Córa Zatracenia

16 kwietnia 1878

Mit großen Herren ist nicht gut Kirschen essen (Nie jest dobrze jeść czereśnie z wielkimi panami).

Po prawie cudownym uratowaniu z łap „pana jeziora” i dojściu do siebie odnaleźliśmy nasze konie, niestety wraz z trupem Mr Oldmana, któremu Indianie poderżnęli gardło. Zniknęły także wszystkie nasze „wytwory białego człowieka”, czyli broń, latarnie i tym podobne, zostały tylko derki, płaszcze i jedzenie. Dobre i to. Ruszyliśmy w drogę do Santa Fe i właśnie wczoraj wieczorem dotarliśmy na miejsce. Dziś szeryf zapoznał nas z kolejnym Texas Rangerem, nazwiskiem Thomas Glover, który w zastępstwie Miss Everett odebrał od nas raport w sprawie Miss Redrose, indiańskiego szamana i „pana jeziora”. Mimo, że formalnie nie wywiązaliśmy się z zadania, w uznaniu naszych zasług Mr Glover wypłacił nam po 100 dolarów i zapewnił, że Skonfederowane Stany Ameryki chętnie znowu podejmą z nami współpracę. Obiecaliśmy, że skontaktujemy się z szeryfem znowu za tydzień, lub dwa, kiedy wróci Cornelia Everett.

W Santa Fe spotkaliśmy także starego znajomego – Jimmiego Goldfisha. Był bardzo przejęty, ponieważ podobno w Springer widziano Setha Kelmana, którego położyliśmy trupem w Cold Water. Cornelia mówiła nam już wcześniej, że grób Kelmana opustoszał, potwierdziły się więc jej obawy, że wstał z grobu i chce się zemścić na swych zabójcach. Dość to może dziwne, ale ostatnie wydarzenia tak mnie utwardziły i oswoiły z różnymi żywymi trupami, widmami, wampirami i co tam jeszcze do niedawna występowało tylko w bajkach, że niezbyt się przejąłem ożywionym diabelską sztuką Kelmanem i nawet wmówiłem biednemu Jimmiemu, że to tylko brat bliźniak zabitego.

Jimmy poznał nas także ze swoim nowym znajomym, który usłyszał od niego sporo o naszych poczynaniach i chciał się do nas przyłączyć. To porucznik Armii Konfederacji, w starym polowym mundurze, mianujący się jednak majorem, o dość sympatycznej, tryskającej energią twarzy i miłym obejściu, mimo wojskowej surowości. Nazywa się Ned Sanders. Wygląda na zaprawionego w bojach, ale jednocześnie lubiącego używać życia – świadczą o tym jego pokaźny brzuch i wiecznie czerwony nos. Żywo interesuje się robieniem porządku na Dzikim Zachodzie i wygląda na to, że znajdziemy w nim dobrego kompana.

A zapowiada się, że nie będziemy leniuchować w Santa Fe, czekając na przyjazd Miss Cornelii, bo Jimmy Goldfish zdążył polecić nas pewnemu znajdującemu się w potrzebie bogaczowi. Mr Irving Backlund jest właścicielem wielu kopalń i firmy Backlund Mining Inc., ale równocześnie nieszczęśliwym i złamanym człowiekiem. Jego jedyny syn Christopher załamał się po śmierci matki, opuścił ojca i przystał do jakiejś sekty, nazywającej się „Kościół Boskiego Płomienia”. Mr Backlund poświęcił wiele czasu i pieniędzy, aby go odnaleźć i skłonić do powrotu, ale niestety daremnie. Syn odpisał mu w liście, że musi odpokutować za grzechy swoje i ojca, które były przyczyną śmierci matki i w tym celu musi porzucić dotychczasowe, grzeszne życie i odciąwszy się całkowicie od świata szukać pociechy w swym nowym kościele. Ze względu na podeszły wiek i stan zdrowia nieszczęsny ojciec nie był w stanie sam wybrać się do siedziby sekty, która mieści się w górach, a wysłany emisariusz nie został w ogóle dopuszczony do jego syna. Postanowił więc wynająć desperados, którzy siłą lub sposobem skłonią jego marnotrawnego syna do powrotu.

Co do mnie to otwarcie powiedziałem Mr Backlundowi, że zadziałam dopiero gdy sam przekonam się, że coś jest nie w porządku z „Kościołem Boskiego Płomienia”, ale Jonasz i nasz nowy towarzysz Ned od razu zadeklarowali, że wyrwą Christophera „z łap” sekty. Mr Backlund pała zaciekłą nienawiścią do przywódczyni sekty, niejakiej lady Cynthii Castairs, co jest rzeczą dość zrozumiałą w jego przypadku, ale niewłaściwą w naszym. W końcu kościół protestancki powstał także z odrzucenia pewnych niewłaściwych praktyk, dzięki czemu jest bliższy naukom Chrystusa niż kościół katolicki. Niewykluczone, że panna Castairs odkryła jeszcze doskonalsze wcielenie boskich nauk i to dlatego tylu ludzi przyłączyło się do niej. W takim przypadku poznanie jej samej i jej kościoła może być wielkim przeżyciem. Tak, czy owak ruszamy jutro do małej górskiej mieściny Derry’s Ford, w pobliżu której leży siedziba sekty.

20 kwietnia 1878

Eifersucht ist eine Leidenschaft, die mit Eifer sucht, was Leiden schaft (Zazdrość jest namiętnością, która szuka z zapałem tego, co sprawia cierpienie).

Dziś po południu przybyliśmy nareszcie do Derry’s Ford niemal czterodniowej podróży przez góry. Wczoraj wieczorem na górskiej ścieżce napadło nas dwóch jakichś pacanów, udających bandytów, ale zwiali pod groźnym spojrzeniem Neda, który w mgnieniu oka potrafi się przepoczwarzyć z jowialnego grubasa w rozjuszonego buhaja. Derry’s Ford ma dwie ulice, choć właściwie to dwa szlaki handlowe krzyżują się właśnie tutaj, saloon, dwa hotele, sklep i katolicki kościół, oraz może z półtorej, dwie setki mieszkańców, choć cały czas są tu przyjezdni, podróżujący jednym ze szlaków. Szeryf Leyland Turner kazał nam na wstępie oddać całą broń, ale miasteczko wygląda na bardzo spokojne i mam nadzieję, że spluwy nie będą nam tu potrzebne.

Co do sekty to na razie dowiedzieliśmy się, że są spokojni, choć trzymają się z dala od miasteczka, z rzadka tylko przyjeżdżają sprzedać tu swoje plony i kupić potrzebne im rzeczy w faktorii. Ich przywódczyni jest podobno bardzo piękna, ale niektórzy mieszkańcy mówią, że jest czarownicą. Widzieli ją podobno latającą na miotle. Podobno do sekty należy też sławny rewolwerowiec, Edgar DuChamps, znany między innymi z zastrzelenia szeryfa i zastępcy w Abilene. Zawsze, gdy sekciarze przyjeżdżają do miasteczka, DuChamps przyjeżdża w ich eskorcie.

Poznałem w Derry’s Ford prawie-że-rodaka – Norwega, przybyłego z Europy do Ameryki zaledwie dziesięć lat temu. Nazywa się Jock Swenson, ma sklep z artykułami różnymi i siedmioro dzieci. Miło było wypić piwo z kimś, kto też pochodzi ze starej, dobrej Europy i ma pojęcie jak wygląda prawdziwa cywilizacja, choć Norwegia nie jest oczywiście tak cywilizowana jak Niemcy. Tego mu jednak oczywiście nie mówiłem.

Za to Jonasz znalazł w Derry’s Ford towarzystwo zupełnie innego rodzaju. Miejscowy wielebny jest pijakiem, spędzającym w saloonie znacznie więcej czasu niż w kościele, wskutek czego lokalna owczarnia jest zapuszczona i jakby bezpańska. Jonasz wziął się z zapałem do dzieła krzewienia wiary i przywracania konfratra do przytomności. Przy okazji dowiedziałem się jednak, że wielebny Owlsley był kiedyś przykładnym księdzem, a rozpił się dopiero, gdy w pobliżu osiadła sekta „Kościół Boskiego Płomienia”. Może więc ksiądz-pijak wie coś o owej sekcie, albo też przywódczyni sekty wie coś o nim? Tego dowiemy się jednak dopiero, gdy wielebny wytrzeźwieje. Jonasz już o to zadba.

21 kwietnia 1878

Wer sich entschuldigt, klagt sich an (Kto się tłumaczy, ten się oskarża).

Dziś rano Jonasz zaczął od porannej mszy, co zdaje się było tu niezłym wydarzeniem, może z połowa całego miasteczka przyszła do kościoła. Po mszy nasz braciszek „napominał” wielebnego Owlsleya, aż ten uciekł do swego domu i tam się zabarykadował. Potem we trójkę, z Nedem, bo John się pochorował i nie potrafił wstać z łóżka, pojechaliśmy obejrzeć sobie z daleka siedzibę sekty. Dzięki lunecie mogliśmy przyjrzeć się im dość dokładnie, samemu pozostając poza zasięgiem wzroku. Zauważyliśmy wiele wozów zgromadzonych przed wielkim budynkiem, zdaje się sypialnią sekciarzy, z którego to budynku wynosili oni liczne pakunki i układali je na wozach. Wydało nam się, że przygotowują się do przeprowadzki. Poza tym niewiele dało się zauważyć, choć Jonasz skwapliwie zanotował, że na ich kościele nie ma krzyża, tylko płomyk. Potem z farmy sekty wyjechała mała dwukółka na której zauważyliśmy DuChampsa i trójkę innych ludzi i skierowała się w kierunku miasteczka, więc pospieszyliśmy, żeby znaleźć się tam przed nią.

Pomyślałem, żeby wplątać DuChampsa w bójkę i stłuc mu okulary, co z pewnością uczyniłoby go mniej groźnym. U mojego znajomego Norwega wykupiłem wszystkie trzy pary okularów, ale w sumie nie było okazji do bójki i jedynie Jonasz „ponapominał” trochę, tym razem pracowników i właściciela faktorii, że handlują z odszczepieńcami, co tamci zresztą zignorowali.

Postanowiliśmy więc z Nedem pojechać do siedziby sekty i spróbować do niej przystać „na próbę”. Jonasz oczywiście odmówił udziału w tej maskaradzie, ale przyłączył się do nas Jimmy Goldfish, który słyszał, że Lady Cynthia jest niezwykle urodziwa i do tego dopuszcza swych wyznawców do swego łoża. Hmmm, muszę przyznać, że i mnie wydało się to ciekawym i pouczającym doświadczeniem.

Pojechaliśmy zatem i po przepychankach z DuChampsem zostaliśmy zaproszeni na rozmowę przez samą Lady Cynthię. Rzeczywiście jest to kobieta niezwykłej urody, przy której zapomniałem niemal kim jestem i po co tu przyjechałem. Bez trudu także udało jej się wykryć, że moja chęć poznania sekty i ewentualnie przyłączenia się nie jest szczera, choć akurat wtedy byłem prawie całkowicie szczery, tak wielkie wrażenie zrobiła na mnie uroda tej kobiety. Ned udawał znacznie lepiej, muszę się zatem nauczyć od niego tej umiejętności, zaraz po sztuce władania szablą. Lady Cynthia grzecznie poprosiła nas byśmy opuścili siedzibę sekty, skoro nie stać nas (to znaczy mnie) na szczere wyznanie swych motywów, postanowiłem więc zagrać va banque i powiedziałem po co naprawdę przyjechałem. Ku mojemu zdziwieniu Lady Cynthia wezwała Christophera i pozwoliła mi z nim szczerze porozmawiać. Muszę przyznać, że prawie mnie przekonał, że jego droga jest słuszna i że sekta daje mu możliwość odkupienia win swoich i ojca. Kiedy więc skończył, nie miałem nic od dodania i pokornie opuściliśmy siedzibę „Kościoła Boskiego Płomienia”.

Kiedy jednak czar minął, postanowiliśmy nie dawać za wygraną i wieczorem wybraliśmy się tam jeszcze raz. Tym razem zakradłem się pod osłoną Neda i Jonasza pod samą ścianę kościoła, w którym odbywało się akurat wieczorne nabożeństwo i podsłuchałem co zamierzają sekciarze. Otóż istotnie wozy zostały przygotowane do podróży w góry, gdzie ma nastąpić wielki rytuał oczyszczenia, po którym winy wszystkich zostaną odkupione. Sekta wyrusza jutro rano. Sprawdziłem też jeden z wozów i rzeczywiście, znalazłem na nim namioty, ciepłe ubrania i tym podobne rzeczy. Uznałem, że misja została wykonana i wycofałem się niezauważony do moich towarzyszy.

Powróciliśmy do miasteczka i po zrobieniu zakupów na wycieczkę w wysokie góry szykujemy się do snu, aby rano przed świtem wyruszyć pod farmę sekty i ruszyć ich śladem w góry. Coś mi mówi, że ten rytuał pokaże prawdziwe oblicze „Kościoła Boskiego Płomienia” i jego kapłanki.

22 kwietnia 1878

Wer andern eine Grube gräbt, fällt selbst hinein (Kto kopie innym dół, sam wpada).

Ocknąłem się na koniu, przewieszony przez siodło jak tłumok. Okazało się, że tylko Jonasz obudził się o czasie, a Neda i mnie nie dało się w ogóle dobudzić, mimo polewania wodą i policzkowania. W końcu Jonasz zdecydował się nas załadować na konie i tak ruszyliśmy w pościg za sekciarzami. W nocy nad miasteczkiem przeszła podobno straszna burza, cała okolica została zasypana śniegiem, bo miało zapewne utrudnić odnalezienie śladów wozów. W tym momencie nie mieliśmy już wątpliwości, że rzeczywiście coś złego się szykuje, ale całą grozę tego co miało nadejść uświadomił nam dopiero wielebny Owlsley.

Ten bełkoczący jeszcze wczoraj i nie nadający się do niczego moczymorda przemienił się bowiem w ciągu jednej nocy w bożego rycerza, wyprostowanego w siodle, umytego i ogolonego, a do tego zdeterminowanego by wielkie zło, którego kiedyś był świadkiem nie powtórzyło się po raz drugi. Tak właśnie, Owlsley bowiem przed pięćdziesięciu laty był świadkiem takiego wielkiego „rytuału oczyszczenia”, w którym zginął jego brat, który przystał do sekty. Nazywała się ona wtedy nieco inaczej i działała w innej części Ameryki, ale kapłanką była ta sama kobieta – Lady Cyntia Castairs, tyle że wtedy przedstawiała się jako Emily Wright. Podczas rytuału pięćdziesięciu młodych ludzi pozarzynało się wzajemnie śmiejąc się opętańczo i tańcząc wokół wielkiego ogniska, a Lady Cynthia, czy też Emily Wright śmiała się razem z nimi i z każdym rozpłatanym gardłem, lub skręconym karkiem młodniała w oczach. Kiedy diabelski rytuał zaczynał się wyglądała na około czterdzieści lat, kiedy się kończył – na dwadzieścia. A więc mieliśmy do czynienia z czarownicą i to czarownicą doświadczoną.

Osadę sekty zostaliśmy opuszczoną, śnieg leżał na drodze, ale na szczęście ślady wozów były głębokie i bez trudu daliśmy radę jechać za nimi. Mieli nad nami parę godzin przewagi, bo wbrew temu co słyszałem podczas wieczornego obrzędu, wyruszyli najwyraźniej w nocy. Postanowiliśmy nie zwlekać i nie marnowaliśmy czasu na przeszukiwanie opuszczonej osady, tylko ruszyliśmy natychmiast w pościg.

Lady Cynthia wiedziała jednak najwyraźniej, że będziemy ją ścigać i przygotowała pułapkę. W płytkim kanione zostawili jeden przewrócony wóz, a przy nim leżącego człowieka, żeby wyglądało to jak napad. Na górze kanionu czatowali na naiwnych czterej ludzie z karabinami, a udający martwego człowiek przy wozie także miał w pogotowiu rewolwer. Jednak nie daliśmy im szans – Ned rozstrzelał trzech, ja jednego sekciarza, a Jonasz ogłuszył ostatniego. Kiedy ten odzyskał przytomność, w ogóle nie pamiętał skąd się tu wziął, zdał sobie natomiast sprawę, że opuścił rodzinę i dał się oczarować czarownicy. Powiedział nam jednak dokąd zmierzają wozy – niedaleko w górach sekciarze zbudowali ołtarz, przy którym ma odbyć się wielki rytuał. Dowiedzieliśmy się także, że DuChamps jest z sektą od jakichś dwóch lat. Wcześniej u boku Lady Castairs stał nie kto inny jak Seth Kelman! Za zatem banda karciana była i tu. Postanowiliśmy nie zabijać niepotrzebnie członków sekty, ale zdjąć czar zabijając od razu czarownicę.

Dalej na naszej drodze stanęła lawina, która – zapewne za sprawą wiedźmy – zeszła niespodziewanie z góry i zatarasowała kompletnie górską drogę, którą jechaliśmy. Musieliśmy zostawić konie, zabrać tylko niezbędne wyposażenie i pójść dalej pieszo. Ale nie szliśmy długo, mimo zamieci dostrzegliśmy w otwierającej się przed nami kotlinie blask wielkiego ognia i cienie tańczących ludzi na otaczających ją skałach. Przy prymitywnym kamiennym ołtarzu, nieco ponad roztańczonym tłumem, stała sama Lady Castairs ze swym przybocznym – Edgarem DuChampsem.

Przymierzyliśmy obaj z Nedem z naszych karabinów i na komendę jednocześnie wypaliliśmy w głowę czarownicy. Byłem pewien, że kula trafiła tam gdzie chciałem, to samo Ned, a mimo tego nic się nie stało. To znaczy nic, czego byśmy sobie życzyli. Głowa wiedźmy nie eksplodowała drobinkami kości, krwi i mózgu, kończąc tym samym czar. Zamiast tego ona sama i towarzyszący jej rewolwerowiec odwrócili się w kierunku strzałów i zobaczyli nas.

Lady wypowiedziała jakieś słowo i dokoła DuChampsa pojawił się wir płatków śniegu, następne słowo i przed nim pojawił się jakby mur z wiatru i śniegu. Osłoniwszy w ten sposób swego pupilka czarownica wzniosła się w górę jakby na skrzydłach wiatru i z jej wyciągniętych rąk trysnął w naszym kierunku strumień ognia. Przeleciał nad Nedem i uderzył w znajdującą się za nim skałę, eksplodując ognistą kulą i rozbijając skałę na kawałki.

Rozpoczęła się zażarta walka. Kucaliśmy z Nedem za swoimi skałkami by uniknąć ognistych strug z rąk czarownicy i kul z długich rewolwerów DuChampsa, po czym wychylaliśmy się na chwilę by samemu strzelić. Rewolwerowiec strzelał z długolufowych Coltów Buntline i mimo niemal stu metrów jego ogień był całkiem celny, a wiedźma zdawała się całkiem odporna na nasze kule. Tymczasem wielebny Owlsley i nasz Jonasz pobiegli w dół kotlinki ze swymi kijami i kamieniami. Przestaliśmy strzelać do czarownicy i skupiliśmy ogień na DuChampsie. Mimo podwójnej osłony wiatru Nedowi udało się go w końcu trafić i rewolwerowiec padł martwy. To jednak jeszcze bardziej rozwścieczyło Lady Castairs. Ogniste strugi rozbiły skałę przed Nedem i omal nie usmażyły go żywcem, a mnie poparzyły rękę, nie dość dobrze skrytą za skałą. Tymczasem wierni tańczący opętańczo wokół wielkiego ognia sięgnęli po noże, kamienie i pałki i jęli się nimi wzajemnie kaleczyć i zabijać w rytualnej ofierze. Widząc to wielebny Owlsley skoczył w tłum, zdecydowany nie dopuścić by tragedia, której był świadkiem pięćdziesiąt lat temu, powtórzyła się znowu.

Wtedy stała się rzecz zdumiewająca – nagle strugi ognia przestały wytryskiwać z rąk czarownicy, która zdesperowana i wściekła rzuciła się na Jonasza ze sztyletem w dłoni. Według słów mnicha to sam Bóg, na jego prośbę, odebrał czarnoksięską moc wiedźmie, zmuszając ją do sięgnięcia po bardziej prozaiczne metody. Zaatakowała jednak sztyletem wściekle, a jako że była nadal niemożliwa do zranienia, zaczęła spychać Jonasza do defensywy. Wtedy Ned wpadł na genialny pomysł. Zrozumiawszy, że czarownica czerpie swą moc z wielkiego ognia, spróbował wywołać śnieżną lawinę, by go ugasić. Pojąwszy jego ideę przyłączyłem się do kanonady i wkrótce narastający huk oznajmił nam, że się udało!

Rzeka śniegu runęła ze skały wprost na wielkie ognisko i na skłębiony wokół niego tłum wyznawców, znacznie już przetrzebiony, sięgając jednak także i nas. Nagle zrobiło się ciemno, bo lawina przykryła nas cienką warstwą śniegu, ale kiedy wygramoliliśmy się spod śniegu z radością zauważyliśmy, że ogień zgasł. Ned wymierzył karabin w głowę gramolącej się właśnie spod lawiny czarownicy i wypalił. I tym razem żadne czary nie mogły już zmienić wyroku – krew bluznęła z rozwalonej czaszki i martwe nareszcie ciało wiedźmy opadło w śnieg.

Nie był to jeszcze koniec, bo z góry zeszła kolejna, potężniejsza lawina, spod której ledwo udało nam się wyjść cało, potem jeszcze gorączkowo szukaliśmy pod śniegiem ocalałych niedawnych wyznawców „Kościoła Boskiego Płomienia”, ratując około trzydziestkę z około osiemdziesięciu którzy przybyli tu złożyć ofiarę ze swego życia swojej niedawnej pani. Wśród tych ocalałych jest też Christopher Backlund, na którego w Santa Fe czeka stary ojciec, a który jest dla nas wart po pięćset dolarów na głowę. Ocalał także wielebny Owlsley, który będzie mógł teraz ze spokojnym sumieniem i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku zająć się swoją zaniedbaną owczarnią. Jonasz szykuje się już do wielkiego rozdawania majątku sekty ubogim i potrzebującym w Derry’s Ford, a ja będę miał może nareszcie trochę czasu, by poćwiczyć robienie szablą. No i to kłamanie… Jak to było – „moja matka ma brodę”?


* Przysłowia w języku Schillera i Goethego i ich tłumaczenia pochodzą ze strony http://www.przyslowia.depl.pl/

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz piąty ,

Comments are closed.