Spidermani

31 marca 1878

Alles hat sein Ende, nur die Wurst hat zwei (Wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa).

Darowaliśmy Simpsonom życie i całość nieruchomości, mimo że słuszniej byłoby spalić im jeden dom, ten w którym zginęło tylu ludzi. Bruder Jonasz zabrał im za to tyle ruchomości, ile dało się załadować na muła i nasze konie. Mają zostać rozdane sierotom w Springer. W dowód wdzięczności za naszą wspaniałomyślność, albo raczej z obawy że będziemy mniej wspaniałomyślni, Ted Simpson opowiedział nam, że zaczęli swój niecny proceder za sprawą niejakiego George Greya. Za otrzymane od niego złote samorodki Simpsonowie wybudowali nowy dom z solidną piwnicą, w której mogli się ukrywać przed wampirami, a do starego zapraszali podróżnych, których przysyłał Grey, albo Kellman, który kilka razy pojawił się w jego towarzystwie. To także ta dwójka przywiozła do starej kopalni trzy trumny, z których wylazły potwory. Wszelkie przedmioty pozostałe po wyssanych z krwi podróżnych należały do Simpsonów. Kellmana już pochowano w Cold Water, czas żeby Mr Grey dołączył do niego. Ale na razie wiemy tylko, że był niepozornym człowieczkiem i zagadnął Teda Simpsona w saloonie „Bizon” w Springer.

1 kwietnia 1878

Wer andern eine Grube gräbt, fällt selbst hinein (Kto kopie innym dół, sam wpada).

Zaraz rano po przyjeździe do Springer poczuliśmy, że coś jest nie w porządku. To było coś jak w osadzie Simpsonów, tylko nie takie silne. Szczegóły opowiedział nam niezawodny Jimmy Goldfish, spotkany przypadkowo na ulicy. W mieście zaczęli znikać ludzie. Najpierw, trzy noce temy zaginął mały chłopiec Jimmy i jego dziadek Grant, następnej nocy sędzia Bill Thomas, a dzisiejszej nocy wielebny Alfred z kościoła katolickiego i grabarz miejski Maurycy, który obsługiwał oba miejskie cmentarze. Wszyscy bez śladu, bez świadków, jak kamień w wodę. Sędzia pracował do późna ze swoją asystentką, Miss Nicole i zaginął w drodze do domu, a ksiądz po wyjściu do wychodka w środku nocy. Więcej nikt nic nie wie, choć co noc miasto nawiedza dziwna mgła, rzecz podobno tutaj rzadka. Miejscowi przebąkują, że szkoda że ich sławny rewolwerowiec Aaron McBain wyjechał z powodu tego „przybłędy” (to o mnie), więc nasza popularność znacznie ucierpiała.

Jimmy opowiedział nam to wszystko podczas obiadu w saloonie „Płonące siodła”. Niestety w tym samym saloonie pili whisky jacyś obwiesie, kuzyni niejakiego Ernesta Tiffany, którego zdarzyło mi się kiedyś złapać i dostarczyć szeryfowi. Wywiązała się bijatyka, do której dołączyli miejscowe osiłki, zdaje się rzeźnicy i przypadkowi bywalcy saloonu, którym walące się na stoły ciała walczących popsuły partyjki pokera lub kości. W całym zamieszaniu John zbyt mocno uderzył jednego z kowbojów krzesłem, kładąc go trupem. Do akcji wkroczyli szeryfowie i wlepili wszystkim grzywnę z możliwością zamiany na areszt. My wybraliśmy grzywnę, a reszta areszt. Dochodzenia w sprawie zabitego kowboja nie było, zapewne ze względu na nasz udział w obronie pociągu z Symons do Springer.

Przed wieczorem zdążyłem jeszcze przepytać o ostatnie wydarzenia w mieście szeryfa i pastora Bonifacego z miejscowego kościoła protestanckiego, a Jonasz wypytywał kościelnego w kościele katolickim. John i Jim w tym czasie włóczyli się po saloonach, rzekomo w poszukiwaniu informacji, ale podejrzewam, że po prostu pili, a John urzędował z panienkami. Teraz wszyscy idziemy spać, Jonasz na plebanii, a my w saloonie, żeby w nocy być wypoczęci, bo wybieramy się na patrol.

2 kwietnia 1878

Eine blinde Henne findet auch ein Korn (Ślepa kura też znajdzie ziarno).

Wczorajszej nocy wyszliśmy na patrol. Miasto wyludniało się stopniowo i w końcu szliśmy całkiem pustymi ulicami. Podniosła się dziwna mgła. Potem nagle usłyszeliśmy strzały. Pobiegliśmy w tamtą stronę i nagle z mgły przed nami wynurzyła się zjawa. Wyglądała jak duch żołnierza w jakimś nieznanym mi mundurze, z trzema strzałami w piersi. Wisiała w powietrzu nad ciałem jednego z szeryfów, którzy także patrolowali nocą miasto, poznaliśmy po błyszczącej w świetle latarni gwieździe. Widać przyzwyczaiłem się już do widoku różnych rzeczy nie z tej ziemi, bo widok ducha wywołał tylko zimny dreszcz, ale nie sparaliżował mnie strachem jak żywy trup z Cold Water. Jednak Jonasz tradycyjnie już zabrudził sobie sutannę, a John spodnie, widać, że duch żołnierza zadziałał na nich dużo silniej niż na Jima i mnie. Z tyłu za wiszącym w powietrzu widmem zobaczyliśmy słabo migoczący na ziemi krąg usypany ze zmieszanego z kośćmi popiołu, podobnego do tego jakiego używali Kellman i Rodman w Cold Water. Jim ruszył na upiora prosto, jak to ma w zwyczaju, a ja zacząłem obchodzić go ostrożnie, aby dostać się do kręgu, który jak się spodziewałem był przyczyną pojawienia się widma. Duch zobaczywszy Jima skrzywił się w grymasie wściekłości, widać przypominając sobie, skąd ma sterczące z piersi strzały i popłynął w kierunku Indianina. Widząc to skoczyłem koło niego i pobiegłem do kręgu. Nie zdążyłem, duch złapał Jima za serce upiorną dłonią, ale Indianin wytrzymał i wtedy butem przerwałem usypany na ziemi krąg popiołów. Widmo odwróciło się ku mnie i pognało z powrotem, ale zanim zdążyło mnie dopaść rozwiało się w nicość.

Zbadaliśmy miejsce wokół kręgu i znaleźliśmy ślady męskich butów i damskich pantofelków na obcasie. Chciałem szukać psów, które poszłyby za tropem, John próbował śledzić tajemnicze ślady, ale bezskutecznie, a tymczasem mgła zrzedła i nagle zaczął padać deszcz. W międzyczasie wokół miejsca zdarzenia zebrało się sporo gapiów, w tym szeryf Marcus Adams, który jednak całkiem się rozkleił i trząsł się cały, mimo że ducha już nie było. Psów do polowań nie było ponoć w całym mieście, a zresztą deszcz rozpadał się już na dobre, zmywając krąg i ślady wokół niego, więc pogodziliśmy się z porażką i poszliśmy wraz z innymi do saloonu „Bizon” wypić po szklaneczce whisky. Przy okazji wypytałem barmana o Greya, o którym mówił Simpson i który w tym właśnie saloonie miał go zawrzeć z nim diabelski układ. O dziwo, barman pamiętał takiego jegomościa, ale nie widział go już w mieście od dawna i nic więcej o nim nie wiedział. Dobre i to.

Die Kleinen hängt man, die Großen lässt man laufen (Małych się wiesza, dużym pozwala się
uciekać).

Rano okazało się, że w nocy, kiedy my walczyliśmy z duchem, w tajemniczy sposób ze swojego własnego domu zniknął telegrafista. Tym razem były ślady, więc poszliśmy zobaczyć. Na miejscu było dwóch zastępców szeryfa, Kirk Steward i Jeff Irons, którzy jak się okazało pozostali jedynymi czynnymi zawodowo stróżami prawa w Springer. Szeryf Adams był w dalszym ciągu rozbity zobaczeniem ducha i leżał pijany w swoim biurze. Trzeci zastępca Goodwin, który wraz z nieboszczykiem Parreshem spotkał w nocy ducha, oddał gwiazdę i wyjechał z miasta. Zadziwiające, jak słabi i pozbawieni poczucia obowiązku potrafią być amerykańscy szeryfowie. W Niemczech der Polizist z pewnością nie zachowałby się w ten sposób. Korzystając z okazji zaproponowałem swoje usługi w roli trzeciego zastępcy.

Tymczasem obejrzeliśmy mieszkanie telegrafisty. Na łóżku były plamy krwi, a także ślady jakiejś oleistej substancji, piekącej w dotyku, której próbki zebrałem do znalezionej papierośnicy. Na podłodze znalazłem ślady jakichś zadrapań, jakby pazurów, prowadzących od wejścia do łóżka i z powrotem. Drzwi wejściowe zostały prawdopodobnie otwarte wytrychem, bo futryna nie była uszkodzona, a na okuciu zamka były ślady zadrapań. Wokół domu nie znaleźliśmy żadnych śladów, może dlatego, że zgromadzeni gapie je zadeptali. Zgłosił się także jeden świadek, niejaka pani Umbridge z naprzeciwka, która w nocy zauważyła we mgle jakieś pokraczne cienie, które najpierw spuściły się z dachu pod drzwi domku telegrafisty, a chwilę potem wyszły taszcząc jakiś pakunek. Zasugerowałem pani, że to były wielkie małpy, ale najpierw przyszły mi do głowy pająki, całkiem jak się potem okazało celnie. Mrs Umbridge zeznała także, że nieopodal domku widziała we mgle człowieka, który stał i przyglądał się wszystkiemu. Przyszło mi do głowy, że ten człowiek zapewne zwabił tajemnicze stwory do domku telegrafisty, rozmazując tajemniczą substancję, której ślady znalazłem wokół łóżka.

Tymczasem jednak dostrzegliśmy w tłumie gapiów zgromadzonych wokół domku telegrafisty niepozornego człowieczka, którego widywaliśmy już wcześniej zawsze, kiedy działo się coś dziwnego. Jim próbował go sprowokować rozpowiadając o moich rzekomych umiejętnościach obsługi telegrafu, ale człowiek zignorował go, więc razem z Johnem poszli go śledzić, ja zaś postanowiłem sprawdzić parę rzeczy, które przyszły mi do głowy.

Najpierw poszedłem do szkoły, gdzie pracowała nowa nauczycielka, Miss Margarita Johnson, moja znajoma z pociągu, który ocaliliśmy przed Komanczami. Poprosiłem ją o wyjaśnienie sprawy ducha żołnierza, ale ustaliliśmy jedynie, że był to kawalerzysta sprzed jakichś pięćdziesięciu lat, nikt specjalnie zasłużony dla miasta, ani żaden zbrodniarz. Nieco się zawiodłem, bo spodziewałem się, że duch jest wskazówką, która naprowadzi nas na trop intrygi, którą montuje tu Mr Grey, albo inny członek karcianej bandy. Ale Margarita podsunęła mi inny trop. Jakieś dwa tygodnie temu do miasta przyjechała rodzina osadników z czwórką dzieci. Jednak żadne z nich nie pojawiło się nigdy w szkole, w kościele, ani w ogóle nigdzie, choć ich rodzice – blondyn z odstającymi uszami i blondyna z warkoczem – byli widziani tu i ówdzie. Nie wiem dlaczego, ale owi wyrodni rodzice od razu skojarzyli mi się z parą śladów, które znaleźliśmy wokół kręgu, przez który wezwano ducha.

Potem poszedłem do doktora McLeana, aby zbadał ślady substancji którą znalazłem w domku telegrafisty. Badania na białych myszkach wykazały jednak, że to nie wabik na tajemnicze stwory, ale jakiś rodzaj trucizny. W takim razie musiła to być wydzielina pozostawiona przez te stwory. Doktor obiecał dokładną analizę nazajutrz.

Robiło się już późno, więc wróciłem do saloonu, gdzie spotkałem resztę naszego „posse” w towarzystwie owego niepozornego i podejrzanego człowieczka, którego Jim i John śledzili, gdy ja byłem u Miss Margarity i doktora. Wiem co nieco o stróżach prawa na ziemiach Unii i zorientowałem się po chwili rozmowy, że jegomość jest prawdopodobnie człowiekiem z Agencji Pinkertona, występującym pod nazwiskiem Matt Deep, w przebraniu sprzedawcy perfum. Zdołał zresztą sprzedać wcześniej Johnowi perfumy za całe 10 dolarów, więc przebranie było bardzo dobre. Wymieniliśmy posiadane informacje, dzięki czemu dowiedzieliśmy się, że poszukiwany przez nas George Grey był zamieszany w napad na pociąg z upiorytem w Denver, czym ściągnął na siebie zainteresowanie agentów Unii, a potem przybył do Springer, gdzie miesiąc temu wynajął dom. Mimo wszelkich starań Mr Deepowi nie udało się jednak odkryć, który to dom został przez Greya kupiony. W zamian za to powiedzieliśmy Deepowi co nieco o Simpsonach oraz o tajemniczej parze blondynów, których czwórka dzieci była przedmiotem troski poczciwej Miss Margarity. I tu Deep wykazał się znajomością miasta, bo zaproponował wizytę u listonosza, który znał prawdopodobnie wszystkich w mieście. Zanim jednak opuściliśmy saloon przyszedł jeszcze Kirk Stewart z wiadomością, że zostałem zaakceptowany jako kandydat na zastępcę szeryfa i rozpoczynam pracę dzisiejszej nocy. Przypiął mi gwiazdę i znikął, jakby bał się ciemności, która powoli nadciągała nad miasto.

Schlafende Hunde soll man nicht wecken (Śpiących psów nie należy budzić).

Wyszliśmy na patrol w piątkę, razem z panem Deepem. Listonosz początkowo zasłaniał się tajemnicą korespondencji, ale powołałem się na swoje prawa szeryfa i powiedział nam gdzie mieszkają tajemniczy blondym z odstającymi uszami i blondynka z warkoczem, którzy przybyli do miasta jakieś dwa tygodnie temu. O dzieciach nic nie wiedział. Poszliśmy pod wskazany dom, dość okazały, otoczony płotkiem. Razem z Jimem obeszliśmy go dyskretnie dookoła, ale niczego podejrzanego nie zauważyliśmy, a w tym czasie Jonasz popytał o naszych podejrzanych ich sąsiadów, też bez większych sukcesów. Znięchęcony zapukał więc wprost do drzwi i odbył krótką rozmowę z blondynką, która otworzyła drzwi. Podsłuchiwałem pod oknem, ale usłyszałem tylko strzępy rozmowy między kobietą, a kimś innym wewnątrz, po czym wszystko ucichło.

Przyczailiśmy się dookoła domu, aby widzieć wszystko co do niego wchodzi i ewentualnie wychodzi. Nadeszła północ, nad miasto nadciągnęła znajoma mgła i wtedy z drzwi podejrzanego domy wyszedł mężczyzna, taszcząc jakiś ciężki bukłak. Dyskretnie poszedłem za nim, a za mną ruszył John. Szliśmy tak, aż podejrzany nie przystanął pod jakimś domem i nie zaczął polewać go zawartością bukłaka. Wtedy wkroczyliśmy i z zaskoczenia obezwładniłem go ciosem w skroń. W bukłaku była jak się można domyślać oliwa. Obudziliśmy niedoszłe ofiary podpalacza – piekarza z rodziną – i skłoniliśmy je do przeniesienia się na tą noc do sąsiadów. A potem zamknęliśmy się w pustym domu z podejrzanym i rozpoczęliśmy przesłuchanie. Okazał się jednak zatwardziałym draniem i do tego zapewne członkiem bandy karcianej, bo pomimo oblania oliwą i zapowiedzi podpalenia tylko łypał na nas złym okiem, a kiedy bardziej go przycisnęliśmy wykrzyknął jakieś zaklęcie i skonał. Jedyne co powiedział to że nazywa się Stone i że się jeszcze spotkamy, w co akurat mógłbym uwierzyć, bo widziałem chodzące trupy szeryfa Randalla i doktora Andersona, gdybym nie postanowił poddać go sekcji zwłok u rozmiłowanego w medycznych eksperymentach doktora McLeana.

Zabraliśmy ciało Stone’a i wróciliśmy pod dom jego żony/kochanki/siostry/kto ją tam wie. Nic się nie działo, więc postanowiliśmy wkroczyć do środka. Na to Mr Deep oświadczył, że nie będzie brał udziału w żadnej bezpośredniej akcji, co akurat rozumiem, bo dekonspiracja na terenie Konfederacji mogłaby go kosztować życie. Zostało więc nas czterech. Muszę przyznać, że za bardzo się przejąłem swoją nową rolą zastępcy szeryfa i postanowiłem załatwić wszystko zgodnie z prawem, zamiast po prostu podpalić przeklętą chałupę. Podszedłem więc do drzwi i zawołałem ‘otwierać w imieniu prawa’, które to wezwanie zostało oczywiście zignorowane. Zamiast odpowiedzi usłyszałem za to otwieranie klapy w podłodze i niepokojące stukoty i szurania. Odskoczyłem od drzwi, przy których został tylko zawsze szaleńczo odważny Jim i zaczęło się.

Drzwi otwarły się i wyskoczył z nich stwór, jeden z tych, które dopadły telegrafistę. Miał ciało przypominające pająka wielkości dużego psa, cztery nogi zakończone długim pazurem i główkę dziecka z rozdziawioną paszczą z której wystawały krzywe i ociekające jadem zęby. Za nim wyjrzała znajoma już nam blondynka, tym razem z winchesterem w garści, a zza niej wyglądał kolejny potworny „dzieciak”. Klapa na dachu otwarła się i wybiegł stamtąd kolejny pająk, z drugi wygramolił się jego śladem. Jim, John i ja zareagowaliśmy szybko i wypaliliśmy z naszych karabinów w najbliższe pająki, natomiast Jonasz na widok stworów tradycyjnie oddał obiad i kolację i stał w brudnym habicie trzęsąc się jak osika.
Potwory dopadły nas błyskawicznie i walka zamieniła się w serię odskoków i strzałów, doskoków i cięć pajęczymi odnóżami i kłapania oślinionych szczęk. Jim położył trupem jednego pająka, ale drugi skoczył na niego z dachu i rozciął mu brzuch pazurzastą łapą. Jim padł, śmiertelnie ranny. John wywalił w kuprze drugiego potwora wielką dziurę i pająk zastygł, kiwając się na swoich czterech nogach. Ja też trafiem swojego pająka, ale nie dość mocno i oberwałem pazurem po brzuchu. Wtedy skoczył na mnie drugi pająk, ten który zabił Jima. Dostałem po raz kolejny i świat mi się rozmazał. Kiedy kontury wróciły byłem spętany lepką i mocną pajęczyną, jeden pająk doskakiwał do otrzeźwiałego już Jonasza, a drugi kiwał się przede mną, postrzelony przez Johna, który strzelał się teraz z kobietą – pajęczarką. Od strony protestanckiego kościoła dobiegał głos bijącego dzwonu. Nie mogąc rozerwać pajęczyny przewróciłem się i jąłem odtaczać spoza zasięgu pająka walczącego z Jonaszem. Wtedy z ciemności za nami rozległ się strzał i kula odłupała drzazgi z futryny, koło głowy pajęczarki. Sądzę, że to Mr Deep przyłączył się do strzelaniny incognito, choć się do tego nie przyznał. Jonasz położył trupem jednego pająka, ale ten poraniony uprzednio przez Johna doszedł do siebie i solidnie pochlastał trapera. Odtoczyłem się dalej, Jonasz dobił drugiego pająka swoją solidną lagą, a John dostrzelił ostatniego. Zacząłem się niezdarnie gramolić na klęczki, kiedy Jonasz podskoczył do wciąż strzelającej z drzwi pajęczarki i z rozmachem przebił ją swoim drągiem. Koniec.

Bruder Jonasz miłosiernie wyleczył rany moje i Johna, ale Jimowi nie mógł już pomóc. Nasz czerwonoskóry przyjaciel zginął tym razem nieodwołalnie. Jutro go pochowamy jak należy, ale tej nocy musiał przeleżeć w domu Greya, pomiędzy pentagramami, wraz z ciałami obydwu Stone’ów i ich czwórki „dzieci”, nad piwnicą zamienioną w potworną spiżarnię, w której ciała zaginionych mieszkańców Springer owinięte pajęczymi kokonami czekały na spożycie przez obrzydliwe stwory. Okazało się bowiem, że to nie koniec wrażeń na tę noc. Dzwony, które słyszeliśmy podczas walki oznajmiały pożar. Podpalono cztery domy, niedaleko protestanckiego kościoła pojawił się duch starej Indianki, którego musieliśmy się pozbyć jak poprzednio ducha kawalerzysty, a kiedy my i pół miasta byliśmy zajęci w tamtym rejonie banda karciana przekopała czterysta jardów jednego z cmentarzy. Nie wydaje mi się żeby dali radę zrobić to ręcznie, więc może czary? Wykopali dwadzieścia ciał, z których jedno zabrali. Stary grabarz twierdzi, że to było ciało niejakiego Hoyle’a, który napisał jakąś książkę o grach w karty. Czyżby banda karciana chciała go ożwić tak jak zrobili to Kellman i Rodman z ciałami szeryfa Randalla i doktora Andersona? Będzie trzeba dowiedzieć się więcej o owym tajemniczym Hoyle’u i jego książce, skoro było to tak ważne dla bandy „Asa Pik”, że zadał sobie tyle trudu by zdobyć jego ciało.

Myśleliśmy, że mamy do czynienia z dwoma, może trzema czarownikami, a okazało się, że  Springer stało się celem całej bandy karcianej. W okolicy cmentarza widziano ślady wielkich kół, które kojarzą mi się z tym co opowiedziała nam Miss Cornelia Everett, Texas Ranger w Cold Water, że banda podróżuje wielkim parochodem, zbudowanym przez szalonego naukowca i napędzanego upiorytem. W sumie dobrze się jednak stało, że As Pik nie zamyślił sobie spalić całego Springer do ziemi, bo skoro zaledwie cztery potwory i jedna kobieta potrafili zabić Jima i omal mnie, nie widzę możliwości przeciwstawienia się całej bandzie. Rozsądek i ostrożność kazałaby mi się w tej chwili przenieść w inną część Konfederacji, albo nawet lepiej Unii, ale czuję że nie jest to zachowanie godne Niemca i amerykańskiego obywatela. Jeśli w tym kraju ma kiedyś zapanować porządek i spokój, ktoś musi przeciwstawić się wszystkim tym okropnościom i zaryzykować nawet swoje życie, by zwyciężyć zło.


* Przysłowia w języku Schillera i Goethego i ich tłumaczenia pochodzą ze strony http://www.przyslowia.depl.pl/

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz piąty ,

Comments are closed.