Na urodzinach Santa Fe

29 kwietnia 1878

Wo Rauch ist, muss auch Feuer sein (Gdzie jest dym, musi być też ogień).

Z powodu przedłużającej się choroby John musiał zostać w Derry’s Ford, ale za to w pociągu do Santa Fe poznaliśmy pana Thomasa Pilgrima. Jest to starszy, uprzejmy, ale stanowczy i twardy gentelman, który odbywa „podróż sentymentalną” do Santa Fe i okolic. Sentymenty nie przeszkodziły mu jednak dołączyć do nas, gdy pojawiła się ciekawa sprawa do rozwikłania i pieniądze do zarobienia. Co prawda po szczęśliwym odstawieniu Christophera Backlunda jego bogatemu ojcu nie cierpimy na brak gotówki, ale – jak to mówią w Vaterlandzie – „Man soll das Eisen schmieden, solange es heiß ist (Powinno się kuć żelazo, póki jest gorące)”. Podjęliśmy się zatem zadania odszukania skradzionego klucza do bram miasta Santa Fe.

Klucz został skradziony niejako w przeddzień obchodów 268 urodzin miasta, z okazji których odbędzie się tu sporo konkursów, zabaw, festynów itp. Do tego zwyczajowo najpiękniejsza panna obnosi rzeczony klucz wokół miasta, a skoro nie ma klucza to nie będzie czego obnosić, sytuacja jest więc dla burmistrza i szeryfa dość kłopotliwa. Miejscowi stróże prawa mają pełne ręce roboty pilnując przybyłych na święto ludzi, ufundowano więc 250 $ nagrody za odnalezienie skradzionego klucza.

Klucz jest dość spory, około dwadzieścia centymentrów, cały ze złota i zdobiony szlachetnymi kamieniami. Został skradziony z muzem miejskiego, mieszczącego się w dawnym ratuszu, w nocy, kilka dni temu. Ratusz jest zamykany, gablota w której był klucz też, w stróżówce na dole siedział stróż. Zamki zostały otwarte po cichu, tak że stróż niczego nie słyszał, złodziej musiał się też dostać do muzeum przez wieżę, bo drzwi na dole były cały czas zamknięte. W opróżnionej gablocie znaleziono narysowany ołówkiem portret uśmiechniętego burmistrza. Szeryf wsadził do aresztu prostytutkę, którą kilkoro ludzi widziało tej nocy w pobliżu muzeum, choć ona sama twierdzi, że była całą noc z klientem w saloonie „Klejnot”. Moim zdaniem dziewczyna jest niewinna, a samo bycie widzianym w miejscu przecież publicznym nie jest żadną okolicznością obciążającą. Najwyraźniej prawo nie działa tu zbyt sprawnie i sprawiedliwość nie jest w cenie. Takie coś nie mogłoby się zdarzyć w Europie.

Obejrzeliśmy muzeum i gablotę, oraz tajemniczy portret burmistrza zostawiony przez złodzieja, przepytaliśmy nocnego stróża i miejskiego urzędnika, który ma klucze do drzwi na piętro i do gabloty. Nasz nowy znajomy, Thomas, wyczuł od papieru na którym narysowano portret delikatny zapach perfum. W związku z tym hipoteza jest następująca: burmistrz uraził, zranił, lub w inny sposób poszkodował jedną z dawnych uczestniczek konkursu piękności, którego zwyciężczyni obnosi co roku klucz do bram miejskich po Santa Fe. Ta w ramach zemsty postanowiła upokorzyć jego i miasto kradnąc zabytkowy klucz i podrzucając w to miejsce portret burmistrza. Jako – być może – dawna znajoma, a może i kochanka burmistrza miała zapewne dostęp do drugiej kopii kluczy zdeponowanych w banku. Jutro zamierzam dowiedzieć się czy klucze były ostatnio wyjmowane z bankowego sejfu i kim mogłaby być owa dama.

30 kwietnia 1878

Der Weg zur Hölle ist mit guten Vorsätzen gepflastert (Droga do piekła jest wybrukowana dobrymi zamiarami).

Niestety wizyta w banku i rozmowa z burmistrzem nie potwierdziły naszej hipotezy. Burmistrz nie ma pojęcia o żadnej urażonej pani, a w banku zapewniono mnie, że nikt nie wyjmował kluczy do muzeum z bankowego sejfu. Byliśmy także w areszcie i rozmawialiśmy z zamkniętą przez szeryfa dziewczyną, niejaką Suzie Matters. To nieszczęsne stworzenie nie wydaje się być zdolne do włamania się nawet do cukierni, co mówić o wspięciu się po linie na dach muzeum, stamtąd na wieżę, sforsowaniu trzech całkiem skomplikowanych zamków i zostawieniu portretu burmistrza, w wszystko tak by nocny stróż niczego nie usłyszał. Gdyby umiała tego dokonać nie musiałaby się oddawać mężczyznom za parę dolarów, ale mogłaby żyć z okradania banków. Do tego Jonasz zrugał ją bez miłosierdzia za cudzołóstwo, co już do reszty załamało nieszczęsną dziewczynę. Wobec upadku dotychczasowej hipotezy i braku innych śladów śledztwo chwilowo zamarło. Mieliśmy jeszcze irracjonalą nadzieję, że ze sprawą ma związek rzekomy cud, który zdarzył się ponoć w nowowybudowanej kaplicy w Santa Fe.

Otóż miejscowe zakonnice wybudowały przy swym klasztorze kaplicę wzorowaną dokładnie na paryskiej Sainte-Chapelle. Architektem był zresztą też jakiś Francuz, więc wcale mnie nie zdziwiło, że zapomniał o schodach na chór i siostrzyczki musiały wchodzić tam po drabinie. Tak to jest jak powierza się budowanie Francuzom i do tego jeszcze wzoruje się na francuskich budowlach. Nie byłem w Paryżu, ale dam sobie rękę uciąć, że na chór w Saint-Chapelle do dziś wchodzi się po drabinie. Tymczasem tutejsze siostrzyczki poszukały rozwiązania w modlitwie i niedługo rzeczywiście pojawił się skromny staruszek, który postawił kręcone schody, a potem zniknął. Cud, jak cud, Jonasz potrafi zabliźniać rany, a różni paskudni czarodzieje kazać trupom chodzić, więc za bardzo się nie przejąłem, a sprawa oczywiście okazała się nie mieć nic wspólnego z zaginionym kluczem.

Ale tymczasem zdarzyła się rzecz daleko ważniejsza. Do Santa Fe przybyła Miss Cornelia Everett i pilnie nas potrzebowała. Kiedy więc łaziliśmy po mieście szukając śladów nieuchwytnego złodzieja, znalazł nas jeden z zastępców szeryfa, nie pamiętam jak się nazywał, ale chyba napalił się opium, bo uśmiechał się idiotycznie i dziwnie gadał. Zaprosił nas do biura szeryfa, gdzie już czekała na nas Cornelia.

Kiedy rozstaliśmy się w Springer, ona i kawalerzyści pojechali śladem parochodu bandy. Odkryli jakąś pomniejszą kryjówkę bandytów i zaatakowali ją. Trochę nie docenili przeciwnika bo kilku Rangerów zginęło, ale większość bandytów i ich stworów zginęło, lub zostało wziętych do niewoli. No i właśnie: Miss Cornelia wraz z dwoma innymi Rangerami przybyła do Santa Fe wioząc dwóch uśpionych narkotykiem kultystów i trzy pająkopodobne stwory z twarzyczkami dzieci, z jakimi walczyliśmy w Springer. Ale ponieważ banda idzie ich śladem chcą podzielić łupy tak, by choć część doczekała przejęcia przez jadący już z Roswell do Santa Fe duży oddział Rangerów. Więc nasza misja polega na przechowaniu jednego uśpionego kultysty i jednego pająka przez cztery dni. Do tego dostaliśmy też skrzynkę z jakimiś magicznymi cackami znalezionymi w kryjówce bandy. Miss Cornelia obawia się, że banda może widzieć ich oczami i słyszeć uszami dzięki czarnej magii. Podobno wystarczy, by czarownik miał przedmiot którego ostatnio dotykała ofiara, by mógł rzucić taki czar. Dlatego konieczna jest absolutna tajemnica – Miss Cornelia nie może wiedzieć gdzie i jak chcemy przechować wieźniów.

Przejęliśmy wóz z dwiema trumnami od szeryfa, żeby mieć jak najmniejszy kontakt z grupą Miss Everett. Przełożyliśmy ciała do wielkich kufrów podróżnych, a puste trumny wypełniliśmy piaskiem i w wielkiej tajemnicy powierzyliśmy miejscowemu grabarzowi. Mamy nadzieję, że banda da się na to nabrać, ale postanowiliśmy jednak pilnować prawdziwych więźniów, bo skoro czarownicy mogą widzieć oczyma i słyszeć uszami ofiar mając zaledwie przedmiot którego ofiara dotykała, to pewnie potrafią też wyśledzić swych uśpionych kamratów. Kufry wstawiliśmy do naszego pokoju i teraz przynajmniej dwójka z nas zawsze będzie w hotelu.

Teraz właśnie Jonasz i nasz nowy znajomy, Thomas, zostają, a Ned i ja wychodzimy. Idę do saloonu „Klejnot”, żeby podtrzymać zainteresowanie sprawą zaginionego klucza, przynajmniej pozornie, a Ned pograć w karty, a przy okazji poprzyglądać się innym gościom saloonu „Palace”, w którym mieszkamy.

1 maja 1878

Die Wände haben Ohren (Ściany mają uszy).

Dzisiejszy dzień zaczął się fatalnie. Po pierwsze kiedy wczoraj wróciliśmy z Nedem koło północy do pokoju, zastaliśmy obydwu „strażników” smacznie śpiących, a zasłonę na wpół odsłoniętą. W skrzynce, w której były magiczne przedmioty znalezione przez Rangerów w kryjówce bandy, zamiast talii kart, która znajdowała się tam jeszcze wczoraj, leżał portret uśmiechniętego brata Jonasza. A więc tajemnicza złodziejka, która okradła Santa Fe z pamiątkowego klucza, teraz połakomiła się na karty bandy karcianej. Najprawdopodobniej jest to kanciarz, czy raczej kanciarka, czyli rodzaj czarownicy, tylko nie całkiej złej, czy też niekoniecznie złej. Sugeruje to także, że klucz do bram miejskich też nie był zwykły, ale miał jakieś magiczne właściwości.

Ale to nie wszystko. Kiedy po całonocnym czuwaniu na zmianę, rano otwarliśmy drzwi, okazało się, że brakuje obydwu zewnętrznych klamek. A więc banda błyskawicznie nas wyśledziła, a teraz ma także przedmioty, których dotykaliśmy, a więc może rzucić na nas dowolne czary. Jimmy Goldfish poinformował nas, że widział na mieście naszego znajomego z Cold Water – fałszywego kaprala Wooda. Neda śledził jakiś Meksykanin, a majorowi nie udało się go schwytać. Zastępca szeryfa ze smutkiem poinformował nas, że dom w którym zadekowali się Rangerzy w nocy spłonął. Znaleziono sześć ciał, na razie zidentyfikowano jedynie szeryfa okręgowego. Najpewniej więc Rangerzy i Cornelia zginęli.

Mamy też jednak jakieś sukcesy, choć może niezbyt imponujące w porównaniu z porażkami. Nasz nowy towarzysz Thomas Pilgrim obszedł dziś rano hotel i znalazł bardzo słabo odciśnięte ślady damskich bucików pod naszymi oknami i dalej, na podeście, z którego da się patrzeć do wnętrza naszego pokoju. Okoliczni mieszkańcy widzieli wczoraj w tym miejscu Jimmiego Goldfisha, który jednak zaprzecza jakoby w nocy kręcił się w pobliżu „Palace”. A więc tajemnicza złodziejka-kanciarka potrafi doskonale przebierać się, co tłumaczy, że przy muzeum widziano nieszczęsną Suzie, chociaż jej samej tam nie było. Poza tym potrafi na odległość i przez zamkniętą szybę odsłonić zasłonę, a potem zesłać sen na widzianego tylko człowieka. Ciekawe, czy potem weszła po prostu do naszego pokoju, może w przebraniu jednego z nas, czy też wyciągnęła karty jakąś magiczną sztuczką.

Tymczasem banda karciana już zaatakowała, na razie tylko magicznie. Jonasz wyczuł jakby włamanie do swojej głowy, ale po zażartej walce udało mu się wyrzucić intruza. Postanowiliśmy więc, że to on będzie robił zastrzyki i podawał wodę uśpionym więźniom, oraz że nie będziemy w ogóle patrzeć na kufry ani o nich rozmawiać. Dla podtrzymania złudzenia Jonasz wybrał się do grabarza, u którego zostawiliśmy trumny z piaskiem, a ja z Thomasem poszliśmy oglądać wybory najpiękniejszej dziewczyny Santa Fe, mając nadzieję, że może któraś z finalistek wyda nam się pasować do roli czarodziejki-złodziejki.

W tłumie wokół podestu, na którym przechadzały się kandydatki spotkaliśmy Miss Butler, która podróżowała z nami w pamiętnym pociągu do Springer, uratowanym przez nas przed Komanczami. Spotkaliśmy już ją zresztą pierwszego dnia, ale wtedy prosiła nas o protekcję w konkursie, w którym brała udział i który miała nadzieję wygrać. Teraz jednak jej marzenia legły w gruzach, bo odpadła w półfinale i zapłakana jęła nam się żalić i wyrzucać, że nie udzieliliśmy jej żądanej protekcji. W odruchu współczucia zaprosiliśmy ją na kolację, ale potem Thomas wpadł na pomysł, by podsunąć jej do powąchania papier na którym narysowano portret Jonasza. I Miss Butler „wywąchała” podejrzaną. Opowiedziała nam, że widziała tak właśnie pachnącą elegancką blondynkę jak wchodziła do jubilera. Być może więc jutro, jeśli przeżyjemy noc, poszukamy tajemniczej damy, która, mamy nadzieję, jest ową nieuchwytną złodziejką.

Tymczasem jednak pożegnaliśmy Miss Butler, zapewniając o jej urodzie i talencie i wróciliśmy do hotelu. Ten zastaliśmy dziwnie wyludniony. Rychło się jednak okazało, że niemal wszyscy goście są na tyłach i tłoczą się wokół toalet, walcząc o dostęp do nich jak stado szakali o świeżą padlinę. Zaambarasowany dyrektor wyjaśnił, że jakiś mały Meksykanin zdybany przez kucharza w kuchni musiał dosypać czegoś do jedzenia, bo wszyscy goście nagle dostali okropnego rozwolnienia. Pełni najgorszych przeczuć weszliśmy na górę, ale okazało się że dwa nasze tłuściochy mają się świetnie i nawet zgromadzili spore zapasy kiełbasek z fasolą, którą brat Jonasz cudownie oczyścił z trucizny.

Ten niewątpliwy sukces nie zmienia jednak faktu, że banda wie gdzie jesteśmy i mimo, że plan otrucia nas wraz z resztą gości nie wypalił atak dzisiejszej nocy jest bardzo prawdopodobny. Oczywiście będziemy spali na zmiany, ubrani i uzbrojeni. Zasłony zasłonięte, a drzwi zamknięte na klucz. Mam nadzieję, że jutro pojawi się następny wpis.

2 maja 1878

Ende gut, alles gut (Koniec dobry, wszystko dobre).

Zbudził nas Ned. Ulicami Santa Fe płynęła mgła. Księżyc zasłoniły chmury, gdzieś na ulicy słyszeliśmy odległe krzyki i strzały. Aura niebezpieczeństwa i zła, jaką czuliśmy w osadzie Simpsonów, zanim przyszły Nosferatu, wyostrzyła nasze zmysły i postawiła włoski na karku. Wiedzieliśmy na pewno, że atak nastąpi wkrótce. Rozstawiliśmy się i czekaliśmy.

Bez ostrzeżenia szkło w obydwu oknach wychodzących na tyły rozprysło się i do obydwu pokoi wpadły wielkie, na wpół wilczo, na wpół ludzkie postacie. Jeden długim skokiem znalazł się tuż przy mnie i rozszarpał mi pazurami kurtkę, drugi zaatakował Jonasza i Neda w drugim pokoju. Wypaliłem z obydwu rur obrzyna prosto w łeb potwora, ale ten niesamowicie zwinnie uskoczył za futrynę, by za sekundę wyskoczyć i natrzeć na mnie ponownie. W sąsiednim pokoju także usłyszałem strzały, zdaje się z karabinku Thomasa i zacząłem się wycofywać w tamtym kierunku przez wąski korytarzyk łączący oba pokoje, cały czas zasłaniając się przed ciosami wilkołaka.

Zauważyłem, że bestia zmieniła taktykę – zamiast atakować pazurami i zębami, jak czynią dzikie zwierzęta i potwory, uderzała teraz zaciśniętą w kułak pięścią i masywnym czołem, zapewne aby mnie ogłuszyć. Dotarłem do drugiego pokoju, obrywając potężnie w czoło, aż na moment tysiace gwiazd rozświetliło mi od wewnątrz całą głowę. Stanąłem ramię w ramię z Thomasem, który strzelał z karabinku i wilkołak najwyraźniej nie mógł się teraz zdecydować kogo z nas atakować, bo uderzał raz na mnie, a raz na niego. Tymczasem pod oknem Ned i Jonasz toczyli walkę z drugą bestią, widziałem błyski sztyletu mnicha i szabli majora. Udało mi się załadować obie rury obrzyna ponownie i właśnie podnosiłem go by wypalić w łeb potwora, kiedy kolejny cios jego pięści powalił mnie na ziemię i pozbawił przytomności.

Reszta więc z relacji towarzyszy. Thomas padł zaraz po mnie, ale Ned i Jonasz zarąbali najpierw jednego, a potem drugiego wilkołaka. Tymczasem jednak pojawił się jakiś czarownik, skryty w chmurze ciemności, jaką już widywaliśmy wcześniej i miotał w Jonasza strumienie trupiego pyłu i złej mocy. Na szczęście Ned celnie strzelił i ciężko ranny czarownik uciekł tylko dzięki jakimś piekielnym sztuczkom. Ned zastrzelił też wielkiego Meksykanina, który go wczoraj śledził, a teraz z pałką w dłoni wyłamał drzwi i zaatakował dwójkę uzbrojonych ludzi. Drugi, mały Meks, zapewne truciciel, którego kucharz widział w kuchni zwiał.

Jeden z wilkołaków przemienił się w fałszywego kaprala Wooda, a drugi w jakiegoś nieznanego nam Meksykanina, już trzeciego w tym towarzystwie. Główny złoczyńca, ów skryty w ciemnej chmurze czarownik uciekł. Ale jak się okazało, nie był to wcale koniec. W zapadłej ciszy rozległo się skrzypienie wózka, a potem nagłe BUM! Widać ten skrzypiący wózek był wyładowany po brzegi dynamitem i wyleciał w powietrze tuż pod naszym pokojem. Kiedy Jonasz przyszedł do siebie, Ned już leżał nieprzytomny, a spod podłogi przesączały się cienkie smużki dymu. Rozległo się wołanie o pomoc i tupot kroków na schodach. Jonasz chciał nas ocucić, bo nie dałby rady sam wynieść nas wszystkich z pożaru, ale nagle dostał dwa ciosy pałką w tył głowy i stracił przytomność.

Ocknęliśmy się wszyscy razem, przywiązani do solidnych drewnanianych słupów, w jakiejś drewnianiej wieży, jak się potem okazało, starej dzwonnicy w opuszczonym meksykańskim kościółku, na przedmieściach Santa Fe. Trójka Meksykanów przed nami bardzo chciała wykazać się przed swoimi szefami i omal nie udławiła nas tym paskudnym proszkiem, którego kultyści używali do wywoływania duchów i ożywiania zmarłych, a który miał nas „zmiękczyć” przed przybyciem Kellmana. Nie byli też zbyt dyskretni i udało nam się podsłuchać, że „Walet” został ciężko ranny i mimo połatania przez „doktorka” musiał udać się do jakiegoś dziwnego miasteczka Penasco w górach, aby zaleczyć rany. Domyśliliśmy się, że ten „Walet” to czarownik, którego Ned solidnie postrzelił podczas napadu na nas. Potem okazało się, że nasz nowy znajomy, Thomas, znał już tego jegomościa wcześniej pod nazwiskiem Mike Arnette.

Byliśmy zupełnie bezradni, przywiązani do solidnych słupów w samych gaciach i pilnowani przez ponurego Meksa z rewolwerem w dłoni. Wyglądało na to, że spotkanie z Mr Kellmanem nastąpi w niezbyt korzystnych okolicznościach, ale niespodzianie pojawił się ratunek. Rozparty na krześle strażnik nagle zwiesił głowę i mocno zachrapał, a kilka chwil później usłyszałem z tyłu uspokajający szept i jakieś delikatne dłonie przecięły moje powrozy. To samo stało się z pozostałymi i oto byliśmy wolni. Przed nami stała ładna kobieta w podróżnej sukni i uśmiechała się tajemniczo. Miss Vanessa, jak się kazała nazywać, była tą poszukiwaną przez nas złodziejką i czarodziejką, która pozbawiła Santa Fe zabytkowego klucza, a nas talii magicznych kart. Ale w tych okolicznościach oczywiście puściliśmy jej to w niepamięć, choć brat Jonasz coś tam napominająco pomruknął.

Nasza oswobodzicielka zaleciła nam ucieczkę po cichu, bowiem w kościele było razem pięciu Meksykanów, choć obecnie trzech spało, w tym jeden magicznie. Ale że nie chcieliśmy odpuścić bandytom, Vanessa odmówiła nam dalszej pomocy, bo jak powiedziała, brzydzi się przemocą i tajemniczo zniknęła. Na szczęście obyło się jednak bez jej pomocy i udało nam się ogłuszyć całą pozostałą czwórkę opryszków, po czym przywiązać ich do pali, od których odcięła nas Vanessa.

Przeszukaliśmy kościółek, zupełnie zapuszczony i nieużywany i oprócz naszych rzeczy znaleźliśmy także dwa nasze „obiekty”, czyli kultystkę i pająka, w otwartych trumnach, oraz dwie zamknięte trumny, w których spoczywali nieprzytomni Miss Cornelia Everett i jakiś nieznany Ranger. Oboje mieli w ustach ten paskudny proszek, który widać w ich przypadku zadziałał, bo udało nam się ich ocucić dopiero po przybyciu z miasta szeryfa.

Cornelia, kiedy już przyszła do siebie, zabrała się znowu za komenderowanie. Przejęła od nas „obiekty”, wypłaciła nagrodę za ich szczęśliwe przechowanie, oraz zleciła następne zadanie. Jak się można było domyślić, chciała byśmy ruszyli w pościg za rannym „Waletem” i przywieźli go żywego, lub ewentualnie martwego, z powrotem do Santa Fe. Ze swej strony obiecała zająć się Kellmanem, kiedy zjawi się w kościółku aby nas przesłuchać. Chętnie przystaliśmy na jej propozycję i jeszcze dziś ruszamy w drogę do małego górskiego miasteczka Penasco, które w opinii Meksykanów z bandy jest nieco „dziwne”.


* Przysłowia w języku Schillera i Goethego i ich tłumaczenia pochodzą ze strony http://www.przyslowia.depl.pl/

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz piąty ,

Comments are closed.