Koszmar z Penasco

5 maja 1878

Doppelt gibt, wer schnell gibt (Daje podwójnie ten, kto daje szybko).

Posłuszni woli uwolnionej Miss Cornelii i pełni nadziei na kolejne pięćset dolarów za żywego „Waleta” ruszyliśmy w góry, do małego miasteczka Penasco, nazywanego przez Meksykanów z bandy „dziwnym”. Zmierzch drugiego dnia podróży zastał nas dobre parę godzin przed celem i musieliśmy nocować pod namiotem. Dziwnym jednak trafem, a może dzięki dziwnym obyczajom panującym w Penasco, nie nocowaliśmy sami. Przy trakcie rozbili obóz ludzie z miasteczka, którzy, jak sami twierdzili, namawiali podróżnych, żeby wstąpić do Penasco. Nie lubię naciągaczy, ale ci byli inni – od razu zaprosili nas do ogniska i poczęstowali jedzeniem, a potem dziewczyny, których było cztery, zaprosiły Thomasa i mnie do swoich namiotów. Nawet nie napraszały się o pieniądze, choć oczywiście, jako ludzie uczciwi, zapłaciliśmy im za fatygę. Natomiast Jonasz, który jako mnich nie został zaproszony do udziału w igraszkach, popadł w straszny gniew, powywracał namioty i omal ich nie podpalił, po czym obił swą lagą obydwu towarzyszących dziewczynom młodzieńców. Nadmierna wstrzemięźliwość prowadzi jednak do grzechu, więc żeby nie pogarszać sytuacji, przenieśliśmy obaj z Thomasem nasze namioty za skałki, z dala od szalejącego świątobliwego męża.

6 maja 1878

Was Hänschen nicht lernt, lernt Hans nimmermehr (Czego Jaś się nie uczy, tego Jan się nie nauczy).

Późnym rankiem dojechaliśmy do Penasco. Miasteczko jest dziwne, bo jest siedzibą sekty, nie jada się tu mięsa, ale przede wszystkim, wszyscy są tu dziwnie młodzi i piękni. Rano jednak to wszystko zdało mi się całkiem miłe i sielankowe, co po miło spędzonej nocy nie powinno dziwić, mimo że wszyscy wyczuliśmy tu znajomą aurę zła, silniejszą nawet niż w osadzie Simpsonów, nawiedzanej przez Nosferatu. Nasi wczorajsi gospodarze wspominali o wozie zmierzającym do miasteczka i o ścigającym go zaciętym jeźdźcu, który nie zatrzymał się na miły popas przy gościnnym ognisku, tylko pognał do miasteczka, mimo ciemności. Na wozie podróżował ścigany przez nas Mike Arnette, pseudonim „Walet”, ale kim był jadący jego śladem jeździec nie wiedzieliśmy. Postanowiliśmy się zatem dowiedzieć.

Mieszkańcy okazali się bardzo mili i otwarci na obcych, zgodnie z tym co nam opowiadały wczoraj dziewczęta, uśmiechali się miło i chętnie odpowiadali na pytania. Potwierdzili, że „pan Arnette” przyjechał wczoraj wieczorem do Penasco i leży nieprzytomny, pielęgnowany przez miejscowe kobiety. Tajemniczy jeździec zaś popadł ponoć w szaleństwo, ale także się nim zaopiekowano. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że wyznaje się tu kult Matki Ziemi, która hojnie błogosławi swoim dzieciom długim życiem i świetnym zdrowiem, choć z drugiej strony trzeba kupować jedzenie. Oczywiście to ostatnie nas zaskoczyło, ale jakoś nie poszliśmy tym tropem. Przywódczynią kultu jest Ms Bullock, która co wieczór przewodniczy obrzędowi ku czci Matki Ziemi. W mieście nie wolno nosić broni, więc zdeponowaliśmy nasze arsenały u szeryfa.
Odwiedziliśmy dom, w którym miejscowe kobiety zajmowały się oszalałym tajemniczym kowbojem. Dzięki dobrej pamięci Thomasa dowiedzieliśmy się, że to Bill Wonder, łowca nagród, przybyły tu także za „Waletem”, który widać zapadł na jakąś chorobę, bo bełkotał i miotał się w łóżku nie widząc nikogo dookoła. Chciałem go zabrać do naszego hotelu, ale Thomas i Jonasz się sprzeciwili, więc ostateczni zostawiliśmy go pod opieką miejscowych.

Potem włóczyliśmy się po miasteczku, rozmawiając z miejscowymi. Odkryliśmy, że niechętnie i niezbyt szczerze opowiadają o przeszłości, swoim księdzu, kościele, po którym został tylko ślad w ziemi i przyczynach, dla których przeszli na kult Matki Ziemi. Według nich po prostu pewnego pięknego dnia jakieś pięć lat temu postanowili sobie, że będą czcić Matkę Ziemię, ksiądz sobie poszedł, znamienne – w nocy, a kościół był niepotrzebny, więc go rozebrano. Na cmentrarz dawno już nie chadzają, bo od pięciu lat nikt nie umarł. Coraz bardziej się nam to nie kleiło, postanowiliśmy więc nie nocować w miasteczku, ale chcieliśmy też zobaczyć jak wyglądają wieczorne obrzędy i tajemnicza Ms Bullock.

Rozczarowaliśmy się jednym i drugim. Pani Bullock była korpulentą i zażywną kobietą w wieku nieco bardziej niż dojrzałym, która po prostu prowadziła modlitwę do swojej bogini, paląc jedynie włosy, paznokcie i jakieś kartki – symbole przeszłości. Tymczasem jednak zmierzchało już, zabraliśmy więc broń i dosiedliśmy naszych koni, które zaczęły się dziwnie denerwować. Pogalopowaliśmy na cmentarz, myśląc, że na poświęconej ziemi złe moce będą miały do nas trudniejszy dostęp.

Zsiedliśmy z koni, które szarpały się niemiłosiernie i w końcu musieliśmy je puścić, nie mogąc ich utrzymać. Zajęliśmy pozycje za nagrobkami, szykując się na odparcie napaści Nosferatu, Wilkołaków, czy co tam zechce na nas wyskoczyć z podnoszącej się z ziemi mgły. Właśnie – mgła. Najpierw była taka zwykła, po prostu biała i zimna. Ale nagle spostrzegłem, że spod ziemi wypełzają macki innej mgły, czarnej, cuchnącej, lepkiej i złowrogiej. W mgnieniu oka te macki wniknęły w moje ciało i poczułem jakby stado węży, albo cmentarnych robaków kłębiło mi się pod skórą. Rzuciłem broń i zacząłem się tłuc po rękach i nogach, ale coraz to nowe macki mgły wypełzały spod ziemi i właziły w moje ciało. Robactwo kłębiło się w moim ciele jak w ciele trupa, gnijącego w ziemi, wrzeszczałem i słyszałem jak inni wrzeszczeli ze mną, a potem ogarnęła mnie ciemność.

Musiałem stracić przytomność, podobnie jak pozostali, ale mgła najwyraźniej nie zabiła nas. Ocnkęliśmy się bladym świtem na cmentarzu, wstrząsani dreszczami z zimna, piekielnie głodni i jakby młodsi… Czuję się jednak ohydnie zbrukany, nieczysty i wciąż pełen tej obrzydliwej mgły rojącej się cmentarnym robactwem, a gdzieś w moje głowie kiełkuje szaleństwo. Czuję nieokreśloną chęć zrobienia czegoś obrzydliwego, czuję słaby zew tego czegoś co zagnieździło się w tym spokojnym na pozór miasteczku. Nie mogę dopuścić, żeby to coś dostało to czego chce. Idziemy policzyć się z Penasco i jego „Matką Ziemią”.

7 maja 1878

Jedermanns Freund ist niemands Freund (Przyjaciel każdego nie jest niczyim przyjacielem).

Obładowani bronią, ignorując zupełnie panujące w Penasco prawo ruszyliśmy na rekonesans. Sprawdziliśmy najpierw stan naszego nieznajomego „znajomego”, Billa Wondera. Oczywiście w nocy poczuł się lepiej i od razu wyjechał. Nie uwierzyliśmy w ani jedno słowo. Także „pan Arnette” poczuł się lepiej, co nas z kolei wcale nie zdziwiło, widocznie drań korzysta z tej paskudnej mgły, albo nawet sam ją wywołuje. „Pan Arnette” raczył nawet niepochlebnie się o nas wypowiadać, co wprawiło najwyraźniej „matkoziemio-bojnych” tubylców w rodzaj konsternacji, ale nic ponadto. Postanowiliśmy się z nim rozmówić.

W domu pod którym stał wóz, na którym „Walet” przybył do Penasco, nie zastaliśmy nikogo. Od jakiegoś miejscowego dowiedzieliśmy się, że Meksykanie którzy go przywieźli, nocowali w hotelu, ale „wyjechali” zaraz pierwszej nocy. „Pan Arnette” zaś zażywał wypoczynku gdzieś w mieście, a gdzie dokładnie to wie tylko pani Bullock. Poszliśmy więc do niej. Drzwi otworzyła nam jednak nie szacowna kapłanka, a jej syn, szeryf i burmistrz w jednej osobie. W odpowiedzi na uwagi o broni, którą wbrew jego zarządzeniom nosiliśmy w obfitości Thomas trzasnął go w zęby kolbą rewolweru, ja dołączyłem się z pięściami i mimo że szeryf był nadzwyczajnie twardy po krótkiej szarpaninie zwalił się na podłogę. Weszliśmy do środka i zamknęliśmy drzwi, nikt nas na szczęście nie zauważył.

Zaczęliśmy od skucia i przesłuchania burmistrza/szeryfa. Bez skutku, ani po dobroci, ani strachem nic nie mogliśmy z niego wydobyć, poza napominaniem, że łamiemy prawo i pogarszamy swą sytuację. Potem z góry zeszła jego matka, pani Bullock, ale okazała się równie odporna. Thomas sięgnął po ostateczny argument: zapowiedział szeryfowi, że będzie kroił jego matkę po kawałku na jego oczach, jeśli nie powie nam gdzie jest Arnette. Ale ten facet zdawał się być zrobiony z drewna! Nie tylko się nie wystraszył, ale nawet nie rozgniewał, jakby los matki i jego własny nic go nie obchodził! Może jednak wiedział, że Thomas blefuje, bo skończyło się oczywiście tylko na straszeniu i koniec końców zostawiliśmy oboje Bullocków skutych w ich własnym domu i wymknęliśmy się chyłkiem.

Miałem taki bandycki pomysł, żeby wyprowadzić panią Bullock na główną ulicę i zagrozić mieszkańcom, że zabiję ją jeśli nikt nie wskaże mi gdzie jest Arnette. Ale Jonasz i Thomas sprzeciwili się temu, jak się okazało na nasze wielkie szczęście i postanowiliśmy po prostu uciec z Penasco, podkulając ogon pod siebie. Ale o zgrozo – nie mogliśmy zrobić nawet tego! Nie zdążyliśmy nawet ujść z pół mili kiedy w głowach nam pociemniało i jeden po drugim straciliśmy przytomność.

Ocknęliśmy się w hotelu, w naszych łóżkach. Najwyraźniej szeryfa i jego matki nikt jeszcze nie znalazł, bo pewnie siedzielibyśmy już w areszcie. Oczywiście mieszkańcom nasze zasłabnięcie nie wydało się ani trochę dziwne. Czekali, aż nam się polepszy i „wyjedziemy” w nocy, jak wszyscy przed nami. Przeszukaliśmy nasze pokoje i inne, w których mieszkała meksykańska eskorta Arnette’a, zanim tajemniczo „wyjechała”. Znaleźliśmy zapiski wydrapane na futrynach, pod blatem stołu i zwitek papieru w nodze krzesła. Wszystkie były przedśmiertnymi listami ludzi pochłoniętych przez diabelskie Penasco i coś, co się gdzieś tu zadomowiło. W tych listach była ohydna mgła, która tamtych jak i nas wypełniła czymś obrzydliwym, było szaleństwo i niemożność wydostania się z tego przeklętego miasteczka i była chęć poświęcenia się „matce ziemi”. Uświadomiłem sobie wtedy to nieuświadomione dotąd pragnienie, które wyczułem już po obudzeniu się rano na cmentarzu. Pragnienie, by zanurzyć się w ziemi i dać się jej pożreć. Stłumiłem to w sobie natychmiast, ale wiedziałem, że powróci, silniejsze i silniejsze, aż w końcu nie będę się już mógł opierać i zniknę w nocy jak ci wszyscy ludzie przede mną.

Wtedy Jonasz przejrzał drobiazgi, które wziął z domu wiedźmy Bullock. Oprócz glinianych figurek, przypominających laleczki voo-doo, które mnich rozbił i szczątków włosów i paznokci, które spalił, były tam też stare zapiski, jakby pamiętnik. Kończył się pięć lat temu, czyli wtedy, kiedy rozpoczął się kult „Matki Ziemi”. Była tam mowa o dziewczynie z miasteczka, Suzie Walters, która miała nieszczęście zajść w ciążę z jakimś traperem, który przejeżdżał przez miasto. Jej okrutny ojciec zabił ją za to. Pochowano ją na cmentarzu. Niedługo potem zapiski stały się chaotyczne, zaczęła pojawiać się w nich „Matka Ziemia”, aż w końcu skończyły się całkowicie.

Uzbrojeni w nasze arsenały, oraz dodatkowo w łopaty i kilof ruszyliśmy na cmentarz. Zauważyłem, że Jonasz i Thomas mają chyba jakieś omamy, bo pozdrawiali jakieś nieistniejące osoby i rozłazili się na boki co jakiś czas. Ale przeszło im, kiedy dotarliśmy na miejsce. Znaleźliśmy grób Suzie i zaczęliśmy kopać. Wkrótce dotarliśmy do zbutwiałej trumny. W środku leżał normalny szkielet, żaden Nosferatu, ani inna bestia. Ale na wysokości miednicy, w dnie trumny była dziura, przez którą robactwo dostało się do środka i rozgrzebany kopczyk ziemi z dziurą pośrodku. Jakby wąski tunel, prowadzący w głąb ziemi, na tyle wąski, że przecisnąć przezeń mogłoby się tylko dziecko…

Ze zgrozą zrozumieliśmy co to za bestia zagnieździła się w Penasco. Nieślubne dziecko zrodzone z martwej, a może pochowanej za życia matki, w ciemnej i wilgotnej mogile, ożywione mocą złego ducha. Słyszałem takie historie, historie o ludziach wychodzących z grobów, nawiedzających bliskich, nieświadomych tego że wrócili z tamtej strony. Ale to dziecko nie znało nigdy „tej” strony. Zanim się urodziło, wygrzebało się z mogiły. Albo raczej zagrzebało głębiej w ciele matki. Matki Ziemi.

Wtedy nagle wróciło do mnie to pragnienie, by poświęcić się tej ziemi. Stłumiłem je, ale coś się ze mną działo, widziałem Jimmiego Goldfisha i Miss Cornelię, choć wiedziałem, że ich tu nie ma. Ale to jeszcze nic, kiedy przejrzałem wyraźniej na oczy zobaczyłem Jonasza i Thomasa, zmierzających raźno w stronę Penasco. Oni już dojrzeli, by oddać swe ciała Matce. Poszedłem za nimi, aż do studni znajdującej się w środku miasta. Tu, chwała Bogu, obaj odzyskali panowanie nad sobą. Ale wiedzieliśmy co chcieli zrobić – rzucić się w głąb tej studni, tak wielkiej, że zmieściłby się w niej koń. I pewnie się zmieścił, niejeden.
Mieszkańcy Penasco nieco się zdziwili, gdy poprosiliśmy ich by opuścili nas kolejno do studni. Lustro wody było głęboko, jakieś dwadzieścia metrów poniżej ziemi. Studnia rozszerzała się niczym lejek i na poziomie wody była o jakieś dwa metry szersza niż u góry. W cembrowinie ziała spora dziura, z której wiało smrodem rozkładu i grozą. Wiedzieliśmy już, że jesteśmy na miejscu.

Poszliśmy wydrążonym w ziemi korytarzem. Wokół naszych kostek podniosła się czarna mgła, ale na razie była ospała i senna. Mnie jednak ręce od razu zaczęły drżeć i zimne strużki potu popłynęły po plecach. Ale korytarzyk już się kończył i światło latarni Thomasa wydobyło z ciemności zarysy zmory z Penasco. Potwór nie przypominał ani trochę dziecka, raczej kłębowisko macek zakończonych pazurami i okrągłymi przyssawkami, ale każda z nich miała nieskończenie wiele małych oczek. Oczek dziecka.

Oczy zauważyły nas i macki sprężyły się, by uderzyć. Wygarnąłęm z obrzyna i stwór skulił się jeszcze bardziej. Z tyłu huknęły strzały Thomasa i zabrzmiał modlitewno-bojowy okrzyk Jonasza. Macki wystrzeliły. Uskoczyłem i wycofałem się za wielkie ciało Jonasza, by przeładować obrzyna. Potwór zaatakował, ale odważny mnich skoczył w samo kłębowisko macek, by ugodzić swym kijem w sam środek ukrytego między nimi cielska. Rzuciłem obrzyn i zdjąłem karabin, Thomas strzelał ze swojego Spencera, Jonasz rąbał kijem, a macki potwora wiły się i raz po raz wystrzeliwywały, by uderzyć. Wycelowałem dokładnie, nie zważając na drobne rany i wypaliłem w środek stwora, który zasyczał boleśnie i walnął mnie macką potężnie. Pociemniało mi w oczach, wypuściłem karabin i padłem. Leżąc bezsilnie słyszałem jakby z bardzo daleka strzały i okrzyki i patrzyłem bezsilnie i ze zgrozą, jak czarna mgła wypływa ze stwora i pełznie w moim kierunku. Była coraz bliżej, włosy jeżyły mi się na karku, ale nie mogłem się ruszyć palcem. To było jak najgorszy koszmar ze snu, tyle tylko, że działo się naprawdę. I kiedy ohydna mgła była już tuż tuż, szykując się by mnie pożreć, usłyszałem wyraźnie huk thomasowego Spencera i zaraz potem nieskończone mlaski, kiedy macki padały na ziemię, nareszcie martwe. Mgła rozpłynęła się i znikła. Zwyciężyliśmy.

* Przysłowia w języku Schillera i Goethego i ich tłumaczenia pochodzą ze strony http://www.przyslowia.depl.pl/

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz piąty ,

Comments are closed.