Brat Benedykt

Brat Benedykt, uczeń 7 kohorty, klasztor Ruad na De Moley

Dostojni Ojcze i Matko,

W zeszłą niedzielę minęło dziesięć lat, jak oddaliście mnie do świątyni na nauki. Chce Wam podziękować za to i powiedzieć, że nie musicie się wstydzić za swojego syna bo przeszedłem wszystkie próby i dozwolono mi służyć Panu i Świątyni jako jeden z Braci. Nie nazywam się już Makhat Zakharis, ale Benedykt, bo takie imię wybrałem na wyświęceniu. W języku Świętej Terry to oznacza „cierpliwy”, ale ja wybrałem po Świętym Bracie Benedykcie z Altair V, który oddał życie w walce z Symbiontami. Miałem nadzieję, że będzie mi dane zobaczyć Was zanim pojadę za Stygmat, ale rany za długo mi się goiły po ostatnich próbach i musiałem leżeć w klasztorze. A teraz już przyszedł rozkaz pozostawać w gotowości bojowej, tak że nie da rady.

Jak Wszechstwórca dopuści wrócę przed następnymi Narodzinami Proroka, ale może być, że później, albo wcale, bo mogę zginąć, albo dostać rozkaz jechać zaraz gdzie indziej. Ale nie trwóżcie serc Waszych, bo moja dusza jest teraz silna i pełna ufności w Panu. Błogosławiony niech będzie ten pustynny jakkard, co Cię Ojcze napadł i Prawo Niespodzianki, bo jakby nie to to bym nie został Bratem w Świątyni. Przy okazji – niestety Brat Remigiusz, co Cię wtedy uratował przed bestią zaginął na Stygmacie pół roku temu.

Jak przyleci statek jadę na Stygmat walczyć w imię Wszechstwórcy ze Symbiontami, a jak przeżyję to potem mam pół roku na pielgrzymkę po Znanych Światach. Będę do Was pisał ze wszystkich tych światów, chyba że będzie rozkaz, żeby nie pisać. Jak Wszechstwórca i moi dowódcy dozwolą, to potem wrócę i odwiedzę Was. Tymczasem nie zaniedbujcie dusz Waszych i módlcie się za mnie, a ja będę się modlił za Was. Pozdrówcie wszystkich moich braci i siostry, też tych co ich znam tylko z Waszych listów i ojca Rafaela. Dwa feniksy co dołączyłem do tego listu dajcie mu na ofiarę na kościół we wsi i za to że Wam przeczyta ten list.

Wasz syn,

Makhat

Benedykt jest wysoki, potężnie zbudowany, fantastycznie umięśniony, silny jak słoń i zręczny jak pantera. Jest również sprytny jak słoń i elokwentny jak pantera. Ma też faję długą jak słoniowa trąba i czarną jak sierść czarnej pantery. A właściwie nie – jego skóra jest czarna jak węgiel, ale głupio by było powiedzieć że jest „zręczny jak węgiel”, więc niech już będzie pantera. Ma też prawie nadnaturalne zdolności – jeśli zamknie oczy (by nie było widać białek) i usta (by nie było widać białych zębów) potrafi być prawie niewidzialny w ciemnościach.

A tak na serio – dziesięć lat ćwiczeń i modlitw w klasztorze potrafi zrobić z byle wsioka rycerza Bractwa i tak też się stało z Makhatem, który stał się przez te dziesięć lat Benedyktem. „Wygrany” Prawem Niespodzianki przez litościwego brata Remigiusza za uratowanie życia cieśli Zakharisowi (który uparcie nalegał, by mnich z tego prawa skorzystał) został wychowany poprzez mordercze ćwiczenia, medytacje, posty i modlitwy na oddanego Bractwu żołnierza. Jednak mimo pewnego fanatyzmu i „umysłowej pokory” Benedykt nie jest bezmyślną maszyną do zabijania. Głęboko przekonany że Wszechstwórca wybrał go by czynił dobro i bronił słabych przed złem tego i innych światów, jest w głębi ducha pogodnym, wielkim dzieckiem, z ufnością powierzającym swe życie Panu i umiejącym cieszyć się każdą chwilą, którą mu dano. Inni ludzie to wyczuwają i mimo groźnego wyglądu zakonnik budzi raczej sympatię niż respekt, a ludzie nie wachają się prosić go o pomoc, której zawsze chętnie udziela o ile tylko może. Oczywiście męty także wyczuwają w Benedykcie łatwą zdobycz i korzystają do woli z jego naiwności wychowanego w odosobnieniu prostaczka. Jednak to się zmienia. Powoli, ale nieubłaganie prawda przebija się przez grubą murzyńską czaszkę do świadomości braciszka, siejąc tam niejakie spustoszenie, ale i dając nowe spojrzenie.

Kwestia wiary. Różne słychać opinie o rycerzach Bractwa, można spotkać się z zarzutami o nieczułość, okrucieństwo, lichwiarstwo i inne, ale Benedykt naprawdę wierzy, że Stwórca dał całemu Bractwu i jemu osobiście siłę i wytrwałość by walczyć ze złem we wszelkiej postaci. Nie zaniedbuje modlitwy i lekce sobie waży doczesne dobra, w najlepszej wierze wyrzekł się także zaawansowanej techniki, aby nie narażać się na psoty zamieszkujących mechaniczne urządzenia gramlinów i chronić swą duszę przed czyhającymi w czeluściach niektórych prastarych machin demonami. Zamiast karabinu wybrał więc wielki łuk i doszedł w sztuce łuczniczej do niemałej wprawy, nie boi się także prostych wytworów rąk ludzkich, ktore wiadomo jak zrobić i naprawić i w które żadne ciemne moce nie są zamieszane. Generalnie, jeśli coś się nie otwiera, nie świeci światełkami i nie buczy to jest dobre. Im więcej światełek, buczenia, różnych skrywających wstydliwe tajemnice klapek tym gorzej. Statek kosmiczny to prawdziwa męka, wymagająca nieustannej czujności i trwania na medytacjach i modlitwach. Doprawdy, prawdziwie święci są Bracia, którzy muszą pilotować te potwory, nieustannie modląc się przy tym do Wszechstwórcy o ocalenie duszy i ciała.

Nie wiem doprawdy jakie interesy może mieć Benedykt na Ishtakr, ale zapewne nakazy pielgrzymki by własnymi zmysłami poznać jak najwięcej ze Znanych Światów wystarczą by pokonać strach przed grzesznym cyrkiem i obejrzeć przygody „Zagubionych w Pustce”, bo to przecież prawie tak jakby się samemu było tam i przeżywało to co oni…

Wiedza o Bractwie i De Molay:

  • – założyciele: Malcolm Xavier Justinian i Godfrey de Moley
  • – pierwszy mistrz na de Moley po śmierci założycieli: książe Jackson Fiate de Moley (kuzyn Godfreya)
  • – jeden kontynent: Radixon
  • – stolica Castrensis (dawne Nineveh Sathraistów), w centrum „Koła”, którego osie to doliny rozbiegające się po całym kontynencie
  • – inne miasta: Neo Zaprozhe (Decados), Ctesiphon (al-Malik) i Herat (Freetown)
  • – klasztor Ruad (dawna twierdza Alamut Sathraistów) – 15 dni pieszo z Castrensis

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Gasnące Słońca, GS Zaginieni w pustce ,

Comments are closed.