Jeźdźcy z bagien

Do Oświeconego brata Urano, świątynia Honto-ishi

Czcigodny Ojcze,

Tym razem donoszę Ci o wypadkach w Koshimura, nieco zapomnianej wsi na pograniczu ziem Lwa i Jednorożca, do której minionej jesieni zaprowadziły mnie rozkazy naszego pana. Wraz z czcigodnymi Ikoma Funashi i Ikoma Ijiro, oraz oddziałem dwudziestu hohei zostaliśmy wysłani, aby zakończyć najazdy tajemniczych jeźdźców, pustoszących tę samotną wioskę.

Kiedy byliśmy już niedaleko od celu spostrzegliśmy trójkę heiminów, polujących na lisa. Ścigane przez nich zwierzę zostało już widać postrzelone, bo kulało, ale zachowywało się bardzo dziwnie. Zauważywszy nas, pobiegło w naszą stronę, jakby szukając obrony przed swymi prześladowcami. Nie zniechęciła go do tego pomysłu nawet naginata pana Ijiro, przygotowna zapobiegawczo, zapewne na wypadek, gdyby lis przemienił się nagle w strasznego Oni. Dziwne zachowanie zwierzęcia zaciekawiło mnie, a przypomniawszy sobie ludowe opowieści o tajemniczych Kitsune – lisożonach, oraz mając na względzie Inari, opiekuna lisów, podszedłem bliżej, okazując w pokojowym geście puste dłonie. I znowu lis zachował się nader dziwnie jak na zwykłe zwierze. Podszedł i skrył się za moimi plecami przed ścigającymi go heiminami i stojącym w bojowej postawie z naginatą panem Ijiro. To upewniło mnie, że jest to Kitsune, dlatego odezwałem się do istoty z szacunkiem, na co zareagowała nad wyraz rozumnie, okazując widoczne zdziwienie moim obyciem, co oczywiście jedynie wzmocniło moje przekonanie o jego prawdziwej, ukrytej naturze. Po wymianie uprzejmości i upewnieniu się, że nic mu nie grozi, lis, a właściwie Kitsune, odeszła w kierunku lasu. Heimini okazali się mieszkańcami Koshimura, wysłanymi przez żonę naczelnika, Otamako, po lisią wątrobę, potrzebną jej ponoć do wyleczenia swego rannego męża. Skorzystaliśmy z okazji i kazaliśmy prowadzić się do wsi.

Na miejsce dotarliśmy w godzinie Małpy, gdy świat pokrywał się już szarością wieczoru. Obronny płot, mający bronić Koshimura przed atakami dzikich zwierząt i grup bandytów, był w wielu miejscach obalony, niektóre chaty wieśniaków miały pozapadane dachy, po innych zostały tylko zgliszcza. Przy dość lichej bramie powitał nas syn naczelnika, ji-samurai imieniem Bozomake, przepraszając że ojciec nie mógł pojawić się osobiście z powodu niemocy. Później dowiedzieliśmy się, że Bozomake i jego nieżyjący już brat, Tamashi, zostali podniesieni do rangi samurajów za zasługi ojca, naczelnika wsi imieniem Abuzake. Nie tracąc czasu chcieliśmy wypytać Bozomake o wszelkie okoliczności najazdów, ale ten nalegał, byśmy się najpierw rozgościli w gospodzie i domach heiminów, a we wszelkie sprawy najlepiej wprowadzi nas jego ojciec, kiedy nieco dojdzie do siebie.

Kiedy jednak Abuzake przybył w końcu do gospody, okazało się, że jest ranny i bardzo osłabiony, więc koniec końców i tak musieliśmy się zwrócić z powrotem do jego syna. Ten wyjaśnił nam nareszcie, że mimo iż niemal połowa wioski została uprowadzona przez tajemniczych jeźdźców, niewiele o nich wiadomo. Podobno byli czarni i przerażający, pojawiali się we mgle nadciągającej od bagien i wpadali do wsi, porywając ludzi, których zabierali ze sobą na bagna, po co – nie wiadomo. Kilku ludzi zostało przez nich także zabitych, gdy próbowali stawiać opór, wśród nich także brat Bozomake, Tamashi. Wydaje się, że to właśnie jego śmierć tak mocno przygnębiła naczelnika Abuzake, że utracił chęć życia i stawał się z dnia na dzień słabszy. Napady zaczęły się dwa tygodnie wcześniej i zdarzały się co trzy-cztery dni. Wieś przeżyła ich już pięć, ale połowa wieśniaków została uprowadzona. Najpierw jeźdźców było około dwudziestu, ale potem ich liczba wzrosła, tak że ostatnie przeprowadzane były przez około trzydziestu, do czterdziestu jeźdźców. Przewodził im człowiek z wielkimi rogami na hełmie.

Zaraz po pierwszym napadzie naczelnik wysłał gońca do pobliskiej stanicy, z której na bagna wyruszył ponoć silny oddział samurajów, ale wydaje się, że nie wrócił. Wieśniacy próbowali obrony, ale nie mogli mierzyć się z napastnikami, o których rychło zaczęły krążyć straszne historie. Mimo że mało kto widział któregoś z bliska, z racji gęstej mgły w której się kryli, opowiadano że są cali czarni, zrobieni z bagiennego błota a nie ciała i krwi, że to pewnie duchy potopionych w bagnie samurajów, przybyłe ukarać wieś za jakieś nieznane przewinienia. Po ostatnich napadach duch upadł nie tylko w prostych heiminach, ale także w Bozomake, będącym przecież samurajem, choć pozbawionym opieki Przodków.

W tej ponurej atmosferze niespodzianie ulgę przyniosła nam Otomako, żona chorego naczelnika. Przyniosła nam wyborną sake i przygotowany własnoręcznie wyśmienity posiłek, co podniosło nastroje i rozluźniło nieco atmosferę. Mimo urodzenia dwóch, dorosłych już teraz synów, żona naczelnika wyglądała niezwykle młodo i świeżo, a także była bardzo pogodna i nie poddawała się ponuremu przygnębieniu panującemu we wsi. Ze smutkiem, ale i ze spokojem mówiła o słabości swego męża, którego śmierć starszego syna doprowadziła do rozpaczy i pozbawiła chęci do życia. Zauważyłem, że Otomako brakuje kawałka palca u prawej dłoni, ale nie wydało mi się to czymś na tyle szczególnym, by zajmować sobie tym głowę. Zamiast tego, posiliwszy się i łyknąwszy sake, postanowiliśmy zorganizować jakąś, prowizoryczną choćby obronę wioski.

Panowie Ijiro i Funashi mnie powierzyli tę funkcję, chociaż byłem najmniej doświadczony, co oczywiście przyjąłem jako wielki zaszczyt. Wioska leżała w cieniu stromego urwiska, które chroniłą ją od Północy. Tą drogą żaden jeździec nie mógłby się wedrzeć, chyba że miałby skrzydła. Pod samym urwiskiem stała świątynia Fortun, do której pan Ijiro udał się, aby pomedytować przed walką. Od ściany urwiska odchodził drewniany płot obronny, otaczający stłoczone chaty wieśniaków. W płocie były trzy bramy, po jednej z każdej strony świata oprócz Północy, a szerokie drogi wiodące od tych bram spotykały się na sporym placu pośrodku wioski, przy którym stał dom naczelnika i gospoda.

Choć była już noc, poleciłem wieśniakom przenieść się do chat leżących w północnej połówce wioski. Kazałem Bozomake wybrać kilku znających się na ciesielce, którzy przegrodzili drewnianymi żerdziami wąskie uliczki między domami od strony głównej ulicy Wschód-Zachód. Jakikolwiek koń, chcąc przejechać tędy we mgle potknąłby się o te żerdzie i przewrócił, być może łamiąc przy okazji nogi. Chciałem poprzegradzać w ten sposób wszystkie wąskie uliczki w północnej części wioski, ale nie mieliśmy tak wiele czasu i ludzi. Podzieliłem naszych ludzi na trzy czteroosobowe i dwa trzyosobowe oddziały i rozlokowałem za linią obrony w strategicznych punktach. Ustaliłem hasła ostrzegawcze w razie ataku i wezwanie do generalnego uderzenia w kierunku z którego ostatecznie przybędą napastnicy.

Pan Funashi postanowił wykorzystać swą moc i zmusić Żywioły, by w miejscu wielkiego placu w centrum wsi powstała wyspa otoczona głęboką fosą. Sam pan Funashi, oraz pan Ijiro i dwóch hohei biegłych w Drodze Łuku mogliby się na tej wyspie znakomicie bronić, zadając wszystkim atakującym jeźdźcom straty i jednocześnie uniemożliwiając im dostęp do północnej części wsi z głównej ulicy Północ-Południe. W ten sposób, mając zablokowaną główną drogę i wąskie przejścia między ścianami domów, napastnicy musieliby atakować bocznymi drogami, wiodącymi wzdłuż płotu. Tam ustawione były nasze oddziały, które jednak miały wciągnąć napastników między domy, gdzie jazda, utraciwszy atut szybkości i manewrowości, powinna stać się łatwym łupem naszych bushi. Uważam, że byliśmy przygotowani tak dobrze, jak to możliwe.

Okazało się jednak, że byliśmy obserwowani i zostaliśmy zdradzeni. Podczas organizowania obrony zauważyłem lisa, przyczajonego w cieniu jednej z chat i zdającego się przysłuchiwać uważnie wydawanym rozkazom. Próbowałem zbliżyć się do niego, ale zwierzę spostrzegło mnie i zniknęło w nocnych ciemnościach. Dałem temu spokój, ale wspomnienie wróciło do mnie poźniej, kiedy nas zaatakowano. W godzinie Wołu bowiem przybyli czarni jeźdźcy. Najpierw na wzgórzu nad wioską zobaczyliśmy ich dowódcę, w hełmie przybranym wielkimi, jelenimi rogami, w otoczeniu kilku przybocznych. Potem usłyszeliśmy tętent wielu kopyt. Nadjechali od Wschodu, ale okrążyli wieś i zaatakowali od Zachodu. Zamiast wpaść przez bramę, obalili płot i wpadli między domy północnej części, omijając przygotowane pułapki z żerdzi na granicy z główną ulicą Wschód-Zachód. Nie wydawali żadnych krzyków, nie słychać było rozkazów, jedynie potężny tętent wielu kopyt. Pan Ijiro wydał rozkaz generalnego ataku na zachodnią stronę i wszyscy rzucili się na napastników. Pan Funashi, widząc, że najwyraźniej nieprzyjaciel znał bardzo dokładnie nasze plany i przygotowane nań zasadzki, zrezygnował z pomysłu wykopania magicznej fosy, aby nie odcinać się od głównego frontu walki. W gęstej mgle, w wąskich przejściach między chatami, rozgorzała zacięta walka.

Prowadząc mój oddział czterech bushi natknąłem się we mgle na jednego z napastników. Jeździec natarł na mnie, uzbrojony podobnie jak ja w włócznię yari, ale zastawiłem się swoją i uderzyłem pierwszy. Trafiona postać bez najcichszego jęku zwisła bezwładnie na kulbace, upuszczając yari, a koń przebiegł obok mnie i znikł we mgle. Następny przeciwnik wypadł z mgły przede mną i spadł, pchnięty włócznią. Ruszał się jeszcze, więc podbiegłem i dobiłem go. Umarł, nie wydając jęku, ani nawet westchnienia, po prostu zadrgał i znieruchomiał. Z ciemności i oparów mgły wyłonił się kolejny jeździec, zbyt blisko by złożyć się do pchnięcia włócznią. Upuściłem broń i dobyłem katany, odbiłem wymierzone we mnie ostrze yari i ciąłem w plecy mijającego mnie napastnika. Znów nie wydał z siebie żadnego dźwięku, spadł i znieruchomiał, a koń pobiegł dalej.

W uliczce, gdzie powaliłem trzech napastników zrobiło się cicho. Nad Koshimura coś nagle błysnęło oślepiająco, domyśliłem się że to pan Funashi przyzwał moc swego ulubionego Żywiołu Ognia, ale mgła przytłumiła i rozproszyła nieco blask, więc efekt nie był chyba zadowalający. Pobiegłem w kierunku odgłosów walki, które teraz dobiegały od Wschodu i wypadłem na główną ulicę Północ-Południe. Tu zobaczyłem, jak pan Ijiro ściną swą naginatą jednego z napastników, a zaraz potem obaj rzuciliśmy się na pomoc jakiejś wieśniaczce, którą jeden z jeźdźców wlekł za włosy za koniem. Jednak drogę przeciął nam kolejny z napastników, pan Ijiro ściął go, a ja schwytałem jego konia, którego przywiązałem do węgła jednego z domów. Tajemniczy jeźdźcy wycofywali się najwyraźniej, próbowaliśmy ścigać ich we mgle, ale nie udało nam się już żadnego przechwycić. Tętent kopyt cichł w oddali, pozostało tylko szlochanie przerażonych wieśniaków i słabe jęki rannych. Bitwa była skończona.

Przejrzeliśmy zabitych i rannych. Łącznie powaliliśmy ośmiu napastników, tracąc ośmiu zabitych i czterech rannych spośród naszych hohei. Także pan Bozomake został poważnie ranny, więc bilans wypadł dla nas niezbyt korzystnie, a co ważniejsze, nie mieliśmy raczej szans w kolejnym starciu, do którego stanąć musiałoby zaledwie dziesięciu bushi i pan Funashi, przeciw trzydziestu napastnikom. Nastroje wśród wieśniaków także nie były najlepsze, bo mimo zażartej obrony napastnikom udało się jakoś uprowadzić kilkunastu heiminów. Natomiast niewątpliwym sukcesem było zadanie tajemniczemu nieprzyjacielowi pierwszych strat i udowodnienie że nie są to Oni z bagien, tylko jednak ludzie, choć umazani jakąś lepką, przypominającą błoto, mazią. Owa maź nie chciała zresztą odchodzić od ciał zabitych i trzeba było ją niemal zeskrobywać, mimo obfitego polewania wodą. Jeźdźcy zachowywali się także nader dziwnie, nie wydając ani okrzyków tryumfu, ani jęków bólu, zupełnie jakby byli poruszanymi magią lalkami, a nie żywymi wojownikami. Po pozbyciu się mazi z ciał, zidentyfikowaliśmy je jako wojowników Jednorożców i Lwów! Wyglądało więc na to, że ów oddział wysłany z najbliższej stanicy na bagna dołączył do tych, których miał wytropić i zniszczyć.

Nocna potyczka dała nam jeszcze jeden atut. Schwytaliśmy jednego z koni napastników, także całego umazanego ciemną mazią i także przypominającego animowaną lalkę. Przywiązany za wędzidło do słupa jakiejś chłopskiej chaty niemal wyrwał sobie szczękę, metodycznie szarpiąc głową przez resztę nocy i część następnego dnia. Najwyraźniej coś ciągnęło go nieodparcie z powrotem na bagna. Postanowiliśmy to wykorzystać i pozwolić by zaprowadził nas do kryjówki tajemniczych jeźdźców.

Pan Funashi swą magiczną mocą uleczył najbardziej rannych bushi, ale i tak nie byliśmy w stanie wziąć więcej niż ośmiu. Wypocząwszy więc nieco odwiązaliśmy szarpiącego się wciąż bagiennego konia i prowadzeni przez niego ruszyliśmy. Ja zboczyłem jeszcze nieco, aby zabrać z samotnej chaty za wsią miejscową zielarkę, która była podobno jedyną osobą, która zapuszczała się na bagna. Staruszka najpierw słabo protestowała, ale nie dałem jej wyboru i w końcu, chcąc nie chcąc, musiała ruszyć z nami.

Przedzieraliśmy się przez bagno przez całe przedpołudnie, jadąc gęsiego tropem dziwnego konia, który niestrudzenie gnał do przodu na tyle, na ile pozwalał mu sznur, na którym był prowadzony. Aby móc wrócić znaczyliśmy drzewa, wycinając spore kawałki kory i odsłaniając jasne drzewo pod spodem. Nieco po południu przed nami grunt nagle podniósł się i wyjechaliśmy na jakby wyspę wśród moczarów. Wąskiej ścieżki wiodącej w jej głąb strzegła dwójka milczących strażników, którzy póki co jednak najwyraźniej nas nie dostrzegli. Wykorzystaliśmy tę sprzyjającą okoliczność, rozstrzeliwując ich z łuków, po czym zostawiwszy jednego hohei i starą zielarkę przy koniach, ruszyliśmy pieszo wgłąb wyspy.

Skradaliśmy się we mgle, słysząc nieco z lewej coraz wyraźniej żałosne lamenty heiminów wziętych do niewoli podczas nocnego napadu. Zanim jednak do nich dotarliśmy natknęliśmy się na więcej strażników. Nie mieliśmy wyboru i zaatakowaliśmy. Z łuków ustrzeliliśmy jednego, po czym doszło do walki wręcz. Ale szczęk oręża zwabił z głębi wyspy więcej i więcej bagiennych jeźdźców, teraz biegnących pieszo, bez krzyków i rozkazów, ale w oczywistych zamiarach.

Po pierwszym starciu okazało się, że przewaga nieprzyjaciela jest zbyt wielka. Pan Ijiro padł, pan Funashi i jeden z hohei odciągneli go za linię walki, ja ściąłem jednego przeciwnika, ale dobiegło dwóch kolejnych, znowu ściąłem jednego, którego zaraz zastąpił kolejny. Ogniste kule pana Funashi spopieliły trzech nadbiegających napastników, w tym przywódcę w rogatym hełmie, ale najwyraźniej nie uczyniło to na reszcie napastników żadnego wrażenia. Jeszcze raz udało mi się ściąć jednego z napastników, ale spóźniłem się z unikiem o moment. Pamiętam jedynie syk katany tuż przy moim uchu, a potem już nic.

Ocknąłem się przewieszony przez konia, stąpającgo przez bagno, które cmokało złowieszczo, gdy wierzchowiec z wysiłkiem wyrywał kopyto z gęstego błota. Zmierzchało już, z wysiłkiem podniosłem głowę i usiłowałem rozeznać w szarości stan naszego oddziału. Z jedenastu samurajów pozostało nas zaledwie szóstka, z czego ja i pan Ijiro byliśmy ranni, choć pan Ijiro wydawał się być w lepszej kondycji. Nie zauważyłem też starej zielarki, ale okazało się, że uciekła przy pierwszej okazji, kiedy tylko weszliśmy z powrotem na znaną jej część bagien. Większość z naszych była umazana błotem, bo choć szliśmy po znakach zostawionych na drzewach, nie zawsze udawało się od razu znaleźć właściwą scieżkę i kilka razy omal nie utonęliśmy w bagnie.

Niedługo znowu zgubiliśmy ścieżkę i tym razem pan Funashi zanurzył się w błocie po pas, zanim pozostali go nie wyciągnęli. Przypadkiem jednak, a może wyrokiem Fortun, podczas szamotania w bagnie shugenja chwycił coś zanurzonego w błocie i kiedy go wyciągnięto, jego śladem wydobyto na wpół rozłożone ciało. Była to kobieta, której u prawej dłoni brakowało kawałka palca. Przypomnieliśmy sobie Otamako, żonę naczelnika wioski, której także brakowało palca, potem lisa, podglądającego nasze przygotowania do obrony wioski i w końcu dziwną rozmowę z miejscową zielarką. Starucha mówiła, że Kitsune, podobnie jak i ludzie, mogą być dobre, albo złe. Zaczęliśmy podejrzewać, że Otamako, którą spotkaliśmy w Koshimura, była w rzeczywistości Kitsune, złą Kitsune, która ostrzegła czarnych jeźdźców przed zastawioną na nich pułapką.

Zrobiło się już niemal zupełnie ciemno, kiedy w oddali, w bok od ścieżki, spostrzegliśmy światełko. Nie zważając na niebezpieczeństwo, porzuciliśmy znaki na drzewach i jęliśmy przedzierać się w tamtym kierunku. Światełko okazało się wydobywać z okna lichej chatki, w środku której zastaliśmy samotnego samuraja z Klanu Jednorożca. Nieznajomy przedstawił się jako Shinjo Kawakami, ostatni członek oddziału, który nie uległ czarom Czarnego Drzewa. Chatka zaś należała do Kuzunohy, dobrej i, jeśli wierzyć słowom pana Shinjo, pięknej Kitsune.

Jednorożec opowiedział nam brakującą część historii czarnych jeźdźców z bagien. Był członkiem oddziału, który przybył na te bagna, ścigając groźnego Oni. Po długim pościgu oddział otoczył demona na owej polanie, do której i my dotarliśmy. Tam Oni, przyparty plecami do wielkiego drzewa, gotował się do desperackiej obrony, kiedy owe drzewo, o które się opierał, nagle rozwarło swój wielki pień i pochłonęło go. Towarzyszący wyprawie shugenja sądził, że to jakaś sztuczka samego Oni, ale omylił się. Z połączenia niespokojnego kami starego drzewa i mrocznego zepsucia Oni powstało coś potwornego, żądnego krwi i dysponującego wielką, ciemną mocą. Zgromadzeni na polani samuraje Jednorożca jeden po drugim popadali w szaleństwo, stając się niewolnikami Czarnego Drzewa i chyba jedynie pan Kawakami zdołał wyrwać się spod jego przemożnego wpływu. Błąkającego się po bagnach, skrajnie wycieńczonego samuraja odnalazła Kuzunoha, dobra Kitsune mieszkająca w tej małej chatce. Zaopiekowała się młodym Jednorożcem, a on najwyraźniej zadurzył się w tej dziwnej istocie i pozostał w jej chacie, mimo odzyskania sił, zamiast udać się do swego pana, aby zdać raport.

My także potrzebowaliśmy pomocy i odpoczynku, więc skorzystaliśmy z nieco wymuszonego zaproszenia pana Kawakami do pozostania w chatce Kuzuhony. Wkrótce przybyła zresztą sama Kitsune i przywitała nas, jak się wydaje, z prawdziwą radością. Zwyrodniałe Czarne Drzewo zakłócało jej spokój i harmonię bagien i chętnie przyjęła naszą obietnicę pomocy w walce z nim. Opowiedziała nam także o swej mrocznej siostrze, Kiyokarze, która jak się słusznie domyśliliśmy podszyła się pod utopioną w bagnie żonę naczelnika i która sprzyjała Czarnemu Drzewu i jego sługom. Spędziliśmy w jej chatce kilka dni, podczas których słyszeliśmy przejazd czarnych jeźdźców, którzy wyprawili sie znowu do Koshimura, aby zdobyć dla swego wiecznie nienasyconego demonicznego drzewa nowe ofiary. Kuzunoha wymknęła się na zwiad i wróciwszy, doniosła, że reszta wieśniaków, a także czterech naszych hohei, którzy jako tako wylizali się z ran, opuściła Koshimura i wyruszyła wgłąb terytorium Ikoma. Czarni jeźdźcy będą więc musieli wybrać się znacznie dalej na poszukiwanie kolejnych ofiar. To powinno pozwolić nam przekraść się niepostrzeżenie na wyspę i zniszczyć Czarne Drzewo.

Pod troskliwą opieką Kitsune i pana Funashi, który nie szczędził nam swych uzdrowicielskich mocy, powróciliśmy wszyscy do pełni sił. Kiedy więc słudzy demonicznego drzewa wybrali się znów na łowy, byliśmy gotowi by uderzyć w samo serce ich pana. Rzeczywiście było to serce, które pan Funashi ujrzał w wizji podczas snu, zawieszone w podziemnej jaskini między grubymi korzeniami, na końcu drugiego tunelu, częściowo zalanego wodą. Ale jako że wizja była nieco niejasna, postanowiliśmy najpierw zaatakować samo drzewo, ufni w moc Kami Ognia, które upodobały sobie pana Funashi i chętnie mu służyły.

Droga na wyspę zajęła nam tym razem niecałe dwie godziny, Kuzunoha prowadziła nas bowiem sobie tylko znanymi ścieżkami na skróty. Niedaleko wyspy zostawiliśmy ją jednak i wyruszyliśmy dalej w szóstkę: pan Funashi, pan Ijiro, Shinjo Kawakami, ja i dwaj nasi hohei, jako że jeden został w chacie Kitsune, pilnując koni. Na wyspie natknęliśmy się na kilku strażników, pilnujących kilku ocalałych heiminów. Część padła od strzał, reszta od mieczy, choć pan Ijiro został dość poważnie ranny. Na szczęście pan Funashi oczyścił ranę korzystając z mocy Kami Wody i pan Ijiro mógł kontynuwać wyprawę.

Uwolnieni z pęt heimini dziękowali nam i błogosławili Fortuny za niespodziewany ratunek, ale za nic nie chcieli iść z nami dalej wgłąb wyspy. „Kogo tam zabierają” – mówili – „ten już nie wraca”. Poszliśmy więc sami. Z gęstych oparów wyłonił się najpierw wielki cień, a potem samo Czarne Drzewo, w całej swej obrzydliwej okazałości. Czarny pień gruby na kilku mężczyzn pokryty był oślizłą, błyszczącą mazią, zapewne tą samą, która pokrywała ciała czarnych jeźdźców i ich koni. Liście były krwiście czerwone i drżały nieustannie, choć na wyspie panowała martwa cisza, jakby nawet Kami Powietrza obawiały się zbliżać do tej potwornej abominacji. Pan Funashi skupił całą swą moc i wzywając Kami Ognia cisnął w potworne drzewo cztery kule ognia.

Ogień ogarnął oślizły pień i czerwone liście, ale zamiast zamienić drzewo w ogromną pochodnię, natychmiast osłabł i zgasł. Drzewo zadrżało złowróżbnie i nagle w nasze umysły uderzyła wroga jaźń, tak potężna i zła, że tylko najwyższym wysiłkiem woli, przywołując na pomoc Czcigodnych Przodków i wzywając wszystkich Fortun, udało nam się odeprzeć ten atak i nie zamienić się w bezwolne kukły spełniające okrutne zachcianki demonicznej istoty. Pan Shinjo Kawakami i jeden z naszych hohei nie okazali się jednak tak wytrwali, ich umysły poddały się złej woli i dobywając mieczy zwrócili się przeciwko nam. Pan Ijiro zwarł się z hohei, ja z panem Shinjo. Na szczęście Przodkowie prowadzili nas i obydwaj nasi przeciwnicy padli. Hohei został niemal równocześnie spopielony ognistą kulą pana Funashi, ale pan Shinjo uniknął tego losu. Muszę przyznać z niejakim wstydem, że darowałem mu życie, w ostatniej chwili obracając lekko ostrze katany, by jedynie go ranić, a nie zabić. Może sprawiły to pełne smutku i trwożnego przeczucia spojrzenia, które młody Jednorożec i Kitsune wymienili rozstając się przy brzegu wyspy i w których ujrzałem odbicie innego, dawno już zgasłego spojrzenia…

Wycofaliśmy się z zasięgu oddziaływania potwornego drzewa, odciągając rannego pana Shinjo. Pozostało nam iść za wizją pana Funashi, poszukać na wpół zalanego tunelu, przebyć podziemny korytarz i rozpłatać wielkie, purpurowe serce zawieszone na korzeniach wielkiego drzewa. Znaleźliśmy tunel i w czwórkę zanurzyliśmy się w wilgotnych trzewiach wyspy. Najpierw drogę zagrodził nam jadowity wąż bagienny, ale celna strzała pan Ijiro rozcięła go na dwoje. Potem na naszej drodze stanęły splątane, grube korzenie. Ruszyłem pierwszy, pan Ijiro za mną, pozostali czekali na swoją kolej. Kiedy byliśmy w połowie, korzenie nagle drgnęły i ze straszliwą siłą jęły się zaciskać. Mnie udało się wyrwać w ostatniej chwili i wydostać na otwarty odcinek korytarza, ale pan Ijiro został schwytany w drewniany potrzask i gruby konar zaczął miażdżyć mu nogę.

Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Pan Ijiro walczył, tnąc oplatające go korzenie swym wakizashi, pan Funashi starał się mu pomóc, ale korzenie były grube, a broń niezbyt zdatna do ich przecięcia. Ja z kolei byłem już za pierwszą plątaniną korzeni i z oddali dochodził już do mnie słaby, purpurowy poblask i wiedziałem, że tam znajduje się nasz cel – demoniczne serce Czarnego Drzewa. Ale drogę przecinała mi zbita masa korzeni, które tylko czyhały, by mnie pochwycić i zmiażdżyć, tak jak to czyniły z panem Ijiro. Pozostała mi tylko jedna możliwość – łuk.

Idąc na bagna zabrałem ze sobą mój długi dai-kyu, który była za duży by użyć go w ciasnym korytarzu, ale pan Ijiro zabrał krótszy i zdatny do użycia łuk yumi. Udało mi się go wyciągnąć, unikając wijących się korzeni. Podszedłem najbliżej jak się dało do kolejnej bariery i przez szczeliny w masie korzeni ujrzałem serce. Wisiało na czarnych korzeniach, rzucając purpurowy blask, a grube ni to korzenie, ni to żyły łączyły je z powykręcanymi ludzkimi ciałami, także oplątanymi czarnymi korzeniami. Wszystko to pulsowało upiornie, pompując krew z nieszczęsnych ofiar do zachłannego serca. Czułem demoniczną wolę próbującą mnie powstrzymać za wszelką cenę, widziałem jak wszelkie podziemne stworzenia posłuszne tej woli pełzną, biegną, wiją się w moją stronę, jak korzenie wyciągają się, probując mnie pochwycić. Ale na próżno.

Poczułem jak spokój Przodków wypełnia mój umysł. W mym sercu usłyszałem Pieśń. Głosy setek tysięcy Lwów, którzy wypełnili swą powinność, którzy oddali swe życie broniąc Honoru, którzy kroczyli wąską ścieżką Bushido nie oglądając się na boki wypełniły mnie mocą równą mocy Kami. Spokojnie uniosłem łuk, na stalowym grocie zabłysła przez moment czerwona poświata, wyczułem paniczny strach tej potężnej jeszcze przed chwilą złej woli, która wiedziała już, że jej przeznaczeniem jest ulec potędze Lwa. Zwolniłem cięciwę, niechybna strzała pomknęła między wijącymi się korzenami i ugodziła w sam środek wielkiego serca.

Ciemna krew trysnęła wielką fontanną, korzenie wyprężyły się w prześmiertnym spaźmie, cały tunel zakołysał się i ziemia posypała się nam na głowy. Wyrwawszy ze słabnącego uścisku korzeni pana Ijiro umknęliśmy z podziemnego tunelu na moment zanim sklepienie runęło. Powróciliśmy na wyspę, mgła rozproszyła się nieco i ujrzeliśmy wielkie drzewo całkowicie uschnięte i zbielałe. Pan Shinjo Kawakami ruszał się z wysiłkiem, a jego oczy pozbawione już były pustego wyrazu niewolnika demonicznej mocy, który miały gdy go zostawialiśmy. Zabraliśmy go i oddaliśmy wdzięcznej Kitsune, która zaopiekuje się nim lepiej niż ktokolwiek inny. Wraz z garstką heiminów i dwoma ocalałymi hohei z naszego dwudziestoosobowego oddziału wyruszyliśmy do Kyuden Ikoma, zdać raport o pokonaniu bagiennego demona i przywróceniu spokoju na pograniczu z Jednorożcem.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
L5K Kroniki Rodziny Ikoma, Legenda Pięciu Kręgów ,

Comments are closed.