Szatański plan feldfebla Wooda

15 marca 1878

„Sich regen bringt Segen (ruszanie się przynosi błogosławieństwo).”

Po za długim już siedzeniu w Dodge City wyjechałem w kierunku Santa Fe jako eskorta farmera Roberta Richardsona i jego rodziny. Było nas w tej ochronie czterech. Oprócz mnie: brodaty traper John Smith, w czapie z borsuczym ogonem na łysej czaszce i dwoma karabinami, czerwony z przepicia Indianin Jim „Grzmiący Lis”, tropiciel i salonowy rozrabiaka, oraz gruby bruder Jonasz, zakonnik z Anglii w sandałach i z grubym kijem. Poznaliśmy się już wcześniej w Dodge City, całkiem mili ludzie, choć każdy trochę dziwny. Mr Richardson płacił nam po 5$ za dobę, a więc bardzo przyzwoicie. Oprócz niego w karawanie jedzie jego przyjaciel, farmer John McDowell, były szeryf, a teraz handlarz artykułami żelaznymi, Patrick Rockwest, oraz mały pisarz z gazety Jimmy Goldfish. Obaj farmerzy odłączają się w Lamar i jadą dalej w interesach do Denver, a potem na południe do Nowego Meksyku, gdzie kupili sobie rancza.

17 marca 1878

„Übung macht den Meiser (ćwiczenie czyni mistrza)”.

„Grzmiący Lis” będzie mnie uczył tropienia, po tym jak pokonałem go w walce na pięści. Gdybym przegrał byłbym mu winny 10$, ale codzienne ćwiczenia jeszcze raz się opłaciły. Od dziś zaczynam ćwiczenie tropienia. Na początek rozpoznawanie wagi po głębokości odcisku w ziemi.

21 marca 1878

„Narren haben das beste Glück (głupcy mają największe szczęście)”.

Mr Richardson i jego przyjaciel McDowell odłączyli się przedwczoraj w Lamar, więc jechaliśmy już w szóstkę. Oprócz naszej czwórki były szeryf Rockwest i gazetowy pisarz Jimmy Goldfish.
Prawie dokładnie godzinę przed południem zatrzymał nas na szlaku człowiek w mundurze armii Konfederacji, z obandażowaną głową. Przedstawił się jako kapral Gary Wood, opowiedział o napadzie na wojskowy pociąg, w którym jechał i prosił o pomoc w pościgu za bandytami, którzy porwali cenny ładunek w postaci czterech skrzyń i żonę kapitana, Mrs Kathy Baker. Wszyscy pozostali żołnierze i trzech napastników zginęli, Wood stracił przytomność, a kiedy ją odzyskał, widział jak prawdopodobnie pięciu bandytów odjeżdzało w kierunku gór. Postanowiliśmy ruszyć za nimi w pościg.

Na miejscu napadu okazało się, że pociąg wykoleił się w wyniku wysadzenia kawału nasypu i zerwaniu torów. Kocioł lokomotywy eksplodował, zwęglając jednego z palaczy i jednego z bandytów. Dwóch innych zabitych napastników miało twarze pocięte, żeby nie można było ich rozpoznać. Za namową Jonasza zebraliśmy ciała zabitych i wsadziliśmy do wagonu, żeby nie rozwłóczyły ich dzikie zwierzęta. Potem ruszyliśmy w pościg po wyraźnych tropach. Niestety dla mnie nie były one jeszcze wyraźne, co mnie jednak nie martwi, bo dojście do mistrzostwa musi trwać sporo czasu. Za to Jim i John nie mieli problemu z podążaniem za śladem.

„Das Zweck heiligt die Mittel (cel uświęca środki)”.

Kiedy wjechaliśmy w góry uniknęliśmy zasadzki Indian. Zaczaili się na nas w lasku nad miejscem, gdzie wąska ścieżka biegła nad stromą przepaścią. Podpiłowali też drzewo i przygotowali do obalenia, aby odciąć nam drogę odwrotu. Mieliśmy jednak oczy otwarte i wypatrzyliśmy ich w krzakach, w których się ukrywali. Kiedy spostrzegli, że zaskoczenia nie będzie, zaczęli strzelać z łuków i zabili eks-szeryfa Patricka Rockwesta, świeć Panie nad jego duszą. Odpowiedzieliśmy ogniem, nawet bruder Jonasz miotał kamieniami, jak biblijny Dawid i poranił jednego, czy dwóch Indian, samemu unikając strzał i kul. Jim stwierdził że byli to Komancze, ale strzelali strzałami innego plemienia – Navajo. Zapewne, aby zmylić ewentualnych mścicieli i zrzucić winę za napad na tamto plemię. Strzelali jednak kiepsko i wkrótce przeszli na karabiny, co jednak nie na wiele im się zdało. Położyliśmy trupem całą piątkę zanim ścieżką od przodu nadjechało kolejnych pięciu. Jim przytomnie zwalił na jednego drzewo, zrzucając go wraz z koniem w przepaść, a jeden został tym sposobem odcięty od reszty. W ogniu walki zauważyłem jak feldfebel Wood wycofuje się chyłkiem, co wydało mi się podejrzane, więc ogłuszyłem go karabinem i związałem. Jednak kiedy już po walce przepytywałem go dlaczego to zrobił, udało mu się zrobić na mnie wrażenie, że po prostu boi się Indian i dlatego uciekał. Okazałem się naiwnym głupcem wierząc mu, o czym niżej.

Dwóch nacierających Indian wzięliśmy żywcem i „Grzmiący Lis” chciał ich przepytać, ale zdaje się nie mówili tym samym indiańskim, bo wymachiwali sporo rękami i robili dość głupie miny. W pewnym momencie John Smith, który się temu przyglądał, podszedł do jednego z jeńców i poderżnął mu gardło, zapewne aby skruszyć tego drugiego. Oczywiście nie spodobało mi się to, my Niemcy nie postępujemy bowiem w ten sposób z pojmanymi przeciwnikami, nie stosujemy też tortur. Jednak prawdziwie oburzony był bruder Jonasz. Pobił Johna swoim sękatym kijem, a potem zamienił tenże kij w węża, rzucając go pod nogi trapera. Gdyby to było w Europie tłum uznałby go za proroka, albo spalił na stosie za czary, znowu jednak okazało się, że w Ameryce nie jest to nic nadzwyczajnego. John po prostu zastrzelił węża, uznając w ten sposób, że Bóg wybaczył mu morderstwo i Jonasz odpuścił, przynajmniej na razie. W tym czasie Jim dowiedział się od drugiego Indianina, że przepuścili oni jadących tym traktem bandytów, a potem zabił go w uczciwej walce na tomahawki.

Zostawiliśmy ciała dziewięciu Komanczów na trakcie, a ciało Patricka Rockwesta przewiesiliśmy przez konia i pojechaliśmy dalej. O mało nie zostaliśmy przysypani lawiną, którą ktoś najpewniej spuścił z góry wprost na nasze głowy, ale w końcu przejechaliśmy wąski odcinek ścieżki i dojechaliśmy na małą polankę, na której stały skradzione z pociągu skrzynie i uprowadzona Mrs Baker. Trzy skrzynie były puste, z wyjątkiem małych okruchów upiorytu, a czwarta pełna była wojskowych rewolwerów, prosto w fabryki. Frau Baker była w zapaści i zdawała się być nieobecna duchem, widocznie więc bandyci, a może i Indianie ją zhańbili. Pilnie obserwowałem feldfebla Wooda i wydawało mi się, że okazał zdenerwowanie, kiedy zobaczył skrzynie i frau Baker. Ale znowu nic nie zrobiłem, oprócz poinformowania pozostałych. Zauważyliśmy też trzech Indian na górze nad polanką, którzy próbowali do nas strzelać z odległości około 150 metrów, z mizernym skutkiem. Zabiłem jednego i zraniłem drugiego, dzięki temu, że mój znakomity angielski Snider/Enfield bije celnie na duże odległości, na których amerykańskie Winchestery mają ogromny rozrzut.

„Lügen haben kurze Beine (kłamstwa mają krótkie nogi).”

Z powodu Mrs Baker, która potrzebowała lekarza, Mr Rockwesta, który potrzebował z kolei grabarza, a także Komanczów i bandytów przed i nad nami, postanowiliśmy zaniechać dalszego pościgu i pojechać do najbliższego miasteczka Cold Water. Musieliśmy jednak przenocować jeszcze w górach. Ponieważ cały czas miałem niejasne podejrzenia co do motywów feldfebla Wooda, wziąłem wartę razem z nim i miałem na niego baczenie. Moje podejrzenia podsyciła jeszcze reakcja Mrs Baker, która, cały czas będąc nieobecną duchem, przeraziła się widząc cień Wooda w blasku ogniska. Podejrzenia okazały się całkiem słuszne: kiedy udałem, że robię się senny, Wood dał susa poza krąg ogniska i zaczął uciekać. Na szczęście byłem przygotowany i obezwładniłem go dwoma kulami z rewolweru. Po opatrzeniu wzięliśmy go na przesłuchanie, ale bez tortur, na którym przyznał się, że jest w zmowie z bandytami, którzy dokonali napadu na pociąg. Oprócz pogróżek i prób przekupstwa wyjaśnił nam dlaczego udawał rannego kaprala i wciągnął nas w pościg za swoimi kamratami. Mieliśmy wpaść w zasadzkę Komanczów, którzy też byli w zmowie z bandą i zostać wybici, po czym zrzuceni w przepaść. Razem z naszymi ciałami miały zostać zrzucone skradzione z pociągu skrzynie, oczywiście bez upiorytu. W ten sposób wina spadłaby na nas, wojsko pogodziłoby się ze stratą cennego ładunku, który uznany zostałby za zabrany przez rwącą, górską rzekę, a prawdziwi bandyci wraz z łupem mogliby się spokojnie oddalić. Strzały Nawajo miały dodatkowo wprowadzić w błąd pościg i poróżnić to pokojowo nastawiony plemię z białymi.

22 marca 1878

„Eile mit Weile (spiesz się przez chwilę).”

Nie zważając na pogróżki i namowy Wooda  i czuwając na zmiany do samego rana, przetrwaliśmy noc bez przygód.

Z rana odstawiliśmy fałszywego feldfebla Wooda do biura szeryfa. Wcześniej sprawdziliśmy, że w Cold Water szeryfem nadal jest Dan Randall, porządny człowiek. Wood naprawdę nazywa się inaczej i jest oszustem karcianym. Jest na niego nagroda 50$, ale musimy poczekać na potwierdzenie i przyjazd sędziego. Zastępca Roger pojechał do biura telegrafu w Lamar i nie wróci szybciej niż za cztery dni. Do tego czasu załatwiłem sobie posadę ochroniarza Mrs Baker, którą zaopiekowały się zakonnice.

Cały dzień spędziłem na służbie. Jim „Grzmiący Lis” przyniósł mi piwo z saloonu „Jednoręki Ed”, gdzie był napastowany przez sześciu opryszków. Zrobimy z nimi porządek przy okazji. John korzystał z usług dziewczynek z saloonu „Srebrny Kowboj”, a bruder Jonasz zawarł znajomość z miejscowym księdzem Manningiem. Na noc pod domkiem zakonnic, gdzie odpoczywa Mrs Baker, zmienia mnie Mike, drugi zastępca szeryfa. Nic się nie działo i zarobiłem 5$ za siedzenie na ławce i picie piwa.

23 marca 1878

„Ein Unglück kommt selten allein (Nieszczęście rzadko przychodzi samo).”

W nocy zdarzyło się dziwne morderstwo. Zabity został szeryf Randall, ktoś wbił mu kamienny indiański nóż w serce. Dookoła jego domu John znalazł rozsypany dziwny proszek, z małymi kawałkami kości. Wygląda to, jakby kości zostały niedokładnie zmielone, na przykład w moździerzu. Tej nocy śniło mi się, że jestem w jakimś domu, we mgle i w końcu znajduję człowieka śpiącego w łóżku i wbijam mu nóż w serce. Potem się obudziłem i był już ranek. W Niemczech nie zwróciłbym na to uwagi, ale tu w Ameryce wiele się mówi o indiańskiej i karcianej magii, więc ten sen raczej nie jest przypadkowy.

Fakt, że nóż był kamienny i wygląda na indiański, jest bardzo niedobry. To może się skończyć próbą linczu na Jimie, który jest jedynym Indianinem w miasteczku, a do tego nie możemy dopuścić. Mike wystraszył się i chce opuścić Cold Water, pod pozorem jakiejś ważnej sprawy i wygląda, że miasto zostanie bez szeryfów. Trzeba iść do burmistrza i postarać się o mianowanie szeryfem, przynajmniej tymczasowo. Mam nadzieję, że to rozsądny człowiek.

CDN

* Przysłowia w języku Schillera i Goethego i ich tłumaczenia pochodzą ze strony http://www.przyslowia.depl.pl/

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Deadlands, DL po raz piąty ,

Comments are closed.