jednak momencie pan Ijiro, a małą chwilę po nim i ja, dotarliśmy do burty łódki.

Zdrajca Sakuro wyskoczył już był wcześniej do wody, więc na pokładzie zostali tylko trzej wrogowie i pan Funashi. Z całej siły zachybotaliśmy z panem Ijiro łódką i cała czwórka w jednym momencie wylądowała w wodzie. Zakotłowało się, błysnęły ostrza. Gaijin miał w ręku długi, prosty i cienki miecz, którym jednak wiele nie zdziałał przeciw niezawodnej katanie pana Ijiro, który jednym cięciem rozpłatał barbarzyńcę niemal na pół. W tym czasie ja zwarłem się z jednym z samurajów Modliszki, a pan Funashi jął wdrapywać się z powrotem na łódkę, ścigany przez drugiego.

Od strony skalnej ostrogi nad nami dobiegało wściekłe szczekanie psów i okrzyki trzymających je ludzi, ale nikt na razie nie skakał do wody naszym śladem. Od strony piaszczystej łachy, na której miała pierwotnie wylądować łódka, dobiegły nas rozkazy wydawane władczym głosem. Najwyraźniej pułapkę na nas raczył przygotować jakiś wysoko postawiony samuraj, być może sam dowódca zamku na Nemuiyama, pan Kamakiri Ogi. Kiedy właśnie pan Funashi wdrapywał się na burtę łódeczki, a pan Ijiro i ja walczyliśmy w wodzie z dwoma samurajami, ów władczy głos wykrzyknął, by spalić łódkę i nagle od strony piaszczystej łachy poleciała w naszym kierunku kula ognia. A więc mieli i shugenja, zapowiadała się iście heroiczna walka o honor, myśl o przetrwaniu nie postała mi bowiem wtedy nawet w głowie. W jednej chwili łódeczka zamieniła się w płonącą jasno pochodnię, pan Funashi na szczęście zdołał ją opuścić na czas i ponownie znalazł się wodzie, wraz z nami. Obaj samuraje Modliszki padli ofiarą naszym mieczy, kiedy dostrzegliśmy nowe niebezpieczeństwo, ale i szansę.

Od strony niewidocznego z tego miejsca zamku płynęła ku nam duża łódź, pchana tuzinem wioseł, pełna samurajów Modliszki. Było ich dość dobrze widać w świetle płonącej łódeczki zdrajcy Sakuro. Ale w tym momencie usłyszeliśmy zaśpiew pana Funashi, odruchowo schyliliśmy głowy i nagle nocna ciemność rozbłysła jaskrawym, słonecznym blaskiem. Niewątpliwie tak obserwujący nas z brzegu jak i ci w łodzi zostali w tym momencie oślepieni. To była nasza szansa. Rzuciliśmy się zdobywać tę wielką łódź.

Podpłynąwszy do burt jęliśmy pchnięciami mieczy powalać na pokład jednego samuraja po drugim. Tamci miotali się po omacku, a zamieszanie powiększyło się jeszcze, gdy pan Ijiro wspiął się na pokład i ktoś z brzegu zakrzyknął do oślepionych samurajów Modliszki, że wróg jest wśród nich. Nic nie widząc, nasi przeciwnicy dobyli jednak mieczy i jęli siec i ciąć na oślep dookoła, raniąc się i zabijając nawzajem. Wkrótce w łodzi nie pozostał już nikt zdolny stawić skuteczny opór, wspięliśmy się więc na pokład i powyrzucaliśmy do wody ciała i rannych. Z brzegu dochodziły nas jeszcze odgłosy prób rzucania zaklęć, oraz gniewne i chaotyczne rozkazy, których nie bardzo było komu wykonywać, ale nie przejmowaliśmy się już, tylko ile sił poczęliśmy wiosłować, wyrywając się zdobyczną łodzią z pułapki.

Prześladowcy nie rezygnowali jednak z pościgu. Kiedy już zbliżaliśmy się do rybackiej wioski, uśpionej jeszcze o tej porze, za nami z ciemności wyłoniła się łódź podobna do naszej, pełna wiosłujących rytmicznie samurajów. Pan Funashi, który nie próżnował w międzyczasie, lecząc moje rany, odzyskał już jednak siły i po raz kolejny tej długiej nocy okazał swą potęgę. W kierunku odległej jeszcze łodzi pofrunęły dwie kule ognia i po chwili małe figurki załogi poczęły wyskakiwać za burtę. Jak na razie uciekliśmy.

Jednak nie byliśmy jeszcze bezpieczni. Nadal byliśmy na Wyspie Korzennej, należącej do Rodziny Kamakiri, a my znaliśmy ich najpilniej strzeżony sekret, którego ujawnienie okryłoby z pewnością hańbą całą rodzinę i wywołało reperkusje w skali całego Rokuganu! Byliśmy bardzo ostrożni, zmienialiśmy gospody i ubrania, za pośrednictwem wiernego Iriyama starając się dostać miejsce na pokładzie jakiegoś statku, który mógłby nas zabrać na stały ląd, gdzie mogliśmy liczyć na ochronę Klanu.

A jednak okazało się że nie dość. Kiedy bowiem już przemykaliśmy przez miasto w kierunku portu na zbawczy pokład statku, nagle na jakimś placyku otoczyła nas zbrojna grupa. Poznaliśmy znanego nam już Kamakiri Muroichi ze swym towarzyszem, ochroniarza Senzo z domu gry Agayama, oraz poznanego na statku ronina Hattori, dawnego szermierza z Klanu Feniksa, obecnie na służbie u tegoż Agayama. Prócz nich otaczała nas grupa kilkunastu samurajów Modliszki i roninów, spośród których wyróżniał się postawny i pewny siebie samuraj z monami Rodziny Kamakiri, trzymający katanę w jednej dłoni i chłopską kamę w drugiej. Jak się dowiedzieliśmy później, był to sam pan Kamakiri Ogi, dowódca garnizonu na Nemuiyama, którego okpiliśmy uciekając ze starannie zastawionej pułapki. Za jego plecami czaił się shugenja.

Ruszyliśmy z panem Ijiro do przodu, wybierając najgodniejszego przeciwnika, czyli pana Ogi. Pan Funashi za naszymi plecami rozłożył ręce, usłyszałem znajomy zaśpiew i mały placyk wypełnił w jednej chwili oślepiający blask. Pan Ogi zdołał jednak zasłonić twarz i oto starliśmy się w połowie drogi między nim, a panem Funashi. Okazało się jednak, że moje umiejętności były co najwyżej mierne w porównaniu z jego. Ostatnie co pamiętam, to błysk katany w jego ręku.

Obudziłem się pod dotykiem pana Funashi. Potem dowiedziałem się, że kiedy padłem, pan Ogi zwarł się z panem Ijiro, ale okazało się, że jest lepszy także i od mego towarzysza. Cios kamy posłał pana Ijiro na ziemię, ale wtedy właśnie pan Funashi ukończył inkantację i z jego dłoni wyprysnęły dwie kule ogniste. Jedna ugodziła pana Ogi, a druga kryjącego się za nim shugenja. Płomienie spowiły obu i zabiły w mgnieniu oka. Ten pokaz mocy tak wstrząsnął pozostałymi, że kilku uciekło, a pozostali utracili już byli wcześniej wzrok, więc nie byli w stanie zatrzymać pana Funashi, który mocą kami wody przywrócił władzę w członkach panu Ijiro i mnie. Bez większych trudności przedarliśmy się między oślepionymi sługami Rodziny Kamakiri i bezpiecznie dotarliśmy do portu, skąd właśnie odpływał statek na bezpieczny ląd. Opuszczając Korzenną Wyspę, rzuciliśmy pożegnalne spojrzenie na strzegącą wejścia do zatoki Nemuiyama, do niedawna skrywającą najpilniej strzeżoną tajemnicę Rodziny Kamakiri.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
L5K Kroniki Rodziny Ikoma, Legenda Pięciu Kręgów ,

Comments are closed.