Kaktusowe pole

3 kwietnia 1878

Wer ernten will, muss säen (Kto chce zbierać, musi siać).

Jako epilog do wczoraj zakończonych wydarzeń można traktować list Matta Deepa, wyjaśniający co się stało na cmentarzu. Banda, a konkretnie ośmiu jej członków przybyłych jakimś wielkim powozem bez koni, zapewne owym parochodem, wykopała z dwudziestu grobów ciała nie sama, ale za pomocą jakiegoś wielkiego żelaznego potwora z mnóstwem rąk, trzymających kilofy i łopaty. Według relacji Mr Deepa, który w liście twierdził, że był naocznym świadkiem, nie trwało to dłużej niż dwadzieścia minut. Potem banda spakowała do parochodu swego żelaznego robotnika, którego Deep nazywa „golemem” i pojechała na Zachód, zostawiając po sobie głębokie koleiny.

Tymi koleinami mam nadzieję podąży Miss Cornelia Everett ze swoimi pięćdziesięcioma chłopakami, żeby dorwać bandę. Przyjechali dziś po południu, jak zwykle za późno. Chcieliśmy jechać z nimi, żeby porachować się z bandytami za Jima, ale śliczna panna Cornelia przydzieliła nam inne zadanie. Dyliżansem jadącym z Mory do Lincoln podróżuje jakiś członek „bandy karcianej”, przewożąc jakiś dar, prawdopodobnie przeznaczony dla Komanczów, by zyskać ich dalszą pomoc. Nie wiadomo jednak ani kim jest ten członek bandy, ani jak wygląda, ani co przewozi w podarku. I tu właśnie potrzebni jesteśmy my. W przebraniu bandytów mamy napaść na dyliżans i przejrzeć bagaże podróżnych, rabując co cenniejsze rzeczy, ale zostawiając „ten” przedmiot, który jest z pewnością tak dziwny, że nie ujdzie naszej uwadze. Następnie mamy śledzić dyliżans, a właściwie członka bandy i wykryć z kim mianowicie ma się spotkać. Gdy już będziemy to wiedzieć mamy ująć obydwu, najlepiej żywcem i przywieźć, wraz z tajemniczym podarkiem Miss Everett. Umówiliśmy się na spotkanie za dwa tygodnie w Santa Fe, mamy zapytać szeryfa.

John i ja dość ochodzo przystaliśmy na plan Fräulein Cornelii, zapewne po trochu za sprawą jej osobistego uroku, ale Bruder Jonasz nieco się boczył. Nie chciał stawać się bandytą nawet w przebraniu, mimo obietnicy oddania wszystkich „zrabowanych” przedmiotów w najbliższym miasteczku. Nawet to, że Cornelia dała nam gwiazdę Rangersów i list polecający do wszystkich przedstawicieli prawa w całej Konfederacji także nie przekonało braciszka. Stanęło więc na tym, że dosiądzie się on do dyliżansu w Puerto de Luna i pojedzie dalej wraz z „podejrzanymi”, a my dokonamy napadu we dwóch. Gdyby w Puerto de Luna dyliżans był pełen, z pomocą lokalnego szeryfa dokonamy fałszywego aresztowania jednego z pasażerów, którego szeryf potem przeprosi i wypuści, a Jonasz zajmie jego miejsce. Dostaliśmy nieco pieniędzy na zakup zapasowych, „bandyckich”, ciuchów i dodatkowego wyposażenia i ustaliliśmy, że jutro z rana wyruszamy.

Miss Cornelia przekazała nam także niewesołą nowinę – grób Setha Kelmana w Cold Water opustoszał. Istnieje co prawda szansa, że ktoś go wykopał i ukradł, ale możliwe jest też, że paskudne czary, którymi parają się bandyci spowodowały, że zamienił się w żywego trupa, jak wcześniej szeryf Randall i doktor Anderson i sam się wykopał. Cornelia zaleciła nam ostrożność i palenie ciał wszystkich bandytów, których zdaży nam się uśmiercić. Jeśli Kelman rzeczywiście wstał z grobu, z przyjemnością położę go weń z powrotem.

4 kwietnia 1878

Nach getaner Arbeit ist gut ruhn (Po wykonanej pracy dobrze jest odpocząć).

Dziś cały dzień w siodle, zaraz idę spać, tylko zapiszę dzisiejszą zmianę koncepcji. Zamiast napadać na dyliżans spróbujemy namówić szeryfa, żeby pod pozorem poszukiwania szpiega przeszukać bagaże wszystkich pasażerów i w ten sposób ustalić kto jest członkiem bandy i co takiego wiezie w podarunku. Jeśli szeryf nie przystanie na to pozostaje nam napad, ale mam nadzieję, że list Miss Cornelii ma choć trochę uroku autorki i szeryf się nie oprze.

5 kwietnia 1878

Doppelt gibt, wer schnell gibt (Daje podwójnie ten, kto daje szybko).

Ledwo zdążyliśmy do Puerto de Luna przed nocą. Dyliżans już był, a jego pasażerowie już spali w wynajętych przez przewoźnika pokojach w saloonie. Szeryf Wellman kupił moją bajeczkę o poszukiwaniu szpiega Unii, popartą listem Cornelii i jutro z rana przeszukamy wszystkich sześciu pasażerów dyliżansu, z których jeden powędruje do paki. Jonasz trzymał się z daleka ode mnie i Johna, na wypadek gdyby któryś z pasażerów go zobaczył.

6 kwietnia 1878

Man soll die Äpfel erst zählen, bevor man sie aufteilt (Powinno się jabłka najpierw policzyć, zanim się je rozdzieli).

Wszystko poszło jak z płatka. Razem z szeryfem przejrzałem wszystkie rzeczy pasażerów i już wiemy kto jest członkiem bandy. Ładna brunetka w średnim wieku, umalowana jak ulicznica, przedstawiła się jako Eliza Redrose, ale to pewnie równie prawdziwe jak Feldfebel Wood. W torebce wiezie grot indiańskiej włóczni, zdobiony paciorkami i piórami, rzekomo pamiątka rodzinna. Kiedy tylko go ujrzałem przeszedł mnie dreszcz. Zauważyłem też woreczek, podejrzewam, że z pyłem do animowania trupów i podwójne dno, w którym z pewnością jest ukryte coś jeszcze. Na moją prośbę szeryf wsadził do paki Mr Richdaya, rządowego kartografa, który wydał mi się najlepiej pasować do roli „szpiega”, ale dałem mu też dziesięć dolarów, z przeznaczeniem na rekompensatę dla nieszczęśnika, który jutro zostanie wypuszczony. Przy okazji okazało się, że szeryf Wellman od razu połapał się, że coś z tym szpiegiem nie gra, widać nie jestem dobrym aktorem, ale że pismo Cornelii i gwiazda były autentyczne postanowił się nie sprzeciwiać. Podziękowałem mu serdecznie i przysiągłem, że alternatywa była znacznie gorsza. No i faktycznie była – w razie napadu mogło dojść do strzelaniny i ktoś niewinny mógł nawet zginąć, Jonasz ma rację. W każdym razie nasz pryncypialny braciszek jechał sobie wygodnie do Pinos Wells na miejscu kartografa, a my z Johnem daleko za dyliżansem konno, skryci w kurzawie. Jutro jednak rozstajemy się z dyliżansem, bo Miss Redrose tutaj wysiada. Barmanowi w saloonie kazała przygotować sobie na rano dwa konie, dla niej i pomocnika woźnicy, niejakiego Boba Fitza, wygląda na to, że albo on też jest sprzymierzeńcem bandy, albo został wynajęty do ochrony czarownicy. Okaże się jutro.

7 kwietnia 1878

Gleich und gleich gesellt sich gern (Podobny chętnie zostaje kompanem podobnego).

Cały dzień jechaliśmy za bandytami i chyba udało się nam nie zwrócić ich uwagi. Wiemy teraz, że Fritz też jest sprzymierzeńcem bandy, choć raczej początkującym. Kiedy się ściemniło podkradłem się niedaleko ich ogniska i podsłuchałem jakie mają plany. Jadą do kogoś, kto ma potwierdzić wizję Asa Pik za pomocą amuletu, który widziałem w torbie Miss Redrose i który został wykradziony Indianom Navajo. Czarownica ma nadzieję, że ten ktoś pozwoli im także doświadczyć wizji, zobaczyć i może nawet poczuć „pana jeziora” podczas rytuału który się odbędzie. Dowiedziałem się także co nieco o planach bandy – chcą oni odprawić jakiś wielki rytuał, do którego potrzeba im wielu ofiar – wiedźma wspomniała o wielu kobietach i dzieciach trzymanych przy życiu na tą okazję. Ten rytuał ma pozwolić im zawładnąć całym światem i zyskać nieśmiertelność. Najwyraźniej te niezdrowe marzenia rozluźniły oboje złoczyńców aż za bardzo, bo zebrało im się na figle. Mogłem ich bez wysiłku ogłuszyć, ale postanowiłem poczekać, jako że Miss Cornelia potrzebuje także drugiej strony tej nieczystej transakcji, owego czarownika który rozmawia z tajemniczym „panem jeziora” i miewa prorocze wizje. Wierzę, że jutro go dopadniemy, bo mamy mało wody dla koni, a dookoła pustynia i jeśli pościg potrwa dłużej nasze konie mogą ustać.

8 kwietnia 1878

Man soll das Eisen schmieden, solange es heiß ist (Powinno się kuć żelazo, póki jest gorące).

Rano wznowiliśmy pościg za dwójka karcianych bandytów i wczesnym popołudniem dojechaliśmy do skraju wielkiego pola kaktusów. Kierując się śladem dwójki koni wjechaliśmy między nie i wąską ścieżką poczęliśmy zagłębiać się w głąb kolczastej gęstwiny. Po jakimś czasie zauważyliśmy jak z nieb spada między kaktusy balon, a w nim człowiek z rozwianym włosem. Postanowiliśmy mu pomóc i przez godzinę mozolnie wycięliśmy ścieżkę między kaktusami do miejsca upadku balonu. Człowiek przedstawił się jako Kirk Oldman, naukowiec lecący balonem własnej konstrukcji z Wichita do El Paso. Jego balon został zestrzelony przez ukrywających się wśród kaktusów czerwonoskórych i Mr Oldman chciał nas wynająć jako ochronę swojej osoby i wszelakiego dobra zgromadzonego w jego balonie, które, jak się obawiał, zostałoby zniszczone przez Indian. Mieliśmy jednak własną misję i w końcu nieszczęsny baloniarz musiał wybierać między dołączeniem do nas i podróżą wgłąb pola kaktusów, a samotną pieszą wędrówką do najbliższego miasta. Wybrał nasze towarzystwo, co nas nawet ucieszyło, jako że naukowiec miał wśród przewożonych w balonie cydów eksperymentalną broń – długą i ciężką rurę, zdolną ponoć strzelać nawet na odległość półtorej mili, choć niezbyt celnie.

Straciwszy na ratowanie, a następnie przekonywanie Mr Oldmana ponad godzinę ruszyliśmy znowu śladem dwójki bandytów, do których wkrótce dołączyło czterech Indian, co poznaliśmy po braku podków na końskich kopytach. Dość długo jechaliśmy wśród kaktusów, potem po skałkach i niewysokich górach, a w końcu dojechaliśmy nad skryte w środku tego wszystkiego jezioro. Po drodze widziałem głowę Indianina, który prawdopodobnie nas obserwował, ale zlekceważyliśmy go i nie wyciągnęliśmy z tego spotkania żadnych wniosków.

Kiedy dojechaliśmy na brzeg jeziora było już prawie ciemno. Na jego środku, jakieś pięćset metrów od nas, majaczyła w gęstniejącej ciemności zadrzewiona wyspa, w środku której wyrastała w górę grupka skał. W trzcinach na brzegu znaleźliśmy dwie indiańskie canoe i ślady szóstki koni, odprowadzonych gdzieś na bok. Wypatrując w tamtym kierunku przez lunetę zobaczyłem te konie, a przy nich szczotkującego je Indianina. Postanowiliśmy z Johnem nie zostawiać za sobą żywych nieprzyjaciół i podkradłszy się do niego zabiliśmy go po cichu po krótkiej walce na noże.

Było już ciemno i wśród drzew otaczających jezioro zauważyliśmy kilka ogników rozpalanych ognisk. Indian było więc więcej. Nie mieliśmy jednak czasu ani możliwości wyeliminować w podobny sposób wszystkich, bo nagle z wyspy rozległ się przejmujący kobiecy krzyk. To przypomniało nam po co tu przyjechaliśmy i co miało rozegrać się prawdopodobnie na tej wyspie. Mr Oldman postanowił zostać na brzegu i po krótkim namyśle przystaliśmy na to. Kazaliśmy mu tylko rozstawić jego eksperymentalne działo i strzelać gdyby coś pojawiło się na jeziorze. Potem bez dalszego zwlekania wsiedliśmy we trójkę do canoe i mimo dziwnych, wysokich fal bez trudności przepłynęliśmy na wyspę.

Przywitała nas nienaturalna cisza, przerwana nagle kolejnym rozdzierającym kobiecym krzykiem. Pospiesznie ruszyliśmy wgłąb wyspy dobrze widoczną ścieżką. Weszliśmy między znaczące jej środek niewielkie skałki, wśród których dojrzeliśmy odblask ogniska. Na niewielkim placyku między skałami, w kręgu niewielkich ognisk, stał duży wigwam w otoczeniu trzech mniejszych, a po przeciwnej jego stronie, przy wejściu do pieczary, lub jaskini, sterczało z ziemi kilka drewnianych pali. Kilka z nich było pustych, poznaczonych brunatnymi zaciekami, a do pięciu przywiązano ludzkie ofiary. Nie ruszały się i wydawały się martwe, ale nagle jedna z nich – młoda kobieta – podniosła na nas oczy i wyszeptała „ratunku”. Niewiele myśląc ruszyłem z nożem na wskroś placyku ku niej, zamierzając odciąć więzy i zabrać ją z tego okropnego miejsca. I wtedy przyczajeni w zasadzce czerwonoskórzy zaatakowali.

Skóra zasłaniające wejście do wielkiego tipi odskoczyła gwałtownie i ze środka, wprost na mnie, wypadł wielki niedźwiedź grizzly! Jednocześnie na Johna sypnęły się z otaczających skałek strzały! Grizzly natarł na mnie, tnąc pazurami i kłapiąc zębami, cofałem się w panice nie mogąc zrobić nic innego. John wypalił do niedźwiedzia kilka razy, a Jonasz z całej mocy rąbnął go w łeb swoją sękatą lagą, łamiąc ją na futrzanym pysku na pół. Niewiele to jednak pomogło, potężna łapa dosięgła mnie w końcu i prawie wypruła mi flaki. W tym samym momencie usłyszałem wizg lecącej strzały i nic więcej już nie pamiętam.

Ocknąłem się wewnątrz wielkiego tipi, Jonasz klęczał nade mną z bukłakiem w dłoni, strzała sterczała mu z barku, habit miał poszarpany i pokrwawiony. Zobaczywszy, że żyję i jestem przytomny zerwał się i skoczył ku wejściu do wigwamu w momencie, gdy jeden z Indian próbował wpaść do środka z wzniesionym tomahawkiem. Nie zdążył jednak, bo Jonasz dźgnął go swoim poświęconym sztyletem i czerwony zgiął się i upadł na klęczki. Braciszek zwarł się z kolejnym Indianinem szturmującym wigwam, a ja starałem się wstać i powstrzymać drżenie kolan. W końcu mi się udało, rozejrzałem się po namiocie. W jego drugim końcu leżało na pękach skór dwoje członków bandy, za którymi tu przyjechaliśmy. Mimo hałasu i kotłowaniny nie ruszali się i zrozumiałem, że oto śnią upragnioną wizję, zesłaną przez tajemniczego „pana jeziora”. Pomiędzy nimi, na płytkiej misce, otoczony jakby wirującym powietrzem leżał kawałek indiańskiej włóczni, ten sam który widziałem w torebce Miss Redrose. Podbiegłem chwiejnie do tej włóczni i chwyciłem ją. Jakby piorun trzasnął mnie w rękę, amulet wprost wyskoczył mi z dłoni, w oczach mi pociemniało, w uszach nagle pojawiła się wata. Przez tą watę dobiegł mnie wściekły ryk niedźwiedzia.

Jak mi potem powiedzieli John i Jonasz, kiedy padłem zakonnik odpierał dzielnie ataki niedźwiedzia i Indian, a John postanowił wycofać się w las. Kiedy jednak odwrócił się i pobiegł między drzewa niedźwiedź poniechał Jonasza i ruszył za nim. Już miał go dopaść i John odwrócił się by stawić mu czoła w ostatniej desperackiej próbie obrony, kiedy bestia nagle stanęła, zawyła i ruszyła co prędzej z powrotem w kierunku swojego tipi.

I teraz właśnie, kiedy Jonasz położył trupem drugiego z trzech Indian, niedźwiedź wpadł na polankę. Wściekły rozdarł płótno namiotu i z furią zamachnął się łapą na dzielnego zakonnika. Schyliłem się, by podnieść włócznię-amulet, ale nagle przypomniało mi się, jaką złowrogą aurę wyczułem wtedy, gdy Miss Redrose na chwilę otworzyła torebkę. To nie była święta relikwia Navajo, oni jej tylko strzegli przed takimi jak ta czarownica, bo włócznia miała w sobie złego ducha i złą moc. Cofnąłem rękę i wyszarpnąłem z kabury przy udzie obrzyna. Przystawiłem obie lufy do leżącej na ziemi włóczni i ściągnąłem oba kurki. Huknęło, zadymiło, o wiele bardziej niż zwykły wystrzał ze strzelby, drobne kawałki amuletu rozprysnęły się we wszystkie strony. I oto przed Jonaszem, w rozdarciu namiotu nie było już rozszalałego grizzly. Kucał tam na czworakach stary, pomarszczony Indianin, obwieszony piórami, kośćmi i sznurkami.

Zakonnik dobił ostatniego Indianina a potem rzuciwszy sztylet dosięgł uciekającego niezdarnie szamana, kładąc go trupem, chociaż trafił tępym końcem. Ten Jonasz ma jednak siłę konia! W tym czasie ja ogłuszyłem kolbą obrzyna Miss Redrose i Boba Fitza, którym zdaje się unicestwienie amuletu przerwało wizję. Wtedy ziemia pod nami zatrząsła się i pękła, rozległ się upiorny ryk, dochodzący gdzieś spod ziemi, a może spod otaczającej wyspę wody. To „pan jeziora”, rozjuszony uśmierceniem jego kapłana i przerwaniem rytuału, okazywał swój gniew.

Wypadliśmy z Jonaszem z tipi, ciągnąc bezwładne ciało czarownicy. Na skraju placyku zobaczyliśmy Johna, całego roztrzęsionego i coś bełkoczącego. Jonasz wziął nieprzytomną czarownicę, ja odciąłem od pala chyba jedyną żywą kobietę i wraz z Johnem ponieśliśmy ją śladem Jonasza ku brzegowi jeziora i skrytym tam canoe. Woda była wściekle spieniona, co raz w górę tryskały gejzery. Z przerażeniem zobaczyliśmy w nich krew i szczątki ludzkie, na widok których John znowu pobielał i omal nie zawrócił z powrotem wgłąb pękającej najwyraźniej na kawałki wyspy. Wskoczyliśmy do canoe, Jonasz, John i nieszczęsna niedoszła ofiara do jednego, a ja do drugiego, do którego wrzuciliśmy też nieprzytomną czarownicę, której zawiązałem tymczasem solidny knebel. Wypchnęliśmy czółna na wzburzone wody jeziora i jęliśmy szaleńczo wiosłować, byle dalej od przeklętej wyspy.

Niestety wzburzone gniewem swego pana jezioro niemal natychmiast wywróciło kruche łódeczki. Mnie udało się jakoś uchwycić czółna i nawet dosięgnąłem ześlizgującą się do wody Miss Redrose, ale John i Jonasz z trudem tylko ocalili własną skórę. Nieznajoma kobieta, która uniknęła strasznego losu przy palu zniknęła pod falami, stając się jednak ofiarą dla okrutnego „pana jeziora”. Zaczęliśmy rozpaczliwą walkę ze wzburzonymi wodami i po prawie godzinie zmagań, niewątpliwie z bożą pomocą, udało nam się sięgnąć bezpiecznego brzegu. Wypełzliśmy na ląd i długo leżeliśmy bez sił, zanim mogliśmy cokolwiek zrobić.

Wyspa zniknęła. Jezioro nadal szalało, wyrzucając w górę gejzery wody, krwi i szczątków. Ocalona z takim poświęceniem czarownica okazała się być martwa, widać jednak się utopiła, będąc nieprzytomną. Nasz świeżo poznany znajomy, Mr Kirk Oldman zniknął wraz ze swym ekperymentalnym działem i naszymi końmi. Może tylko odszedł kawałek, a może wpadł w ręce Indian i już nie żyje. Jonasz zebrał siły i nałożył swe wielkie ręce na Johna i na mnie, a nasze rany cudownie zabliźniły się i zniknęły. Siedzimy mokrzy nad brzegiem jeziora i zastanawiamy się co dalej.

Trochę żałuję, że nie ogłuszyłem jednak zajętej sobą dwójki wczoraj w nocy na pustyni. Mielibyśmy dwóch żywych kultystów, jeśli zakneblowanie czarownicy przeszkodziłoby jej w rzuceniu zabójczego czaru na siebie. No i mielibyśmy ten wstrętny amulet, razem z torebką z podwójnym dnem. Z drugiej strony patrząc, nie wiedzielibyśmy dokąd ona jechała, nie zabilibyśmy tego szamana, sługi „pana jeziora” i nie ocalilibyśmy Mr Oldmana, choć ten ostatni zysk jest mocno wątpliwy. Pozostaje też otwarta kwestia jak się stąd wydostać, nie mając koni i unikając nie wiadomo ilu Indian. Odpoczniemy jeszcze chwilkę, a potem rozejrzymy się wokół, przejrzymy ślady, pójdziemy tropem naszych koni. Mam nadzieję, że odnajdziemy je wraz z całym i zdrowym Mr Oldmanem, a potem wszyscy opuścimy to przeklęte kaktusowe pole. A jeśli nie to przynajmniej damy czerwonym popalić, jak mi Bóg miły!


* Przysłowia w języku Schillera i Goethego i ich tłumaczenia pochodzą ze strony http://www.przyslowia.depl.pl/

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz piąty ,

Comments are closed.