Javier da Costa Gonzales

Wiosenne słońce ciepłymi promieniami złociło piasek, leciutki wietrzyk kołysał gałęziami jabłonek obsypanych białymi kwiatami, ptaki ćwierkały radośnie pod błękitnym, bezchmurnym niebem. Długi plac biegnący przez całe koszary był niemal całkowicie wypełniony długimi, równymi szeregami żołnierzy w siwych, galowych mundurach Grenadierów. Na równo przewieszonych przez lewe ramie półpelerynach czerwieniły się dumnie Szpony Hazatów. Gruby markiz z dystynkcjami generała polowego, z siwymi bokobrodami i rękami założonymi do tyłu, przechadzał się wolno na czele małego orszaku przed szpalerem wyprężonych żołnierzy. Co chwila orszak się zatrzymywał, adiutant wysokim głosem odczytywał z listy nazwisko, żołnierz występował z szeregu.

Javier da Costa!” – głos młodego adiutanta był czysty i dźwięczny, w sam raz na ten piękny, wiosenny poranek. Szczupły chorąży wystąpił pół kroku do przodu, zdjął czapkę i położył ją na sercu w geście symbolizującym lojalność i wierność. Generał spojrzał w przystojną twarz, pod maską spokoju drżącą z podniecenia i radości, uśmiechnął się lekko pod wąsem. „Żołnierzu! Za wierną służbę domowi Hazat, odwagę na polu bitwy, bohaterską obronę wzgórza 783, pełną poświęcenia postawę…” – słowa generała zlały się w słodką melodię zwycięstwa, ptaki śpiewały operę wolności, powietrze pachniało oszałamiająco – „…przyznaję ci status Wolnego Obywatela Aragonii i mianuję cię Porucznikiem!”.

A więc stało się! Wolność i awans, zaledwie w wieku 23 lat, otwarta droga do sławy i zaszczytów, może nawet do szlachectwa! W końcu nie raz i nie dwa zdarzało się, że szlachta Hazatów przyjmowała w swe szeregi bohaterów nie urodzonych w szlacheckim stanie! Świeżo mianowany oficer miał ochotę paść markizowi do kolan i dziękować za łaskę, ale powstrzymał chłopskie instykty i jedynie drżącym, łamiącym się ze wzruszenia głosem wyskandował: „Zwycięstwo lub śmierć! Na chwałę domu Hazat!”.

***

…czuję dreszcz obrzydzenia, gdy myślę, że miałabym być żoną kogoś takiego! Jedynie w Twoich ramionach, mój ukochany, czuję się bezpieczna i nie zniosę rozstania ani chwili dłużej. Nie obchodzi mnie Twoje pochodzenie, wiem że jesteś bardziej godzien szlachectwa niż oni wszyscy i udowodnisz to wkrótce! Jutro, gdy ojciec wróci, pójdę do niego i będę błagać by pozwolił mi wyjść za Ciebie!…” – niedaleki wybuch wstrząsnął ziemianką, żarówka brzęknęła i zgasła. Wnętrze prowizorycznego bunkra ogarnęła ciemność. Javier poczuł, jak ta ciemność przenika do jego myśli, a stamtąd do serca. List został wysłany z Aragonii ponad miesiąc temu, wiele się już od tego czasu zdarzyło i czuł, że zdarzyło się coś złego. Przez myśl przemknął mu obraz Bianki w ślubnym welonie, zimnej i nieobecnej jak marmurowy posąg, u boku obleśnego decadoskiego fircyka o ustach lubieżnej ropuchy… Odrzucił to szybko, ale zaraz nadpłynął inny obraz: Bianka na uwisku, ich urwisku, w nocnej koszuli, ramiona wstrząsane łkaniem, morze tłucze się wściekle w dole, chmury zasłaniają gwiazdy i księżyc, jest mrok. Bianka odwraca głowę, łzy błyszczą na jej policzkach, rozchylone wargi szepczą ostatnie pożegnanie. Potem rozpościera ramiona i skacze…

***

Wysoki kapitan w polowym mundurze długimi krokami przemierzał małe wnętrze bunka w te i z powrotem, nerwowo gestykulując rękoma.

Posłuchaj Javier, nie ma wiele czasu! Baron Eusebio da Guesto wyruszył tydzień temu, będzie tu lada dzień! Ma przeprowadzić inspekcję i jeśli uzna to za stosowne, podjąć działania w kierunku przełamania impasu na froncie. I wiesz co zrobi? ‘Przeprowadzi operację głębokiego rozpoznania umocnień wroga walką’. Tak się to ładnie nazywa, ale chodzi o to żebyś to ty poszedł do piachu. Nie może cię wyzwać, bo raz że ty nie szlachcic, dwa że twój romans z jego siostrą…”

Powinien zabić swojego ojca. I tego Decadosa. Obaj są szlachcicami.” – Porucznik siedział na krześle tępo wpatrzony w kable na ścianie.

Kapitan żachnął się. Podszedł do kolegi, kucnął przy krześle, chwycił go za ramię. – „Rozumiem, co czujesz chłopie, to znaczy… szczerze ci współczuję, ale teraz nie czas na rozpacz! Trzeba walczyć! Jesteś żołnierzem, wiesz jak to jest na wojnie, nie warto ginąć bez sensu! Tym bardziej, że razem z tobą zginie kilkudziesięciu, albo i kilkuset dobrych chłopaków! Chcesz ich mieć na sumieniu?!?”

Nie. Wystarczy, że ona przeze mnie zginęła.”

Nie, do jasnej cholery! Nie winię cię, nikt cię nie wini, wiemy że jesteś niewinny, że ona cię kochała, a ty ją kochałeś i tak dalej.” – kapitan zwiesił teatralnie ramiona – „Ale nic nie poradzimy, że ten dupek, jej brat, ubzdurał sobie coś innego. ”

Cisza. Rezygnacja. Tępy wzrok wbity w kable na ścianie.

Javier, to jest rozkaz pułkownika, pakujesz się i jedziesz na urlop. Dawno ci się należał, odpoczniesz, dojdziesz do siebie, przemyślisz to i owo… Ten pajac będzie tu musiał zostać ze dwa miesiące, w końcu rozkaz to rozkaz” – kapitan roześmiał się krótko – „Mam tylko nadzieję, że się nie wkurzy zanadto, że cię nie ma…” – podszedł znów do krzesła, kucnął i dodał ściszonym głosem – „A jeśli pojedzie za tobą i spróbuje cię kropnąć, zrób mi przysługę i załatw go. A potem wracaj do nas, czekamy na ciebie chłopie!”

Znowu padło na Hazatów, głównie za sprawą mocarnych technik walki tarczą z podręcznika – jakoś najbardziej pasuje mi to do tego właśnie rodu. Javier był sobie zwykłym chłopskim, albo rzemieślniczym synem, który dzięki wyjątkowemu męstwu, poświęceniu i szczęściu został awansowany na oficera, co sobie pozwoliłem połączyć z aktem wyzwolenia z poddaństwa. Potem, znowu dzięki szczęściu, miał okazję ochraniać piękną szlachciankę, Biankę da Guesto Hazat, gdzieś na jakimś zadupiu, którą, cały czas mając cholerne szczęście, ocalił z łap, powiedzmy – porywaczy, choć mogą też być ludożercy, kultyści itp. Młoda dama zakochała się w swym wybawcy (nie skąpiłem na Urok osobisty, Ekstrawersję i Wywieranie wrażenia, choć na Porywczość już nie stało punktów), z wzajemnością.

Tu jednak szczęście opuściło Javiera, bo jako wyzwolony chłopski syn nie miał szans na rękę szlachetnie urodzonej damy, tym bardziej, że jej ojciec zamierzał wydać ją za jakiegoś obleśnego Decadosa ze względów politycznych. Urocza Bianka, nie mogąc skruszyć twardego, ojcowskiego serca, rzuciła się w wielkiej rozpaczy z klifu do morza i utonęła (albo roztrzaskała o skały). Jej wielce ją miłujący brat (co ja mam z tymi rozmiłowanymi we własnych siostrach Hazatami), chory z rozpaczy i wściekły, postanowił pomścić jej śmierć na jedynym dostępnym winowajcy, czyli Javierze. Na szczęście dowódca tegoż dowiedział się co się święci i wysłał nieszczęśnika na bezterminowy (i bezpłatny) urlop.

Dopóki więc baron Eusebio żyje i dyszy nienawiścią, Javier nie może wrócić do hazackiego wojska i plącze się po Znanych Światach w poszukiwaniu pracy jako najemnik/ochroniarz. Myślę, że będzie dobrym kandydatem na ochroniarza „Zagubionych w Pustce”, którzy mogą się ostatnio czuć nieco bardziej zagubieniu po serii zamachów na ich życie.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Zaginieni w pustce ,

Comments are closed.