Die Simpsons

24 marca 1878

Besser ein Spatz in der Hand als eine Taube auf dem Dach (lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu).

Po wczorajszej masakrze ludzie w Cold Water nie doszli jeszcze do siebie. Śmierć starego szeryfa Randalla, potem strzelanina w saloonie na łącznie osiem trupów, no a wreszcie poderżnięte gardła trzech zakonnic i nieszczęsnej Mrs Baker, do tego doktora Andersona i finał z dwoma „karcianymi bandytami” na cmentarzu, razem szesnastu sztywnych. To sporo jak na dwustu mieszkańców. Jakoś tam wszyscy się pozbierali, wzięli się do sprzątania i grzebania trupów, ale są ciągle otępiali i zszokowani, mało kto chyba zauważył, że z aresztu zniknęli obaj aresztanci.

Niestety – fałszywy feldfebel Wood uciekł. Może Jim zapomniał zamknąć kratę, albo Wood wykradł mu klucze. To niedobrze, bo miał być sądzony za udział w napadzie na pociąg, a skoro uciekł, sędzia przybędzie na daremno i będzie zły, co może zachęcić burmistrza do oskarżenia o coś naszej grupy. A ściślej – mogłoby – gdyby nie propozycja Miss Everett.

Miss Cornelia Everett jest Texas Rangerem, a przy tym uwodzicielską i uroczą damą. Przyjechała w asyście dwudziestu czterech kawalerzystów dowodzonych przez niejakiego kapitana Bauera. Niemieckie nazwisko, ale niestety człowiek przeciętny. Po przesłuchaniu nas, księdza Manny’ego, Jimmy Goldfisha i paru mieszczan zaproponowała nam układ: po 50$ nagrody i uwolnienie od potencjalnych kłopotów, w zamian za poparcie jej wersji, że banda która napadła na pociąg została rozbita w Cold Water. To, jak zrozumiałem podczas obiadu, na który Miss Cornelia pozwoliła się zaprosić, ma uspokoić ludzi i ułatwić zadanie przedstawicielom prawa.

Dodatkowo dostaliśmy małą misję: zdanie relacji i zawiezienie podobizn Kelmana i Rodmana dwóm innym Texas Rangerom, którzy zajmują się „bandą karcianą”. Nazywają się Max Hanks i Dawid Owen i siedzą aktualnie w Springer. Jutro więc jedziemy do Symons, skąd pociągiem dostaniemy się do Springer. Podobizny obydwu „karciarzy” i fałszywego Wooda wykonał Jimmy Goldfish, który zresztą także jedzie z nami do Springer, podobnie jak sierżant Guarez z kompanii kapitana Bauera.

26 marca 1878

Faul bekommt wenig ins Maul (leniwy dostaje mało do pyska).

Wczoraj w nocy zdawało mi się, że widzę kogoś czającego się w mroku i dziś rano okazało się, że wcale mi się nie zdawało i nieroztropnie zlekceważyłem zagrożenie. Na przyszłość będę sprawdzał każde takie podejrzenie, bo nieostrożność może się skończyć poderżniętym gardłem.

27 marca 1878

Wo Rauch ist, muß auch Feuer sein (gdzie jest dym, musi być i ogień).

Mam nadzieję, że ślady które wczoraj rano znaleźliśmy wokół obozowiska należały do zwiadowców Komanczów, którzy napadli nas dziś rano, a nie do kogoś innego, kto się jeszcze nie ujawnił. Na przykład szpiega „bandy karcianej”.

Wczoraj wieczorem wsiedliśmy do pociągu z Symons do Springer w towarzystwie sierżanta Guareza. W wagonie sypialnym, w którym podróżowaliśmy z łaski Texas Rangers, nie było zbyt komfortowo i w Niemczech nie jechałaby nim co najwyżej biedota, ale na Dzikim Zachodzie takie są niestety standardy. Podróż umilało nam towarzystwo miłych pań, z których jedna – Miss Margaret Johnson – zaprosiła mnie do odwiedzenia szkoły w której uczy w Springer.

Dziś rano obudził nas Jim, który śpiąc czujnie jak na czerwonoskórego przystało, usłyszał wskakujących na dach pociągu Komanczów. W samych kalesonach ruszyliśmy do walki. Nasz wagon sypialny doczepiony był od razu za tendrem z węglem i na tym tendrze rozegrała się krwawa walka z dwoma Komanczami o dostęp do lokomotywy, opanowanej już przez dwóch innych Indian. Tędy atakowali Jim i sierżant Guarez, a także początkowo ja, ale po otrzymaniu rany od rzuconego celnie noża postanowiłem strzelać z większej odległości z dachu wagonu. Przy drugim wyjściu z sypialnego czatowało jednak dwóch kolejnych Indian, z których jeden został obity, a następnie zrzucony z dachu pociągu przez Jonasza, a drugi zadźgany nożem przeze mnie, po długiej i męczącej walce. Po pokonaniu tej dwójki dołączyliśmy z Jonaszem do ataku na lokomotywę, prowadzonego już przez „Grzmiącego Lisa”, wspieranego z dystansu przez sierżanta Guareza. Jim znowu atakował bardzo ryzykownie i byłby zginął, gdyby Jonasz celnie rzuconym kamieniem nie zlikwidował jednego z Komanczów. Zwalniającą coraz bardziej lokomotywę opanowano i konduktor zdołał ponownie ją rozpędzić, a czas był już najwyższy, bo zza horyzontu cwałowała cała gromada około siedemdziesiąciu Komanczów.

Po przybyciu do Springer obwołano nas bohaterami, jako że ocaliliśmy pasażerów przed żądnymi krwi Komanczami, ale podejrzewam, że to właśnie my byliśmy celem ataku, choć lepiej o tym nikomu nie wspominać. Na peronie zaczepił nas także miejscowy rewolwerowiec, chcąc podreperować swoją reputację zastrzeleniem jednego z nas, ale obiłem go po twarzy przy wszystkich gapiach i podobno wyjechał z miasta w niesławie.

Niestety Rangerzy, z którymi mieliśmy się tu skontaktować, wyjechali wczoraj rano w góry, niemal zapomnianym Srebrnym Szlakiem. Wcześniej czegoś szukali w mieście i wspomnieli o Osadzie Simpsonów, leżącej na tym szlaku. Po namyśle postanowiliśmy pojechać ich śladem jutro rano.

29 marca 1878

Stille Wasser sind tief (ciche wody są głębokie).

Jako że nie mogliśmy znaleźć nigdzie Johna, który ponoć odnalazł w Springer jakąś swoją dawną znajomą, pojechaliśmy w góry we trójkę. Cały wczorajszy dzień jechaliśmy Srebrnym Szlakiem po śladach dwóch Rangerów. Około południa spotkaliśmy dwóch Indian, nie Komanczów, ale pokojowo nastawionych Nawajo, którzy ostrzegali nas przed dalszą podróżą szlakiem. Wielu wojowników z ich plemienia zaginęło bez śladu jadąc tędy. My także czuliśmy, że okolica jest jakby mroczna i niegościnna. Śladów zwierzyny było coraz mniej, rośliny stały się pokrzywione i często pousychały, słońce robiło się jakby szare im dalej w góry się zapuszczaliśmy. Około piątej po południu minęliśmy opuszczoną chatę traperów, na framudze drzwi od wewnątrz znaleźliśmy ślady po kulach i powbijany w deski śrut, a także stare ślady krwi. Rozważaliśmy zatrzymanie się tam na nocleg, ale potem postanowiliśmy jednak jechać dalej, aż zacznie zmierzchać.

I prawie o zmierzchu dotarliśmy do Osady Simpsonów. Wyglądała przyjaźnie na tle posępnej okolicy, ale od początku byliśmy nieufni i zanim zdecydowaliśmy się pokazać przeprowadziliśmy rekonesans, niczego podejrzanego jednak nie znajdując. Gospodarze przyjęli nas serdecznie, ugościli kolacją, zajęli się końmi i zaoferowali jeden cały dom, abyśmy mogli się wyspać, sami przenosząc się do drugiego. Była ich szóstka – łysy Wiliam z żoną Amandą i małym synem Ianem, oraz niedźwiedziowaty Ted z żoną Julią i całkiem ładną córką Natalią. Cały czas jednak byliśmy nieufni i kiedy już gospodarze zniknęli w drugim domu, ale zanim położyliśmy się spać przeszukaliśmy okolicę raz jeszcze.

No i tym razem znaleźliśmy parę niepokojących rzeczy. Jeden z koni stojących w stodole miał pękniętą podkowę, dokładnie taką, jak trop Rangerów, którym przyszliśmy aż tutaj. Czyli Max i Dawid byli tu i został po nich przynajmniej jeden koń. Do tego oprócz śladów podków i butów, znaleźliśmy w obejściu także dziwny ślad, jakby bosej stopy, ale jakiejś dziwnej. Robiło się już ciemno i – wstyd się przyznać, ale tak było – zrobiło mi się strasznie.
Najszybciej jak się dało zaczęliśmy barykadować dom, w który mieliśmy spać. Zamknęliśmy okiennice, które jednak okazały się nadzwyczaj liche i słabe, więc przeszliśmy wszyscy do najmniejszego pokoju z jednym tylko oknem, a we framudze ustawiliśmy barykadę z dwóch łóżek, ustawionych jedno na drugim. Trzeciego nie zdążyliśmy już przenieść, bo za oknem dał się słyszeć cichy tupot i wyraźne węszenie.

A potem drzwi rozwarły się gwałtownie i stanął w nich stwór z piekła rodem. Widziałem już ostatnio chodzące trupy, ale wtedy straciłem nad sobą panowanie i nie mogę przysiąc, że widziałem co widziałem. Teraz jednak, choć moje przyrodzenie skurczyło się nieprzyjemnie i po plecach przebiegł mnie zimny dreszcz, nie wpadłem w panikę i stawiłem czoło paskudnej rzeczywistości jak na prawdziwego Niemca przystało. Stwór wyglądał z grubsza jak człowiek, ale był chudy, wysuszony, uzbrojony w długie pazury i jeszcze dłuższe zębiska. Oczy miał świecące czerwono, ale może mi się zdawało. Jednym słowem – wampir, jak w starych bajaniach.

Jim stojący obok mnie przy zaimprowizowanej barykadzie wypalił w łeb potwora, który zwalił się na ziemię. Ale zaraz wskoczył za nim drugi i zanim zdążyłem dobrze przymierzyć wskoczył na spiętrowane łóżka. Odskoczyłem odruchowo i strzeliłem z mojego wiernego Snider/Enfielda, trafiając w głowę monstrum. Kawałek czaszki stwora odprysnął i bestia zwaliła się u moich stóp. Tymczasem jednak kolejny, trzeci już wampir wywalił okiennicę i wskoczył do środka. Zanim Jonasz zdołał cokolwiek zrobić przyskoczył do niego i wbił długie kły w obfitą jonaszową pierś. Doskoczyłem z nożem i dźgnąłem potwora, a on puścił Jonasza i przypadł do mnie, wbijając się w moją nogę. Dwa razy dźgnąłem w głowę, ale stwór nie puszczał. Gdzieś z tyłu Jim wypalił ponownie, jak się potem okazało, do pierwszego stwora, który zebrał się tymczasem z podłogi, nie bacząc że brakuje mu połowy głowy.

Uwolniony Jonasz doskoczył do wampira wpijającego się w moją nogę i dźgnął go swym poświęconym rzekomo sztyletem, ale bez widocznego skutku. Przypomniały mi się wtedy bajki o wampirach, które babka opowiadała mi, kiedy byłem dzieckiem. Tam zawsze trzeba było bestię dźgnąć kołkiem w serce. Spróbowałem, nie trafiłem, ale spróbowałem jeszcze raz i tym razem udało się. Wampir zesztywniał na moim sztylecie jak mucha nabita na szpilkę i opadł bezwładnie na ziemię. Jim tymczasem położył na ziemię po raz drugi pierwszego stwora, ale drugi, powstały z podłogi wbił mu kły w rękę. Jonasz podbiegł i wraził mu swój sztylet w serce, stwór znieruchomiał, a uwolniony Jim po raz trzeci powalił ostatniego wampira, odstrzeliwując mu niemal całą głowę. Potem doskoczył do oszołomionego stwora i odciął mu głowę. Wampir znieruchomiał na dobre. Nasłuchiwaliśmy długą chwilę, ale nic już nie zakłócało nocnej ciszy. Wygraliśmy.

Zanim położyliśmy się spać, na zmiany wartując przy zakołkowanych wampirach, sprawdziliśmy drugi dom, w którym schronili się Simpsonowie. Wydawał się pusty, ale odkryliśmy sprytnie zamaskowaną klapę w podłodze. Postawiliśmy na niej ciężką szafę, żeby gościnni gospodarze nie mogli się wydostać i poszliśmy spać.

Rano słońce spopieliło ciała wampirów, a my poszliśmy negocjować z uwięzionymi w piwnicy Simpsonami. Groźby spalenia całego domu skłoniły ich do mówienia. Obaj Rangersi nie żyli, położyli jednak trupem dwa wampiry z piątki, które żerowały w Osadzie wcześniej. Potwory mieszkały w opuszczonej kopalni srebra, gdzie wybraliśmy się i znaleźliśmy trzy trumny, sporo kości i osuszone z krwi ciała Maxa i Dawida. A przy nich papiery, z których wynikało, że Ted Simpson współpracuje z „bandą karcianą”, która gdzieś w okolicy wydobywa złoto, którym płaci potem różnym łajdakom, jak choćby rozbita niedawno przez nas banda Steve’a „Szybkiej Ostrogi”. Teraz więc siedzimy sobie w domu Simpsonów, słuchając coraz bardziej niepewnego szurania z piwnicy pod nami i zastanawiamy się co z tym wszystkim zrobić.


* Przysłowia w języku Schillera i Goethego i ich tłumaczenia pochodzą ze strony http://www.przyslowia.depl.pl/

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz piąty ,

Comments are closed.