Kamienna Armia

W każdej opowieści o bohaterach musi być kilka rzeczy. Po pierwsze oczywiście: bohaterowie. W naszej krótkiej opowieści będzie to trójka włóczęgów, których los zetknął ze sobą i rzucił do miasteczka Nashkel, niedaleko Wrót Baldura. Awięc: Blaine – paladyn Tyra o chmurym obliczu i rodowodzie zhentarimskiego łotra, Rowan Blackwood – złodziejaszek o nieprzeciętnie przeciętnej aparycji, z workiem wypchanym kobiecymi fatałaszkami i N’Tonga – czarny wielkolud z dalekiego Chult, poobwieszany bransoletami, kawałkami kości i świecidełkami, z obowiązkowym wielkim mieczem na plecach. Po drugie, w takiej opowieści musi być wyzwanie, któremu bohaterowie będą musieli sprostać. Tu pojawiło się ono w postaci ogłoszenia starego czarodzieja Danfertha, szukającego śmiałków do przeszukania jakichś ruin, by rozwinąć się w końcu w starcie z prastarą czanoksięską potęgą. Po trzecie: musi być czarny charakter, lub cała ich grupa, z którymi bohaterowie będą się ścierać aż do ostatecznego zwycięstwa. W tej opowieści zacznie się od dwójki dość nieudolnie zamaskowanych podpalaczy, a skończy armii zdolnej zniszczyć Wrota Baldura. No i w końcu: morał, albo przesłanie, które z reguły pojawia się na końcu opowieści. Nie inaczej będzie i tym razem.

Jak napisano wyżej, zaczęło się od ogłoszenia Mistrza Danfertha, miasteczkowego czarodzieja z Nashkel. Bohaterowie mieli wyruszyć do jakichś ruin, odszukać pamiątki po jakimś dawno zmarłym przyjacielu czarodzieja, czy coś podobego. Jednak tu w nurt opowieści włączył się pierwszy czarny charakter, a właściwie dwóch: zhentarimski najemnik Zais z elitarnego oddziału Milczących Mieczy i nieużyty eks-uczeń Danfertha, niejaki Vaukan. Niepostrzeżenie wywołali oni zamieszanie na miejskim ryneczku za pomocą przyzwanego żywiołaka powietrza, aby wywabić starego czarodzieja z jego wieży. Kiedy zaś poczciwy staruszek w asyście zresztą naszych bohaterów zmagał się ze złośliwym duchem przewracającym stragany i miejskich pachołków razem z ich halabardami, bandyci przetrząsnęli jego wieżę, szukając Wężowej Korony, o której jeszcze usłyszycie w tej opowieści. Nie znaleźli jej co prawda, ale w ich ręce wpadł list czarodzieja Zankaisa – przyjaciela i byłego ucznia Danfertha. W liście tym Zankais opisywał swoje poszukiwania zagubionego skarbu Szkoły Ulcastera i wspominał o Wężowej Koronie, którą uważał za klucz do tego skarbu. Dowiedziawszy się zatem, gdzie jest Korona, bandyci podpalili wieżę starego czarodzieja, aby zatrzeć ślady i umknęli.

Ujrzawszy dymy Mistrz w asyście mieszkańców rzucili się ratować co się da z pożaru, a bohaterowie w towarzystwie kilku miejskich strażników – łapać złoczyńców, którzy uciekli z Nashkel gościńcem na Beregost. Jak to jednak zwykle bywa w opowieściach o bohaterach, główny złoczyńca, ów zhentarimski najemnik, umknął, zostawiając trop w postaci rozstrzelanego z kusz Vaukana, który okazał się widać jeszcze gorszym zbirem niż uczniem czarodzieja. W ręku ściskał Vaukan pomięty list Zankaisa, który miał zapewne w zamysłach łaskawych bogów naprowadzić bohaterów na właściwy trop. Ci jednak byli nie dość lotni i pojęli treść pisma całkiem na odwrót. Przyjęli mianowicie, że Vaukan i Zhentarim przechwycili list wysłany dopiero do Danfertha i kierując się jego treścią napadli na wieżę starego czarodzieja, skąd ukradli Koronę. Zignorowali więc całkowiecie osobę Zankaisa, gdy tymczasem bandyci pędzili właśnie do jego domu po artefakt.

Napisałem „bandyci”, albowiem do pierwszego Zhentarima dołączyło pięciu dalszych. Bohaterowie, mimo dość ciężkiego pomyślunku, mieli całkiem bystry wzrok i poprawnie zinterpretowali pięć nowych końskich tropów, krzyżujących się w miejscu śmierci nieszczęsnego Vaukana. Pięciu kompanów Zhentarima oczekiwało w tym miejscu na dwójkę wysłaną do wieży Danfertha, po czym pozbywszy się niepotrzebnego już Vaukana ruszyło razem gościńcem na Beregost. Gdyby jednak trzymali się szlaku bohaterowie być może by ich dopadli, ruszyli bowiem niezwłocznie ich śladem, mimo haniebnej rejterady towarzyszących im miejskich strażników. Wtedy jednak opowieść nie miałaby zapewne ciągu dalszego, więc bogowie, chcąc przydać jej nieco dramaturgii, skierowali kroki bandytów na bezdroża. Następnie tropy skręciły w koryto rzeki, jednego i drugiego strumienia, tak że w końcu bohaterowie zgubili trop i natrafiwszy na zagradzający im drogę głęboki wąwóz, zdecydowali się na nocny popas.

Tu też bladym świtem, a nawet nieco wcześniej znalazł ich Mistrz Danferth. O skuteczności gaszenia pożaru wieży nasza opowieść nie wspomina, nie wyjaśnia też jakim to magicznym sposobem czarodziej odnalazł w głuszy obozujących bohaterów, dość jednak wspomnieć, że pojawił się nagle pośród nich z lekkim pyknięciem, jakie wydaje pękająca wielka mydlana bania. Wyłożył im treść znalezionego przez nich listu, po czym poprosił o pomoc. Jego przyjaciel Zankaist był w śmiertelnym niebezpieczeństwie i jedynie szybka interwencja bohaterów mogła go ocalić. Danferth zamierzał teleportować ich w do domu swego ulubionego ucznia, ale że mógł zabrać na raz tylko dwóch, desant musiał zostać podzielony na dwie fale. Do pierwszej grupy zgłosił się ochoczo wielki N’Tonga i nieco mniej ochoczo niewielki Rowan. Pykęła mydlana bania i oto obaj stali w pokoju w domu Zankaista.

Dookoła panował straszliwy bałagan i unosił się zapach krwi. Pięciu ludzi i dowódca – wielki półork imieniem Dunga – wszyscy w czarnych półzbrojach zbierali się właśnie do odejścia. Półork ściskał niewielkie zawiniątko. W kącie zdemolowanej izby nieruchomo leżał w ciemnej kałuży staruszek w długich szatach. Na moment obie grupy znieruchomiały zaskoczone, a potem niemal równocześnie ruszyły. Dunga wykrzyknął trzy imiona i trzej Milczące Miecze ruszyli na dwójkę bohaterów i Danfertha. N’Tonga skoczył z rykiem w tę trójkę, ścinając pierwszym ciosem kusznika, Rowan skoczył w bok, a Mistrz Danferth zdematerializował się ze znajomym pyknięciem. Dowódca napastników z dwoma przybocznymi rzucili się do drzwi, czarny barbarzyńca zawinął znowu wielkim mieczem, ścinając drugiego z trójki nieszczęśników wyznaczonych do opóźnienia pościgu, Rowan doskoczył z boku celując sztyletem w plecy trzeciego. Dunga z zawiniątkim i ochraniająca go dwójka byli przy drzwiach, gdy N’Tonga i Rowan położyli trupem ostatniego z trójki i rzucili się za nimi. Zaiste, piękna to była kośba, godna prawdziwie bohaterskiej sagi. Ale jak już wspomniano w innym miejscu tej opowieści, nasi bohaterowie czasami niedomagali nieco na rozumie, bo kiedy wielki N’Tonga tocząc pianę z ust i wywijając mieczem wyskoczył z domu, zupełnie nie przejął się wycelowanymi weń trzema kuszami. Łatwo się domyślić, że nie było to roztropne i w chwilę później barbarzyńca leżał naszpikowany bełtami, a odgłos kopyt uciekającym napastników cichnął w oddali.

Przybyły w drugiej fali desantu Blaine połatał jako tako postrzelanego barbarzyńcę mocą swego boskiego daru, ale na całkowite wyleczenie przyszło czarnemu wojownikowi poczekać, aż na miejsce tragedii przybył z pobliskiej świątyni Lathandera w Beregoście kapłan Ballen. Niestety dla Zankaista nawet kapłan nie mógł już nic zrobić. Zhentarimowie ukradli Koronę i bezlitośnie zabili staruszka. Mistrz Danferth obiecał bohaterom okrągłą sumkę pieniędzy za zemstę na mordercach przyjaciela, ale że był z gruntu uczciwy opowiedział im całą historię, żeby wiedzieli w co się pakują. Otóż trzy wieki wcześniej na leżącą nieopodal Beregostu Szkołę Magii Ulcastera napadli zawistni kalishyccy magowie i niemal doszczętnie ją zniszczyli. Napad nigdy by się nie udał, gdyby nie zdrajca Alleo Khan, który w decydującym momencie uderzeniem w magiczny gong zneutralizował wszystkie zaklęcia ochronne Szkoły. Spośród wszystkich magów zaskoczonych atakiem przeżył tylko jeden – Aris Ghantry, zamieniony w kamień i odczarowany przypadkiem przez rabusiów plądrujących ruiny Szkoły kilkadziesiąt lat później. Aris twierdził, że kalishyccy napastnicy nie dotarli do skarbca Szkoły i legendarne skarby czekają na swoich odkrywców. Zostawił nawet wiersz, zawierający wskazówki jak odnaleźć rzekomy skarb, nie wpadając w liczne zastawione na rabusiów pułapki. A kluczem do skarbu była Wężowa Korona, która przez długi czas była w posiadaniu Mistrza Danfertha, który podarował ją potem swemu ulubionemu uczniowi Zankaistowi.

Jasnym było, że podpalacze wieży Danfertha i zabójcy Zankaista szukali Wężowej Korony w nadzieji odnalezienia skarbu Szkoły Ulcastera. Ale akurat w ruinach Szkoły buszowała ekspedycja czarodzieji z Wrót Baldura, mająca oficjalne glejty gwarantujące swobodę poszukiwania i wyłączność wstępu do ruin. Albo więc Milczące Miecze działali dla któregoś z członków tej ekspedycji, albo ich mocodawca miał jakiś sposób usunięcia badaczy z terenu Szkoły. Tak, czy inaczej należało przeniknąć do obozowiska ekspedycji i dowiedzieć się więcj na miejscu. W czasie gdy Rowan i Blaine ustalali plan z Danferthem i Ballenem, N’Tonga nie czekając na żadne ustalenia ruszył samodzielnie w pogoń tropem Zhentarimów. Trop się jednak rychło skończył, a napotykani wieśniacy nie wiedzieli nic o czarno odzianych jeźdźcach, barbarzyńca szedł więc po prostu na azymut, aż dotarł do Szkoły Ulcastera. Tu dyplomatycznie zagadał do pilnujących obozowiska najemników z Kompanii Płomiennej Pięści, wypytując o czarnych jeźdźców, na których zamierzał wywrzeć zemstę za postrzelanie goz kusz. Uznany początkowo za nieszkodliwego głupka, poźniej za groźnego wariata, a w końcu za psychopatycznego mordercę spędził pod dyskretną strażą pół dnia racząc się żołnierskim winem, póki wysłany do Beregostu posłaniec nie spotkał kapłana Ballena i nie wrócił z poleceniem odesłania czarnucha do świątyni Lathandera.

W tym czasie zarysował się plan działania. Pierwszym krokiem miało być spotkanie z agentem świątyni Lathandera w ekspedycji czarodzieji, krasnoludem Kruszcem. Do spotkania doszło w nocy na małej polance nieopodal obozowiska ekspedycji i Kruszec naprowadził bohaterów na trop dwóch podejrzanie milczących osobników, którzy dołączyli do pracujących dla czarodzieji robotników całkiem niedawno, po tajemniczym zniknięciu dwóch innych. Drużyna postanowiła się zatem zaczaić przy trakcie z obozowiska do Beregostu następnej nocy. Wyspawszy się porządnie w dzień, zamiar wprowadzono w czyn. Ale zanim jeszcze plan wydał czekiwane owoce Rowan popisał się swoim złodziejskim kunsztem i przeniknął przez niski murek do otoczonego nim obozowiska. Niewiele się jednak dowiedział, bo został spostrzeżony przez szczura albinosa, ani chybi chowańca jednego z czarodzieji. Szczur ten jeszcze pojawi się w tej opowieści, dlatego nie od rzeczy było o nim wspomnieć, mimo epizodycznej na tym etapie roli.

Gdy Rowan usiłował dowiedzieć się czegoś w samym obozie, jak wspomniałem z mizernym skutkiem, Blaine i N’Tonga czekali cierpliwie mając na oku i uchu dróżkę prowadzącą z obozowiska w kierunku Beregostu. I cierpliwość opłaciła się, bowiem niedługo przed północą na dróżce tej pojawiła się dwójka milczących osobników. Bohaterowie dyskretnie podążyli za nimi i choć Blaine poskrzypywał nieco rzemieniami swej łuskowej zbroi, udało im się niepostrzeżenie dotrzeć aż do niedalekiego lasu, a dalej do ukrytego w nim obozu Zhentarrimów. Ukryci na skraju małej polanki oświetlonej blaskiem pojedynczego ogniska bohaterowie obejrzeli wygestykulowaną rozmowę dwóch „robotników” z ich uzbrojonym kompanem. W rozstawionych na polance namiotach mogło się swobodnie przespać nawet kilkunastu najemników, a nieopodal pasło się co najmniej kilka koni, ale okazało się, że w obozie było jedynie trzech ludzi – ów rozmawiający z „robotnikami” i dwóch ukrytych na drzewach wartowników. Drużyna zachowywała się jenak tak cicho, że bandyci niczego się nie spodziewali, aż nie było za późno. Gdy dwójka szpiegów odeszła, Rowan po cichu zdjął z drzewa jednego wartownika, a następnie w śmiałym ataku zgładzono pozostałego w obozie łącznika i drugiego wartownika, za którym N’Tonga musiał się nieco nauganiać po lesie. Namioty okazały się puste, ale w najmniejszym i najbardziej eleganckim z nich Rowan wykopał spod świeżo wzruszonej ziemi Wężową Koronę!

W tym momencie bohaterowie musieli ratować się ucieczką, gdyż w lesie rozległ się narastający szybko tętent kopyt. Po chwili nastąpiły gniewne okrzyki i głośne przekleństwa Dungi – owego pólorka, dowódcy Zhentarimów – który odkrył swych pomordowanych ludzi i brak cennego artefaktu. Jednak przybyli nie marnowali czasu na poszukiwania po ciemku złodzieji, ale ruszyli co koń wyskoczy do śpiącego już obozowiska ekspedycji czarodzieji z Wrót Baldura. Okazało się, że byli przygotowani także na ewentualność kradzieży Korony. W obozie oczekiwał na nich młody czarodziej Reyes Lince, oficjalnie uczeń Ransharda, przywódcy całej ekspedycji, ale naprawdę tajny sługa Semmemona, pana Zhentarimów z Mrocznej Twierdzy. Wobec utraty Korony wprowadził plan zapasowy: mroczną magiczną sztuką w niecałą godzinę wytruł wszystkich pozostałych cżłonków ekspedycji, czarodzieji, żołnierzy i robotników, a potem wraz z przybyłymi Zhentarimami ruszyli do ruin Szkoły Ulcastera.

Kiedy bohaterowie pieszo i zachowując bezpieczny dystans dotarli w pobliże cichego obozowiska grupa pięciu Milczących Mieczy prowadzona przez wielkiego półorka wjeżdżała konno jak gdyby nigdy nic między namioty. Chwilę później widać było jak, już pieszo i w towarzystwie czarodzieja, zdążają do ruin. Kiedy drużyna wyszła już z osłupienia widokiem pełnego trupów obozowiska i ostrożnie ruszyła ich śladem, z cienia między namiotami wychynął pozostawiony specjalnie zhentarimski zwiadowca Zais, ten sam, który dokonał włamania do wieży Mistrza Danfertha. Fakt ten nie umknął jednak bystrym oczom bohaterów. Wiedzieli więc, że są obserwowani i wręcz prowadzeni w pułapkę, ale mimo to zdecydowali się pójść dalej.

Normalny, pardon, zwykły człowiek pobiegłby w tym momencie do Beregostu, zawiadomić straż miejską, świątynię Lathandera i kogo tam jeszcze, a następnie wróciłby na czele zbrojnej kupy, otoczył całe ruiny i spokojnie czekał aż zbrodniarze z nich wyjdą, aby ich wystrzelać z bezpiecznej odległości, lub ewentualnie rannych wziąć w niewolę i powiesić następnego dnia. Jednak bohaterowie tak nie postępują. Liczą jedynie na siebie i świadomi odpowiedzialności za losy świata pakują się w największe kabały licząc na uśmiech losu i łaskawość bogów. Warto to odnotować, bo właśnie takie zachowanie odróżnia bohaterów od zwykłych ludzi, a także tłumaczy ich wysoką śmiertelność.

Ale dość dygresji. Niezwykle ostrożnie, co zrozumiałe, bohaterowie zbadali główny hall Szkoły, po czym postanowili jednak zabezpieczyć najpierw magiczny gong mający moc wygłuszania całej magii w okolicy wielu mil. Poza tym dźwięk gongu miał być sygnałem dla kapłana Ballena ze świątyni Lathandera, do zebrania pospolitego ruszenia z Beregostu i pospieszenia bohaterom na pomoc w ostateczniej potrzebie. Bez żadnych kłopotów udało się Rowanowi dotrzeć na trzeci, niemal całkowicie skruszały poziom wieży z gongiem i umocować linę tak by łatwiej było się po niej wspiąć do gongu w razie nagłej potrzeby. Potem bohaterowie znaleźli szeroką szczelinę w posadzce, przez którą przeniknęli najpierw do piwnicy, a potem do podziemi Szkoły. Po drodze zauważyli, że byli obserwowani przez znajomego szczura-albinosa, chowańca Reyesa, co powinno ich ostrzec, że czarodziej zna ich każdy krok. Jednak kierowani bohaterskim instyktem zignorowali niebezpieczeństwo i zagłębili się w pradawnych podziemiach.

Właściwie nie zdążyli się jeszcze na dobre zagłębić, ledwo stanęli na pierwszym poziomie podziemi, gdy z ciemnego końca korytarza wypadł na nich wielki niby-żuk, wymachując długimi, cienkimi czułkami. Bohaterowie radośnie zwarli się z nim w śmiertelnej walce i po krótkiej wymianie ciosów zabili bydlaka, ale nie obyło się bez strat. Potwór okazał się być rzadkim Rdzewiaczem, stworem żywiącym się metalem, który rozpuszczał wydzieliną z owych giętkich czułków. Blaine, który jako najbardziej opancerzony, stanowił najbardziej łakomy kąsek dla stwora, stracił pancerz i miecz i odtąd musiał zadowolić się sztyletem. N’Tonga, który ani razu nie trafił swym wielkim mieczem i Rowan, który strzelał z łuku, nie odnieśli żadnych strat.

Na pierwszym i drugim poziomie podziemi nie było wiele ciekawostek, ot parę zmurszałych ciał jakichś czarodziejów usiłujących kiedyś tam odnaleźć skarb Szkoły i dwa całkiem świeże i intensywnie cuchnące ciała zaginionych robotników. Przy jednym z czarodziejów znaleźli jednak bohaterowie kopie wiersza Arisa Ganthry, zawierającego wskazówki jak odnaleźć skarb. Pierwsza wskazówka – „drogę  ku skarbom wskażą księcia kości” – przydała się niemal od razu, gdy na końcu korytarza drużyna weszła do grobowca księcia Ronsdale. Idąc za jego wyciągniętą w stronę ściany prawicą najpierw N’Tonga, a później inni przeszli przez iluzoryczny mur i dotarli do dalszej części podziemi, gdzie „kolorami mienią się splątane korytarze”. Owe splątene korytarze zbudowane były z grubego szkła, lub mętnego kryształu, przez które sączyło się blade światło o różnych kolorach. Bohaterowie musieli wybierać właściwe, gdyż zabłądzenie, jak pouczał wiersz Ganthry’ego groziło spotkaniem ze strażnikiem o zabójczym spojrzeniu. Najpierw kierując się układem kolorów w tęczy, a gdy to się nie sprawdziło dobierając kolory tak jak miesza się farby, dotarli w końcu do końca kolorowego labiryntu i stanęli w większej sali. Na jej drugim końcu drogę zagradzała lita ściana. Na jej środku znajdował się wielki krąg podzielony na dwanaście części z wyrysowanymi znakami zodiaku. Krąg był obracany, tak że można było ustawić dowolny z dwunastu znaków na wprost wyrzeźbionej w strzałki. Pośrodku kręgu znajdowała się czaszka, szczerząca złowróżbnie zęby, ale będąca w rzeczywistości jedynie klamką, za którą należało pociągnąć, ustawiwszy uprzednio poprawnie odpowiedni znak na wprost tarczy.

Były to drzwi broniące drogi do skarbca, „ostatni test” z wiersza Arisa Ganthry, w których otwarciu pomóc miał zdrajca Alleo Khan. W historii tej kilkukrotnie bohaterowie nie popisali się intelektem i w tym miejscu błędy te dały o sobie znać. W zmaganiach z pułapkami zagradzającymi drogę do skarbca drużyna zapomniała niemal o istnieniu Zhentarimów i podłego Reyesa, a przecież jego czerwonooki szczur szpiegował ich nieustannie. Teraz, na progu skarbca, słabe podejrzenie zaświtało w niezbyt pojemnej głowie czarnego N’Tongi – wydało mu się, że Zhentarimowie z pewnością zaczaili się na drużynę przy wyjściu ze szczeliny i podzielił się tą myślą z pozostałymi. Ale prawda była dużo gorsza i zagrożenie dużo bliższe. Właśnie bowiem w tym momencie Reyes i siedmiu Zhentarimów wychynęło dosłownie znikąd, momentalnie rozciągając się w linię na całą szerokość pokoju. Czterech miało wycelowane kusze, Dunga i dwaj inni obnażone miecze, a czarodziej różdżkę. Za pomocą magicznej sztuki Reyesa cały czas szli śladem drużyny ukryci przed ich wzrokiem i słuchem, ominęli wszystkie przeszkody i postanowili zaatakować dopiero, gdy skarb był tuż-tuż.

Reyes nie miał jednak zamiaru od razu zabijać bohaterów, miał dla nich przygotowany dużo gorszy koniec. Chciał jedynie Korony i dlatego zaproponował drużynie poddanie się i nawet udział w łupach, w zamian za artefakt i pomoc w otwarciu skarbca. Bohaterowie byli jednak podejrzliwi, mimo całej swej naiwności. Widzieli trupy całej eskpedycji z Wrot Baldura, pamiętali morderstwo Zankaista i spalenie wieży Danfertha i zdawali sobie sprawę, że mają do czynienie z bezwzględnymi mordercami. Z drugiej strony walka zdawała się beznadziejna. Blaine słusznie doszedł do wniosku, że Reyesowi chodzi o Koronę i aby wynegocjować lepsze warunki sięgnął po ten argument. Zagroził, że zniszczy Koronę, jeśli Reyes i Zhentarimowie nie opuszczą kusz. Była to niezła taktyka, ale czarodziej postanowił nie oddawać przewagi i zaatakował. Poleciała błyskawica z różdżki, ale chybiła Rowana i uderzyła w ścianę, strzała łotrzyka zaś odbiła się nieszkodliwie od magicznej tarczy chroniącej Reyesa. N’Tonga rzucił się do biegu przez całą długość pokoju, ale trzy celne bełty dosłownie zastopowały go w miejscu. Blaine z całej siły rąbnął tarczą w Koronę, usiłując zgodnie z obietnicą zniszczyć artefakt, ale metal i magia okazały się za mocne. Teraz doszło do zwarcia, czarny barbarzyńca pokiereszował Dungę, ale padł pod ciosami półorka i dwóch Zhentarimów, paladyn poranił sztyletem atakujących go najemników, ale także musiał ustąpić liczebnej przewadze. Rowan usiłował pomóc walczącemu N’Tondze, ale kiedy ten padł poczuł się nagi wobec wielkiego miecza Dungi. Gdyby Reyes był łotrem pragmatycznym bohaterowie zginęliby już w tym momencie. Ale był on łotrem perfidnym i sadystycznym, a do tego bardzo dumnym ze swej przewrotnej inteligencji i uwielbiał doprowadzać swe pokręcone intrygi do końca, niezależnie od rozwoju wypadków. Dlatego na przekór sytuacji jeszcze raz zaproponował bohaterom poddanie się, dodając że mimo oporu podzieli się z nimi znalezionym skarbem jak obiecał poprzednio. Tym razem nie było sensu odmawiać. Cała trójka posłusznie oddała całe uzbrojenie, z wyjątkiem Rowana, który przemycił sztylet w bucie, z Blaine podleczył swą mistyczną mocą i darowaną przez Ballena miksturą paskudnie pokiereszowanego N’Tongę. Potem Milczące Miecze powiązali bohaterom ręce i Reyes zarządził próbę otwarcia ostatnich drzwi.

Dojście do wniosku, że tarczę ustawić trzeba na znak Wagi, symbolizującej sprawiedliwość, nie zajęło bohaterom dużo czasu. Pociągnięto czaszkę i nagle wszyscy znaleźli się po drugiej stronie ściany, na których widniał taki sam magiczny mechanizm. Ale cała reszta była już zupełnie inna. Wielka sala tonęła w ciemności, jedynie Korona, teraz już w rękach Reyesa, płonęła zielonkawym światłem. Jej blady blask wydobywał z ciemności zarysy dwóch wielkich, kamiennych postaci, przykucniętych jakby w modlitewnej pozie. Zhentarimowie otoczyli jeszcze ciaśniej trojkę związanych bohaterów, zaś czarodziej ruszył w głąb olbrzymiej sali z Koroną na głowie. W miarę jak szedł, zielonkawy blask płynący z Korony wyławiał z ciemności coraz to nowe kamienne postacie, całej szeregi przykucniętych olbrzymów, z młotami zamiast pięści. Na kamiennej piersi każdego z nich rozjarzał się zielonym blaskiem osadzony w niej kryształ. Wkrótce w całej olbrzymiej podziemnej sali płonęło mnóstwo zielonych ogników, aż stało się jasne o czym wiersz Aris Ganthry mówił: ”skarbów dwieście leży”. Przechadzający się między nimi Reyes tryumfował. Oto na jego rozkazy była potężna armia dwustu kamiennych bojowych golemów, posłuszna każdemu słowu, nieczuła, nieznająca bólu, strachu i zmęczenia. Rozkazał golemom powstać i rozkaz został posłusznie wykonany. Ogromny huk dwustu kamiennych olbrzymów budzących się do „życia” po trzystuletnim „śnie” wypełnił wielką komnatę. Potem armia ruszyła posłusznie za Reyesem ku odległej ścianie, gdzie czarodziej otworzył ukrytą dźwignią drugie wyjście, przez które golemy zaczęły wymaszerowywać. Przyszedł teraz czas na odrobinę małej, przewrotnej przyjemności, której Reyes nie zamierzał sobie odmawiać.

Tak jak obiecał zostawił bohaterom część skarbu Szkoły Ulcastera. Kiedy kawalkada znikała już w tunelu, a jej śladem wychodzili Zhentarimowie i w wielkiej sali ponownie zapadała ciemność zawrócił jednego golema. Rozkazał mu rozbić magiczny mechanizm na drzwiach prowadzących do podziemi Szkoły, a potem zabić drużynę. „Mam nadzieję że umiecie pływać” – rzucił na odchodnym, zanim ruszył śladem swej armii. Jego złośliwy rechot został zagłuszony zgrzytem zatrzaskujących się kamiennych drzwi i tupotem kamiennych stóp golema, spieszącego wykonać rozkaz. Pierwszy otrząsnął się Rowan i przechowanym w bucie sztyletem oswobodził ręce akurat na czas by czmychnąć przed nadciągającym potworem. Dzielny łotrzyk rzucił się do ucieczki, a golem za nim. W tym czasie N’Tonga i Blaine mocowali się gwałtownie z więzami, a w końcu barbarzyńca wpadł we wściekłość i przegryzł zębami powrozy swoje i towarzysza. Potem obaj rzucili się szukać wyjścia z komnaty, mimo łoskotu czynionego przez golema słysząc szum wlewającej się do komnaty wody. Rowanowi udało się tymczasem wprowadzić golema w pułapkę – trzymetrową studnię na środku komnaty, z której kamienny olbrzym nie mógł się wydostać i jedynie młócił kamienne obramowanie swoimi młotowatymi rękami. Teraz już cała trójka miotała się po calej podziemnej hali jak szczury w pułapce. Ale wyjścia nie było – magiczny mechanizm zniszczony, drugie wyjście zablokowane, dźwignia urwana w szale przez N’Tongę, ale to już bez znaczenia. Jedyna nadzieja w rurach, którymi woda wlewała się do sali z jakiegoś jeziora. Uspokoili się wszyscy, zrzucili cały balast i nadmuchali bukłaki powietrzem. Potem zostało już tylko czekać. Zrobiło się cicho, gdy woda zalała studnię z młócącym w niej miarowo golemem, potem brakło gruntu pod nogami, ale trzymając się nawzajem, czepiając się ściany i bujając na nadmuchanych bukłakach pływali. Woda podniosła się do poziomu rur, pochodnie pogasły i jedynie słabe zielonkawe światełko migotało w dole w takt stukotu kamiennych pięści uderzających w obramowanie studni. Jeszcze metr do sufitu, pół metra, ostatni głęboki wdech. A potem już wóz, albo przewóz. N’Tonga i Rowan, powiązani liną zrobioną z ubrań popłynęli jedną rurą, Blaine drugą. Ciemność, zimno, ból w płucach i niepewność, czy drogi nie zagrodzi krata. I w końcu jasne światełko, muliste dno stawu i upragnione powietrze!

Wynurzyli się na dnie mulistego stawu niedaleko ruin Szkoły Ulcastera parskając i łapczywie wciągając powietrze w obolałe płuca. Dokooła w bladym przedświcie rozlegał się łoskot czterech setek kamiennych nóg. Golemy wyłaziły z otwartych drzwi po drugiej stronie niemal całkowicie spuszczonego stawu, wdrapywały się na jego brzeg i maszerowały w kierunku niedalekich ruin i wymarłego obozowiska. Wokół kawalkady, jak pasterskie psy wokół stada owiec, kręcili się Milczące Miecze. Reyes spieszył się, jego Mistrz, Sememmon z Mrocznej Twierdzy, miał już wkrótce przekonać się o jego sprawności i nagrodzić hojnie swego wiernego ucznia. Bohaterowie, umazawszy się mułem z dna stawu wypełzli na brzeg w innym miejscu i najszybciej jak mogli rzucili się także w stronę ruin. Rozdzielili się, Blaine pobiegł bezpośrednio do wieży z gongiem, N’Tonga uzbroić się w broń nieboszczyka Kruszca, a Rowan do samego obozowiska, gdzie było więcej broni, ale i ryzyko większe. I to właśnie Rowan był świadkiem, jak pośród wytrutego obozowiska i zastygłego w kamienny krąg stada golemów pojawił się świecący portal, z którego wyszła odziana w długie szaty z kapturem tajemnicza postać. Był to Sememmon we własnej osobie. Łorzyk jednak nie poświęcił tej scenie wiele uwagi, skoncentrowany na podpełzaniu do rozrzuconej tu i ówdzie broni otrutych najemników. Udało mu się pochwycić miecz, ale zaraz musiał umykać, bo jeden z Zhentarimów zauważył go i wszczął alarm. Kiedy uciekał co sił w nogach ku pobliskiej ścianie lasu z przeciwnej strony rozległ się niski, głęboki dźwięk magicznego gongu.

Blaine walił w gong kawałem gruzu, stojąc na ostatnim, zrujnowanym piętrze wieży. Blady świt wydobył z nocnego mroku jego wysoką postać i zhentarimski zwiadowca Zais nie miał problemów z dokładnym wycelowaniem kuszy. Biegnący właśnie w górę wieży ze zdobycznym młotem i sztyletem N’Tonga zdążył krzyknąć, ale nie zdołał dobiec zanim Zais wystrzelił. Bełt wbił się w bok paladyna i Blais zwalił się bez jęku na niższe piętro. N’Tonga dobiegł do Zaisa i wywiązała się zażarta walka, ale barbarzyńca był już mocno pokiereszowany, a najemnik w pełni sił. Wymiana ciosów skończyła się fatalnie dla czarnego, ale zanim Zais zdołał poderżnąć powalonemu przeciwnikowi gardło, leżący tuż obok Blaine ostatnim wysiłkiem woli kopnął go solidnie w plecy. Zhentarim, zaskoczony, stracił równowagę i zwalił się przez dziurawą podłogę na niższy poziom wieży, gdzie został dobity przez nadbiegającego właśnie Rowana. Cudem udało się Blaine’owi wlać swą paladyńską mocą odrobinę życia w wielkie ciało N’Tongi, a Rowan pokrzepił się ostatnią zachowaną na czarną godzinę miksturą. Ale pętla zaciskała się już. Świsnął bełt i wbiegający na górę ku gongowi łotrzyk zwalił się po schodach, N’Tonga rzucił się z furią w dół schodów na wbiegających na pięro Zhentarimów, ale padł pchnięty celnym sztychem. Czarne postacie wbiegły pomiędzy nieruchome ciała, trzy szybkie cięcia zakończyły sprawę. Duchy trzech bohaterów odeszły w zaświaty.

Wydawałoby się że ich poświęcenie i toczona do ostatniej kropli krwi walka na nic się zdały. Ale tak nie było. Gdyby Rowan nieco dłużej zatrzymał się w obozowisku zobaczyłby jak magiczny portal rozpływa się i znika na pierwszy dźwięk gongu. Obaj czarnoksiężnicy zniknęli na jego drugim końcu wraz z garstką golemów, ale znakomita ich większość znieruchomiała wobec zniknięcia kontrolującego je artefaktu. Z potężnej armii golemów została Sememmonowi i Reyesowi zaledwie straż przyboczna. Przybyli z miasta kapłani Ballena i staż miejska odnaleźli ciała otrutych i pomordowanych, ale ani śladu Zhentarimów. Tajemnica Szkoły Ulcastera została wyjaśniona, Skarb odnaleziony i unieszkodliwiony. Wielu ludzi przypłaciło to życiem, ale tylko trójka z nich oddała je świadomie, wiedząc o co walczą i za co giną. No, może przynajmniej przeczuwając. W każdym razie – cześć ich pamięci.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
AD&D, AD&D - Jednostrzałówka ,

Comments are closed.